Zanim przejdziemy dalej, krótkie podsumowanie:

Księcia poznałam na samym początku pierwszego roku studiów, jeszcze przed pierwszymi zajęciami. Po roku z kawałkiem dowiedziałam się jak ma na imię. Pod koniec drugiego roku akademickiego zostaliśmy parą – na całe dwa tygodnie. Potem wyjechałam do Chile i zamiast się rozstać, jak normalni, logicznie myślący ludzie, okazało się, że jesteśmy w związku na odległość. Odległość zniknęła na krótko podczas przerwy międzysemestralnej, a następnie znowu się rozrosła na kilka stref czasowych, kiedy pojechałam do Japonii. Przetrwaliśmy. Czekał nas czwarty rok, podczas którego mieliśmy szansę zweryfikować, czy w ogóle potrafimy być ze sobą przebywając w jednej strefie czasowej, jednym mieście, a nawet w jednym pokoju. I o tym będziecie mogli dzisiaj przeczytać. 

Powrót do przeszłości

W poprzednim odcinku uciekłam z Japonii i cofnęłam się o kilka godzin do tyłu, przynajmniej jeśli chodzi o strefy czasowe. Ledwo wróciłam do Polski i już w ramach prezentu urodzinowego leciałam do Cardiff. Gdyby na pierwszym roku ktoś mi powiedział, że będę chciała tam jechać w czasie wakacji – nie uwierzyłabym. Wniosek? Miłość i towarzyszące jej hormony naprawdę potrafią zrobić w mózgu niezły bałagan. Jak inaczej wytłumaczyć to, że leciałam w pełnym makijażu, w butach na wysokim obcasie i w mini sukience? Jak ostatnia kretynka… Ale przecież on miał na mnie czekać w Londynie. I czekał! 

Razem pojechaliśmy do Cardiff, gdzie wynajęliśmy na czas mojego pobytu pokój w akademiku, w którym się poznaliśmy. Romantycznie, prawda? Warto było czekać, było cudownie, hormony w mózgu wyprawiały balangę stulecia, a ja wprost nie mogłam się doczekać powrotu na studia… Koszmar.

Sytuacja mieszkaniowa

Niestety moja ukochana współlokatorka z drugiego roku, M., “ułożyła sobie życie” podczas mojej nieobecności. No dobra. Po prostu znalazła sobie inne mieszkanie i inną współlokatorkę. To oczywiście było do przewidzenia, ale oznaczało to, że mi pozostała opcja wynajęcia pokoju w akademiku dla “starszych studentów”. Książę tymczasem wynajmował pokój w mieszkaniu u pewnej pakistańskiej wiedźmy, która kilka razy zostawiała mu karteczki z informacją, że ma się natychmiast wynosić, bo ona nie życzy sobie, żeby u jej lokatorów (oprócz Księcia pokój wynajmował tam też jego kolega) bywały dziewczyny. Ponieważ nocowanie u mojego chłopaka wiązało się z ryzykiem przyłapania za każdym razem, kiedy szłam do toalety (chociaż bazując na tym, że wiedźma trochę niedowidziała, zaczęłam zakładać męskie jeansy i bluzy z kapturem i starać się chodzić jak facet – efekt był powalający), staraliśmy się mieszkać głównie u mnie. Teoretycznie obydwoje coś wynajmowaliśmy, ale noce spędzone osobno mogłabym chyba policzyć na palcach.

Wojna o wodę

Oczywiście wspólne mieszkanie to był ogromny test dla naszego związku. Żadne z nas nigdy wcześniej nie dzieliło z nikim pokoju. Posiadanie wspóllokatora wiązało się z pewnymi zaskakującymi niedogodnościami. Na przykład gwiazdki! Konkretnie Milky Way Stars – jak byłam mała były w Polsce dostępne, potem zniknęły (tak, wiem, że znowu są, ale w okresie moich studiów nie było!) a w Cardiff były! I kupowałam sobie te gwiazdki, nie zjadałam od razu, delektowałam się nimi. Aż zaczęły znikać! Zostawały po nich tylko walające się po podłodze puste opakowania. On mi je zeżerał!!! Moje gwiazdki!!! Zaczęłam je chować. Szukał. Znajdował. Zeżerał. To nie tak, że kochałam gwiazdki bardziej od niego, ale skoro chciał, mógł sobie kupić, prawda? On nie lubi. Zeżera bezrozumnie, bo jak w nocy gra na komputerze (moim!), to mu się chce coś podjeść, a u mnie są tylko te okropne gwiazdki. No przecież szlag może człowieka trafić!

Albo woda… Nie oceniajcie mnie, wtedy nie byłam uświadomiona, teraz jestem, ale w tamtym czasie nie tknęłabym wody z kranu – musiałam pić wodę w butelkach, najlepiej Evian. Jemu woda z kranu nie przeszkadzała, ale wypijał moją, bo była pod ręką. Kiedy w końcu wykrzyczałam, że z jakiej racji ja mam targać takie ciężary ze sklepu, może on by przytargał dla odmiany, poszedł do Tesco… z walizką. Zapakował całą walizkę butelkami wody i przytargał. Podobno pani w sklepie patrzyła na niego jak na wariata – nie było wtedy pogody kampingowej.

Londyn Victoria – miejsce wielu powitań i pożegnań

Imprezy

Posiadanie chłopaka oznaczało też, że będę chodzić na imprezy w parze. Dziwna sprawa – nigdy tego nie robiłam. Byliśmy razem na halloween (Książę zgodził się na makijaż wampira, nie, nie mam zdjęć), balu zimowym (kiedy Brytyjczycy piszą dress-to-impress i zapraszają na bal, NIE ZAKŁADAJCIE balowych sukni!), chodziliśmy też do klubów. Co może się wydawać dosyć dziwne, bo mój wtedy-jeszcze-nie-mąż nie tańczy, nigdy nie tańczył i chyba w przyszłości też nie zamierza tego zmienić. Ale nie musiał. Wystarczy, że był. Odkryłam uroki swobodnego szaleństwa na parkiecie. Podczas gdy ja tańczyłam za wszystkie czasy, bez żadnych ograniczeń, “mój mężczyzna” opierał się o bar/ścianę/filar i sącząc drinka lustrował otoczenie. Jeśli jakiś rozochocony romeo próbował się do moich szaleństw w sposób naganny przyłączyć, Książę posyłał mu mrożące krew w żyłach spojrzenie. Czasami nawet się fatygował, odrywał od baru/ściany/filaru i zawisał groźnie nad delikwentem. Ja tańczyłam dalej.

W ciemnościach

Co ważniejsze, miałam jednak kogoś, na kim mogłam polegać. Nie tylko w zakresie odpędzania innych zalotników. Kogoś, kto opiekował się mną w najcięższych momentach. Zrozumiałam to dosyć nietypowo. 

Książę nie miał własnych kluczy do akademika (teoretycznie nie wolno mu było nawet u mnie nocować, ani odwiedzać bez wpisywania się do księgi gości), a były one potrzebne, żeby w ogóle wejść na teren obiektu. Dlatego zawsze wysyłał mi sms’a, a ja schodziłam na dół go wpuścić. Raz kiedy dostałam takiego sms’a, poderwałam się zbyt gwałtownie z łóżka i zrobiło mi się słabo. Mimo to ruszyłam do windy, przekonana, że wszystko zaraz wróci do normy. Wręcz przeciwnie – w windzie całkowicie straciłam wzrok. Przeraziłam się umiarkowanie, coś podobnego zdarzyło mi się na chwilę w Japonii i przeszło. Stwierdziłam, że przecież i tak trafię do bramki, bo co to dla mnie. Okazało się, że to nie było takie proste. Mój błędnik oszalał, trafiłam do wyjścia z budynku, a następnie weszłam w krzaki. Obok mnie ktoś się pojawił, pytając czy wszystko w porządku, mówiąc, że jest z ochrony i mam się nie bać i co mi jest. Zdziwiona odparłam, że ja nic nie widzę. Słyszałam też jakby przez mgłę. Po chwili poczułam, że ktoś bierze mnie w ramiona. I ja chyba znam te ramiona, znam ten zapach. A potem ten głos:

– She’s okay, she just needs some coke. (Wszystko z nią w porządku, po prostu potrzebuje trochę koli/koki.)

Nawet w tamtej chwili doceniłam komizm sytuacji. Książę dosyć szybko został przeszkolony, że czasami spada mi cukier i wtedy należy napoić mnie coca colą, która dosyć szybko podnosi cukier we krwi. Ale nie chcę wiedzieć, co pomyślał sobie ochroniarz.

W tamtej chwli, przez to jak nagle bezpiecznie i pewnie poczułam się w ukochanych ramionach, uświadomiłam sobie, że ja mu ufam. Nie tylko jestem po prostu zakochana, ale też pierwszy raz w życiu naprawdę zaufałam jakiemuś chłopakowi. To nie było złe uczucie. 

To wszystko przez Niemca

Okazji do wykazania się miał jeszcze trochę i niektóre dosyć spektakularne. Zdarzyło się, że byłam chora. Tak konkretnie, chyba nawet antybiotyk brałam, albo jakieś inne mocne lekarstwo. Nie chodziłam na zajęcia, ale wydział japonistyki organizował bardzo interesujące seminarium. Po seminarium zwykle serwowano bardzo smaczny poczęstunek, a ja nie jadłam cały dzień. Poszłam. Tematem wykładu był faszyzm w Japonii, a wykładowcą młody (to znaczy bardzo stary, około trzydziestoletni) Niemiec. Sposób w jaki prowadził seminarium bardzo mnie irytował, nie będę się w to zagłębiać, ale uwierzcie mi proszę, że irytacja nie była bezpodstawna tudzież oparta tylko i wyłącznie na uprzedzeniach. W każdym razie zadałam mu konkretne pytanie, na które on nie potrafił odpowiedzieć. Kiedy skończyło się seminarium, podszedł do mnie i, ewidentnie ze mną flirtując, poprosił o numer, żebyśmy mogli umówić się na kawę i kontynuować naszą interesującą dyskusję. Wściekłam się.

A następnie się upiłam. Zabrakło opcji wegetariańskich (drugoroczni wszystko wymietli), zostały tylko czarne oliwki. Za to wina było dość. Godność zachowałam aż do wejścia do mojego pokoju w akademiku. Następnie padłam w przedsionku i wysłałam do Księcia przynajmniej dziesięć sms’ów – na przemian “przyjdź, uratuj mnie” i “nie przychodź, umieram”. Przyszedł. Pozbierał moje zwłoki, kazał zjeść frytki z octem i siedział przy mnie przez całą noc, kiedy częściowo w pijackim widzie a częściowo w gorączce, podobno co chwilę krzyczałam: “to wszystko przez tego Niemca”! 

Następnego dnia nie porzucił wstrętnej pijaczki, aczkolwiek naśmiewał się ze mnie jeszcze przez jakiś czas. To była miłość.

Przez długi czas to było moje ulubione z naszych wspólnych zdjęć. Dlatego je wstawiam, mimo że zdaję sobie sprawę, że nie byłam wtedy mistrzem fotoszopa 😀

Walentynki

Oczywiście to nie jest tak, że wszystko było ślicznie i idealnie. Kiedy wspomniałam, że teraz będę pisać o czwartym roku, Książę bardzo się ucieszył i stwierdził, że to był cudowny czas. Spojrzałam na niego jak na wariata i spytałam, czy oszalał. Przecież ciągle się kłóciliśmy! On nie pamięta… 

No tak. Różnica charakterów – on pamięta wszystko co dobre, ja wszystko co złe. Pamiętam wrzaski, pamiętam trzaskanie drzwiami, ucieczki po nocy do parku, obrażanie się. Walentynki, które przespałam, bo nie miałam motywacji, żeby cokolwiek robić. On niby miał plany, ale ja wszystko zepsułam. Nie miał planów. Wieczorem poszliśmy na jakąś beznadziejną kolację, tylko po to, żeby nie było, że nic nie zrobiliśmy. Od tamtej pory średnio lubię walentynki… 

Ale dzięki niemu zaczęłam trochę nad sobą panować. Starałam się nie wpadać w furię przed próbą rozmowy – nie zawsze wychodziło, ale czasami owszem. Co więcej, przestałam rzucać przedmiotami – to był duży sukces. I tylko i wyłącznie jego zasługa – wpadł na to, żeby podawać mi wtedy puste plastikowe butelki. Próbowaliście kiedyś rzucić pustą plastikową butelką? Satysfakcja zerowa, szkoda energii na zamach. 

On też już coraz mniej przypominał tego rozpuszczonego potwora, którego poznałam na pierwszym roku. Zrobił się odrobinę bardziej ogarnięty i odpowiedzialny. Docieraliśmy się. Czasami iskrzyło, ale z każdym dniem było coraz lepiej. Wpadaliśmy w koleiny, czasami nawet wjeżdżaliśmy do rowu, ale potem wspólnymi siłami wypychaliśmy samochód z powrotem na drogę. 

Prace licencjackie

O dziwo nie pozabijaliśmy się nawet pisząc prace licencjackie, a pisaliśmy je przez większość czasu w jednym pomieszczeniu – mnie do snu kołysały wtedy dźwięki DOTA (Defence of the Ancients, gra od której mój mąż jest do teraz uzależniony i w którą grał wtedy bardzo często, żeby się zrelaksować), on z kolei budził się w środku nocy, żeby zastać mnie przy oglądaniu anime:

– Co robisz?
– Research.
– Oglądając anime?
– Tak, dokładnie tak!

Co nawet było prawdą, ponieważ moja dyzertacja z japonistyki nosiła tytuł “Symbolika kotów w Japonii” i jeden z rozdziałów traktował o sposobach przedstawiania kotów w japońskiej animacji. Okazało się wtedy, że nie widziałam bardzo wielu kultowych pozycji, a przecież musiałam wiedzieć o czym piszę, prawda? Swoją drogą jestem chyba jedną z bardzo nielicznych osób, dla których pisanie pracy licencjackiej było czystą przyjemnością. Przy okazji dostałam za nią bardzo wysoką ocenę.

Co dziwniejsze, obojgu udało nam się też zdać wszystkie egzaminy w obydwu sesjach w pierwszym terminie. 

Rollercoastery – początek

Okazji do świętowania trochę było. Do tego byliśmy parą już od roku – z tej okazji postanowiliśmy pojechać do Londynu i odwiedzić mój wymarzony Thorpe Park – wtedy najsłynniejszy park rozrywki w Wielkiej Brytanii.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że mój chłopak nigdy w życiu nie był na rollercoasterach! To straszne – a co jeśli mu się nie spodoba…? Czy będziemy musieli się rozstać? Postawiłam na terapię wstrząsową i w pierwszej kolejności zaciągnęłam go na spadek swobodny – przeżył. Po takim wstępie rollercoastery nie były mu już straszne. 

Ja z kolei z zachwytem przekonałam się, że gigantyczna konstrukcja, którą początkowo wzięłam za element dekoracyjny, była najszybszym w Wielkiej Brytanii rollercoasterem – Stealth (oczywiście teraz po amerykańskiej Kingda Ka Stealth nie robi na mnie specjalnego wrażenia, ale wtedy oszalałam na jego punkcie). Przejechaliśmy się nim pięć razy pod rząd. Wydaje mi się, że to był najszczęśliwszy dzień całego mojego pobytu w Cardiff – nie tylko na czwartym roku. A świadomość, że Książę pokochał wesołe miasteczka prawie równie mocno jak ja, była bezcenna. Zyskałam kompana, który był gotowy wsiąść ze mną pięć razy pod rząd do wagonika rozpędzającego się do osiemdziesięciu mil na godzinę w dwie sekundy. 

Następnego dnia wróciliśmy do parku na kolejną dawkę emocji a wieczorem wałęsaliśmy się po Londynie. W Chinatown znaleźliśmy budki z purikurą – wreszcie zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcia. 

Graduation

Czwarty rok upłynął zbyt szybko. Zbyt szybko wracałam do Polski, wiedząc jednak, że zaraz znowu przyjadę do Cardiff odebrać dyplom. Było uroczyście, było wzruszająco, miałam wypożyczoną szatę (z biało-czerwonym kołnierzem) i biret, który później ze znajomymi z roku podrzucałam do setek zdjęć. 

Było też pierwsze podejście do pożegnania, chociaż był jeszcze cień szansy, że oboje zostaniemy w Wielkiej Brytanii. Ja planowałam dalsze studia, Książę dostał atrakcyjną ofertę pracy. Jeszcze nie mówiliśmy “żegnaj, do zobaczenia może nigdy”, a na pewno nie myśleliśmy o zerwaniu.

Cardiff, rozdanie dyplomów

Pożegnanie

Po jakimś czasie leciałam znowu do Wielkiej Brytanii – papiery na studia magisterskie składałam między innymi do Cardiff, gdzie zaproszono mnie na rozmowę. Miałam zatrzymać się na kilka dni u przyjaciółki w Londynie. Książę w tym czasie spędzał lato nad Tamizą z rodziną swojego wujka, która zawsze o tej porze roku przeprowadza się do angielskiej stolicy. Dzięki temu mieliśmy szansę spędzić jeszcze chociaż kilka dni razem. Kilka bezcennych dni – okazało się, że Książę ze względów rodzinnych musi wracać do Pakistanu. Nie wiedział na jak długo, ani kiedy po raz kolejny się zobaczymy. I czy w ogóle.

Oczywiście, rozsądni, logicznie myślący ludzie… No tak. Ale my ewidentnie nie byliśmy rozsądni i specjalnie nie myśleliśmy, że o logicznym myśleniu nie wspomnę. Nie zerwaliśmy. Obiecaliśmy dać sobie szansę. 

Pamiętam nasze pożegnanie. Po prostu, na ulicy Londynu (zapamiętałam, że świeciło wtedy słońce) objęliśmy się po raz ostatni i poszliśmy w przeciwne strony. Zatrzymaliśmy się, odwróciliśmy, wróciliśmy do siebie, znowu się objęliśmy i tak dwa razy. W końcu udało nam się odejść. Bez odwracania się. 

Książę wspomina, że czuł się wtedy jak bohater anime, łzy leciały mu z oczu, brakowało tylko wirujących w okół płatków wiśni. Ja nie pamiętam z pierwszych godzin po pożegnaniu nic. Nie pamiętam czy płakałam, nie kojarzę jak dotarłam do domu przyjaciółki. Odzyskałam kontakt z rzeczywistością, kiedy A. tłumaczyła swojemu chłopakowi tekst piosenki Boysów na hiszpański.

After

Dostałam się na elitarne studia organizowane przez European American University Consortium (EAUC), które umożliwiały mi studiowanie każdego semestru na innym uniwersytecie będącym częścią konsorcjum. Po wakacjach miałam przyjechać na jeden semestr do Bath, kolejny spędzić w Pradze, a trzeci w Madrycie. Później miałam zadecydować, dla którego uniwersytetu chciałabym pisać pracę magisterską. Przez cały ten czas z Księciem nie widziałam się ani razu – spotkaliśmy się dopiero półtora roku po naszym londyńskim pożegnaniu, po tym jak złożyłam pracę magisterską.  

Jak myślicie? Wytrzymalibyście tyle nie widząc ukochanej osoby? Dajcie znać w komentarzach (mój Tata martwi się, że mam coraz mniej komentarzy na blogu! Zróbcie coś z tym, proszę!)

Anegdota bonusowa

W normalnych okolicznościach pojawiłby się tu mały przewodnik subiektywny, albo poradnik – ale powinien on dotyczyć Londynu. I to jest problem – w Londynie byłam całe mnóstwo razy, często w bardzo pięknych miejscach, za każdym razem ogromnie mi się podobało i… kompletnie nie potrafiłabym nikogo po tym mieście oprowadzić. Ale znam osoby, które mogłyby to zrobić, więc obserwujcie moje stories na instagramie, bo na pewno będę polecać!

Zamiast przewodnika, krótka opowieść z cyklu tych o pechu samolotowym.

Pewnego razu, kiedy wracałam z Cardiff – prawdopodobnie wtedy, kiedy pojechałam latem do Księcia, zaraz po powrocie z Japonii, miałam poranny lot do Gdańska z Londynu. Z uwagi na bardzo słabe połączenia w nocy, pojechaliśmy z Księciem do Londynu dzień wcześniej. Samolot miałam jakoś ok. 7.00, na lotnisku byliśmy w okolicach 1.00, czy 2.00.

W charakterze zombie doczekaliśmy do godziny odprawy, następnie się pożegnaliśmy, a ja udałam się do kontroli bezpieczeństwa. Potem usiadłam pod gejtem z książką i tak doczekałam boardingu. Zawsze staram się wchodzić jako jedna z ostatnich, żeby uniknąć stania w bezsensownej kolejce i ścisku. Tak też zrobiłam i tym razem. Błąd.

Okazało się, że zgubiłam dowód. Konkretnie wypadł mi z kieszeni kurtki podczas prześwietlania. Pani przy gejcie zadzwoniła od razu do kontroli, tam stwierdzili, że owszem, dowód znaleźli, ale po co to ogłaszać. Pani radośnie powiedziała, że mogę iść odebrać dowód, ale samolot już na mnie nie zaczeka. Najgłupiej stracony lot i pieniądze w moim życiu. Cud, że rodzice mnie nie zabili. 

Książę jeszcze nie wsiadł do autobusu do Cardiff, więc czas do wieczornego lotu spędziliśmy w kinie – teoretycznie oglądając jakiś głupi film, praktycznie śpiąc. Mam nadzieję, że lubicie takie historie o pechu lotniczym jeszcze trochę tu uświadczycie (kolejnej już prawdopodobnie za tydzień, chyba że zmieni mi się koncepcja). A jeśli chcecie się jakąś podzielić, to bardzo proszę! Po pierwsze, żebym nie czuła, że tylko ja i mój mąż mamy pecha, a po drugie… już pisałam. Tata. Komentarze. Martwi się.