Ach te emocje!

Nie wiem czy wiecie (żartuję!), ale w ubiegły piątek premierę miała moja pierwsza książka – “Pakistańskie wesele”! Z tego jakże zacnego powodu, ostatnie dni były dosyć emocjonujące, mój mózg i całe jestestwo są jakieś takie rozdygotane (oczywiście w sensie pozytywnym) i jakoś nie mogłam się skupić na tyle, żeby w miarę szybko, ale dobrze napisać na którykolwiek z “zakolejkowanych” tematów. Dlatego poszłam na łatwiznę!

Z kotem lajwowane

W ramach promocji książki, Dominika od zkotemczytane, która jest jedną z patronek “Pakistańskiego wesela” wyprawiła mi imprezę. Takie spotkanie autorskie z okazji premiery, oczywiście w wersji wirtualnej, jak wiele innych imprez w tym roku, między innymi finał Tap Madl. W ramach przygotowań do owej imprezy, lajwem też zwanej, Dominika wraz z moim wydawnictwem Moc Media zrobili dla Was konkurs – trzeba było “zadać Mai (czyli mnie!) pytanie” – osoba, której pytanie zostało wytypowane później do postawienia mi na lajwie, miała otrzymać w prezencie egzemplarz “Pakistańskiego wesela”. 

A co z resztą? Przecież mówią, że nie ma głupich pytań, więc wszystkie są warte odpowiedzi. Dlatego ja je sobie za zgodą Dominiki i jej kociego asystenta zagarnęłam i dzisiaj postaram się na nie odpowiedzieć. Oczywiście, jeśli nurtują Was jakieś pytania, potencjalnie wymagające dłuższej odpowiedzi, niż te, których udzielam na stories na Instagramie, nie krępujcie się i piszcie, dowolnymi kanałami. Tylko gołębi nie wysyłajcie, bo jeszcze koty upolują i będzie ptaszydeł szkoda.

Celem zaprowadzenia jakiegokolwiek porządku, pytania podzieliłam na dwie główne kategorie: pytania pisarskie – dotyczące samej książki tudzież procesu jej powstawania oraz pytania o Pakistan (szeroko rozumiany). Zachowałam oryginalną pisownię pytań. 

Pytania dotyczące książki

[Jak powstał pomysł na napisanie tej książki?]

Całą historię opisałam w zeszłym tygodniu (można ją przeczytać klikając sobie o TU), więc dzisiaj w telegraficznym skrócie: po powrocie z Pakistanu zaczęłam spisywać relację z tej wycieczki dla najbliższych znajomych, a ponieważ jestem grafomanką i do tego najwyraźniej łatwo mnie podpuścić, z krótkiego opowiadania wyszła książka. 

Dodam jeszcze tylko, że napisanie książki marzyło mi się od bardzo dawna – pierwsze próby podjęłam w 2014 roku, ale tak naprawdę myślałam o tym znacznie dłużej. Wydaje mi się, że nie jestem w tym aspekcie specjalnie oryginalna, wielu ludzi o tym marzy, tylko niewielu rzeczywiście chce się usiąść i napisać CAŁĄ książkę. Nie mówiąc już o determinacji potrzebnej do jej wydania. Z kolei w moim wypadku największym problemem był zawsze pomysł. Każdy jeden wydawał mi się zawsze zbyt banalny, wtórny, czasami zbyt kiczowaty. I ja wiem, że postmodernizm, że wszystko już było, więc siłą rzeczy wszystko będzie kopiowaniem czegoś innego, ale ja tak nie chciałam. 

Ewentualnie mogłabym napisać autoironiczną powieść postmodernistyczną, w której w sposób oczywisty (przynajmniej dla mnie) naśmiewałabym się z konwencji. Na przykład gotycka historia rozerotyzowanej wampirycznej skrzypaczki, która od wieków miała zakopywać zwłoki swoich kochanków pod jednym drzewem, z którego docelowo powstałyby najdoskonalsze skrzypce świata. Cudownie kiczowate, prawda? Ale (o zgrozo!) tego typu książki powstają zupełnie na poważnie i cieszą się sporym zainteresowaniem. Może kiedyś wrócę do tego tematu… Zaklepane!

No dobrze, bo trochę odbiłam w zgoła absurdalnym kierunku, zaraz wypadnę poza krawędź płaskiego świata… Tak właściwie to chciałam tylko powiedzieć, że podróż do Pakistanu była gotowym materiałem na książkę. Nic nie musiałam wymyślać i, co ważniejsze, nie musiałam się martwić wtórnością i postmodernizmem. 

Co z kolei prowadzi nas do kolejnych dwóch pytań:
[Czy bohaterowie są wzorowani na prawdziwych osobach?]

Nie powiedziałabym, że są wzorowani – bohaterowie to po prostu są prawdziwe osoby. Informacja ta znajduje się zresztą w opisie wydawcy, a moja książka została zakwalifikowana jako literatura faktu. To nie jest powieść – to dziennik opisujący moje perypetie i moje przeżycia (również te wewnętrzne). 

[Czy powstanie kontynuacja powieści?]

Fabuła dziennika stanowi zamkniętą całość – zamkniętą, chociażby przez mój powrót z Pakistanu. Kontynuację losów moich i Księcia możecie w każdej chwili przeczytać na moim blogu, a także śledzić na instagramie (zabrzmiało, jakbyśmy byli parą celebrytów). Możemy się natomiast zastanawiać, czy moja kolejna wizyta w Pakistanie będzie stanowiła inspirację do napisania kolejnej książki z cyklu pakistańskich dzienników. Wydaje mi się, że nie. Oczywiście kolejną podróż do kraju męża postaram się Wam jakoś zrelacjonować, ale myślę, że nie będzie to książka. Nie sądzę, żeby ta forma sprawdziła się za drugim razem. Chociaż jeśli uznacie, że najbardziej Wam to odpowiada, to czemu nie…

Teraz trochę o samym procesie tworzenia…
[Ile ta książka była pisana?]

Samo pisanie – jeśli dobrze pamiętam – zajęło mi około pół roku (ale z przerwą, więc de facto mniej). Kolejny miesiąc zajęła mi własna korekta. Natomiast prace redakcyjno-korekcyjne z wydawnictwem Moc Media trwały mniej więcej od połowy sierpnia do końca października. 

[Co było dla Mai największym wyzwaniem pisarskim (i nie, zmaganie się z uwagami redakcji się nie liczy)? Co było najtrudniej opisać/napisać i dlaczego?] oraz [Który fragment pisało się najciężej?]

Odpowiem tak: pierwszą wersję książki pisało mi się w całości łatwo – nie miałam chwil niemocy twórczej, nie męczyłam się z żadnym fragmentem. Pierwszą część, weselną, napisałam jak w transie, niesamowicie szybko. Później nie miałam czasu na pisanie i trudno było mi do tego wrócić po ponad dwumiesięcznej przerwie, ale kiedy już się zmobilizowałam, druga część również poszła w miarę sprawnie, mimo że nie mogłam sobie pozwolić na tak długie seanse pisarskie i siłą rzeczy pisałam wolniej. 

Redakcja (nie, nie będę mówiła o zmaganiu się z uwagami redakcji! Zmierzam w innym kierunku!) uwidoczniła mi natomiast, że w mojej książce jest w sumie mało opisów. Skupiałam się na ogólnych odczuciach, nie wchodziłam w szczegóły. Na przykład, w całej książce prawie nie wspomniałam o pogodzie – dla mnie była to kwestia nieistotna. Albo szczegółowe opisy sal weselnych, dekoracji, aranżacji kwietnych – kompletnie ten temat zignorowałam. Absolutnie zgadzam się z wydawcą, że opisy są w takich książkach podwójnie ważne, nie tylko uspokajają akcję, ale przede wszystkim pozwalają faktycznie pokazać Czytelnikowi jak wygląda miejsce, do którego sam być może nigdy nie trafi i dlatego sięga po moją książkę. Po prostu pisząc, w ogóle o tym nie pomyślałam, a wyobraźcie sobie przypomnieć takie szczegóły po ponad trzech latach! Całe szczęście, mogłam wspomagać się zdjęciami. 

I kontrastowo:
[Jaki fragment książki pisało się najlepiej i jednocześnie jest tym ulubionym, napełniającym cie dobrocią sama w sobie?]

Jednocześnie? Ha. Nie ma tak łatwo. To będą dwa różne fragmenty… Najlepiej pisało mi się po prostu pierwszą część książki. Było to praktycznie od razu po powrocie, więc wszystkie emocje były świeże, wszystko wciąż kotłowało mi się w głowie i wprost błagało o to, żeby to przelać na ekran komputera, uporządkować, ogarnąć. Tak, nawet opis drzewa genealogicznych męża po prostu wyskoczył mi z głowy na klawiaturę, prawie bez mojego udziału.

Natomiast ulubiony fragment powstał już w tej drugiej fazie, spokojniejszego, powolniejszego pisania, bez amoku twórczego. Jest to rozdział opowiadający o naszej wycieczce do domu gościnnego Armii Pakistańskiej w Malam Jabba, na szczytach Hindukuszu. Za każdym razem, kiedy sama go czytam, przypominam sobie nie tyle samą podróż i towarzyszące jej emocje – czasem negatywne, ale przede wszystkim tę pierwszą noc w górach – nigdy wcześniej i nigdy później nie spałam tak dobrze i nie miałam tak pięknych snów. Ta noc była absolutnie magiczna, jestem pewna, że przenieśliśmy się wtedy do innego wymiaru i byliśmy jedynymi ludźmi na świecie. 

[Czy gniew, złość i tego typu emocje są dla ciebie większą inspiracją do tworzenia niż te dobre, pozytywne emocje?]

Nie zaobserwowałam u siebie takiej tendencji. Mam wrażenie, że zarówno negatywne jak i pozytywne emocje są wspaniałym paliwem dla pisarzy i wszelkiej maści artystów. Bez wątpienia pisanie jest dla mnie świetnym sposobem na rozładowanie tych negatywnych emocji, pozwala je usunąć z organizmu i pomaga się wyciszyć. Może nawet przynosi w jakimś stopniu satysfakcję. Ale równie chętnie przelewam na klawiaturę radość i zachwyt – po prostu w innym celu. Lubię dzielić się pięknem, szczególnie z bliskimi mi osobami. A “Pakistańskie wesele” początkowo powstawało właśnie z myślą o nich. 

Pytania pakistańskie

[Czy udałabyś się ponownie na wesele w Pakistanie ? Czy było coś co Cię zszokowało pozytywnie bądź negatywnie ?] oraz [Co w Pakistanie było dla ciebie największą niespodzianką a co największym szokiem?]

Ależ oczywiście, że bym się udała! Mało tego! Wprost nie mogę się doczekać, aż moja środkowa szwagierka wyjdzie za mąż i będę miała ku temu okazję! Teraz, jak już wiem z czym to się je, względnie nie je, czego mogę się spodziewać, na co uważać i w ogóle jak przeżyć, jestem zdecydowana wycisnąć z kolejnego wesela cały potencjał! Już mnie żadne przeziębienie nie powstrzyma! I nie dam się nabrać na żadne salony piękności i tapirowanie. I będę cholerną księżniczką, a nie egzotycznym klaunem. Amen.

Co do szokowania, negatywnego bądź nie – podczas tego wyjazdu bardzo szybko postanowiłam, że szokować nie będzie mnie nic, że będę chłonąć jak gąbka, czasami sceptycznie, czasami z ochotą, ale chłonąć i niczemu się nie dziwić. Wychodziło różnie, ale pewnych rzeczy faktycznie się nie spodziewałam.

Na przykład regularnych przerw w dostawie prądu. Niby Książę kiedyś mi o nich wspominał, szczególnie jak mieszkał w Pakistanie, ale chyba nie do końca docierało do mnie ich znaczenie. I uciążliwość! 

Delikatnie zaskoczyła mnie dokładna kontrola przy wjeździe do centrum handlowego, podobnie jak prześwietlanie jeszcze przed wejściem na lotnisko. I kolejki do McDonald’s. Zaskoczyło mnie, że pakistański znajomy mojego męża kojarzył Polskę, ponieważ był fanem zespołu Riverside, który sama w liceum i na studiach bardzo lubiłam, a podejrzewam, że niektórzy z Was o nim nawet nie słyszeli… Zaskoczyło mnie to, że w kawiarni przy stacji benzynowej, na kompletnym odludziu, młody chłopak robił kawę tak perfekcyjnie, jak doświadczony włoski barista. 

Pakistan potrafi być zaskakujący. Wydaje mi się, że bardziej pozytywnie, niż negatywnie, ale to na pewno kwestia subiektywna.

To skoro już o zaskoczeniach mowa…
[jakie są największe różnice między pakistańskim weselem a polskim]

Obejrzawszy kilka bollywoodzkich produkcji, miałam zgoła inne wyobrażenia dotyczące subkontynentalnych wesel. Muszę kiedyś wprosić się na wesele w Indiach – może będzie bliższe tym, które widziałam na filmach. Bo te pakistańskie to tak trochę… Nie będę Wam zdradzać – o głównych rozrywkach na pakistańskim weselu możecie przeczytać w książce.

Jeśli chodzi o pierwszoplanowe różnice, to na pewno należy do nich czas trwania. Tradycyjne pakistańskie wesele to przynajmniej trzy główne imprezy, często rozbite na dłuższy czas i przeplatane wydarzeniami dodatkowymi. Czasami ktoś wpada na pomysł, żeby wesele trwało na przykład dwa tygodnie, czyli niby tylko trzy dni z odpowiednimi przerwami pomiędzy, żeby się nie zmęczyć, ale rodzina zwykle na to nie pozwala i każdego dnia przerwy i tak jest urządzana jakaś mniejsza impreza. Może nie na kilkaset osób, ale na kilkadziesiąt – jak najbardziej. 

Zdziwiły mnie również godziny imprezy – chociaż tu akurat można upatrywać winy w prawie pendżabskim, które wtedy nakazywało kończyć wesela przed godziną 22.00. Zaskoczona byłam także kolejnością “atrakcji”. W Polsce goście są najpierw karmieni (być może w myśl zasady Polak głodny, Polak zły), w Pakistanie natomiast jedzenie podawane jest na sam koniec i natychmiast po ogołoceniu bufetu, szanowni goście rzucają się do wyjścia. 

Oczywiście nie ma gromkich okrzyków “gorzko, gorzko”, panowie młodzi z zakrytymi oczami nie macają obcych nóżek celem odnalezienia tej należącej do małżonki, nie ma typowych tańców w parach (ale mogą być choreografie!) Ale tego wszystkiego akurat można się domyślić.

[co według ciebie powinno przejść z tamtej kultury do naszej, jakie tradycje tamtych stron chciałbyś zobaczyć u nas lub może co chciałabym zobaczyć naszego u nich 🤗 a może nie tylko o wesele, tylko ogólnie też ludziach, czego mógłbyś się nauczyć od tamtej społeczności, a co oni od nas ]

Myślałam nad tym pytaniem dosyć długo i doszłam do następujących wniosków:

My zdecydowanie powinniśmy nauczyć się od Pakistańczyków szacunku do osób starszych. Wspominałam już o tym w wywiadzie dla Ofeminin, ale podkreślę jeszcze raz: traktowanie naszych seniorów jako ciężaru, jako osób zbędnych, kłopotliwych jest bardzo niefajne (staram się na blogu nie używać słów niecenzuralnych, więc nie określę tego tak dosadnie, jakbym miała ochotę). W Pakistanie, jak w wielu innych krajach muzułmańskich, osoby starsze są darzone ogromnym szacunkiem i miłością. Na uroczystościach rodzinnych są gośćmi honorowymi i nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby na święta pozbyć się babci z domu, umieszczając ją w szpitalu. To obrzydliwe!

Z kolei w Pakistanie brakuje mi miłośników zwierząt. Mało kto ma w domu zwierzęta, jeśli już, są to zwykle papugi. Psy są czasami trzymane w ogrodzie, do obrony domu, ale jest to bardzo rzadkie. Przez ostatnich 10 lat posiadanie zwierząt robi się powoli modne, jednak muszą to być zwierzęta drogie, rasowe i budzące zazdrość. Są traktowane raczej jako gadżet, niż żyjąca istota. 

Nie twierdzę absolutnie, że w Polsce wszyscy kochają zwierzątka i jest super – absolutnie nie! Ale mimo wszystko, u nas znajdzie się trochę więcej osób, które traktują psa, kota, czy innego chomika jak członka rodziny. 

[Na jak duży margines swobody w życiu codziennym może sobie pozwolić kobieta w pakistańskim małżeństwie? Na co mąż z pewnością jej nie zezwoli, a na co przymknie oko?]

W ogóle nie wiem, jak na to pytanie odpowiedzieć. Co to jest pakistańskie małżeństwo? Małżeństwo dwojga Pakistańczyków? Dwojga Pakistańczyków mieszkających w Pakistanie? Może wystarczy tylko jeden pakistański element w równaniu, żeby móc mówić o pakistańskim małżeństwie? Jeśli mówimy o związku dwojga Pakistańczyków – skąd miałabym znać odpowiedź na to pytanie? Te małżeństwa pakistańskie, szczególnie z mojego pokolenia, które poznałam, sprawiają wrażenie związków partnerskich. Jak jest naprawdę – nie wiem, nie mieszkam z nimi.

Wreszcie… Jeśli zapytam Was na jaki margines swobody w życiu codziennym może sobie pozwolić kobieta w polskim małżeństwie – co mi odpowiecie? Może… Że to zależy? Znam Polaków, którzy wymyślili sobie, że będą mówili swoim partnerkom, jaką długość spódnicy mają nosić. Albo, że zabronią im spotykać się z kolegami. 

Zakładam, że pytanie wynika z tego, że Pakistan jest jednak krajem muzułmańskim, a Zachód tkwi w przekonaniu, że każda jedna muzułmańska żona słucha poleceń swojego muzułmańskiego męża. Otóż nie. Mąż niekoniecznie ma co zezwalać. Inna sprawa – żyjąc w dosyć konserwatywnym społeczeństwie, kobieta raczej nie będzie miała ochoty występować w mini i spotykać się sam na sam z mężczyznami, z którymi nie jest spokrewniona, ponieważ nie będzie chciała później paradować ze szkarłatną literą A wyszytą na kurcie

Pytanie, które wygrało

[Od pewnego czasu kobiety w Pakistanie mają lepszy status społeczny niż ich babki. Jednak na porządku dziennym są częste gwałty jak i zabójstwa honorowe. Jak w tym dziwnym świecie odnajduje się kobieta, która nie jest rodowitą Pakistanką? Czy istenieje tam jakikolwiek kodeks moralny?]

Kiedy zobaczyłam to pytanie, w duchu pomyślałam: tylko nie to! Przecież odpowiedź zajmie mi z godzinę! 

Jak być może wiecie z książek (lub memów) kołczingowych, podświadomość nie rejestruje słowa nie. Właśnie to pytanie zostało wybrane. Ale jakimś cudem udało mi się odpowiedzieć na nie na lajwie. I postaram się to samo zrobić dzisiaj, dla tych, którzy lajwów nie lubią, lub z jakichkolwiek innych względów ich nie oglądają.

(Teraz proszę sobie wyobrazić, że zakładam moje profesorskie okulary i przyjmuję ton wykładowcy.)

Przede wszystkim należałoby się zastanowić nad wstępem do pytania, mianowicie nad stwierdzeniem, że od pewnego czasu kobiety w Pakistanie mają lepszy status społeczny niż ich babki. Czy aby na pewno? 

Tworzeniu Pakistanu towarzyszyła idea równości i tolerancji. Dla wszystkich ludzi, bez względu na wyznanie. Pakistan miał być krajem otwartym i wolnym od pokutujących w Indiach uprzedzeń. Tak naprawdę zmienił się na znacznie gorsze pod rządami (a konkretnie dykaturą) Muhammada Zia ul-Haq’a, którego polityka obejmowała radykalną islamizację Pakistanu. To on wprowadził między innymi kontrowersyjne prawo przeciwko bluźnierstwu. I zaryzykowałabym stwierdzenie, że to pod jego konserwatywnymi rządami zmienił się w Pakistanie stosunek do kobiet.

A mimo to, to właśnie kobieta – Benazir Bhutto (nota bene córka poprzedniego premiera i prezydenta Pakistanu, który otwarcie dążył do sekularyzacji państwa) stanęła na czele opozycji i w 1988 roku objęła funkcję premiera. Mówimy o Pakistanie lat 80tych – przypominam, że w 2016 roku, Hillary Clinton przegrała wyścig o fotel prezydencki głównie dlatego, że jest kobietą. Więc zastanówmy się, czy w przeszłości w Pakistanie kobiety rzeczywiście miały tak zły status społeczny. Według mnie – nie.

na porządku dziennym są częste gwałty jak i zabójstwa honorowe” – no to zacznijmy może od zabójstw honorowych. Znalazłam statystyki z 2017 roku, w Pakistanie zanotowano wtedy 460 przypadków zabójstw honorowych. Oczywiście liczba ta była prawdopodobnie wyższa, ale zestawmy to teraz z liczbą ofiar śmiertelnych przemocy w Polsce – między 400-500 rocznie. Populacja Pakistanu to ok. 212 milionów, Polski ponad pięciokrotnie mniej. 

Dlaczego to porównuję? Czy uważacie, że zabicie żony, męża, rodzeństwa, dziecka różni się w zależności od tego, jaki jest powód? Czy morderstwa honorowe różnią się czymś od morderstw powodowanych zazdrością, chciwością, zwykłą podłością? 

Poza tym, w Polsce, w kraju teoretycznie bogatszym, lepiej rozwiniętym, z bardziej wyedukowanym społeczeństwem, sytuacja powinna wyglądać zdecydowanie lepiej. A chwilami jest wręcz gorzej.

I tutaj dochodzimy do kwestii gwałtów. Mają one miejsce, jest to problem, ale jest to problem, który spotyka się ze społecznym oburzeniem. W żadnym wypadku nie jest bagatelizowany. Imran Khan (premier Pakistanu) optuje za wprowadzeniem kary śmierci dla gwałcicieli (rozważano nawet publiczne egzekucje, ku przestrodze), każdy przypadek zgłoszonego gwałtu jest nagłaśniany przez media, unika się wmawiania kobietom, że same są sobie winne. Przełożony, który złapie pracownicę za pośladki, traci pracę. Kobiety wychodzą na ulice, zwracają problem na kwestie braku równouprawnienia, na przypadki wykorzystywania seksualnego i… są wysłuchiwane. Ich głosy są brane pod uwagę. Chcecie porównać to z sytuacją w Polsce? 

Nie zrozumcie mnie źle – w żadnym wypadku nie twierdzę, że sytuacja kobiet w Pakistanie jest dobra. Nie jest. Szczególnie kobiet z niższych klas społecznych mają tam naprawdę źle. Ale społeczeństwo pakistańskie dąży do zmian. Już sam fakt, że Imran Khan został wybrany ministrem o tym świadczy – głosowano na niego również z uwagi na jego liberalny wizerunek, a że okazał się konserwatywny… Pakistańczycy nie mają za dużo szczęścia.

I jeszcze, kończąc już z profesorowaniem, chciałabym, żebyście pomyśleli, czy spychanie Pakistanu na margines, szufladkowanie go jako kraju, w którym miałby nie istnieć żaden kodeks moralny, naprawdę ma w jakikolwiek sposób pomóc tamtejszym kobietom? A właściwie nie tylko kobietom – problem zabójstw honorowych dotyczy też mężczyzn. Ostatnie, czego Pakistańczycy potrzebują, to powielanie krzywdzących stereotypów i więcej negatywnej prasy – w końcu nic tak nie motywuje do zmian, jak przekreślanie wszystkich wysiłków, prawda? 

Nie ignorujmy problemów tego kraju, ale nie kwestionujmy moralności całego społeczeństwa, które naprawdę nie jest zadowolone z sytuacji w Pakistanie. Nie chcę jechać po bandzie, ale jak się czujecie, kiedy ktoś mówi o “polskich obozach śmierci”? Nie twierdzę, że to to samo, jednak mechanizm jest podobny. 

A co do “odnajdywania się” – ja nie muszę. Jestem tam trochę gościem, trochę turystką. Inna sprawa, że wiele “rodowitych Pakistanek” też się tam nie odnajduje, a nie wszystkie, tak jak na przykład siostry mojego męża, mają wybór. I to jest prawdziwy problem – nie to, czy ja, Maja, będę się czuła w tym kraju komfortowo przez dwa tygodnie. 

Pytanie bonusowe

Żeby nie kończyć tak strasznie poważnie i ponuro, chciałabym tu jeszcze ustosunkować się do dodatkowego pytania, które padło już podczas trwania samego lajwa. 

Czy mężczyźni w Pakistanie wkrapiają sobie olejek do pępka?

… konsternacja… Przepraszam, ale czy co robią? To pytanie zaskoczyło mnie kompletnie, ponoć mężczyźni w Pakistanie faktycznie stosują dla tzw. zdrowotności olejek do pępka. W mojej głowie od razu pojawiło się bardzo wiele pytań. Czy mój mąż to robi? Jeśli nie, dlaczego, skoro Pakistańczycy to robią? A może robi? Czemu ja nic o tym nie wiem? Co on przede mną ukrywa? Czy teraz, jak jest sam, biega po mieszkaniu, śmiejąc się szaleńczo i zużywając wszystkie moje olejki do włosów na swój pępek? Ja to muszę wiedzieć!!!

Spytałam. Nie biega, nie zużywa, w ogóle nie zakrapia sobie pępka i nawet nie wie o co chodzi. Nie dawało mi to jednak spokoju, więc po nocach szukałam odpowiedzi w internecie. I ja się z Wami moim odkryciem podzielę.

Otóż rzeczywiście jest taki pomysł, żeby sobie zakraplać pępek, nie jest to domena stricte męska, panie też mogą. Wywodzi się owa praktyka z medycyny ajurwedyjskiej i opiera się na przekonaniu, że pępek jest w stanie zaabsorbować substancje czynne z olejków. Ponoć dlatego, że mieści się w nim gruczoł Pechoti (stąd nazywanie tej praktyki metodą Pechoti), którego istnienie nie zostało jednak potwierdzone. I tak na przykład, można sobie pępkiem wchłaniać substancje aktywne z oleju kokosowego, czy nawet CBD z konopi. Niestety, jak już wspomniałam, nie ma na to naukowych dowodów. Oczywiście nic złego z wcierania sobie olejków w pępek nie wyniknie, kto wie, może jest to nawet przyjemne…

W każdym razie, jako jedna z praktyk medycyny ajurwedyjskiej, metoda Pechoti jest stosowana od tysiącleci w Indiach. W Pakistanie niekoniecznie, ponieważ islam odradza kierowanie się przesądami i praktykami medycyny ludowej, nie znajdującymi poparcia w nauce. 

Bardzo dziękuję za to pytanie, ponieważ nauczyłam się czegoś nowego – może kiedyś będę miała okazję błysnąć na jakiejś imprezie, przeprowadzając wykład na temat gruczołu Pechoti. Brzmi mądrze. A czy zacznę wkrapiać olejki esencjonalne do pępka – nie wiem. Może. 

I tym już bardziej optymistycznym akcentem, kończymy! Muszę przyznać, że bardzo przyjemnie odpisywało mi się na Wasze pytania i może kiedyś to powtórzymy? Zbierzemy z dziesięć, kilkanaście pytań, a ja się powymądrzam? Co Wy na to?