W labiryncie

Ostatni rozdział zakończyliśmy na tym, że z lumpa i wymęczonej zmory znowu stałam się księżniczką, innymi słowy zrobiłam się na bóstwo. Nawet zapakowałam do woreczka kapcie eleganckie buty na zmianę. Recepcjonistę zamurowało, pozostali goście riadu, którzy akurat przewijali się w części wspólnej zaczęli robić nam zdjęcia, a mój mąż (sam wystrojony w shalwar kameez i znaną już Wam z instagrama kobaltowo-złotą kamizelkę) jak zwykle pozostawał niewzruszony. Budząc niezdrową sensację (“Mashallah!”) wśród mijanych Marokańczyków (miałam wrażenie, że nawet kobiety patrzyły na mnie jakoś bardziej życzliwie), przebijaliśmy się przez labirynt uliczek zaprojektowanych tak, jakby ich główną intencją było uwięzienie w środku wrogich najeźdźców. Myślicie, że Google Maps Was ocali? Naiwni… Po drodze, już w bardzo bliskiej okolicy riadu, w którym odbywało się soiree, natrafiliśmy na kolejnego zgubionego gościa. Amerykanina o polskich korzeniach. Kiedy po raz trzeci przechodziliśmy uliczką, przy której miał znajdować się nasz docelowy riad, z murów nagle wyłonił się elegancko ubrany Marokańczyk. To znaczy, wyłonił się z wejścia do riadu, ale tego wejścia sekundę wcześniej naprawdę nie było! Zidentyfikował nas jako gości weselnych i zaprosił do środka. Ciekawe, czy drzwi zniknęły w tej samej chwili, kiedy weszliśmy do środka. Nie zdziwiłoby mnie to.

(Prawie) wszyscy mnie nienawidzą – początek

Kiedy tylko weszliśmy na taras na dachu, zaczęło się. Niebo zachmurzyło się złowrogo… No dobra, nic się nie zachmurzało, ale poczułam na sobie nieprzyjazne spojrzenia. Co było o tyle dziwne, że większości tych ludzi nie widziałam wcześniej na oczy i naprawdę nie miałam jeszcze okazji się im narazić. Może przegięłam z moją arabską kiecką, ale po pierwsze, kiedy miałam ją założyć, jeśli nie na weselu na dachu marokańskiego riadu, a po drugie, kto im wszystkim kazał się ubrać jak na plażę? O ile rodziny państwa młodych były ubrane bardzo odświętnie, to wszyscy znajomi przyszli ubrani delikatnie mówiąc na luzie. Najbardziej postarał się napotkany po drodze zagubiony Amerykanin, który miał na sobie białą koszulę. Poza tym, o ile kobiecą niechęć można by tłumaczyć sroczą zazdrością (co jako zadeklarowana sroka rozumiem w pełni), to już kompletnie nie rozumiem, dlaczego panowie (również ci niesparowani) traktowali mnie jak trędowatą.

Na szczęście para młoda bardzo się na nasz widok ucieszyła (na mój też! Na mój też!), a rodzice pana młodego byli bardzo zadowoleni mogąc mnie wreszcie poznać. Zresztą zdecydowanie ze wzajemnością, chociaż muszę przyznać, że najbardziej zachwyciła mnie jedna ciocia. Zarówno wizualnie (miała przepiękne, bardzo stare saree w kolorze mojej sukni!) jak i jeśli chodzi o zachowanie.

Soiree

O tym jak bardzo (prawie) wszyscy mnie nie lubili jeszcze będę pisać, nawet za kilka zdań, ale skupmy się chwilowo na samej imprezie. Pod wyrafinowaną nazwą kryło się po prostu wspólne dla obu kultur (pakistańskiej i nepalskiej) mehendi. W jednej części dachu Marokanki malowały kobietom dłonie henną. Dopiero wtedy pożałowałam wyboru sukienki – w trosce o jej przetrwanie musiałam zrezygnować z tego zabiegu – nie wiem, jak moje hennolubne Czytelniczki, ale ja mam wybitny talent do brudzenia henną wszystkiego – ubrań, torebek, pościeli, ręczników, nawet obudowy telefonu… Ba! To jeszcze nic, często zaschnięta henna kruszy się strategicznie do mojej torebki i atakuje mnie po kilku miesiącach. Oczywiście i tak ją uwielbiam, ale w tej chwili po prostu bardziej uwielbiałam moją nieziemską kieckę (no dobrze, już nie będę się nią chwalić, nie przestawajcie jeszcze czytać!)… W każdym razie, była henna, podstawowy wymóg mehendi – pierwszej imprezy w cyklu pakistańskich imprez weselnych, o których kiedyś obiecuję Wam opowiedzieć obszernie. Na razie powinniście tylko wiedzieć, że mehendi, to tradycyjnie taki wieczór panieński, w dzisiejszych czasach rozrośnięty do pełnoprawnej i równoprawnej imprezy. Kiedyś panowie nie brali w nim udziału. W każdym razie kobiety zbierają się razem, panna młoda ma teoretycznie wyglądać najskromniej (np. nie powinna mieć tego dnia makijażu, jej sukienka powinna być skromna i najchętniej w kolorze żółtym), pozostałe panie mogą szaleć. Tego dnia jej dłonie i stopy powinny zostać pomalowane henną na pomyślność związku. Poza tym jest bardzo imprezowo, są tańce, muzyka i obowiązkowe słodycze, które mają jej przynieść słodycz w życiu małżeńskim (tudzież cukrzycę w niedalekiej przyszłości). 

Kiedy wszyscy zaproszeni pokonali już labirynt złośliwych uliczek i odnaleźli znikające drzwi, docierając w końcu na dach, kiedy wypiliśmy hektolitry pysznej marokańskie herbaty w wersji mrożonej, podjedliśmy zimne zakąski, a wszystkie chętne dziewczęta pomalowały sobie dłonie, zaczęła się właściwa część imprezy.

Kiedy oni naprawdę mnie nie lubią!

Jednym z pierwszych punktów programu było uformowanie uroczystej procesji prowadzącej pana młodego do oczekującej oblubienicy. To już bardziej część wiązana z drugą z serii pakistańskich imprez ślubnych, baratem, podczas którego pan młody (najchętniej na słoniu, albo chociaż koniu) wraz ze świtą zajeżdża pod dom panny młodej (gdzie rodzina panny młodej wita całą świtę kwiatami i jedzeniem). Na dachu Marrakeszu słoń się nie zmieścił, a konia, względnie innego wielbłąda widać nie mieliśmy pod ręką, więc została nam tradycja poprowadzenia pana młodego pod welonem trzymanym przez jego kolegów. Spytałam właśnie mojego męża, czy to typowe, powiedział, że tak, ale na pytanie co to oznacza nie potrafił odpowiedzieć. Tyle z niego pożytku. Ale welon trzymał dzielnie. Ja w tym czasie, podobnie jak inne dziewczyny ze strony pana młodego, miałam podążać za nimi, dzierżąc płonącą świecę (w tym wypadku tealight’a) i zgadnijcie co się stało… Nie, nie spaliłam welonu. Ale mój tealight jako jedyny postanowił odmówić współpracy. W panice odwróciłam się do idącej za mną dziewczyny (chyba Amerykanki) i spytałam, czy ma może zapalniczkę, bo zgasło, a chyba nie powinno było (jeszcze ktoś stwierdzi, że przyniosłam pecha!) Dziewczyna spojrzała na mnie z jawną niechęcią i… odwróciła głowę w drugą stronę! Nawet nie powiedziała: nie, nie mam. Prawda, że to bardzo niegrzeczne z jej strony? Prawda??? W każdym razie szłam w tym orszaku, jak ta czarna, nieoświetlona owca ze zgaszonym tealightem. Ale chyba nikt nie zauważył, poza tą nieuczynną raszplą. 

Na dachu riadu

Wróćmy jednak do soiree

Kiedy już doprowadziliśmy pana młodego na miejsce (mój mąż poradził sobie z welonem lepiej niż ja ze świeczką), zaczęła się moja ulubiona część imprezy. To znaczy ulubiona z perspektywy lekko sadystycznego gościa – dokarmianie panny młodej. Wszyscy zgromadzeni członkowie rodziny i część znajomym składała nowożeńcom życzenia, błogosławiła ich i dokarmiała słodyczami. Swoją drogą, ciekawe czy w erze po koronie zwyczaj przetrwa. 

Kiedy widać było już, że para młoda nie wciśnie w siebie ani grama cukru więcej, zaczęła się zabawa. Rodzina panny młodej ruszyła prezentować swoje umiejętności taneczne i naprawdę, ale to naprawdę było na co popatrzeć. Wszystkie kobiety były wystrojone jak nepalskie królewny, w dodatku każda jedna naprawdę potrafiła tańczyć. 

W międzyczasie zaserwowano ciepły bufet, a impreza powoli traciła tradycyjny charakter, indyjskie nuty ustępowały latynoskim i arabskim rytmom. Było to zdecydowanie wyjątkowe doświadczenie – prawdziwa kulturalna fuzja. A tak naprawdę, najlepsze miało nas czekać dopiero następnego dnia, na pustyni. Na pożegnanie goście dostali tradycyjne pudełka z prezentami, które zawierały nepalską ziołową herbatę, mydełko, arabskie perfumy i kadzidełka. 

Ucieczka z Marrakeszu

Następnego dnia na gości weselnych czekał bus, który miał ich zabrać na pustynię. Oczywiście my mieliśmy ten nieszczęsny samochód, więc postanowiliśmy dostać się tam samodzielnie. Pierwszym etapem było wydostanie się z medyny. Odpaliłam na telefonie Google Maps. Zapomniałam jednak pomodlić się o cud. Jeśli kiedykolwiek pojedziecie do Maroka i wypożyczycie samochód, nigdy, ale to nigdy, pod żadnym pozorem nie wjeżdżajcie na teren starego miasta. Po prostu tego nie róbcie. Możecie nigdy nie wyjechać. 

Google Maps prowadziło nas radośnie przez wąziutkie uliczki, tłumy Marokańczyków próbowały nas powstrzymać, ale telefon pokazywał, że jeszcze tylko kawałeczek, już prawie, już, jeszcze tylko przejedź przez tę bramę, która jest węższa niż samochód. Serio? Chcesz się poddać? Na ostatnim odcinku? Przecież za niecałe 5 metrów będziesz już poza murami. Uwaga. Wydaję oficjalne oświadczenie: Mój mąż jest jednym z najlepszych kierowców, jakich znam. Jeśli nie najlepszym. Mogłam się o tym przekonać już wielokrotnie, między innymi na ulicach Neapolu (kochanie, czy mogę zamknąć oczy, a ty mi powiesz, kiedy już uda ci się zrobić ten manewr?), na rondzie-potworze w Lahaur (o mamusiuuuuuuuu!!!! Zabierz mnie stąd! Zaraz zginiemy! O boże, czy ten człowiek jest martwy?!), czy w drodze przez zaśnieżone przełomy Hindukuszu (żegnaj kochany świecie!). Jednak nawet on stwierdził, że nie przejedziemy przez tę cholerną bramę. Próbował zawrócić. Marokańczycy nie pozwolili. Jakiś rezolutny dzieciak zaczął nas po arabsku przekonywać, że damy radę, on nam pomoże! Złożyliśmy lusterka, a dzieciak faktycznie pomógł na tyle, że daliśmy radę, nawet nie ocierając się o bramę. Byliśmy wolni. Ja spocona jak szczur, mimo działającej klimatyzacji, ale wolni. 

W drodze na pustynię

Mój mąż miał jeszcze głupie pomysły w stylu szukania supermarketu, więc przez jakąś godzinę kręciliśmy się po Marrakeszu, unikając jak ognia murów medyny, w końcu w osiedlowym sklepiku kupiliśmy wodę, lody i papierosy. Postaliśmy chwilę na bezludnej uliczce chłonąc spokój i wreszcie naprawdę byliśmy gotowi do drogi. Stwierdziliśmy, że nie będziemy jechać konwojem za busem i samochodem prowadzonym przez brata pana młodego. Dlaczego? Punkt zbiórki był podejrzanie blisko medyny. Google Maps zadowolone z wywiniętego nam numeru, było w dobrym humorze i obiecało zabrać nas na kamienistą pustynię Agafay. 

Kiedy już udało nam się wyjechać z miasta, droga okazała się może nie najlepsza, ale całkiem przyjemna. A mijane krajobrazy absolutnie przepiękne. Raz na jakiś czas mój mąż, kierowca i wybawca dopytywał, czy na pewno dobrze jedziemy, bo gdzieś tam widzi jakieś obozowisko. Ja jednak wierzyłam, że jeden żarcik dziennie wystarczy i Google Maps zaprowadzi nas, gdzie powinien. I wiecie co? O dziwo miałam rację! Bezbłędnie wjechaliśmy w odpowiedni zjazd prowadzący do Scarabeo Camp. Pustynia, zwana również kamienistą nie sprawiała naszemu malutkiemu samochodzikowi większych problemów i po chwili parkowaliśmy przy terenie obozowiska.

Scarabeo Camp

Glamping w Scarabeo Camp

Oficjalnie przestaję narzekać (aczkolwiek zaraz czekają Was kolejne dwie historie z cyklu “(Prawie) wszyscy mnie nienawidzą”) i zaczynam się zachwycać! Sceneria Agafay jest absolutnie nieziemska. W dodatku trafiliśmy na kiepską pogodę, co paradoksalnie nadawało krajobrazowi dodatkowego, lekko mrocznego, apokaliptycznego wyglądu. Jakby tego było mało, mój mąż najwyraźniej cieszył się wyjątkowymi względami pary młodej i dostaliśmy namiot na wyłączność, podczas gdy większość gości musiała dzielić namioty czteroosobowe. 

Nie wiem jak bardzo zaznajomieni jesteście z koncepcją glampingu, czyli glamour campingu. W dużym uproszczeniu oznacza to, że namiot przypomina luksusowy apartament, jest wyposażony w łazienkę z prysznicem i ciepłą wodą, kominek, który sprawia, że lodowato zimne pustynne noce stają się niezwykle przytulne, gniazdka elektryczne (w końcu trzeba podładować telefon po zrobieniu miliona zdjęć na insta), a nawet sejf. W dodatku sam wystrój, nie tylko naszego namiotu, ale też pozostałych obiektów należących do obozowiska, przywodził na myśl dawne filmy o snobistycznych podróżnikach. Stare mapy, skórzane walizki, kaganki, piękne dywany… Przeniosłam się w czasie zachowując wszystkie przywileje XXI wieku! Tak można żyć!

Otrzymaliśmy szczegółowe rozpiski z ramowym planem wydarzenia i doszliśmy do wniosku, że mamy jeszcze czas. Postanowiliśmy przejść się trochę po obozowisku i pointegrować (słusznie podejrzewacie brak znaczących sukcesów na tym polu).

I znowu podpadłam

Teoretycznie nic nie zwiastowało katastrofy. Siedzieliśmy całą grupą na leżaczkach, rozmawialiśmy, ja starałam się nie mówić nic głupiego. W pewnym momencie dołączył do nas kolejny gość, do złudzenia przypominający sierżanta Bosco Baracusa z Drużyny A, wystylizowany tak cudownie, że od razu brałabym go na okadkę Logo. Wszyscy zaczęli prawić mu komplementy i robić zdjęcia, a ja, zamiast milczeć, głupio zażartowałam, że właśnie wygrał internety. Nie zostałam zrozumiana, zaproponowano mi, że jeśli mój internet nie działa, mogą mi zrobić hotspota. Zaczęłam tłumaczyć. Wiecie, że nie ma chyba nic bardziej niezręcznego, niż osoba, która tłumaczy swój żart? Wiecie, prawda? W każdym razie to nic, po prostu zapracowałam sobie na opinię dziwadła. A dalej było tylko gorzej.

Nagle obok mnie wyłonił się czarnoskóry mężczyzna. Od razu chciałabym zaznaczyć, że gdyby był jakiegokolwiek innego koloru, zareagowałabym dokładnie tak samo, ale reszta towarzystwa chyba o tym nie wiedziała. Ale na litość bossską, dzielę łoże z Pakistańczykiem, powinno mi to zapewniać immunitet w zakresie posądzeń o rasizm?! W każdym razie, ów czarnoskóry mężczyzna, który równie dobrze mógł być zielony, albo niebieski (bo wolę niebieski), zażądał ode mnie mojego telefonu, bo będzie nam robił zdjęcie, bo fajnie wyglądamy. Po pierwsze: nie wyglądaliśmy fajnie. Po drugie: nie miałam ochoty na zdjęcia. Po trzecie: przed chwilą dopiero uciekłam z Marrakeszu, gdzie wszyscy chcieli mnie okraść, oszukać, albo w inny sposób wykorzystać, nie znam człowieka, nie będę mu dawać mojego telefonu! Błagam, powiedzcie, że rozumiecie! Ledwo zdążyłam wydukać, że nie, wszyscy zgromadzeni obrzucili mnie takim spojrzeniem, jakbym na ich oczach pobiła staruszkę, a przed nadgorliwym fotografem amatorem wyrósł las rąk dzierżących telefony i lustrzanki. Delikatnie mówiąc zrobiło mi się głupio. A to nawet nie koniec moich faux pas na ten dzień!

Różowa pantera i ksiądz

Krótko potem udaliśmy się do namiotu, przygotowywać się na wesele. Ja, jak wiecie z poprzedniego wpisu, zdecydowałam się na opcję różowa pantera na melanżu, a do tego gigantyczny naszyjnik z kryształów. W razie gdyby zrobiło się naprawdę zimno, w zapasie miałam jeszcze mocno zdobiony turkusowy (jeśli jeszcze się nie zorientowaliście, to oświadczam, że lubię kolor turkusowy, podobnie jak wszystkie odcienie niebieskiego) welurowy płaszcz. Mój mąż z kolei miał dzisiaj ubrać najbardziej elegancji strój z repertuaru pakistańskiej mody męskiej – czarne, aksamitne sherwani (o sherwani pisałam trochę przy okazji ślubu w Nowym Jorku). Według mojej Mamy wygląda w nim jak ksiądz, jestem skłonna się nawet zgodzić, z zastrzeżeniem, że bardzo seksowny ksiądz. Aczkolwiek, żeby nie było za dobrze, muszę zaznaczyć, że okulary a’la Harry Potter trochę psuły efekt.  

Odpowiednio wyszykowani wyłoniliśmy się z namiotu, mąż łaskawie zrobił mi kilka średnio udanych zdjęć, na których wyszłam raczej niekorzystnie, ale całość przywodzi klimatem na myśl khaleesi, matkę smoków, więc w sumie je lubię. Jedno z nich mogliście już oglądać na instagramie. Potem dołączyliśmy do kilku innych już gotowych gości i było całkiem sympatycznie, dopóki znowu nie popełniłam gafy.

wesele na pustyni
Harry Potter i khaleesi

Szminka w kolorze intensywnej fuksji 

Do naszej grupy dołączyła jedna z kuzynek panny młodej – śliczna, chociaż bardzo niska Nepalka (wzrost miał znaczenie, dlatego o nim wspominam). W intensywnie różowym saree i dopasowanej kolorystycznie szmince wyglądała zjawiskowo. Nic dziwnego, że zapragnęła sesji zdjęciowej. Wtedy zorientowałam się, że ma na zębach szminkę. I to w całkiem sporych ilościach. Powiedzmy sobie szczerze, jej zęby były bardziej różowe niż białe. Nie wiem jak Wy, drogie Czytelniczki, ale ja w takich sytuacjach naprawdę doceniam kiedy ktoś zwróci mi, najchętniej dyskretnie, uwagę. Dlatego zasłaniając twarz przed otaczającymi nas chłopakami, nawiązałam z Nepalką kontakt wzrokowy i sugestywnie przeciągnęłam językiem po własnych zębach. Nie zrozumiała (i pewnie uznała, że jestem lekko szurnięta). Cicho wysyczałam: masz szminkę na zębach. Co?! No dobrze, wiało, mogła niedosłyszeć. Widziałam jednak, że jest na mnie wkurzona. Już normalnym głosem powiedziałam: masz na zębach szminkę, myślałam, że może chciałabyś zająć się tym problemem przed zdjęciem. Obraziła się na mnie.

Wychodzi jednak na to, że byłam świadoma tylko połowy tego, co zaszło. Kiedy później żaliłam się mojemu mężowi, że nikt mnie nie lubi i jakie to niesprawiedliwe, że wszystkie dzieci mnie nienawidzą, że to jak powrót do gimnazjum i co ja takiego zrobiłam, mój Książę poinformował mnie, że po pierwsze w ogóle nie powinnam się tym przejmować, ale tak w sumie, to sama jestem sobie winna. Dlaczego?! Cały czas zadzierasz nosa, nawet nie chciałaś tej biednej dziewczynie kurtki potrzymać. Co?! Jakiej kurtki?! Okazało się, że kiedy ja, jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w zębiszcza w kolorze fuksji, właścicielka tychże zębiszczy podawała mi kurtkę, którą miałam potrzymać, podczas gdy ona i jej amarantowe zęby pozowałyby do zdjęć. Uroczyście oświadczam, że nie miałam o tym pojęcia. Nie wiem, czy to przez to, że byłam zaaferowana szminką i próbą zrobienia dobrego uczynku (dla odmiany), czy dlatego, że tę kurtkę podawała mi zapewne na wysokości moich kolan (tak, przesadzam), ale kompletnie tego nie zarejestrowałam. Jakby nie mogła po prostu powiedzieć: masz, potrzymaj mi kurtkę… W każdym razie moja próba ratowania jej uśmiechu na zdjęciach przeszła niezauważona, a moja ostentacyjna odmowa potrzymania jej kurtki została zapisana w kronikach towarzyskich na wieki wieków. Wiecie co? Dobrze, że nie było mi dane rozpocząć kariery w dyplomacji. Skończyłoby się to bardzo spektakularnie i niewykluczone, że zraziłabym cały świat do Polski jeszcze skuteczniej niż obecna władza.

Nepalskie stroje ślubne

Już wcześniej widzieliśmy, że miejsce, w którym miała odbyć się ceremonia zostało przygotowane w pewnej odległości od obozowiska, na skraju urwiska (no dobra, nie urwiska, ale takiego klifu trochę, są klify na pustyni? Bo nie było to na szczycie wzgórza, bo obozowisko było wyżej…) – skromna, ale pięknie ozdobiona kwiatami altanka i rzędy krzeseł dla gości. Trochę wyżej widzieliśmy ustawione w ogromną podkowę stoły przygotowywane na weselną kolację. Jeden z najniżej położonych, a więc najbliższych miejsca ceremonii i kolacji namiotów należał do pary młodej. Przez jakiś czas widzieliśmy tylko malujące się na progu krewne, ale po jakimś czasie pojawili się oni – państwo młodzi. Obydwoje w tradycyjnych nepalskich strojach, chociaż panu młodemu zabrakło tradycyjnego sztyletu – musiał zadowolić się wpinką przedstawiającą ten rodzaj białej broni. 

Główna bohaterka wieczoru miała na sobie przepiękne złoto-zdobione czerwone saree, dopasowany kolorystycznie toczek i upięty na nim opadający do pasa, również mocno zdobiony, czerwony welon. Na nadgarstkach czerwono-złote bransoletki bengalki a na szyi ogromną złotą kolię wysadzaną białymi kryształami. Do tego zachwycające, również czerwono-złote koturny. Natomiast jest mąż, założył strój sprezentowany przez rodzinę małżonki – sięgającą połowy uda, zapinaną na skos pod szyję tunikę i luźne (ale nie szarawarowe!) spodnie w kolorze zszarzałej bieli, czarną niby marynarkę, kolorowe topi (Dhaka topi) na głowę i klapki. Tunika była w pasie ściągnięta czarnym pasem z żółtą klamrą. Wyglądali naprawdę bardzo malowniczo! 

Ceremonia

Wraz z przybyciem pary młodej mogliśmy rozpocząć wspólny marsz do miejsca ceremonii. Towarzyszyli nam marokańscy muzycy a część orszaku (ta niezajęta relacjonowaniem wszystkiego na instagramie) zaczęła tańczyć. Kiedy dotańczyliśmy do miejsca akcji, otrzymaliśmy kolejną rozpiskę, tym razem zawierającą dokładny opis hinduistycznej ceremonii, która w normalnych okolicznościach trwałaby co najmniej trzy dni, a tu została skrócona do około 40 minut. Prowadził ją do wtóru granej z telefonu recytacji jeden z kuzynów panny młodej, który pełnił obowiązki brahmina. Żeby było weselej, rolę ogniwa łączącego wszystkie zebrane w tym miejscu kultury, osoby wyjaśniającej zawiłości nepalskiego hinduizmu zebranym laikom przyjął hinduski-chrześcijanin. Swoją drogą niesamowicie pozytywny człowiek, jeden z niewielu, którzy nie traktowali mnie jak trędowatej. I miał fajne żółte, skórzane buty kupione w garbarni w Fezie.

W każdym razie ceremonia trochę trwała i trwała, w międzyczasie zrobiło się tak zimno, że wszyscy poowijaliśmy się w koce, a ja zapamietałam przede wszystkim cztery rzeczy – w pewnym momencie para młoda została przyozdobiona naszyjnikami z trawy, które sprawiły, że przynajmniej pan młody wyglądał jak afrykański wojownik, później pojawił się kolejny naszyjnik, który zawisł na pannie młodej i miał na niej pozostawać przez następnych kilka dni (nie pozostał, więc zakładam, że moja wtopa z tealightem nie będzie obwiniana o potencjalnego pecha). Pan młody musiał podnieść klęczącą wybrankę i w tej pozycji przenieść ją na swoją stronę altanki – test siły pokazujący, że mężczyzna będzie potrafił zadbać o żonę. Wreszcie, walka o szmaticzkę. Drużyna pana młodego musiała zmierzyć się z drużyną panny młodej w walce o kawałek materiału. Zwycięstwo ma decydować o tym, kto będzie w związku rządził. Jak wytłumaczyła nam stojąca obok kuzynka panny młodej (nie ta od fuksji, taka inna, przyjaźnie nastawiona), walka potrafi być naprawdę zażarta, podczas jej ślubu zapamiętani w walce berserkerzy roznieśli scenę. Tym razem sprawy nie zaszły aż tak daleko, sceno-altanka ocalała, a szmaticzka została zdobyta przez drużynę pana młodego. I dobrze. Niech ma chociaż to jedno zwycięstwo na koncie, kto będzie rządził i tak było jasne.

Po bitwie o płachtę przyszedł czas na obowiązkową sesję zdjęciową, na którą załapał się również wielbłąd. Potem wraz z kolegami muzykami orszak ruszył z powrotem w górne partie obozowiska, gdzie czekał na nas poczęstunek i szampan. 

Scarabeo Camp nocą

Kolacja

Przygotowania do kolacji trwały, a my po zaopatrzeniu mnie w płaszczyk (przecież nie spędzę całego wesela w kocu) wróciliśmy do wyłożonej dywanami wspólnej części obozowiska, gdzie sącząc szampana, podziwialiśmy dalsze popisy marokańskich muzykantów. W międzyczasie nad pustynią zapadł zmrok, a obozowisko rozbłysło setkami małych światełek. Było wręcz niewyobrażalnie pięknie. Nie sądzę, żebym mogła porównać ten widok do czegokolwiek innego. 

Kiedy nadeszła pora biesiady weselnej, zasiedliśmy przy wspomnianej wcześniej podkowie, udekorowanej lampionami i dodatkowo oświetlonej dużymi lampami. Zaczęliśmy od toastów – mama pana młodego, z zawodu muzułmańska “katechetka” wygłosiła przepiękne i bardzo wzruszające przemówienie o miłości i szacunku. 

Zostałam nakarmiona pysznymi nadziewanymi bakłażanami i cukinią, do kolacji przygrywał nam całkiem utalentowany piosenkarz-gitarzysta dzielnie mierzący się z angielskim repertuarem, a w momencie kulminacyjnym zostaliśmy uraczeni naprawdę wyjątkowym pokazem ognia (w sensie człowieka majtającego różnymi płonącymi obiektami, nie sztucznych ogni) – widziałam ich całkiem sporo, ale ten zdecydowanie się wyróżniał, nie tylko z uwagi na wyjątkową atmosferę i urok miejsca. 

Było cudownie. Magicznie. Bajkowo. Niepowtarzalnie. Więc się przeziębiłam. Ni stąd ni zowąd zaczęłam nagle kichać. 5 minut później było pozamiatane. Już nie było dla mnie ratunku, a o tańcach do rana mogłam zapomnieć (co zresztą chyba ucieszyło mojego męża). Powoli ewakuowaliśmy się do namiotu, a mój mąż zamówił dla nas ciepłą miętową herbatę z miodem. Założyłam na siebie kilka warstw ubrań, dwa szlafroki i płaszcz, a następnie dołączyłam do mojego męża przed namiotem. Zupełnie szczerze, mimo atakującego nagle przeziębienia, była to jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu, a na pewno najlepsze wspomnienie z tego wyjazdu. Siedzieliśmy przytuleni, sącząc przepyszną herbatę i wpatrując się w bezkresną pustynną noc. W oddali widzieliśmy bawiących się ludzi, docierały do nas latynoskie hity z playlisty ułożonej starannie przez pana młodego.

The morning after

W końcu wróciliśmy do nagrzanego kominkiem namiotu. Mimo zakatarzonego nosa spałam jak dziecko, ukołysana skrzypieniem namiotowej konstrukcji. Rano spotkaliśmy się wszyscy na wspaniałym śniadaniu – chyba najlepszym zjedzonym w Maroku (i z nielimitowaną ilością soku pomarańczowego! Czegoż więcej można chcieć?) Wreszcie mieliśmy okazję porozmawiać dłużej z rodziną pana młodego, którą Książę bardzo dobrze znał. Dostałam również zaproszenie do Islamabadu (mam przyjechać koniecznie, nawet jeśli mój mąż nie będzie chciał, mam przyjechać sama!) 

Kiedy już wszyscy całonocni imprezowicze zmartwychwstali, przyszedł czas na pożegnanie. Większość miała tego dnia loty powrotne, ale część, w tym para młoda i ich najbliższe rodziny mieli jeszcze trochę w Maroku pozostać. Podobnie jak my. Dla nas następnym przystankiem miał być Fez, ale o dalszej części marokańskiej przygody (już bez narzekania i jojczenia, że nikt mnie nie lubi) przeczytacie dopiero za tydzień. 

#Polecam

A mi pozostaje zachęcić Was bardzo, ale to bardzo do wizyty na Pustyni Agafay, a w szczególności w Scarabeo Camp. 

Niestety ich strona obecnie nie funkcjonuje w pełni (są zamknięci z powodu pandemii), więc nie jestem w stanie Wam podać szczegółowych informacji dotyczących na przykład ceny noclegu (coś mi się kojarzy, że namiot dwuosobowy wiązał się z kosztem ok. 250EUR za noc, ale mogę się mylić) i atrakcji. Te ostatnie obejmują na przykład masaże w spa, jazdę quadami po pustyni, czy nawet lot balonem.

Niewątpliwą zaletą samej pustyni jest jej położenie – około 30 kilometrów od centrum Marrakeszu. Jak już wiecie, można się tam dostać bez problemów wypożyczonym samochodem (nie musi to być 4×4), ale jeśli nie zdecydujecie się na wynajem, jest kilka zewnętrznych firm, które oferują transfer do obozowiska z wielu popularnych lokalizacji. 

Oczywiście musicie pamiętać, że nie jest to piaszczysta Sahara, krajobraz różni się trochę od tego, co może przychodzić do głowy na hasło “pustynia”, ale i tak jest niesamowity. Dla mnie ten krótki pobyt na Agafay był jednym z najjaśniejszych punktów całej marokańskiej przygody, a jak dowiecie się z kolejnego wpisu, konkurencja była dość spora!

Bien, vous allons vous dire au revoir maintenant. Do zobaczenia na instagramie!

Ach! I jeszcze jedno ogłoszenie drobne – na moim Facebooku ukazał się ostatnio wpis o kontrakcie ślubnym zawieranym w islamie. Jeśli jesteście zainteresowani, wpis przeczytacie TU. Link działa nawet jeśli nie macie konta na Facebooku.