To nie jest lokowanie produktu! Kilka osób poprosiło, żebym napisała o książce i wszystkich związanych z nią atrakcjach. A ja uwielbiam spełniać Wasze życzenia, więc czemu nie. 

Podróż do Pakistanu

Prawie cztery lata temu, bo 25 grudnia 2016 roku, wsiadłam na Okęciu w samolot Qatar Airways i udałam się w podróż (życia?) do Pakistanu. Było to krótko po ślubie z Księciem, wypadało poznać jego dalszą-bliską rodzinę, najchętniej w okolicznościach niezbyt obciążających psychicznie, a takie akurat się nadarzały – w najbliższej-dalszej rodzinie zaplanowano wesele. 

Pakistańskie wesele samo w sobie brzmiało przecudownie, w dodatku nie ja miałam występować w charakterze głównej atrakcji – oczywiście musiałam pojechać! I pojechałam. Mało tego! Ja to wszystko przeżyłam! Kilka dni wesela, interwencję policji, wysmarkiwanie mózgu nosem (czyt. mocne przeziębienie albo choroba smogowa), codzienne błaganie o herbatę, podróż do Islamabadu, bitwę pod Margallami, wyprawę w zasypane śniegiem, zdawałoby się niedostępne szczyty (a może przełomy?) Hindukuszu… 

Jak było w Pakistanie?

Było co opowiadać. I kiedy wróciłam, i znajomi zaczęli pytać jak było w Pakistanie, naprawdę nie wiedziałam od czego zacząć, ani nawet na czym skończyć…

– Ciekawie…
– No ale powiedz coś więcej!

No i co ja mam więcej powiedzieć? Jak opowiedzieć dwa tygodnie, podczas których wiecznie coś się działo, w dwóch, trzech zdaniach? Przecież to nie jest rozmowa na Facebooka. Zresztą, wizyta w Pakistanie, kałachy, Himalaje, herbata z mlekiem to jedno, a przecież do tego wszystkiego dochodzi aspekt rodzinny. Niezliczeni krewni, dziwne układy towarzyskie, moje różnorodne faux pas… 

To może ja napiszę o tym takie krótkie opowiadanie w wordzie i będę miała gotowca. Jeśli kogoś faktycznie interesuje “jak było w Pakistanie”, to sobie doczyta, prawda? No to ja napiszę…

Napisałam książkę

Zaczęłam pisać. Z jakiegoś względu uznałam, że należałoby tam dać jakiś wstęp, wstęp pisało mi się bardzo przyjemnie i jakoś tak się rozpisałam, że po dziewięciu stronach jeszcze nawet nie wsiadłam do samolotu lecącego do Pakistanu. 

Tego samego dnia, kiedy zaczęłam spisywać swoje wspomnienia, byłam zaproszona na spóźnioną imprezę sylwestrową, z której cieszyłam się straszliwie, bo ten pakistański sylwester to tak szczerze mówiąc średnio mi się udał – była szansa nadrobić, przede wszystkim w dziedzinie picia szampana o północy. I przed północą. I po… Przy którejś tam lampce szampana, moja dobra koleżanka z pracy zadała TO pytanie. Jak było…? Zaczęłam tłumaczyć, że dużo by opowiadać, ale ja to wszystko opiszę, tylko nie wiem, czy jej będzie się chciało czytać, bo to już dziewięć stron tekstu, a do Pakistanu jeszcze nie dotarłam… 

Podsłuchał nas kolega z innego działu (bo to w ogóle była nieoficjalna impreza firmowa), ewidentnie po większej ilości trunków, niekoniecznie z bąbelkami (jak wiadomo, bąbelki nie upijają i nie tuczą, jedynie nastrajają życzliwie do świata) i uraczył mnie swoim firmowym tekstem:

– Napyyysz szyyyyyyśćdzisiont, to ci dam dyyyyychę.

Dycha dychą, ale czemu by nie napisać tych sześćdziesięciu? Albo i więcej… Ile tam trzeba na książkę? Czterysta tysięcy znaków? No dobra, zróbmy to. I tak, Moi Drodzy, napisałam książkę. 

O stylu słów kilka

Przy okazji, gdyby ktoś się zastanawiał, kto tak pisze książki, co to za język, przecież Mickiewicz w grobie się przewraca… Nie przewraca. Pamiętajcie, że to z początku nie miała być książka, to miało być sprawozdanie dla znajomych – pisane naturalnym językiem, naładowane chaotycznymi, ale autentycznymi emocjami, zarówno tymi pozytywnymi, jak i negatywnymi. W “Pakistańskim weselu” jestem z Wami szczera i do bólu prawdziwa – taka, jaką znają mnie moi przyjaciele, którzy byli pierwotnymi adresatami tej historii. Doceniam to, że moje Wydawnictwo zdecydowało się zbyt drastycznie w mój styl nie ingerować, a przede wszystkim zdecydowali się na pozostawienie języka mówionego, uznając go za atut. Czy słusznie – ocenicie sami. 

A na marginesie – chyba umiem pisać też normalnie. I kiedyś Wam to udowodnię! (Tak, to groźba.)

Ja to wydam

No właśnie. Wydawnictwo… Skoro już napisałam więcej niż te czterysta tysięcy znaków (gdzieś przeczytałam, że minimum dla propozycji wydawniczej to dziesięć arkuszy wydawniczych – na ile to prawda, nie wiem), warto byłoby jednak to wydać. I tu się zaczynają schody. O ile napisanie książki nie jest zbyt skomplikowane – wystarczy pomysł, trochę czasu i zapał, znalezienie wydawnictwa może stanowić pewien problem. “Pakistańskie wesele” (pod roboczym tytułem “(Nie) moje wielkie pakistańskie wesele”) skończyłam tak naprawdę pisać w 2017 roku. Potem długo zwlekałam z przeczytaniem tego, co napisałam i z pierwszą korektą. Bardzo długo. W międzyczasie Dr Marysia zaczęła tworzyć dla mnie magiczną tabelkę z kontaktami wydawnictw, ich wymogami, specjalnymi uwagami itp. 

Chciałam w miarę możliwości uniknąć self-publishingu i vanity press. Zależało mi na tradycyjnej współpracy. Nawet nie ze względów finansowych – mój mąż z góry zadeklarował, że jeśli będę chciała, on mi to całe wydawanie zasponsoruje. I wiem, że jest dużo pisarzy, którym udało się zaistnieć mimo że zdecydowali się wydać książki samemu. Ale chyba jednak nie chciałam ryzykować. Zwłaszcza że nie mieszkając w Polsce, miałabym ograniczone możliwości jeśli chodzi o promocję i dystrybucję. 

W każdym razie zebrałyśmy listę wydawnictw, do których chciałam wysłać propozycję, napisałam krótkie BIO, streszczenie (a właściwie tzw. zajawkę, co było błędem – pamiętajcie: jak wydawnictwo prosi o streszczenie, to ma być streszczenie!), spis treści… 

Fot. Sunflower & Scot – podczas tej sesji przypadkowo powstało zdjęcie na okładkę

Jeszcze tylko korekta

Wszystko było właściwie gotowe, wystarczyło przeczytać tekst i wyeliminować błędy. Zwlekałam z tym niemiłosiernie. Przyznaję bez bicia, że nawet częściowo świadomie (w przeciwieństwie do podświadomie), robiłam to ze strachu. Dopóki nie wysłałam manuskryptu do wydawnictw, nie musiałam obawiać się odpowiedzi odmownej (lub braku jakiejkolwiek) i mogłam wyobrażać sobie nagły wybuch mojej kariery pisarskiej… 

Z drugiej strony, już we wrześniu 2017 wysłałam propozycję do pierwszego wydawnictwa – takiego na jakim mi w ogóle nie zależało – na rozgrzewkę. I od razu zaczęłam się martwić, co to będzie, jak oni przyjmą moją propozycję, a ja jeszcze nie wysłałam do innych wydawnictw i głupio zrobiłam, bo nie będę wiedziała czy podpisywać umowę, czy nie… A tu figa! Po krótkim czasie dostałam odpowiedź odmowną: 

“[…] Po zapoznaniu się z przesłanymi przez Panią fragmentami książki dokonano ich analizy marketingowo-handlowej. Chciałam Pani przekazać informację, że niestety nie podejmiemy się wydania tej książki. Zachęcam do wydania książki w ramach Self-Publishingu. […]”

Pierwsza odmowna odpowiedź i to od takiego wydawnictwa, w którym ja nawet nie chciałam, które miało być ewentualnie ostatnim kołem ratunkowym, kompletnie mnie sparaliżowała. 

Przez kolejny rok książka obrastała cyber kurzem w wirtualnej szufladzie. Do korekty wróciłam dopiero w 2019 roku, kiedy przeprowadziłam się do Nowego Jorku.

3-6 miesięcy

O dziwo poszło mi to w miarę szybko. Oczywiście bardzo wielu błędów nie dostrzegłam – zaczęły mi się rzucać w oczy dopiero na etapie redakcji. Ale w tamtym momencie byłam przekonana, że jest dobrze. Mogę wysyłać!

I wysłałam. Nie poprzestałam na tych kilku wydawnictwach spisanych przez Marysię. Poszalałam i wysłałam do wszystkich, które wydawały tego typu książki. W sumie chyba ponad dwudziestu. I zaczęłam czekać. Bo wiecie, na stronach wydawnictw jest napisane, że czeka się od trzech do sześciu miesięcy, więc wypadało uzbroić się w cierpliwość. 

W ciągu tych sześciu miesięcy dostałam dwie odpowiedzi, obydwie odmowne:

Szanowna Pani,

Dziękujemy, ale nie zdecydujemy się na publikację Pani tekstu.

Z poważaniem,

XXX”

oraz:

Szanowna Pani,

Serdecznie dziękuję za kontakt i propozycję wydawniczą. Niestety nie włączymy jej do planu wydawniczego. Mam nadzieję, że uda się Pani zainteresować innego wydawcę, czego serdecznie życzę.

Z poważaniem

XXX

I tyle. Cała reszta nawet nie pofatygowała się odpisać. Co więcej, wątpię, żeby ktokolwiek tak naprawdę przeczytał chociaż jeden rozdział. Nie dlatego, że uważam, że moja książka jest fantastyczna i wciąga od pierwszego zdania. Ale patrząc na to, co jest publikowane na polskim rynku wydawniczym i co “się sprzedaje”, byłam pewna, że hasło “pakistańskie wesele” będzie wystarczającym wabikiem. Trzeba było jednak przemycić coś o mężu fanatycznym terroryście/bogatym szejku/zwyrodniałym potworze…

Blog

Pod koniec tych sześciu miesięcy trochę się załamałam, trochę popadłam w apatię, ale na szczęście trochę też mnie szlag zaczął trafiać. Złe we mnie wstąpiło i postanowiłam, że “ja im wszystkim pokażę, przyjdą do mnie na kolanach…” Taa… To się dopiero nazywa myślenie życzeniowe. Ale grunt, że zołzowatość nie pozwoliła mi zacementować się w otchłaniach marazmu. 

Bardzo niechętnie zaczęłam brać pod uwagę opcję self-publishingu, rozważając wszelkie za i przeciw. Wydało się oczywiste, że bez porządnej platformy marketingowej, wydawanie książki nie ma najmniejszego sensu. Dlatego równie niechętnie i z ogromnym sceptycyzmem zaczęłam po raz pierwszy poważnie rozważać ideę bloga, pisząc do przyjaciół i pytając, jak bardzo będą mną gardzić, jeśli wezmę się za blogowanie. 

O dziwo, wszyscy bez wyjątku poparli mój pomysł. Co więcej, wydawali się bardziej entuzjastycznie nastawieni, niż… w sumie nie ma co porównywać. Ja w ogóle nie przejawiałam żadnego entuzjazmu, co najwyżej ponurą determinację i zacięcie. Nawet mój mąż uznał, że to dobry pomysł i powinnam spróbować. 

Projekt przedstawiłam też koledze z byłej pracy, specjaliście od pozycjonowania, zaczynając od:

– Będziesz się ze mnie śmiał, ale…

Nie śmiał się. Powiedział, że pomoże, ogarnie co trzeba, ja mam po prostu zacząć pisać. Spotkaliśmy się pod koniec grudnia 2019, czy na początku stycznia 2020. I zdecydowaliśmy, że dajemy temu rok. Przez rok mam być cierpliwa, nie denerwować się brakiem rezultatów i konsekwentnie publikować co tydzień nowy tekst. Przed startem miałam sobie przygotować rozpiskę tematów i w miarę możliwości zapas kilku tekstów na pierwsze tygodnie.

Blog symbolicznie ruszył 3 kwietnia 2020 (przeczytałam na mądrych stronach astrologicznych, że księżyc będzie wtedy w znaku lwa, coś tam jeszcze będzie się działo, słońce coś zrobi z Bliźniętami, Wenus będzie patrzeć, czy coś takiego. W każdym razie szał niebieskich ciał, astrologicznie korzystny dla założenia bloga!), a wszystko było już tak w miarę gotowe 12stego. Od tamtego czasu, co tydzień, w środę o 10:15 publikuję dla Was nowy tekst. I wiecie, co jest niesamowite? Że Wy te teksty czytacie!!!

Od początku moim założeniem było pisać dla ludzi, którzy lubią czytać, bardziej niż dla tych żądnych sensacji. Czyli, jakby nie patrzeć, wybrałam dosyć wąskie grono odbiorców, długością postów zniechęcając na wejściu tych, którzy tak naprawdę nie lubią czytać, ale tu podobno jakaś Polka z Pakistańczykiem coś teges… Bo tak naprawdę tylko tym pierwszym moja książka ma szansę się spodobać. Przynajmniej chciałabym tak myśleć.

fot. Sunflower & Scot

Ale co z tym wydawnictwem?

Zatrzymaliśmy się na tym, że byłam już pogodzona z losem i zdecydowana na self-publishing. Zupełnym przypadkiem na jakiejś grupie facebookowej trafiłam na Sylwię Chrabałowską z wydawnictwa Moc Media. Zajrzałam do niej na instagramie, porozmawiałyśmy trochę o uwielbianym przez nas obie Murakamim i jakoś tak postanowiłam raz jeszcze spróbować. Już jako autorka bloga. 

I stało się coś bardzo dziwnego. Sylwia odpisała mi już na drugi dzień, że dostała i dziękuje, bloga kojarzy, z propozycją się zapozna. Potem umówiła się ze mną na rozmowę i powiedziała, że to wyda.

Nie! Za łatwo! To musi być oszustwo! To zbyt podejrzane, zbyt piękne i w ogóle… Dziwię się Sylwii, że nie urwała mi głowy przy samym tyłku, tak ją przepytywałam, tak kombinowałam… Wykazała się anielską cierpliwością i w lipcu 2020 podpisałyśmy umowę. I wtedy dopiero zaczęła się moja tzw. “ciąża literacka” wraz ze wszystkimi dramatami, wahaniami nastroju i opuchlizną intelektualną.

Redakcja

Dzisiaj Wam zdradzę, że to nie była moja pierwsza publikacja w ogóle, chociaż pierwsza solowa owszem. Wcześniej zdarzyło mi się opublikować eseje w dwóch pracach zbiorczych, więc miałam już pewne, chociaż bardzo skromne, doświadczenia z pracą przy redakcji. Doświadczenia dość kontrastowe, warto dodać.

Pierwsza publikacja wydawana była pod redakcją moich przyjaciół z liceum, w związku z czym cały proces był całkowicie bezbolesny, wręcz (i nie przemawia tu przeze mnie masochistka) arcyprzyjemny. 

Z kolei przy drugiej publikacji, w języku angielskim, dostawałam furii widząc bezsensowne (czasami faktycznie) “poprawki” i wieszałam psy na biednej redaktorko-korektorce. Nie jestem dumna z tego, jak ją w myślach nazywałam, ale do tej pory uważam, że próbowała mój tekst zniszczyć. Nie pozwoliłam, zaparłam się jak buldog angielski przed wyjściem na spacer. 

Do redakcji mojej pierwszej samodzielnej książki podeszłam z entuzjazmem – wiedziałam, że nie jest doskonała, wiedziałam, że jest w niej trochę błędów. Poza tym, każdy, nawet wybitny pisarz potrzebuje przecież redakcji. Obiecałam sobie, że podejdę do tego z otwartym umysłem i z ogromną dozą pokory. I szybko jej zapasy wyczerpałam. Ja po prostu nie potrafię! Walczyłam o swoje, na każdym kroku toczyłam bitwy. W wielu miejscach uległam, żeby mnie mój anioł stróż – Sylwia nie posłała do wszystkich diabłów… Z większości zmian jestem zadowolona, szczególnie tych w treści, ale oczywiście są też takie, które trochę mnie gryzą, szczególnie te językowe. Ale pracuję na tym. Wierzę, że pokora, a przede wszystkim zaufanie do redakcji przyjdzie z czasem. 

Muszę natomiast przyznać, że miałam ogromne szczęście, ponieważ trafiłam na wydawnictwo, które liczyło się z moim zdaniem. Tak naprawdę, zwykle pisarze, szczególnie ci debiutujący, po podpisaniu umowy mają bardzo niewiele do powiedzenia. Ja miałam. I za to ogromnie dziękuję Sylwii i całemu zespołowi wydawnictwa Moc Media! 

Wydawanie w czasach zarazy

W ogóle wydawanie w czasach pandemii to taka ekstremalna zabawa, tylko dla osób o bardzo mocnych nerwach. I dla tych z wyrozumiałymi partnerami. 

Właściwie trzeba założyć, że wszystko, co mogłoby pójść nie tak, pójdzie nie tak. Redakcji i czytania będzie przynajmniej dwa razy więcej niż zakładaliśmy, połowa zaangażowanych osób się pochoruje i jeśli planujemy premierę na jesień, możemy już zacząć trzymać kciuki, żeby zdążyć w ostatniej chwili przed świętami…

Spełnione marzenia

Wygląda na to, że zdążyliśmy. I że przynajmniej część z Was spełni moje świąteczne marzenie i położy moją książkę, koniecznie z zawiązaną kokardą (nie wiem, co mi odbiło z tymi kokardami, ale jakoś tak się na nich zafiksowałam), pod tegorocznymi choinkami…

A. Morał w sumie mógłby być! Ponieważ w tym roku, kompletnie wbrew swoim inklinacjom i predyspozycjom charakterologicznym, przyjęłam rolę little miss sunshine, będę Was zarażać optymizmem (i dlatego właśnie, drogie dzieci, należy nosić maseczki – nie wiadomo co za badziewie może się do człowieka przypałętać). Widzicie, robaczki, nie należy się poddawać. Kiedy ktoś mówi, że nie, że się do czegoś nie nadajemy, należy zrobić wszystko, żeby ten ktoś wszedł pod stół i odszczekał (a poza tym żałował do końca życia, że się na nas nie poznał i usychał ze zgryzoty). Nie ma to jak potencjał motywacyjny tkwiący w mrocznej energii zemsty. Proszę zapamiętać. Mrok, zemsta, energia, sukces.

No dobrze, to jeszcze raz, tym razem poprawnie politycznie: warto rozważać różne rozwiązania, nawet te, które wydają nam się mniej atrakcyjne. Mogą nas one zaprowadzić w naprawdę fajne miejsca. Oczywiście wszelkie marudzenie i narzekanie po drodze jest jak najbardziej wskazane, pod warunkiem, że nie wyklucza konsekwencji w dążeniu do celu. 

„Pakistańskie wesele” – już nie mogę się doczekać, aż będę mogła zastąpić wizualki zdjęciami prawdziwej książki, z krwi i kości tuszu i papieru. Mam też nadzieję, że dużo takich zdjęć dostanę od Was!

Odrobina lokowania jednak będzie

Ale tak tylko na koniec, dyskretnie. Książka jest cały czas dostępna w przedsprzedaży (wysyłka od 14 grudnia) w sklepie wydawnictwa Moc Media (KLIK) i na stronie TaniaKsiazka.pl. Aktualne informacje dotyczące kanałów dystrybucji będę umieszczać na moich kanałach społecznościowych (to te ikonki poniżej). Oczywiście będę to czynić w sposób elegancki i nienachalny, jak na “prawdziwą księżniczkę” przystało. 

Jeśli macie ochotę, możecie przed ewentualnym zakupem zapoznać się z pierwszym rozdziałem. Jest on dostępny na podanej powyżej stronie Moc Media, jak i na portalu Ofeminin.