Cześć, jestem Maja. 

Tak naprawdę nie mam tak na imię, ale podtrzymując tradycje literackie, idąc w ślad między innymi za Magdaleną Samozwaniec i moją ukochaną Joanną Chmielewską, postanowiłam pisać bloga pod pseudonimem. Może dzięki temu, jeśli rodzina mojego małżonka kiedyś postanowi wygooglować moje prawdziwe imię i nazwisko nie natrafi od razu na moją radosną pisaninę, a konsulat Pakistanu nie będzie miał oficjalnego powodu, żeby odmówić mi wizy przy kolejnej wizycie. 

Kiedyś w mojej dawnej firmie HRy kazały mi napisać coś o sobie na stronę. To było straszne, zaczęłam od stwierdzenia, że jestem aspirującą pisarką, która paradoksalnie ma ogromny problem z tym, żeby coś o sobie napisać. To przeszło. Tekst o tym, że jestem prawdopodobnie najbardziej czarującą, wysoko funkcjonującą socjopatką, jaką ktokolwiek miał okazję w życiu poznać już nie. Tyle lat później wracamy do punktu wyjścia. Mam napisać coś o sobie. Niby nic trudnego, skoro cały blog ma być poniekąd o moim życiu, ale jednak. 

Na blogu będę pisać o miłości na przekór strefom czasowym, takiej miłosnej globalizacji, która przytrafiła mi się zupełnym przypadkiem. Jak większość rzeczy w życiu. Urodziłam się i trochę życia spędziłam w Gdyni. Chciałam być chirurgiem, albo lepiej, lekarzem sądowym, bo jako chirurg mogłabym komuś coś popsuć. Ale potem jakoś tak zapragnęłam studiować japonistykę. Przez taki kaprys wylądowałam w Cardiff studiując japonistykę i hispanistykę, potem w Bath europeistykę. Po drodze mieszkałam też w Chile, Japonii, Czechach i Hiszpanii. I zakochałam się. W Pakistańczyku. Konkretnie w rozpieszczonym do granic możliwości najstarszym synku z rodziny należącej do pakistańskiej elity (nazwałam go w myślach Księciem, ale to zanim jeszcze poznałam jego rodowód, po prostu był śliczny jak z okładki harlequina o miłosnej przygodzie z szejkiem), który nie potrafił sam obsługiwać pralki, więc zamiast prać bokserki i skarpetki, wyrzucał je i kupował nowe. I który zamiast wiernie podążać za swoją lubą uskuteczniał własne wojażowanie. I tak, wiele lat później, mieszkamy wreszcie razem w Nowym Jorku, gdzie mój mąż ma doskonałą pracę, a ja, z wykształcenia chyba politolog i poliglotka (o ile można mówić o byciu poliglotą z wykształcenia), w praktyce szalenie kreatywna specjalistka do spraw marketingu (ciekawe na ile ta umiejętność przyda mi się przy promowaniu własnego bloga) pełnię tymczasowo rolę trophy wife (przynajmniej jeszcze przez chwilę, zanim nie zbrzydnę i się nie zestarzeję) dorywczo tłumacząc dla nowojorskiego departamentu edukacji. Nadmiar wolnego czasu postanowiłam przeznaczyć na rozwój jednej z moich pasji – patologicznej grafomanii. 

Wbrew pozorom blog nie powstał z potrzeby internetowego ekshibicjonizmu. Pomijając moją miłość do pisania, chciałabym podjąć próbę oddemonizowania związków z przedstawicielami innych kultur. Jestem przekonana, że nie wszystkim się to spodoba, ale chyba mam to gdzieś. Będę pisać o różnicach kulturowych, ale nie takich, jakich można się spodziewać. Wiem, że to bardzo mało medialne, ale mój bogaty mąż muzułmanin mnie nie bije. Ja jego czasami, ale to się chyba nie liczy. Nie zamyka mnie też w domu i nie każe nosić burki. Nasze różnice kulturowe przejawiają się za to na przykład tym, że z okazji rocznicy ślubu przynosi mi wiecheć złocistych chryzantem (bez zniczy).  

Wiecie już, że uwielbiam pisać, że lubię języki obce i multi-kulti ogólnie. Uwielbiam też taniec, szczególnie orientalny, wisieć na kole (nic w temacie sado maso, chodzi po prostu o tzw. koła cyrkowe, aerial hoops), wąchać i kompulsywnie kupować niszowe perfumy, czytać książki i przebywać w towarzystwie kotów. Każdego dnia płaczę za pozostawioną w Polsce kocią gromadką. Niestety w naszym budynku nie wolno trzymać zwierząt, ale jak będziemy się przeprowadzać, to adoptuję hurtem kilka. I może jeszcze psa na dodatek, bo psy też uwielbiam, tak samo zresztą jak i wszystkie inne zwierzęta (poza insektami, a karaluszków to już w ogóle nie znoszę), ale konia w apartamencie chyba trzymać nie będę, musi mi wystarczyć adopcja wirtualna.  

Mimo że jestem w sumie leniwa, to bardzo lubię też podróże. Dzięki Rodzicom już jako dziecko zwiedziłam spory kawałek świata, ale nie skupiam się na bezmyślnym kolekcjonowaniu kolejnych flag. Czasami wracam do miejsc, w których już byłam. Uwielbiam też morza i oceany. Przebywać w nich, obok nich, wdychać ich zapach, słuchać ich dźwięków. Najszczęśliwsza jestem mieszkając nad wodą. Bardzo lubię nasze brooklyńskie mieszkanie (mimo kociego deficytu), ponieważ zasypiając słyszę w nim syreny statków przepływających prawie pod moim oknem. 

Nie lubię znacznie większej ilości rzeczy, niż lubię. I nie wynika to z tego, że jestem urodzoną malkontentką. Ten świat po prostu jest bardziej paskudny i okrutny, niż piękny. O niektórych nielubianych przeze mnie rzeczach i zjawiskach pewnie będę czasami wspominać, ale nie za dużo, bo nie warto. Tylko tyle, żeby poczerpać odrobinę przyjemności z narzekania.

Więcej chyba w tym momencie o mnie wiedzieć nie musicie. Na pewno lepiej się poznamy w miarę jak będzie powstawał ten blog. Wy mnie i mam nadzieję, że ja Was również. 

Jeśli chcecie znaleźć mnie na social media, zapraszam na FB i IG @MiloscWCzasachStrefowych, a spragnionych kontaktu, lub chcących mi nawrzucać zapraszam do pisania maili! 

Kontakt