Jest taki piękny wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej:

Nie widziałam Cię już od miesiąca. 
I nic. Jestem może bledsza,
trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca.
Lecz widać można żyć bez powietrza.

I rzeczywiście, o ile wcześniejsze rozstania z Księciem – te na czas określony, znosiłam całkiem dobrze, po jego wyjeździe do Pakistanu rozsypałam się na kawałki. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek byłam aż tak nieszczęśliwa – nawet w gimnazjum, które wspominam jako największy koszmar okresu dorastania, było mi lepiej. Rzeczywiście, można żyć bez powietrza. Tylko to trochę niezdrowe.

Studia 2.0.

Wspominałam ostatnio, że po odebraniu dyplomu w Cardiff, planowałam kontynuować studia w Wielkiej Brytanii. Decyzję o wyborze kierunku i uniwersytetu podjęłam w sumie w ostatniej chwili. Długo po złożeniu papierów na inne uczelnie, przypomniałam sobie o programie realizowanym przez Uniwersytet w Bath. Coś w stylu europeistyki, pozwalające na dużą dowolność w doborze przedmiotów i specjalizacji oraz umożliwiające studiowanie na różnych uczelniach w zależności od wybranych modułów. Do tego Bath – jedno z najpiękniejszych angielskich miast (miasteczek) – zachwycało mnie za każdym razem, kiedy je odwiedzałam. 

Sęk w tym, że program uchodził za prestiżowy a kryteria przyjmowania trochę odbiegały od tego, co znalazło się na moim walijskim dyplomie. Postanowiłam spróbować i kiedy ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu zostałam przyjęta, bez wahania przyjęłam ofertę. Co z tego, że nigdy nie interesowałam się polityką. Na pierwszym roku licencjatu wolałam studiować trzeci język obcy niż wstęp do integracji europejskiej i nie wiedziałam nawet kto jest polskim Ministrem Spraw Zagranicznych. W końcu studia są od tego, żeby się na nich uczyć nowych rzeczy. A udział w tym programie miał mi w teorii otworzyć więcej drzwi niż tytuł magistra translatoryki.

Zakwaterowanie

Podejmowanie decyzji o studiach last minute wiąże się z pewnymi niedogodnościami. Mieszkaniowymi na przykład. Miejsca w akademikach są już zajęte przez tych bardziej zdecydowanych i rozgarniętych a wynajęcie mieszkania na jeden semestr jest wręcz niemożliwe. Przy okazji prawie padłam ofiarą oszustów internetowych! Znalazłam idealne malutkie mieszkanko, w centrum miasta, za bardzo rozsądne pieniądze i z opcją wynajęcia na jeden semestr. Pozostało je szybko zaklepać i przekonać wynajmujących, że jestem odpowiedzialna i doskonale się tym mieszkaniem zajmę. Zbyt piękne, żeby było prawdziwe? Zgadza się. Wynajmujący chcieli gwarancji, że podołam finansowo, oczywiście nie miałam im nic wpłacać, wystarczyło, że zrobię przelew przez Western Union do kogokolwiek (do moich rodziców na przykład) i pokażę im kopię – dzięki temu będą wiedzieli, że mam takie pieniądze. 

Całe szczęście, że jestem czarnowidzem i stwierdziłam, że to wszystko zbyt proste, zbyt piękne i w ogóle nie może być w życiu tak łatwo! Okazało się, że miałam rację. Zaczęłam szperać w internecie, takie mieszkanie oczywiście nie istniało a przekręt z przejmowaniem przekazów Western Union był dość dobrze znany. Uniknęłam pułapki, ale nadal pozostawałam bezdomna. Mosty w Bath są bardzo urodziwe, ale przecież nie na tyle, żeby pod nimi mieszkać!

Jeśli dobrze pamiętam, napisałam dość rozpaczliwy email do uniwersytetu, błagając ich o pomoc w znalezieniu jakiegokolwiek zakwaterowania. Udało się. Po jakimś czasie spędzonym na mentalnym odpowiedniku obgryzania paznokci, czyli wyobrażania sobie wszystkich najgorszych scenariuszy i obliczania ile kosztowałoby wynajęcie na cały semestr pokoju w hotelu (Bath jest jednym z najdroższych miast w Anglii), dostałam wiadomość. I przydział w akademiku – najbardziej obskurnym jaki mogłam sobie wyobrazić, do tego z dzieloną łazienką. Byłam jednocześnie bardzo wdzięczna i bardzo załamana. Jednak semestr to tak naprawdę tylko trzy miesiące – tyle mogłam wytrzymać a potem miałam już studiować w Pradze.

Okazało się, że wcale nie było tak źle. Pokój był przeokropny, dzielenie łazienki z kimś po raz pierwszy od 14 roku życia stanowiło sporą niedogodność, ale za to trafiłam na nieziemsko fajne współlokatorki – dwie Chinki i jedną Argentynkę. Była jeszcze jedna współlokatorka, która wprowadziła się później i praktycznie jej nie widywałyśmy. Jedna z Chinek wyszeptała mi kiedyś konspiracyjnie, że owa tajemnicza współlokatorka to BBC. Trochę zgłupiałam, zabrzmiało to jakby dziewczyna była całą stacją telewizyjną a do tego miała trąd, ale po chwili S. zauważyła brak płaszczyzny porozumienia i wytłumaczyła, że chodzi o British-born-Chinese (Brytyjkę chińskiego pochodzenia). 

Kiedy twoje współlokatorki naprawdę potrafią gotować

Droga na uniwersytet

Krótko po moim przyjeździe przyszedł czas na zarejestrowanie się na uniwersytecie. Akademik był całkiem niedaleko od centrum miasta. Według map Google na nowoczesny kampus, wzniesiony poza obszarem historycznych zabudowań Bath, miałam 30 minut spacerem, więc tak akurat. Szczególnie rano pozwalało to rozbudzić się przed pierwszymi zajęciami. 

Głęboko wierzę, że pierwsze wrażenie jest bardzo istotne, dlatego odpowiednio się wypindrzyłam, założyłam nawet buty na obcasach i ruszyłam w stronę kampusu. Najpierw musiałam podejść pod dosyć stromą górę, zaczęłam więc już lekko przeklinać pomysł założenia obcasów, ale stwierdziłam, że i tak nie ma dramatu – gorzej będzie z powrotem. Po podejściu na szczyt, okazało się, że droga zakręca i dalej, równie stromo wspina się w górę. Tak naprawdę aż do kampusu droga konsekwentnie odmawiała spłaszczenia się a ja, gdzieś tak w połowie podejścia, musiałam przystanąć i odpocząć. Zdecydowanie nie byłam na to przygotowana. Z przerażeniem pomyślałam, że taki trening czeka mnie codziennie! Na kampus dotarłam poczuchrana, spocona, przeklinająca swoją próżność i tego idiotę, co wymyślił obcasy. Nawet jeśli to faktycznie był Leonardo da Vinci! Zgodnie z przewidywaniami, powrót do akademika był jeszcze gorszą torturą, a każdy krok to była walka o życie.

Warunki zimowe

Po jakimś czasie odkryłam skrót, który pozwalał mi zaoszczędzić ponad pięć minut, kosztem pokonania kilkumetrowej uliczki, której stromość przeczyła prawom fizyki. Wiąże się z tym pewna uroczo-kompromitująca historia. Otóż sytuacja skomplikowała się znacznie, kiedy spadł śnieg a podejście pod kampus się oblodziło. Jak to zwykle w takich okolicznościach w Wielkiej Brytanii bywa, komunikacja miejska odmówiła, przynajmniej częściowo, współpracy, a “stok” pod kampusem zaroił się od studentów, którzy wyglądali, jakby wchodzili pod prąd po ruchomych schodach. Kilka desperacko wywalczonych kroków w górę i subtelny ślizg w dół. W takich warunkach postanowiłam skorzystać z “mojego” skrótu. Oczywiście nie było takiej opcji, przyczepność zerowa, ale byłam dość zdeterminowana, nikogo w pobliżu nie było, lodowisko było pokryte dziewiczym puchem, więc… przeszłam te kilka metrów na czworaka. Serio. I to się drodzy Czytelnicy nazywa głód wiedzy! Gdybym miała jabłuszko, to wracałabym na pewno zjeżdżając na tyłku. Niestety, nie miałam. Pozostało mi schodzenie środkiem jezdni i modlenie się do celtyckich bogów o to, żeby nic akurat nie jechało.

Studia

No dobrze. Nie pojechałam do Bath w celu wstąpienia do klubu wspinaczki wysokogórskiej, tylko poszerzać horyzonty intelektualne. I rzeczywiście – trafiłam w środowisko ludzi z całego świata, w bardzo różnym wieku i, w niektórych przypadkach, z bardzo bogatym doświadczeniem. Patrząc na nich faktycznie można było uwierzyć, że program jest prestiżowy. W przeciwnym wypadku, po co osoby pracujące już dla rządów swoich państw, miałyby brać w nim udział… Oznaczało to również, że praktycznie wszyscy oprócz mnie mieli nie tylko jakieś tam pojęcie o polityce, relacjach międzynarodowych, strukturach unijnych, funduszach i tym podobnych, szalenie fascynujących tematach – oni tym żyli! 

Pierwszy semestr wszyscy obowiązkowo spędzaliśmy w Bath wybierając przedmioty z modułu podstawowego. Oferta była całkiem interesująca, udało mi się zapisać między innymi na wykłady z międzynarodowego terroryzmu (bycie dziewczyną Pakistańczyka zobowiązuje), dla równowagi bezpieczeństwo narodowe i politykę pamięci (bycie Polką również zobowiązuje). Było ciężko. Pokutowały lata kompletnego olewania tematów mało mnie interesujących. Większość ludzi stara się chociaż przeczytać jakieś skrótowe wiadomości, choćby po to, żeby nie wyjść w dyskusji na totalnego głąba, mnie natomiast moja selektywna ignorancja nigdy nie przeszkadzała. Teraz przyszło mi zapłacić za to wysoką cenę. Gdyby tylko wykładowcy wiedzieli jak bardzo nie miałam pojęcia o co chodzi, nigdy nie zdałabym tego pierwszego semestru. Całe szczęście przez całe liceum nauczyłam się jednej, bardzo użytecznej rzeczy – udawania, że wiem o czym mówię. Na studiach podyplomowych nie działało to już aż tak dobrze, ale wciąż wystarczająco, żebym jakoś się przez ten semestr przeczołgała. 

Zdjęcie już z ostatniej wizyty w Bath, kiedy przyjechałam po dyplom.

Po zajęciach

Czas po zajęciach, kiedy już udawało mi się sturlać z mojej angielskiej Czomolungmy, spędzałam głównie w akademiku, starając się wymyślić coś mądrego na prezentacje, eseje i prace zaliczeniowe. W przerwach wciągałam po kolei wszystkie sezony Seksu w Wielkim Mieście (pierwszy raz w życiu oglądałam ten serial właśnie w Bath) i czekałam na nowe odcinki Gossip Girl. Jedna z moich chińskich współlokatorek, ochrzczona przez Argentynkę mianem “loca” (naprawdę nie była normalna…), polowała wtedy na mnie zawzięcie, chcąc omówić każdą scenę po kolei. Jeśli polowanie nie przynosiło rezultatów, atakowała, kiedy szłam akurat siusiu i pod drzwiami od toalety deklarowała swoją miłość do Nate’a.

Mnie Nate nie interesował. Nawet Chuck bywał mi chwilami obojętny. Ja tęskniłam. Kiedy tylko mogłam, rozmawiałam z Księciem na Skypie (kto by pomyślał, że stanę się fanką videorozmów). Zaraz po przyjeździe do Pakistanu zamieszkał ze swoimi kolegami w Islamabadzie. Pierwsza praca, którą dostał była koszmarna – nie do końca związana z jego zawodem, nudna. Dopiero potem udało mu się ją zmienić na lepszą, a jakiś czas później przeprowadził się do Lahauru (skąd pochodzi rodzina jego mamy) i dostał pracę marzeń. Ale wtedy był prawie równie zdołowany jak ja. Rozstanie ewidentnie nie wychodziło nam na dobre i nie zapowiadało się na to, żeby w naszym wypadku zadziałała maksyma “co z oczu to z serca”.

Otchłanie

Nie wiem czy to z tęsknoty za Księciem, stresu związanego ze studiami, zbyt częstego porannego cardio, czy po prostu źle zdiagnozowanych już istniejących problemów – stan mojego zdrowia pogorszył się diametralnie. W pewnym momencie ledwo funkcjonowałam z bólu, a w ciągu następnych kilku miesięcy utyłam dziesięć kilogramów – do względnej normy powróciłam dopiero po powrocie z drugiego semestru, tego w Pradze. Zanim to się stało, wpadłam w spiralę rozdrażnienia, rozdygotania emocjonalnego a wręcz nienawiści do samej siebie. Nie radziłam sobie z tym, że nagle jestem jedną z najgorszych osób na roku, nie akceptowałam tego jak wyglądam i nie bardzo miałam pomysł na to, co dalej z tym zrobić. Co gorsza, ten stan trwał prawie rok.

Zakładam, że takie uzewnętrznianie się z mojej strony może się wydawać Wam trochę dziwne. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że sporo osób zarzuciło mi, że przedstawiam wyidealizowaną wersję rzeczywistości. Niech to będzie dowód na to, że bynajmniej tak nie jest. Poza tym, patrzę na to z perspektywy czasu, więc łatwo mi podejść do tego z odpowiednim dystansem. Bardziej opisuję coś, co dotyczyło innej osoby, niż się uzewnętrzniam. Chociaż przyznam szczerze, że kiedy oglądałam zdjęcia z tamtego czasu, próbując sobie jak najwięcej przypomnieć, część tych emocji wróciła. Było mi trochę przykro i chyba byłam na siebie częściowo zła, że nie radziłam sobie z tym jakoś lepiej. Może gdybym wiedziała, że jednak czeka mnie happy end, łatwiej byłoby mi to wszystko znieść. W każdym razie – chciałabym, żeby ten wpis dobitnie podkreślił, że związki na odległość, zwłaszcza takie, które mogą się nie udać z wielu niezależnych od nas przyczyn, NIE SĄ ŁATWE. I nie są obojętne dla zdrowia. Warto mieć to na uwadze.

Koniec biadolenia (w tym poście)

Sponsorem dzisiejszych efektów humorystycznych jest śnieg. To białe paskudztwo co roku zaskakuje Brytyjczyków bardziej niż polskich drogowców, co wydaje się niemożliwe. A jednak. Wydawałoby się, że od lat zmagamy się z globalnym ociepleniem, co oznacza, że śnieg zaczął padać w miejscach, gdzie wcześniej widziano go co najwyżej w telewizji, więc nawet mieszkańcy południowej części Zjednoczonego Królestwa mieli już czas, żeby wypracować jakiś rodzaj strategii na okoliczność zimy. Nie wiem jak jest teraz, ale przez 5 lat, podczas których bywałam na wyspach zimą, nie odnotowałam żadnego postępu.

I tak, kiedy semestr zimowy dobiegał końca, zbliżały się Święta Bożego Narodzenia (po których nie planowałam już wracać do Bath), na wystawie Ted’a Baker’a pojawił się Święty Mikołaj w pozie Marylin Monroe, bezskutecznie próbujący zasłonić rozwianą szatą seksowne czarne podwiązki, a ja pakowałam swój skromny dobytek i szykowałam się do powrotu do Polski – spadł śnieg. 

Otchłanie. Ale jest też łabądek.

I bardzo dobrze. Bez względu na samopoczucie, wypada przyznać, że śnieg w Bath to coś absolutnie przepięknego. Miasteczko zamienia się wtedy w bajkową krainę i niczym wystrojona na bal kapryśna arystokratka żąda skupienia na sobie całej uwagi.

Ale też źle…

Nie pamiętam, czy wtedy nie było lotów z Brystolu do Gdańska, czy też zdecydowałam się na lot z Londynu z innego powodu. W każdym razie musiałam się dostać do Londynu. Teoretycznie nic trudnego, jakoś tak wypadało, że najlepszą opcją było połączenie Bath – Heathrow – Luton (czy też inne lotnisko, z którego akurat leciałam). Autobus, który miał jechać z Bath nie dojechał na czas, więc wyruszaliśmy ze sporym opóźnieniem, które udało nam się jeszcze pogłębić. Powiedziałabym, że spóźniłam się na autobus z Heathrow do (umownego) Luton, gdyby autobus w ogóle odjechał – zamiast tego został anulowany. Lotnisko Heathrow wyglądało jak obóz uchodźców – wiele lotów zostało wtedy odwołanych ze względu na pogodę. Zadzwoniłam zaryczana do Rodziców. To był chyba 22 grudnia, jeśli nie wsiadłabym do tego samolotu, nie dotarłabym do domu na Święta. Rodzice kazali się uspokoić. Mądrze. Zapewnili, że jak będzie trzeba, wsiądą w samochód, przejadą przez Europę, przepłyną promem i przywiozą mnie do domu. Nie wiem, czy kiedyś już to jasno na blogu napisałam, nawet jeśli, powtórzę – mam najlepszych Rodziców pod słońcem. Uspokoić się nie uspokoiłam, bez przesady, ale zaczęłam myśleć…

Śnieżno-lotniskowej przygody ciąg dalszy

Miałam chyba godzinę do zakończenia boardingu, na taksówkę nie było szans. Ktoś powiedział, że jedyna opcja to dojechać metrem do centrum Londynu a stamtąd pociągiem, czy autobusem (już nie pamiętam) na docelowe lotnisko. Nie było szans, żebym zdążyła, ale postanowiłam spróbować (oczywiście wpadłam również w panikę, ale na szczęście jestem kobietą i potrafię robić wiele rzeczy na raz). Na wszelki wypadek zadzwoniłam do mieszkającej w Londynie koleżanki z liceum, pytając, czy w razie czego pozwoli mi u siebie przenocować. Pozwoliłaby, gdyby nie była akurat na tym lotnisku, na które ja się próbowałam dostać, czekając na ten samolot, którym chciałam polecieć. Dowiedziałam się dzięki temu, że samolot jest znacznie opóźniony, więc jak najbardziej mam jechać, jest duża szansa, że zdążę. Nie wykluczam, że rzuciłam do telefonu coś w stylu “czekajcie na mnie! W razie czego zatrzymaj pilota”, a następnie z nową energią i jakby tak szybciej siedziałam jadąc pociągiem.

Stał się cud. Kiedy dotarłam na lotnisko, boarding jeszcze nawet się nie zaczął. Ponieważ jednak odprawa bagażowa już się skończyła, jakieś dwie godziny wcześniej, wyglądało na to, że lecieć mogę, ale bez walizki. Walizki już nie przyjmą. A tak się składa, że w walizce mieszkało moje wieloletnie marzenie. Szpilki Louboutin model Mary Jane. I całe mnóstwo innych rzeczy, nawet kilka prezentów świątecznych. Do tej pory nie wiem, gdzie Akademia zgubiła moją statuetkę, ale za to, co odstawiłam wtedy na lotnisku, należą mi się Oskary przynajmniej w dwóch kategoriach: za główną rolę kobiecą i za efekty specjalne. Walizkę przyjęli. Przeszłam przez security i wpadłam prosto na mały zlot trójkowiczek (absolwentek III LO w Gdyni). 

W kupie raźniej

Okazało się, że oprócz mojej koleżanki, prześlicznej wiolonczelistki Magdaleny, opóźnionym samolotem miało lecieć jeszcze kilka dziewczyn z naszej szkoły. Krótko po moim cudownym dotarciu pod gejt rozpoczął się boarding. W końcu czekali tylko na mnie, prawda? Wesołą grupką wsiadłyśmy do samolotu, okazało się, że na moją walizkę podręczną miejsca już nie ma, na czas startu zamieszkała w… toalecie. Trudno. Ważne, że byłam w samolocie!

W samolocie siedziałyśmy jakieś dwie godziny, nic nie startowało, nikt nic nie mówił. W pewnym momencie, mimo że to były tanie linie lotnicze, załoga rozdała pasażerom wodę. To nie mógł być dobry znak. I nie był. Samolot teoretycznie mógł już wystarować, ale załodze, w tym pilotowi, skończył się regulaminowy czas pracy. Wyjątkowo siedziałam cicho i nie zaproponowałam, że może ja pokieruję. Pasażerowie, w większości, jak to na angielsko-polskich lotach bywa, już lekko podpici, nie byli w nastroju do żartów. Wszyscy, łącznie z moją zakwaterowaną w toalecie walizeczką, zostaliśmy poproszeni o opuszczenie samolotu, który, chociaż nikt nam tego tak do końca oficjalnie nie potwierdził, miał wystartować następnego dnia rano.

Zbudowałyśmy sobie małe obozowisko i korzystając z tego, że mój nowy netbook miał baterię, która trzymała 10 godzin, jedna z koleżanek dysk zewnętrzny z nagranymi serialami, a jeszcze inna fikuśny przenośny głośniczek, zrobiłyśmy sobie małe kino semiplenerowe. W pewnym momencie obejrzałam się za siebie i zobaczyłam, że za nami usadziły się dwa kolejne rzędy obcych ludzi. Mogłyśmy kasować za bilety, ale to nie byłoby chyba do końca legalne.

Elegantki

Po kilku godzinach dostałyśmy bony na zakup jedzenia – nie było tego zbyt dużo, ale wszystkie bony razem pozwoliły nam na zakup śniadania prawdziwych elegantek – szampana w Marks & Spencer. Jedna z dziewczyn poleciała chyba do Costy po jednorazowe kubeczki. Szlachetny trunek piłyśmy z papierowych kubeczków, owinięte w płaszcze, półleżąc na lotniskowej podłodze. Wiem, że to zabrzmi absurdalnie, ale to chyba moje najlepsze wspomnienie związane z tym semestrem. Dziewczęta, jeśli to czytacie – dziękuję Wam! Było super! Nie powtarzajmy tego!

Po “śniadaniu” przeszłyśmy do gejtu, wsiadłyśmy do samolotu, który o dziwo odleciał. Zdążyłam do domu na Święta!

Bath

Opactwo Bath. Nawet Was nie będę przepraszać za beznadziejne zdjęcia w tym poście… Ustalmy po prostu, że WIEM.

Było narzekanie, były akcenty humorystyczne, będzie też mikroskopijny przewodnik po Bath. To naprawdę jedno z najpiękniejszych miast(eczek) w Anglii. Pierwszy raz zobaczyłam je w 2006 roku, kiedy w drodze do Cardiff zatrzymaliśmy się tam z Rodzicami, żeby zjeść lunch z ich znajomą, której córka zaczynała tam akurat studia podyplomowe. Już wtedy zachwyciła mnie architektura i podglądane z zewnątrz wnętrza Grand Pump Room. Później jeździłam tam kilkukrotnie podczas studiów w Cardiff, za każdym razem z lubością wałęsając się po przepięknych uliczkach i przechadzając brzegiem rzeki Avon.

Jeśli przyjeżdżacie tylko na jeden dzień, właśnie to Wam polecam – leniwe chodzenie po mieście, podziwianie architektury, lunch w jednej z miejscowych knajpek (chociaż cudów kulinarnych się nie spodziewajcie, to wciąż Anglia). W ciepłe dni bardzo przyjemny jest też park nad rzeką. 

Muzea

Przy dłuższej wizycie koniecznie zajrzyjcie do Jane Austen Centre – autorka Dumy i Uprzedzenia spędziła tu kilka ładnych lat a jej muzeum, choć malutkie, jest niezwykle czarujące i jeśli tylko nie będziecie stawiać oporu, bez trudu przeniesie Was do świata Elizabeth Bennet i pana Darcy’ego. 

Wielbiciele piękna powinni, bez dwóch zdań, udać się z kolei do Fashion Museum – jest naprawdę rewelacyjne! Oprócz stałych ekspozycji pojawia się tam również Suknia Roku (tzn. nie suknia zaprojektowana w danym roku, tylko w danym roku uznana za godną wyróżnienia przez kierownictwo muzeum) – jeśli dobrze pamiętam, w czasie mojej wizyty była to słynna “dżunglasta” sukienka Versace, która cudem (dużą ilością taśmy) nie spadła z biustu Jennifer Lopez. 

Bardziej majętni wielbiciele mody (jak i piękna w innej postaci) mogą też poszaleć zakupowo – modnych butików drogich projektantów, sklepów z przepiękną biżuterią i fenomenalnie wyposażonych antykwariatów w Bath nie brakuje. 

Łaźnie

Wreszcie – łaźnie. Bath po raz pojawiło się w zapisach historycznych w charakterze rzymskiego uzdrowiska. Jak to zwykle w przypadku uzdrowisk bywa, wodom termicznym z Bath przypisywano nieomal magiczne moce, co sprawiało, że w późniejszych wiekach miasto było chętnie odwiedzane przez brytyjską śmietankę towarzyską. Łaźnie funkcjonują do dziś, przyciągając tłumy turystów. Teraz ze wstydem, cichutko przyznam, że tonąc w otchłaniach marazmu i rozpaczy ja tych łaźni osobiście nie odwiedziłam, ale z tego co wiem, można tam iść się po prostu wypluskać, ale można też zwiedzić ich historyczną część. Na sucho. Moja argentyńska współlokatorka była, zwiedziła i polecała. Więc nieśmiało też Wam polecam.

Nocleg

Jeśli zamierzacie w Bath nocować, to też mam taką nie do końca sprawdzoną rekomendację: za każdym razem, kiedy szłam z akademika do centrum, mijałam takie czarodziejskie miejsce: Queen Charlotte’s Orangery. Wyglądało naprawdę zachwycająco. Miałam nadzieję, że jak przyjedziemy z Rodzicami na rozdanie dyplomów, to właśnie tam się zatrzymamy, niestety nie było wtedy w Bath żadnych wolnych miejsc i nocowaliśmy w Bristolu. W każdym razie, miałam to miejsce bardzo dobrze wyszpiegowane – wnętrza są… jedyne w swoim rodzaju. Takie idealne na pobyt w Bath. Jeśli kiedyś rzeczywiście tam zanocujecie, dajcie koniecznie znać jak wrażenia! 

To tyle na dziś, za tydzień najprawdopodobniej zabiorę Was do Pragi, gdzie wciąż będę się trochę nad sobą użalać. Mam nadzieję, że jeszcze wytrzymacie. Jeśli potrzebujecie odpoczynku, to szybko krzyczcie – postaram się wymyślić jakiś inny temat na przyszłą środę.