Wiecie, że w maju miną dwa lata, odkąd przeprowadziłam się do Nowego Jorku? I pod pewnymi względami ta druga rocznica będzie dla mnie ważniejsza niż pierwsza. Po części dlatego, że oznacza dla nas kolejną przeprowadzkę – nie będziemy przedłużali kontraktu wynajmu, poszukamy czegoś innego. Nadal w Nowym Jorku, ale gdzie dokładnie? Tego jeszcze nie wiemy. 

Dlatego dzisiaj będzie tak trochę nostalgicznie, poopowiadam Wam trochę o tych ostatnich dwóch latach spędzonych w naszym pierwszym wspólnym mieszkaniu i o naszym życiu codziennym. Wplotę też obiecany wątek amerykańskich rozmów kwalifikacyjnych. Pozastanawiam się głośno – co dalej? A na koniec dorzucę mały przewodnik po Bay Ridge, bo niewykluczone, że w maju pożegnamy się z tą sympatyczną dzielnicą. A może nie? 

Aha, to wszystko powyżej brzmi, jakbym miała jakiś plan na to, co będę pisać, ale obawiam się, że tak nie jest. Przygotujcie się na bardzo, ale to bardzo chaotyczny post. 

Moje pierwsze nowojorskie mieszkanie

Pamiętacie posty o Wielkiej Przeprowadzce? Szczególnie ten drugi? Jak Książę doprowadził mnie do stanu przedzawałowego i przedrozwodowego? Publikowałam je dość dawno, więc może macie ochotę sobie przypomnieć. W dużym skrócie: mój mąż miał znaleźć i wynająć mieszkanie jeszcze przed moim przyjazdem do Nowego Jorku, a skończyło się tak, że spędziłam dwa tygodnie mieszkając u Teściowej i zastanawiając się w której z pięciu walizek mieszka najwięcej moich majtek i czemu nie w tej, którą akurat otworzyłam. Mieszkanie nawet znalazł, czemu nie, po prostu czekał z atrakcjami typu podpisywanie umowy i przeprowadzanie swojego dobytku, na mnie. 

Nasze pierwsze wspólne lokum znajdowało (w sumie nadal znajduje) się w urokliwej dzielnicy Bay Ridge, która poza tym, że skomunikowana jest z resztą Nowego Jorku najgorszą linią metra (w sumie każdy nowojorczyk będzie się upierał, że jego linia metra jest najgorsza, ale ja mam szansę mieć rację), jest niezwykle sympatyczna i czarująca. Jak na Nowy Jork jest tu całkiem czysto, spokojnie, bezpiecznie i ładnie. Może trochę drogo, ale nawet na Brooklynie bywają droższe miejsca. Poza tym owa najgorsza linia metra jest dokładnie tą linią, która dowozi Księcia prosto na miejsce pracy. W zasadzie jak na początek oswajania się z tym miastem, Bay Ridge jest idealne. Zresztą, to miało być mieszkanie na rok, później mieliśmy się przeprowadzać, ale… stwierdziliśmy, że nam się nie chce. Chwilę po tym, jak podjęliśmy tę decyzję, wybuchła pandemia, więc wyszło nam na dobre.

Oczywiście, co się odwlecze, to nie uciecze. Pandemia jest nadal, a my wybraliśmy opcję przedłużenia wynajmu tylko o rok. Dlatego nadchodzący kwiecień będzie szalenie rozrywkowy.

Nowojorskie początki

Pierwszy rok w nowym miejscu nie był dla mnie za dobry. Wspominałam o tym wielokrotnie, ale jakoś tak mimochodem. Teraz napiszę wprost – było źle. Kiedy minęła początkowa euforia, zaliczyłam skok na bungee bez bungee.  Owszem, udało mi się, przyjechałam do Stanów, wreszcie mogłam rozpocząć “prawdziwe życie”, przecież wcześniej cały czas na coś czekaliśmy. Aż Książę wyjedzie z Pakistanu, aż jego rodzina zaakceptuje nasz związek, aż uda nam się pobrać, aż przejdzie moja aplikacja wizowa… W końcu wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce, ale okazało się, że obraz, który z nich powstał, nie do końca odpowiadał moim wyobrażeniom. 

Mój mąż co rano wychodził do pracy, wracał późno, w weekendy chciał tylko odpoczywać w domu. Ja nie miałam tu żadnych znajomych, nie chciałam zapisać się na taniec brzucha, bo godzina dojazdu do studia wydawała mi się absurdalna (jakbym zapomniała, że w Tokio codziennie spędzałam w metrze ponad trzy godziny na dojazdach na uniwerek i z powrotem), do tego nie mogłam znaleźć pracy. Z moim doświadczeniem! I nic nie wskazywało na to, żeby cokolwiek miało się w tym temacie zmienić. Oficjalnie przyznaję, że siadłam psychicznie. Żyłam myślą o przyjazdach do Polski. Przecież nie tak to miało wyglądać. 

Widok z Bay Ridge na Zatokę Nowojorską.
The Miriam and Ira D. Wallach Division of Art, Prints and Photographs: Print Collection, The New York Public Library. „New York Bay, from Bay Ridge. Long Island. Bedloes Island, Jersey City, Hoboken, Castle Garden, Governor’s Island” The New York Public Library Digital Collections. 1870 – 1900.

Pierwsza rozmowa o pracę

No właśnie. Praca w Nowym Jorku. Przed przyjazdem przeglądałam oferty na portalach, wydawało się, że moje możliwości w tym mieście będą nieskończone – tyle opcji. Google, Facebook, największe marki modowe i kosmetyczne… Byłam pewna, że znalezienie pracy będzie kwestią kilku tygodni. Jak się jednak okazało, całe moje CV było o kant tyłka rozbić, ponieważ tu liczy się tylko doświadczenie na amerykańskim rynku. 

Pogodziłam się z tym, że będę musiała zacząć od zera, dostosowałam oczekiwania i zaczęłam aplikować (tak, wiem, w tym znaczeniu to nie jest oficjalnie uznane słowo w języku polskim, ale brzmi lepiej niż składać papiery, prawda?) na stanowiska asystentek w dziale marketingu i tym podobne. Nawet do najgorszych firm.

Jedna z nich, świadcząca zewnętrzne usługi marketingowe i mająca bardzo kiepskie opinie w internecie, odezwała się już na drugi dzień, zapraszając mnie na rozmowę na Manhattanie. Wiedziałam, że odzywają się do wszystkich, ale stwierdziłam, że nawet jeśli nie jestem zainteresowana pracą u nich, na rozmowę pójdę, zobaczę jak to wygląda w Ameryce…

Metrem jechałam prawie godzinę, na miejscu trafiłam na tłum kandydatów (część z nich w sandałach – lato było), zostałam poproszona o wypełnienie kwestionariusza (jedno z pytań: “Gdybyś była zwierzęciem, to jakim?”), a potem czekałam. Kolejną godzinę. Kiedy w końcu rekruterka zaprosiłą mnie do środka, rozmowa trwała pięć minut. Chociaż ciężko to nazwać rozmową, mówiła głównie ona, o tym jaka firma jest świetna. Następnie spytała, czy mogę przyjechać na kolejną rozmowę następnego dnia i mnie pożegnała. Już się ze mną nie skontaktowali.

Ile piłeczek tenisowych mieści się w limuzynie

Później odezwał się do mnie bardzo ciekawy duński startup – aplikowałam do nich na stanowisko Menadżera Marketingu, więc miło, że w ogóle wzięli mnie pod uwagę. Pierwsza rozmowa odbywała się przez video call. A właściwie miała się tak odbyć. Pan do mnie zadzwonił, ja go widziałam i słyszałam, on mnie tylko widział. Oczywiście wcześniej przetestowałam mikrofon, w trakcie nieszczęsnego połączenia sprawdziłam wszystko, co mogło pójść nie tak, w końcu pan się poddał i zadzwonił normalnie, przez telefon. Rozmowa była bardzo miła, zadałam mądre pytania, oczywiście wysłałam po niej podziękowanie (mąż mi powiedział, że tak trzeba), ale do kolejnego etapu się nie dostałam. Po jakimś czasie zaczęłam podejrzewać, że pan tylko kłamał, że mnie nie słyszy – to był test, żeby sprawdzić, jak poradzę sobie w nieprzewidzianej sytuacji i czy wykażę inicjatywę. Jeśli tak, ewidentnie nie spełniłam oczekiwań. 

Skąd ten pomysł? Przejdźmy do kolejnej rekrutacji. Pewna libańska projektantka torebek postanowiła zmienić imidż swojej marki i przeobrazić się w startup łączący modę z technologią. Pierwszy etap również miał się odbyć za pośrednictwem video calla, dostałam link, o wyznaczonej godzinie się zalogowałam i czekałam. Czekałam. Czekałam. Chciałam po piętnastu minutach wysłać zapytanie, ale moja potencjalna pracodawczyni mnie ubiegła. Dostałam wiadomość, że gdzie ja niby jestem, ona na mnie czeka. Kiedy dowiedziała się, że błąd był po jej stronie, oczywiście nie przeprosiła, zdzwoniłyśmy się w końcu na Skypie. 

Rozmowa była średnio sympatyczna, ale jakoś nam szło, aż spytała:

Ile piłeczek tenisowych mieści się w limuzynie?
Słucham? – byłam pewna, że się przesłyszałam. 
Tenis. Taki sport. Nie znasz? – kiedy relacjonowałam rozmowę mojemu przyjacielowi, stwierdził, że powinnam była odpowiedzieć: eee? Sport? Tenis? Nie znam, my w Polsce tylko napier*alamy kijami bejsbolowymi w pokrzywy…
Znam, ale myślałam, że się przesłyszałam. – odparłam średnio dyplomatycznie
Możesz odpowiedzieć, co chcesz. Ja tylko sprawdzam twój sposób myślenia.
– Cokolwiek chcę? Proszę bardzo. Tysiąc.

Bay Ridge
Typowa willa w dzielnicy Bay Ridge

Amerykańskie rozmowy kwalifikacyjne

Po tej rozmowie zaczęłam szukać w internecie odpowiedzi na piłeczkowe pytanie i okazało się, że należy ono do złotego standardu amerykańskich rekruterów. Moja niedoszła pracodawczyni ewidentnie wygooglowała przed rekrutacją, jakie pytania powinna zadać. Ale sama nie do końca rozumiała ich celowość. Innym przykładem tego typu pytań jest: Ile kosztowałoby umycie wszystkich okien w stanie Montana?

Jakiś czas później trafiłam na artykuł o wymyślnych technikach rekruterów. Było ich mnóstwo, pamiętam sporo,  ale najlepiej zapadły mi w pamięć trzy:

1. Kawa

Jeśli na amerykańskiej rozmowie o pracę ktoś Wam proponuje kawę – strzeżcie się. To tylko po to, żeby się przekonać, co po rozmowie zrobicie z kubkiem/filiżanką. Pożądany kandydat na pracownika zapyta, gdzie jest kuchnia, zabierze ze sobą kubek i umyje.

Ja z kolei wychodzę z założenia, że podczas rozmowy rekrutacyjnej jestem jeszcze gościem – nie pracownikiem, dlatego jeśli ktoś proponuje mi kawę, to nie będę po sobie sprzątać z dwóch względów. Żeby nie urazić umownej dumy gospodarza, to raz. Dwa – przecież nie będę się panoszyć w miejscu, w którym nie jestem jeszcze u siebie.

2. Długopis

Rekruterom długopis nie spada na podłogę przypadkiem. To kolejny test. Powinniście podnieść. I okej, ja rozumiem, że odruch bycia pomocnym jest jak najbardziej pożądany, ale bez przesady, długopis chyba nie jest tak ciężki, żebym miała kogoś w tym wyręczać? 

3. Mój osobisty hit

Co byście zrobili, gdyby podczas rozmowy kwalifikacyjnej rekruter powiedział Wam, że macie skoczyć z okna? Właściwie to macie dwie opcje. Kreatywną: wejść na parapet i skoczyć – do środka pomieszczenia. Analityczną: spytać, w jaki sposób przyniesie to korzyść firmie.

Szczerze? Nie będę robić z siebie małpy cyrkowej i skakać w szpilkach po parapetach. A podejście analityczne jest szczytem kretynizmu, ponieważ z całym szacunkiem (zauważyliście, że za każdym razem, kiedy ktoś używa tego zwrotu, to ma na myśli “z zerowym szacunkiem”?), ale bez względu na to, jakich korzyści firma by z tego mojego skakania przez okno nie miała, moje życie i zdrowie jest dla mnie bez porównania cenniejsze. Gdybym ja spotkała się podczas rozmowy kwalifikacyjnej z takim pytaniem, rekruterzy mogliby liczyć na jedną z dwóch wersji odpowiedzi.

Oszczędna: Nie.

Humorystyczna: Oczywiście. Ale chciałabym mieć pewność, że zrobię to zgodnie z firmowymi procedurami (w końcu mam tylko jedno podejście), więc prosiłabym, żeby pan/pani najpierw zademonstrowała, jak prawidłowo skakać z okna. (AKA “Sam se skacz”)

Po tym artykule stwierdziłam, że moje szanse na nowojorskim rynku pracy są mierne. Może jestem naiwna, ale wcześniej sądziłam, że liczą się przede wszystkim kompetencje, pewność siebie i szczerość. Nawet kiedy w korporacji kazali mi udawać, że rozmawiam przez telefon, tłumacząc do czego służy dżem truskawkowy, ostatecznie o moim zatrudnieniu zadecydowało doświadczenie i zdolności językowe. I ja rozumiem, że znając ten mechanizm można oszukać system, ale trochę mi się odechciało.

Ponieważ kot

Co ciekawe, projektantka od piłeczek w limuzynie zaprosiła mnie do kolejnego etapu. Nie wiem, która z nas była bardziej zdziwiona. Do jej atelier udałam się uzbrojona w żakiet Amandy Wakeley, szpilki Jimmy Choo (kupione specjalnie na rozmowy kwalifikacyjne w domach mody) i torebkę Tous. Z tym ostatnim trochę zaryzykowałam, ale stwierdziłam, że skoro chce tworzyć “playful” markę dla młodych kobiet, to może doceni mój wybór.

W rozmowie na żywo była jeszcze bardziej antypatyczna, niż przez telefon:

– Jaka jest twoja ulubiona marka torebek?
– A musi być amerykańska? Nie ukrywam, że w dalszym ciągu pozostaję wierna europejskim…
– Może. Ale nie zanudzaj mnie odpowiedziami typu Gucci… – aha… co za baba.
– Miałam bardziej na myśli Furlę i Tous. – okazało się, że o Tous nawet nie słyszała, więc nieśmiało wskazałam na swoją torebkę.
– No dobrze, a za co je lubisz?

Potem przeszłyśmy do kwestii technicznych, do moich pomysłów na rozwój marki (przyszłam przygotowana, miałam kilka stron zapisanych w kajeciku), strategie na instagrama, technikę pracy. Była oburzona, że nie korzystam z zewnętrznych aplikacji do obsługi social media. Mój argument dotyczący ich szkodliwego wpływu na algorytm, jakoś jej nie przekonał. “Bo w Stanach pracuje się na aplikacjach…” Kiedy już i tak wiedziałam, że nie ani ona nie chce pracować ze mną, ani tym bardziej ja z nią, pojawił się kot. Karmelkowo-różowy pers, dokładnie taki jak moja pierwsza kocia miłość – hrabia Puszysław. Tylko Pusio nie miał tak antypatycznej mordki. Ten kot ewidentnie wdał się w swoją właścicielkę. Wskoczył na stół, usiadł na moim CV i rzucił mi najbardziej złowrogie kocie spojrzenie, jakie możecie sobie wyobrazić. 

Jeszcze tu jesteś? – zapytał.
Wiesz co? Właściwie już wychodziłam.

Kiedy tylko wyszłam z budynku, zadzwoniłam do Mamy. Powiedziałam, że nawet jeśli jakimś cudem owa urocza pani zaoferuje mi pracę, wolę być bezrobotna. Już kiedyś przerabiałam klimaty rodem z “Diabeł ubiera się u Prady”. Nie mam ochoty ne sequel. Na szczęście nie zadzwoniła – wysłała mi tylko wiadomość:

[…]
Niestety w tym momencie nie nadajesz się na to stanowisko.
Przykro mi, że cię rozczarowałam  
[…]

Nawet sobie nie wyobrażacie, ile mnie kosztowało, żeby nie odpisać: ależ skąd! Wprost przeciwnie, bardzo się cieszę! Jakiś czas później dostałam od niej zaproszenie do znajomych na LinkedIn. 

Willa w dzielnicy Bay Ridge, Brooklyn, Nowy Jork
Bay Ridge

Idzie nowe

O ile 2019 rok dał mi nieźle w kość, paradoksalnie 2020 wynagrodził mi to z nawiązką. Pisałam o tym w gościnnym artykule u Polek na Obczyźnie. W styczniu, po powrocie z Polski dostałam swoją pierwszą pracę – nie na etat, dorywczą, ale przynajmniej coś ruszyło. Zostałam tłumaczem dla nowojorskiego Departamentu Edukacji. I chociaż nie zdołałam się nią za długo nacieszyć – przez pandemię spotkania zostały odwołane, był to dla mnie krok w dobrym kierunku. I wiecie co? Rozmowa kwalifikacyjna była normalna. Żadnych pytań o piłeczki tenisowe, limuzyny, czy koszt usług sprzątających w Montanie. Nawet z okna nie kazali skakać.

Nie wiem, czy w tym roku znajdę inną pracę, czy poświęcę się tylko i wyłącznie pisaniu. Na pewno będzie to rok zmian – podobno do maja powinniśmy mieć wystarczająco dużo szczepionek dla wszystkich nowojorczyków, więc powrót do normalności zaczął jawić się jako realna perspektywa. Oznacza to, że Książę niedługo wróci do pracy w biurze, ale chyba jestem na to gotowa. 

Jestem ciekawa, co przyniesie nowe miejsce. Na pewno będę tęskniła za gigantycznym drzewem za oknem, za najbliższą okolicą – już oswojoną, za dźwiękiem przepływających statków. Nie będzie mi za to brakowało sąsiadów z góry – mają trójkę małych dzieci, które lubią się chyba bawić w ganianego. Ostatnio któreś z nich dostało chyba skakankę – to były ciężkie dni. Zanim udało mi się zobojętnieć na ich ekscesy, godzinami fantazjowałam o tym, co im zrobię. Jeden ze scenariuszy zakładał stanie w nocy w przebraniu krwiożerczego klauna za ich oknem. Podobno to w Stanach legalne. 

Sąsiedzi

W ogóle mamy dziwnych sąsiadów. Dużo krzyczą – do siebie, na siebie, do telefonu. Ci z góry, z piekielnym potomostwem są w sumie w miarę mili, nawet dostaliśmy od nich kartkę świąteczno-przeprosinowo-dziękczynną (krótko przed tym, jak Książę był już gotowy zostawić im liścik niemiłosny, więc w sumie pokrzyżowali nam plany i zamiast ich zbesztać, daliśmy im czekoladki…).

Na piętrze mamy jedną przemiłą parę starszych gejów, a poza nimi jakieś podejrzane elementy. Za ścianą mieszka taka starsza pani z młodszą parą z małym dzieckiem. I kotem. Pani jest dosyć sympatyczna, ale chyba się nie lubi z tą młodszą parą, bo ciągle się o coś kłócą. Mamy też dosyć liczną rodzinę arabską – też się kłócą i trzaskają drzwiami. Jest też taki jeden starszy pan, który się strasznie na mnie wkurza, kiedy próbuję mu przytrzymać drzwi od windy. Gdzieś w budynku mieszka socjopatyczna wariatka, która dla odmiany windę sabotuje – kiedyś specjalnie przytrzymałam dla niej drzwi, a ona powciskała wszystkie guziki pięter – sama wysiadała na pierwszym (a właściwie drugim, bo w Stanach pierwsze piętro to parter). 

Ale jest też klub starszych pań, które lubią sobie plotkować w lobby, albo w pralni. Często na ploteczki przynoszą ciasto i lemoniadę domowej roboty. Są super urocze. Mamy też młodą parę z przecudnej urody gigantycznym rottweilerem, który zwykł wyprowadzać swojego wątłego właściciela na spacer.  W sumie, zasadniczo, nie jest tak źle. Właśnie się zorientowałam, że część sąsiadów budzi we mnie pozytywne uczucia. Może nie na tyle, żeby za nimi tęsknić, ale nie wszystkich chcę straszyć po nocach w charakterze klauna. 

To co dalej?

Szczerze mówiąc – nie mam pojęcia. Tak naprawdę rozważamy teraz trzy skrajne opcje:

1. Ta sama dzielnica, ale większe mieszkanie, koniecznie z balkonem. Mamy na oku jedno, z bezpośrednim widokiem na cieśninę Narrows. Plusy: naprawdę duży metraż, więcej szaf i znajoma okolica.

2. Moja ukochana Coney Island. Plusy: mieszkanie nad samym oceanem (latem mogłabym codziennie wylegiwać się na plaży), w mojej ulubionej dzielnicy Brooklynu, duży taras i widok na ocean. Minusy: Coney Island jest tak trochę na końcu świata, dojazd na Manhattan byłby jeszcze dłuższy. W dodatku apartament jest dosyć daleko od metra, a zimą spacery nad Atlantykiem mogą być średnio przyjemne.

3. Manhattan (pewnie Midtown). Plusy: spróbowalibyśmy w końcu mieszkania na Manhattanie, a ja mogłabym chodzić na drinki z Gosią z GlamOfNYC. Minusy: wszystko inne. 

Bye Bay Ridge

A skoro istnieje ryzyko/możliwość, że już za półtora miesiąca opuścimy Bay Ridge, chciałabym Wam trochę więcej opowiedzieć o tej dzielnicy. Zacznijmy od dosyć niezgrabnej geografii – dzielnica zajmuje obszar pomiędzy Belt Parkway (od 65tej ulicy aż do wysokości mostu Verrazzano) i 7th Avenue. 

Najwięcej dzieje się na 3rd Avenue, gdzie znajduje się mnóstwo sklepów, restauracji i barów oraz na 5th Avenue, zdominowanej przez sklepy i restauracje arabskie (arabskie lody, mega pyszna baklava, sklepy z marokańskimi kaftanami i złotą biżuterią… ). Obydwie arterie prowadzą do 86tej ulicy, przy której do niedawna mieścił się kultowy, pierwszy w Nowym Jorku sklep Century 21. Chociaż firma zbankrutowała przez pandemię i obecnie lokal straszy mieszkańców pustkami, krążą plotki o planowanym powrocie na rynek.

Zboczyłam trochę z tematu, nie miało być o zakupach. Nie będę Wam opowiadać całej historii tej dzielnicy (od Indian, poprzez osadnictwo holenderskie itp.), wspomnę tylko, że aż do późnego XIX wieku Bay Ridge było odizolowaną od reszty świata wioską. Zaczęło się to zmieniać dopiero na początku XX wieku, a w 1903 roku przedstawiono pierwsze plany linii metra. I chociaż w wyniku przeróżnych opóźnień, nie zostały one w pełni zrealizowane jeszcze przez kilkanaście lat, ceny gruntu natychmiast poszły w górę, a Bay Ridge zyskało wielu nowych mieszkańców, wśród nich norweskich i duńskich marynarzy.

Między Arabem a Grekiem

To właśnie Norwegowie dominowali lokalną populację aż do lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, a Bay Ridge zostało nieoficjalnie uznane za czwarte największe norweskie miasto świata. Do tej pory, przy odrobinie wysiłku można odnaleźć tu ślady norweskiej spuścizny. Jednak obecnie, dużo bardziej widoczna jest wspomniana wcześniej społeczność arabska i… grecka. 

W pobliżu naszego domu znajduje się piękny grekokatolicki kościół i szkoła. Jednak nawet bez tego, ba!, nawet nie zwracając uwagi na liczne greckie restauracje i sklepy spożywcze, uważne oko bez problemu wypatrzy greckie domy. Chociaż Bay Ridge, nieoficjalnie jedno z ulubionych miejsc wśród posiadaczy “starych brooklińskich pieniędzy” pełne jest imponujących willi, te zbudowane przez potomków Zeusa mają w sobie coś szczególnego. Coś, co od razu każe pomyśleć: idę o zakład, że tu mieszka Grek! Jeśli oglądaliście “Moje wielkie greckie wesele”, prawdopodobnie wiecie o co chodzi. Jeśli nie, służę pomocą wizualną:

Grecki dom

Domek z piernika

Oprócz pięknych willi, znajdziecie tu też charakterystyczne dla niektórych części Brooklynu kamienice – między innymi te przy Senator Street, zbudowane w latach 1906-1912 w stylu neorenesansowym. Są również parki – mój ulubiony (chociaż zdecydowanie nie najfajniejszy), Shore Road Park, mały ogród botaniczny i Owl’s Head Park. 

Dzięki temu, że zdecydowałam się napisać dla Was coś o Bay Ridge, dowiedziałam się o Domku z piernika (zajrzyjcie na instagrama – nagrałam dla Was krótki filmik, który opublikuję w relacjach). The Gingerbread house został stworzony na początku XX wieku przez architekta Jamesa Sarsfielda Kennedy’ego dla związanego z marynarką handlową Howarda Jonesa.

Dom zaprojektowano w stylu “ruchu sztuki i rzemiosła” (ang. Arts and Crafts), który rozwijał się na Wyspach Brytyjskich (i w konsekwencji również w innych częściach Imperium Brytyjskiego) na przełomie wieków. To z niego wywodzi się ponoć styl secesji brytyjskiej (cokolwiek to znaczy, ale może są wśród Was fani architektury, więc nie będę Was pozbawiać tak smakowitych ciekawostek). Jeśli z kolei bardziej niż architektura interesuje Was słowo pisane, być może zaciekawi Was fakt, że jako inspirację przy tworzeniu najsłynniejszego domu w Bay Ridge Kennedy podał twórczość Johna Ruskina (szczególnie jego opisy “dzikości” architektury) i Williama Morrisa. Dom Howarda i Jessie Jonesów uchodzi za życiowe dokonanie Kennedy’ego.

Opisy tego architektonicznego stwora mnie przerastają, dlatego pozostawiam Wam zdjęcie do kontemplacji. Zwróćcie uwagę na asfaltowy dach. Fajny jest.

Domek z piernika Bay Ridge

Bonusowa historia

A na zakończenie historia dla wytrwałych. Tylko właśnie nie wiem, czy już gdzieś jej kiedyś nie opowiadałam, jeśli tak, przepraszam. Już mi się wszystko miesza, nadchodzi przesilenie wiosenne, sami rozumiecie.

Zanim jeszcze przeprowadziłam się do Nowego Jorku, zdarzyło nam się dwukrotnie podnajmować mieszkanie na Bay Ridge na czas moich przyjazdów. Za jednym z owych razów dosyć niefrasobliwie zaparkowaliśmy samochód przy jednej z głównych alei, przy trzeciej, lub czwartej, już nie pamiętam – był weekend, parkowanie było darmowe, więc miejsce wydawało się w porządku.

Następnego dnia obudziliśmy się rano i zobaczyliśmy, że akurat trwa nowojorski maraton. O. I przebiega gdzieś przy nas. O. Chyba nawet tą ulicą, przy której zostawiliśmy samochód. 
…! 

Kiedy wygrzebaliśmy się z domu, po maratonie nie było już śladu (to znaczy ślady były, ale biegnących już nie). Podobnie jak po samochodzie, który został zholowany. Dopiero wtedy zobaczyłam na parkometrze małą karteczkę informującą o tym, że będzie maraton i nie wolno parkować. Tylko kto patrzy na parkometr w weekend?

Co się stało, to się nie odstanie – należało się skupić na odzyskaniu samochodu. Problem polega na tym, że w takich wypadkach, kiedy samochód jest zaparkowany legalnie, nie zostaje odholowany na parking policyjny, ani w żadne konkretne, ustalone miejsce – pojazd zostaje porzucony “gdzieś w okolicy” na najbliższym wolnym miejscu. Książę próbował się dowiedzieć gdzie konkretnie i usłyszał niemalże biblijne: szukajcie a znajdziecie.

Rozdzieliliśmy się, każde z nas przygarnęło inny rewir do przeszukania – taka gra miejska “Znajdź swój samochód”. Nie ukrywam, bawiłam się dosyć dobrze, szczerze usatysfakcjonowana poziomem sytuacyjnego absurdu. I wygrałam. To ja znalazłam samochód. Co chyba znaczyło, że nadaję się na nowojorczankę.

Tymczasem dochodzi czwarta w nocy. Czas kończyć i iść spać. 

XOXO,

Brooklyn Girl