“I jak tam? Wypoczęliście? Bo ja nie. Kiedy Wy mieliście czas, żeby trochę ochłonąć i przygotować się do czekającej nas wspólnej przeprawy przez Andy, Wasza (ulubiona? – pomarzyć można) autorka skończyła pisać kolejną książkę, rozesłała propozycje wydawnicze, ogarnęła wszystkie zaliczenia na studia (chociaż długo łamała sobie głowę nad “główną pracą zaliczeniową”, na którą kompletnie nie miała pomysłu, bo tematy takie z rzyci wzięte, a ona by wolała z życia) i napisała dwa felietony dla Klubu Polek w Świecie (ha! Rebranding! ). Więcej Was w niepewności trzymać nie będę, przecież musicie wiedzieć, dlaczego, mimo lat trenowania cierpliwości i wyrozumiałości prawie ubiłam ślubnego pod Aconcaguą.” – Tak miał się zaczynać ten post. A potem mijały kolejne tygodnie, zmieniając się w miesiące, podczas których świat zdążył znienawidzić Argentynę i chyba o tym zapomnieć, a ja skończyłam trzydzieści dziewięć lat, poczyniłam pewne obserwacje dotyczące jajeczkowania, nie dostałam pracy testerki lodów w firmie Snoopa Dogga, wymyśliłam, co chcę dalej robić ze swoim życiem, w ramach obchodów dziesiątej rocznicy ślubu wyjechałam z mężem na wakacje, na których działy się rzeczy śmieszne, wróciłam, zrobiłam pranie, złapałam drugą, uprzednio przyszykowaną walizkę, poleciałam do Polski, w Warszawie odbyłam staż studencki (w rzeczywistości wycieczkę szkolną), odebrałam dyplom i kilka życiowych lekcji, wróciłam do Nowego Jorku z planem pisania kolejnej książki i przypomniałam sobie, że zanim zacznę ją pisać, wypadałoby w końcu ten zaległy post na bloga pyknąć. I nawet narzuciłam sobie deadline. Ruszajmy więc!
W ramach przypomnienia: w poprzednich odcinkach Miłości w czasach strefowych zabrałam Księcia do Chile, Książę stwierdził, że się nudzi, wzgardził moimi propozycjami (raftingiem, hike’ami i innymi atrakcjami wymagającymi zaangażowania fizycznego) i w wyniku wspólnej burzy mózgów doszliśmy do wniosku, że pojedziemy do Argentyny. Udało nam się nawet wszystko załatwić z wypożyczalnią samochodów i po ostatniej (w tamtym segmencie) wieczerzy chilijskiej – mającej miejsce w barze z gumowymi kurczakami – wróciliśmy do hotelu, gotowi na podbój And. Następnego dnia wyruszyliśmy stosunkowo wcześnie, przezornie nie wykupiwszy hotelowego śniadania, bo to zawsze nam się rozwlekało. Na szczęście, mogłam zaparzyć w pokoju kawę, a do tego mieliśmy jeszcze zapas proteinowych batonów, z którymi – przypominam – bardzo nie chciałam wracać do Stanów. Do Argentyny mieliśmy wjechać zaraz za moim chyba ulubionym (to “chyba” będę później rozwijać) ośrodkiem narciarskim w Portillo, wcześniej zatrzymawszy się w miasteczku Los Andes, celem zakupienia zapasu wody mineralnej. Zafiksowałam się na tym okrutnie, nawet nie dlatego, że łooopanie, przeprawiamy się przez Andy, wszystko może się wydarzyć, ale naczytałam się tyle o skomplikowanym systemie płatności w Argentynie (do tego też dojdę), że nie chciałam ryzykować sytuacji, w której nie będziemy w stanie wody kupić. Podjechaliśmy pod duży supermarket w tym jednym, jedynym celu. Niestety, mój mąż cierpi na bardzo dziwną przypadłość, mianowicie lubi sobie chodzić po supermarketach. Zawsze musi zwiedzić część z elektroniką, ale żeby tylko… On sobie po prostu ogląda. Wymyśla. Dokonuje wyboru. Nie sprawdzałam, żeby się nie denerwować, ale wydaje mi się, że straciliśmy tam mniej więcej godzinę, a to był dopiero początek. Przed supermarketem kupiliśmy lody – chyba najgorsze z całego wyjazdu, potem okazało się, że jednak jakieś śniadanie byłoby fajne, ale wytypowane przeze mnie kawiarnie albo nie miały wolnych miejsc parkingowych, albo nagle przestawały się szanownemu małżonkowi podobać. A nie ma świeżych soków? A co jest? A to co? A może jednak nie? A może on by chciał empanadę? Znalazłam sklep, a właściwie taką piekarnię, która sprzedawała tylko empanadas. Niesamowite miejsce, zawieszone w czasie, senne i urokliwe. Książę wydał mi dyspozycje (z czym i ile), został w samochodzie, a ja poszłam kupować. Nic wymyślnego, żadnych krewetek, ani innych krabów, ale coś w tym miejscu obiecywało, że empanadas będą wybitne. I rzeczywiście, najprostsza empanada z serem i kukurydzą była cudowna. Książę dostał dwie z jakimś mięsem (już nie pamiętam) i również z choclo. Chciał dwie. Potem stwierdził, że za dużo, za duże, za suche i w ogóle on nie chce. Empanadas pojechały do Argentyny, gdzie całymi dniami nosiłam je w torebce, licząc na to, że nakarmię jakiegoś biednego pieska. O dziwo w Mendozie bezdomnych piesków prawie nie było, więc empanadas się zmarnowały, ale to akurat dobrze. Że smutnych piesków nie było. W każdym razie – już mnie te fanaberie gastronomiczne mojego męża wprawiły w stan lekkiej irytacji, ale krótko (no… relatywnie – załapaliśmy się na remonty i ruchy wahadłowe) później – mijając po drodze absurdalną ilość miejsc, w których moglibyśmy się na coś do jedzenia zatrzymać, ale nikt nie pomyślał o umieszczeniu ich na Google Maps – dotarliśmy do głównej atrakcji drogi do Portillo. Mianowicie niezwykle malowniczych zakrętów. Tu Książę udowodnił, że jest już trochę spolszczony, bo niczym prawdziwy polski Janusz (a także ja z Tatą milion lat temu), cieszył się jak dziecko, że na drodze tyle curvas. I to jeszcze ponumerowane. Marzyło mi się zrobić takie zdjęcie, jak te, które widziałam w internecie, ale okazało się, że do tego trzeba mieć chyba drona. Albo coś innego – nie wiem, jak robili te zdjęcia, zanim pojawiły się drony. W każdym razie, ja odpowiedniego sprzętu nie miałam, ale możecie sobie wygooglować “ruta Portillo Chile” i zobaczycie, czemu się tak zachwycam. Chcąc przywołać wspomnienia z dawnych wypadów narciarskich, oświadczyłam mężowi, że na tym etapie drogi najlepiej słucha się Vivaldiego. Nawet przyznał mi później rację. Już w lepszej atmosferze dojechaliśmy do samego Portillo.
Portillo
Nigdy wcześniej nie widziałam go w innej odsłonie niż zimowa. To właśnie tu podczas mojej pierwszej wizyty w Chile – jeszcze w czasach licealnych – po raz pierwszy wybraliśmy się z Tatą na chilijskie narty. Teraz, patrząc na martwe wyciągi wiszące nad gołymi skałami, odczuwałam ogromną potrzebę powrotu. Portillo jest dosyć małym ośrodkiem, ma zaledwie kilka stoków, przez co w porównaniu do innych – czy to położonych bliżej Santiago, czy bardziej na południe kraju – może wydawać się nudne, ale według mnie kameralna atmosfera i niewiarygodnie piękny krajobraz Laguny Inca zdecydowanie rekompensują brak bardziej rozrywkowego klimatu. Do tego jest to najstarszy ośrodek narciarski w Chile i w całej Ameryce Południowej – taka gratka dla wielbicieli historii. Hotel działa tu również poza sezonem i wprawdzie okolica nie oferuje zbyt wielu atrakcji, warto zajrzeć dla samych widoków i pooddychania atmosferą dawnego Chile. Początkowo, zanim jeszcze wpadliśmy na pomysł z Argentyną, chcieliśmy spędzić tu noc, niestety logistyka zrobienia rezerwacji okazała się zadziwiająco trudna do ogarnięcia. Zamiast tego, postanowiliśmy chociaż napić się kawy w hotelowej restauracji z widokiem na Lagunę. Przeglądając menu, nagle zapragnęłam do tej kawy czegoś słodkiego – moją uwagę przykuło ciasto hojarasca. Jest to tradycyjne ciasto chilijskie, mnie osobiście kojarzące się z polskimi andrutami. Składa się z cieniutkich warstw ciasta (hoja rasca – dosłownie martwe/suche liście), przekładanych tradycyjnie manjarem (chilijskim dulce de leche, kajmakiem?) a w bardziej wypasionych wersjach manjarem, dżemem i kremem śmietankowym. Tutaj serwowano wersję turbowypasioną. Jeszcze ze świeżymi owocami. Umrzeć można było z rozkoszy. Do tego idealna kawa i najpiękniejszy widok, który pozwolił nam wrócić wspomnieniami do pakistańskiej Hunzy. W dalszą drogę ruszyliśmy w doskonałych nastrojach.
Teraz wrócimy na chwilę (znowu) do czasów zamierzchłych, kiedy nartowałam z Tatusiem. Zdarzyło się nam raz wjechać niechcący do Argentyny. Jakoś tak przegapiliśmy zjazd pod ośrodek i zaledwie chwilę później dojechaliśmy do granicy. Nie mieliśmy jak zawrócić, więc straż graniczna wspaniałomyślnie pozwoliła nam do Argentyny wjechać, zawrócić i zrobić myk z powrotem do Chile. Dlatego, teraz byłam bardzo zdziwiona, że jedziemy, jedziemy, tunel za tunelem, a granicy nie ma. Niby mijaliśmy ogromny baner, na którym Chile dziękowało nam za naszą wizytę, ale co mi po banerze? Mogli dziękować, wiedząc, że dalej już nie ma po co jechać, chyba że do Argentyny… W końcu sprawdziłam mapę w telefonie. Byliśmy w Argentynie. Jak nic. Ale co? Zlikwidowali granicę? Nie, to niemożliwe… Poza tym to takie antyklimatyczne. Wybaczcie anglicyzm. Albo nie – nie wybaczajcie, zrozumcie! Z Księciem rozmawiamy po angielsku i niektórych rzeczy nie da się przetłumaczyć tak, żeby brzmiały dobrze i oddawały idealnie sens… a w tamtym momencie stwierdziliśmy, że to nasze niezauważone przekroczenie granicy było wybitnie anticlimatic. Gdybyśmy tylko wiedzieli, co nas dalej czeka…
Ano dalej czekały nas bajkowe krajobrazy And. Zupełnie różne od wspominanego co rusz przez nas Karakorum, ale podobnie zapierające dech w piersiach. Czekała nas także drewniana budka. Może opłata za “autostradę”? Już się zdążyłam zestresować, bo skoro my już w Argentynie, to czym ja będę płaciła? A poza tym, już Chilijczykom płaciłam za tę drogę, mogliby się podzielić, prawda? Po co podróżnych stresować? Pan w budce spytał, ile nas jest, dla pewności obejrzałam się na tylne siedzenie, no bo skoro widać, że dwie sztuki, a on dopytuje, to może jednak coś mi umknęło? Stwierdziłam jednak, że jedziemy sami, tylko z empanadas, a pan wydał nam świstek papieru z odręcznie napisanym numerem rejestracyjnym, cyfrą 2 i pieczątką żandarmerii. Dodatkowych wyjaśnień nie udzielał, ale założyłam, że może na późniejszym etapie na podstawie karteczki podliczą opłatę, więc lepiej karteczkę trzymać. Przy okazji ją sobie dokładnie obejrzałam. Oględziny przyniosły zaskakujące rezultaty. Po drugiej stronie karteczki widniała kserokopia czyjegoś paszportu. Ucięta w połowie, ale wszystkie istotne dane się załapały. Nie zrozumcie mnie źle, ja doceniam, jak ktoś szanuje środowisko, papier, drzewa i w ogóle, ale gdyby ci od RODO to zobaczyli… W kolejnych dniach co krok przekonywałam się, że w Argentynie do ochrony danych osobowych podchodzi się z uroczą nonszalancją, ale zwykle działało to na naszą korzyść, więc specjalnie się nie martwiłam. Uzbrojeni w karteczkę, napawając się piękną scenerią, jechaliśmy dalej. I dalej. I jeszcze kawałek. Minęliśmy po lewej punkt widokowy na Aconcaguę. Aż dojechaliśmy do budki z posterunkiem. Pan zawiadujący budką zażyczył sobie karteczki, a następnie spytał, czy przeszliśmy kontrolę graniczną. Aha… Czyli jednak.
Dłuższa (ale przyjacielska) pogawędka przyniosła nieoczekiwane odkrycia. Granica jak najbardziej istnieje, tylko nie tam, gdzie kiedyś. To znaczy może granica jako granica się nie zmieniła, natomiast punkt kontroli granicznej został strategicznie przeniesiony, kawałek w bok od głównej drogi i powinniśmy byli w odpowiednim momencie zjechać, udać się do punktu granicznego, przejść przez kontrolę, gdzie podstemplowaliby nam nieszczęsną karteczkę i dopiero ruszyć w dalszą drogę. A skąd mieliśmy o tym wiedzieć? Znaki są. No nie wiem, ja tam znaków nie widziałam, ale powiedzmy, że są. Musimy się cofnąć. W oczach nam pociemniało, ale okazało się, że wcale aż tak daleko nie mamy, jakieś piętnaście, dwadzieścia minut w jedną stronę, pan mundurowy nawet nam wpisał, co trzeba w nawigację, żeby teraz nam na pewno nie umknęło, bo pewnie do dziś bujalibyśmy się między Portillo a argentyńską budką.

Żeby życie miało smaczek
Dojechaliśmy do stacji kontroli granicznej. Jeśli ktoś zastanawia się, jak najtrafniej przedstawić chaos organizacyjny, to bardzo polecam wizytę. Nie będę już wnikać w skomplikowane zależności kroków numero uno, dos, tres, cuatro, kolejek samochodów i dziwnej konfiguracji budek, zaledwie pobieżnie wspomnę, jak ogłupiała tym całym cyrkiem próbowałam wsiąść obcemu facetowi do samochodu i jak uległam gigantycznej, samonarzuconej presji wykupienia ubezpieczenia zdrowotnego. Chociaż o tym ostatnim szybciutko wspomnę, że było warto, bo to grosze, a w przeciwieństwie do niektórych znajomych (buuurn!) firma ubezpieczeniowa pamiętała o moich urodzinach i wysłała mi życzenia. Odhaczywszy jednak pozostałe nieistotne detale, przejdę od razu do jednej z dwóch najdziwniejszych konwersacji, które przeprowadziłam na granicy. Ta druga to z tego samego wyjazdu, tylko w drodze powrotnej, więc cierpliwości – macie motywację, żeby czytać do końca. (Spoiler. Nie tylko do końca, co do następującego po nim nowego pocżątku…)
Podczas gdy ja zdobywałam kolejne pieczątki na dokumentacji samochodu, Książę kręcił się przy budce obiecującej finał przygody. Kiwał przy tym entuzjastycznie głową i powtarzał jak katarynka: paso dos, paso dos. Dobrze, że nie “doble”, bo zaraz by wszyscy zaczęli tańczyć. Pani, do której tak radośnie katarynkował, spytała, czy nie woli po angielsku, on z kolei stwierdził, że żona mówi po hiszpańsku, ale on lubi mówić paso dos. Żona zjawiła się chyba w samą porę, bo paso dos zostałby za chwilę wysłany do psychiatryka. Wszystko już mieliśmy gotowe, pani – przemiła zresztą – już miała przystawić ostatnią pieczątkę, kiedy zjawił się pan żartowniś. Pan żartowniś powiedział, że on się nami zajmie, bo pani nie mówi po angielsku tak dobrze jak on. Oczywiście żartem, ale ja takich żartów nie lubię, więc po hiszpańsku powiedziałam, że pani radzi sobie fenomenalnie, a jemu chyba maczyzm (machismo – skrajna forma szowinizmu) wszedł za mocno. Pan się bardzo ucieszył, stwierdził, że ma na imię Ali i jest Arabem, więc oczywiście, że jest machista. Zaznaczam, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Miałam różne opcje. Mogłam powiedzieć “Alemu”, że bycie rasistą jest niefajne, podobnie jak oparte na stereotypach żarty. A mogłam też potraktować sprawę z jeszcze gorszym humorem. Dlatego, dalsza rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
– Rozumiem. I pewnie masz cztery żony, tak?
– Cztery?! Ja mam sto żon i czternastu mężów, bo po co się będę ograniczał!
– Aha… A wiesz, w Polsce…
– Jesteś z Polski?
– Tak…
– Ale super! Piąteczka, brachu! – tutaj pogratulował mojemu mężowi wyborów życiowych.
– …w Polsce – kontynuowałam niezrażona – mamy powiedzenie: żeby życie miało smaczek, raz dziewczynka raz chłopaczek. (Tak, naprawdę do powiedziałam.)
– NO WŁAŚNIE! CUDOWNA FILOZOFIA! – wykrzyknął entuzjastycznie. – Słyszałaś?! – tu zwrócił się do swojej koleżanki. – Dokładnie tak trzeba żyć.
Chwilę później podstemplowali nasze dokumenty, paszporty i cholerną karteczkę i puścili wolno. Nie musicie mi wierzyć. Sama wciąż zastanawiam się, czy mi się to nie przyśniło. W każdym razie, ruszyliśmy znowu w drogę. Książę w szampańskim humorze, bo oczywiście nie sprawdzali mi ubezpieczenia i znowu niepotrzebnie się stresowałam, a on znowu miał rację i powinnam zacząć się go słuchać. Następnie zażyczył sobie karteczki. Po co? Bo on będzie ją przecież pokazywał. Ale ja mu nie ufam. No ale jak to?! Trochę wiary… No i co miałam zrobić. Dałam mu tę cholerną karteczkę. W końcu jest dorosły.
Anxiety
Siedzicie wygodnie? To teraz słuchajcie. Jest taka piosenka, Doechii Anxiety. Mój mąż śpiewać nie potrafi, ale postanowił na to nie zważać. Zaczął wyć refren ANXIEEETY, otworzył okno i wystawił za nie rękę z karteczką. Poważnie. Tylko po to, żeby mnie wykończyć nerwowo. I nawet tej karteczki nie wypuścił, tylko że… Nie wziął pod uwagę, że wieje tak bardzo, że wiatr mu tę karteczkę po prostu przerwie na pół i z tą połówką ucieknie. W samochodzie nagle zapadła cisza. Książę patrzył na mnie. Ja patrzyłam bez słowa przed siebie. Książę nerwowo zachichotał. Ja milczałam. Zjechaliśmy na pobocze. Książę wyszedł z samochodu i zaczął spacerować po chaszczach. Po kilkunastu minutach wrócił. Połowy naszej karteczki nie znalazł, ale znalazł inne karteczki, może nam się nadadzą? No i co byście, drodzy Czytelnicy, na moim miejscu zrobili? Pytam poważnie. Uważam, że każdy sąd by mnie uniewinnił. I chyba mój mąż zdawał sobie z tego sprawę, bo przez chwilę zachowywał się jak pies, który zeżarł właścicielowi klapki i teraz macha ogonem, uśmiecha się i zastanawia się, jaka będzie kara i czy może uda się złagodzić. W końcu rzuciłam tylko, że na mnie ma nie liczyć. Nawet w charakterze tłumaczki. Nie wiem, jak wyjaśni panu mundurowemu, co się stało, może odstawiać pantonimy, mnie to nie interesuje. Książę po raz kolejny zaśmiał się nerwowo i ruszyliśmy na spotkanie z przeznaczeniem.
Mówi się, że opatrzność czuwa nad półgłówkami, prawda? Jakie to szczęście, że mój mąż okazał się półgłówkiem podręcznikowym. Kiedy dojechaliśmy do feralnej budki, pana mundurowego nie było nigdzie widać. Zwolniliśmy pro forma, rozejrzeliśmy się i uznaliśmy, że może skończył pracę. Już we wstecznym lusterku zobaczyliśmy, jak pan mundurowy, zapinając rozporek, wychodzi ze stojącej na poboczu wygódki. Perfekcyjne zgranie w czasie. Niestety, wyglądało na to, że szansa na nauczkę przepadła, a Książę przy następnej okazji będzie równie chętny do popełniania kretynizmów w ramach dręczenia zszarganych nerwów małżonki. Z drugiej strony, może dobrze, że nie stracił w tamtej chwili animuszu? Jego YOLO podejście do życia miało okazać się bardzo przydatne, kiedy po jakimś czasie natrafiliśmy na gargantuiczny korek składający się w głównej mierze z ciężarówek. Książę w korkach stać nie lubi, zresztą już kaprysił, że zmarnowaliśmy strasznie dużo czasu na tej akcji z karteczkami, więc postanowił te setki ciężarówek wyprzedzić. – Będzie na Chilijczyków – oświadczył, kiedy stwierdziłam, że może nie powinien, skoro nikt inny nie wyprzedza. Podobno Jan Paweł II kiedyś zapobiegł wojnie między Chile a Argentyną. Mój mąż może do niej nie doprowadził, ale chyba nie wpłynął na relację bilateralną zbyt korzystnie. Ponieważ chciałabym kiedyś skończyć opisywać tę naszą przygodę, kolejne godziny drogi przewińmy, zostawiając jedynie podsumowanie: korki raz były, raz ich nie było, droga była piękna konsekwentnie – nawet w miejscach, gdzie na poboczach zalegały upiorne ilości plastikowych butelek (do których wrócę w dalszej części opowieści) – co rusz zachwycała nas zmieniającym się krajobrazem. Górami, skałami, jeziorami, deltą rzeki, winnicami, małymi miasteczkami. Dla samej tej trasy warto było pojechać do Argentyny. W końcu, kiedy słońce już chyliło się ku zachodowi (nie silę się na poetyckość, naprawdę się chyliło i robiło to nad górami, więc wyglądało to pięknie), dojechaliśmy do rozgrzanej do granic możliwości Mendozy.

Bienvenidos a Mendoza
Wieczór wcześniej mój mąż po solidnym researchu wybrał dla nas ten sam hotel, który mnie rzucił się w oczy jako pierwszy, więc spokojnie mógł go od razu zarezerwować i oszczędzić sobie czasu. Ale on ewidentnie researchować lubi, co czasami się przydaje, a czasami wkur…za. Zdecydowaliśmy, że zostaniemy tam na dwie noce i jeśli Mendoza przypadnie nam do gustu, albo przedłużymy, albo przeniesiemy się do innego hotelu. Na pierwszy rzut oka miejsce wydawało się bardzo w porządku – świetna lokalizacja, ładne lobby. Zameldowanie trochę dziwne, zamiast dać nam klucze do pokoju, kazali nam ściągnąć aplikację, z której mieliśmy później korzystać w różnych celach – od otwierania drzwi do pokoju, po kontakt z naszym prywatnym konsjerżem. Tutaj dwie uwagi. Idea klucza w aplikacji mnie zirytowała, więc przy wymeldowaniu podrążyłam temat. Tak, wiem, fajne rozwiązanie, mniej plastiku, mniej zgubionych kart itp., itd., ale ten wszechobecny, cyfrowy terror traktuję jako formę dyskryminacji. Czy naprawdę wszyscy musimy mieć smartfony? Może ktoś – jak moja Mama – lubi stare nokie? Albo ceni swój czas i unika pokus wirtualnych pożeraczy uwagi? Albo po prostu jest starszym człowiekiem, któremu nie po drodze z technologią? No i wyobraźcie sobie, że dopiero, kiedy podrążyłam temat (tak, wiem, upierdliwa jestem – ale nie widzieliście mnie w akcji, kiedy próbuję dopytać o wymiary hotelowych basenów… swoją drogą, jeszcze nie trafiłam na taki, w którym by wiedzieli. A chyba powinni, prawda?), okazało się, że na specjalne, jasno zwerbalizowane życzenie, jest możliwość uzyskania tradycyjnej karty. Dobra, druga uwaga. Konsjerż w aplikacji był bardzo proaktywny, chciał się wykazać, proponował nam rezerwacje w restauracjach, wycieczki do winnic i inne takie, ale kiedy próbowałam umówić nas na masaż w hotelowym SPA – najpierw w samym SPA, a potem, kiedy nie odezwali się do mnie zgodnie z obietnicą, przez konsjerża – czekałam cały dzień, zresztą kilkukrotnie się przypominając, żeby się dowiedzieć, że chyba jednak nie mają masażystek. Zdarza się i tak. Recepcjonista, podobnie jak konsjerż, też starał się być bardzo proaktywny, głównie namawiając nas do pójścia do restauracji po drugiej stronie ulicy i do skorzystania z darmowej degustacji wina w hotelowym lobby. Z tego pierwszego polecenia skorzystaliśmy, bo jakoś nie chciało nam się już wymyślać, gdzie i co byśmy chcieli – szału nie było, ja bym nie polecała, ale nie było też źle – z wina natomiast nie. I tu muszę się Wam do czegoś przyznać. Przez cały pobyt w Argentynie, wino wypiliśmy tylko raz i w sumie tak jakby z poczucia obowiązku. Na starość coś mi się takiego złego stało, że mi wino prawie wcale nie wchodzi. Bardzo żałuję, że nie pojechaliśmy do tej Argentyny kilka lat wcześniej. Możecie to wyznanie potraktować jako spojler – nie będziemy zwiedzać żadnej winnicy. Ale będą inne atrakcje. Tylko najpierw zostawmy walizki w całkiem ładnym pokoju z wybitnym widokiem na góry. I sprawdźmy basen: zdecydowanie za mały na pływanie, można się ewentualnie poopalać. Dobra, możemy ruszać w miasto.
Kiedy wyszliśmy z hotelu, było już dobrze po dziewiętnastej. Zamiast jednak skierować się prosto do nie-takiej-fajnej restauracji, postanowiliśmy najpierw się przejść i zapoznać z okolicą. Zobaczyć, gdzie jest jakieś mniej lub bardziej umowne centrum, pogapić się na sklepy, sprawdzić, czy w Argentynie lody są lepsze niż w Chile – wiecie, taki podstawowy rekonesans w nowym miejscu. Na mapę rzuciliśmy okiem tylko po to, żeby sprawdzić “we w którą” i już. Przeszliśmy przez Plaza Independencia, gdzie na straganach znowu wypatrywałam magicznego amuletu dla “siostry” i skręciliśmy w ulicę Sarmiento. Zjadłam pierwsze argentyńskie lody (bananowe) i stwierdziłam, że nie jest źle – nie tak dobre, jak te “moje” w Vinii, ale lepsze niż w Santiago. Przypadkiem znaleźliśmy siostrę bliźniaczkę galerii-karuzeli z Vinii. Tylko w tej, zwanej, jakże oryginalnie, Caracol, zamiast salonów fryzjerskich i barberskich, dominowały salony tatuażu i piercingu. Książę zbył moją propozycję wytatuowania sobie naszych imion na pośladkach (lub innych dowolnych częściach ciała), ale chętnie pokręcił się po poziomach. W sklepach Pumy przekonaliśmy się, że tu już nikt nie kocha Formuły 1 tak, jak w Chile. Tylko piłka nożna. Rzuciliśmy okiem na wystawy nielicznych sklepów z pamiątkami. Wreszcie stwierdziliśmy, że pora jeść i odespać przeprawę przez Andy. Jak już wspominałam, restauracja Chama santuario nas nie zachwyciła. Wszystko było w miarę dobre: i stek Księcia, i moja rybka (pstrągowata dla odmiany), i deser, wystrój też całkiem niezły, ale ewidentnie było to miejsce dla zagranicznych turystów. Taki przerost formy nad treścią i brak życia. I nie musicie mi mówić, że to jasne, że skoro recepcjonista polecał, to dlatego, że miał polecać właśnie gringos. Poszliśmy świadomie, sprawdziwszy tylko uprzednio oceny na Google, żeby się w nic nie wkopać. 4.8 wyglądało zachęcająco, a poszukiwania kulinarnych rozkoszy postanowiliśmy rozpocząć dopiero nazajutrz. Wieczór zakończyliśmy spacerem trawiennym w okolicach La Arístides, gdzie zrozumieliśmy, że miłość Argentyńczyków do piłki nożnej ma naprawdę zupełnie inny wymiar. Może dlatego nie potrafiłam później, podczas Mundialu, wraz z resztą świata kibicować przeciwko drużynie argentyńskiej…

Zwiedzanie Mendozy
Początkowo planowaliśmy pojechać tego dnia do term, spędzić wieczór w mieście i następnego dnia może wracać, ale po sprawdzeniu pogody (czterdzieści stopni i indeks UV 11), stwierdziłam, że ja to ja, ale mój mąż tego nie przeżyje. Zamiast tego postanowiliśmy uczciwe przechodzić Mendozę, do term pojechać kolejnego dnia i przedłużyć pobyt w Argentynie o jedną dobę. Może Mendoza nie jest jakąś super interesującą metropolią, ale to w sumie małe miasto jest naprawdę urokliwe. I to w taki wyjątkowy sposób. Normalnie ten przymiotnik rezerwuję dla starszych miast, z historią, czarującymi zakątkami i takim je ne sais quoi – Mendoza jest po prostu estetyczna. Czysta, kolorowa, z odrobiną starego czaru, ale też różnymi wizualnymi bajerami typu fontanny podświetlane tak, żeby wyglądało, jakby tryskało z nich wino. Do tego pogodni ludzie na ulicach, szczególnie w okolicy centrum. I relaksująca po Chile atmosfera względnego bezpieczeństwa. Nikt nas nie gonił, więc czemu nie zostać chwilę dłużej i po prostu mieć wakacje? Zaczynając oczywiście od śniadania, podczas którego odkryłam dwie rzeczy. Po pierwsze: w naszym hotelu byli Polacy. I co z tego? Ano niby nic, ale w mojej świadomości Mendoza to naprawdę taki koniec świata, chyba nawet większy niż Chile. Później temat Polaków jeszcze się przewijał, aż wreszcie w drodze powrotnej do Santiago, zrozumiałam dlaczego – oni wszyscy na Aconcaguę ciągną! Ambitny naród, dumna jestem. (Bywam. Cokolwiek.) Druga sprawa – pierwszy hotel w Santiago wyznaczył pewien śniadaniowy standard, a raczej ukształtował moje bieżące oczekiwania. Na śniadanie życzyłam sobie aktualnie brazylijskich bułeczek serowych – pão de queijo. Ich brak na sekundę złamał mi serce, które szybko uleczyłam nową miłością. Mendocinas. Uwaga, teraz pójdę na łatwiznę i wkleję tłumaczenie z AI przeglądarkowego (wraz z oryginalnymi błędami, żebyście wiedzieli, po co nam wciąż pisarze ludzcy): “Tortitas mendocinas to absolutny klasyk piekarnictwa z regionu Mendoza w Argentynie, tradycyjnie podawany do popularnego tam naparu yerba mate. Wbrew pozorach (słowo tortita to dosłownie „torcik” lub „naleśnik”), nie są one słodkie ani puszyste – to małe, wytrawne, płaskie chlebki, których sekretem jest dodatek smalcu wołowego.” Całe szczęście nie miałam o tym dodatku smalcu wołowego pojęcia, bo bym dla zasady nie tknęła, a to było cudowne! Szczególnie w połączeniu z białym serem i miodem.

Pożywieni owym wołowym smalcem (nigdy nie myślałam, że to napiszę), wybraliśmy się najpierw do centrum. Znowu było po prostu ładnie i mimo upału – niezwykle przyjemnie. W jakiejś arkadzie z przepięknym witrażowym dachem stanęłam przed dylematem, jak przewieźć gigantycznego różowego tyranozaura (a może nanotyrana?) z rogiem jednorożca na kółkach w naszym i tak ledwo już domykającym się bagażu do Nowego Jorku, a stamtąd do Polski, gdzie wręczę go mojej przyjaciółce dla jej nowowyklutej (wtedy – biorąc pod uwagę, ile mi pisanie tego posta zajęło, dziwię się, że Maddie jeszcze nie zaczęła robić doktoratu) latorośli. Stwierdziłam, że się nie da, ale na pewno są gdzieś w internecie i to był błąd. Nie ma. To był dosłownie jednotyranozaurorożec – jedyny taki na świecie.
Potem Książę miał koncepcję. Jak już się pewnie domyślacie, błędną. On mnie zabierze w takie fajne miejsce, w którym dzieją się fajne rzeczy. Szliśmy do tego miejsca i szliśmy. W upale, przez już nie takie piękne ulice. I szliśmy. I jeszcze trochę szliśmy. Aż doszliśmy do długiego muru, w którym były zamknięte drzwi. Okazało się, że moje kochanie umyśliło sobie zabrać mnie do Espacio Arizu. Całkiem fajny pomysł, miejsce interesujące historycznie i kulturowo. Przez około stu lat od 1888 roku działała tam jedna z najważniejszych winnic regionu. W sumie to mało powiedziane – imperium zbudowane przez baskijskiego imigranta, Balbino Arizu, obejmowało jedne z największych winnic na świecie i własną linię kolejową do transportu milionów litrów wina w dalsze rejony Argentyny. Imponujące. No ale u schyłku lat siedemdziesiątych XX wieku okolice Mendozy nawiedził kryzys winiarski, rodzina Arizu winiarnię sprzedała, nowy właściciel wkrótce utracił ją na rzecz państwa, a państwo chyba średnio się angażowało, bo po dekadzie winiarnia została ostatecznie zamknięta. Budynek pozostał, prywatny inwestor chciał to wszystko wyburzyć i postawić na miejscu centrum handlowe. Mieszkańcy, być może zagrzewani do walki wspomnieniami owych milionów litrów wina spożywanych przy przeróżnych rodzinnych okazjach i wspomagani przez obrońców zabytków stawili skuteczny opór. Prywatny inwestor poszedł sobie budować centra handlowe w krzaki, gdzie indziej, dawna winiarnia została wywłaszczona i zrewitalizowana a w jej wnętrzach powstała nowoczesna przestrzeń kulturowo-artystyczna. Odbywają się tu koncerty, wystawy, targi i inne różne cudowności, a na dodatek mieści się tu najbardziej kompletne archiwum winiarskie w całej Argentynie. Niestety, nie można tu tak sobie po prostu wejść, byle którego dnia o dowolnej dziennej godzinie. Książę tego nie sprawdził, więc Espacio Arizu mogłam sobie pooglądać z zewnątrz i na zdjęciach w internecie, więc w sumie niewiele bardziej niż Wy teraz.
No trudno. Tylko dlaczego to Książę strzela focha? To chyba ja powinnam, jeżeli już ktokolwiek. Aaa. Bo chce zamówić Ubera i z góry zakłada, że się nie zgodzę. A właśnie że na złość się zgodzę! To gdzie tym Uberem. Gdzie ja chcę? A proszę bardzo. To do parku. W taką pogodę? A masz inną..? No i pojechaliśmy do Parque General San Martin. Park jest ogromny, posiada dużo typowych parkowych atrakcji, czyli zbiorniki wodne, wypożyczalnie sprzętu pływającego, jakieś centrum rekreacji, fontanny, budki z jedzeniem i piciem, pomniki, punkty widokowe, muzeum – w sumie, jak ktoś lubi i ma takowe życzenie, można się tu sobą zająć przez cały dzień. Książę nie lubił i nie miał życzenia, interesował go tylko stan bierny w cieniu, najlepiej z piwem. Fontannę z kontynentami obeszłam sama, bo była w słońcu, na punkt widokowy zgodziłam się podjechać w późniejszych godzinach samochodem, ale przynajmniej zrobiliśmy pętlę wokół sztucznego (chyba) i lekko syfiastego (na pewno) jeziorka, przechodząc obok Siódmych Wrót Piekieł. Johnny’ego Deppa nie spotkaliśmy, ale też nie dobijaliśmy się, bo jeszcze by nam ktoś inny otworzył. Temperatura dla mojego męża była chyba wystarczająco piekielna. A tak serio, o co chodzi? O miejską legendę spopularyzowaną przez Martína Rumbo. Podobno w Mendozie jest siedem bram piekielnych, łączących nas z zaświatami – sześć rozrzuconych po mieście blisko centrum, w zwyczajnych, codziennych miejscach, a siódma właśnie tutaj, w parku. No i słuchajcie, codziennie, a właściwie co noc, o trzeciej, siódme wrota się otwierają, a upiory maści wszelakiej wypełzają na świat, a konkretnie na ulice Mendozy, aby nękać jej mieszkańców. Sama prawda! Potwierdzają to relacje świadków, którzy przez dekady odczuwali w tym miejscu nagłe spadki temperatury (tak, tak, pomarzyć można) i jakąś taką ciężką energię. My tego popołudnia ciężkość odczuwaliśmy głównie w nogach, a o trzeciej w nocy, jak przystało na parę mentalnych emerytów, spaliśmy. Książę w ogóle w tych upałach się jakiś taki bardziej senny zrobił – zaraz po wizycie w parku zażądał przerwy w hotelu na drzemkę. Zgodziłam się, pod warunkiem, że najpierw dostanę lody. Tuż obok naszego hotelu było kilka lodziarni, musiałam przetestować je wszystkie, a czasu było mało. Te najbliżej hotelu miały naprawdę dobre bananowe – już porównywalne z tymi z Vinii. Usatysfakcjonowana kulinarnie postanowiłam przeczekać książęcą drzemkę na basenie i nad basenem. Przynajmniej wrócę do zimowego Nowego Jorku z wkurzającą wszystkich opalenizną.
Jakiś czas później, wyspany Książę i przypieczona ja, postanowiliśmy ruszyć samochód z hotelowego parkingu. Najpierw pojechaliśmy do centrum handlowego, bo sierściuch miał koncepcję, że on będzie pamiątki w centrach handlowych kupował. Jakie – jeszcze nie wiedział, na pewno lokalne słodkości, alfajores. W sumie o tamtejszych centrach handlowych nie ma co dużo mówić, te w Chile były bardziej interesujące, pamiętajmy jednak, że Mendoza to mimo wszystko prowincja. Ale! Pod jednym z nich, żeby zaparkować za darmo trzeba było ściągnąć appkę i się zarejestrować. Rejestracja obejmowała podanie lokalnego numeru telefonu i również lokalnego numeru dowodu osobistego. Nie mając ani jednego, ani drugiego, wpisałam wymyślone numery. Zadziałało. Rozumiecie, co miałam na myśli z tą ochroną danych? No. Tylko po to o tym wspominam… Po centrum handlowym wjechaliśmy do parku, żeby zobaczyć ten główny punkt widokowy bez narażania mojego małżonka na trudy mozolnej wspinaczki. Punkt rzeczywiście położony był dość wysoko, droga do niego kręta i ciemna, ale pomnik na szczycie taki z gatunku bardziej imponujących. Monumento al Ejército de Los Andes na szczycie wzgórza Gloria upamiętnia bohaterską akcję Armii Andów, która przekroczyła góry, aby wyzwolić Chile i Peru spod panowania hiszpańskiego. Ogrom i detale naprawdę robią wrażenie… Chciałam tutaj przejść płynnie do kolejnego punktu, pisząc “aż zgłodnieliśmy”, ale to chyba byłoby nietaktowne? To przejdziemy niepłynnie.
Tym razem research został przeprowadzony i to przeze mnie. Dzięki temu, trafiliśmy do restauracji Estancia la Pasión, gdzie po odczekaniu kilku minut na wolny stolik, zasiedliśmy do prawdziwej uczty. Książę zjadł ponoć najlepszego steka całej podróży (w tym jednym było czuć serce kucharza! Cokolwiek to znaczy… kanibal jeden), ja zapiekanego bakłażana, a do tego wszystkiego zamówiliśmy butelkę wina. Średnio dobrego, ale produkowanego specjalnie dla tej restauracji. W końcu nie mogliśmy wyjechać z Argentyny, nie wypiwszy malbeca. Na deser zaplanowaliśmy oczywiście lody. Te zaraz obok, w końcu już dochodziła północ, ale skoro już o lodach mowa, to powinnam sprawdzić, czy jest jakaś lodziarnia uchodząca za najlepszą. Nie wiem, jaki duch nieświęty w mego męża w tamtej chwili wstąpił, skąd takie nagłe natchnienie, ale błogosławiony niech będzie owoc tej onej siły wyższej. Sprawdziłam. I następnego dnia zmieniło się moje życie. Ale o tym przeczytacie później…
Luksusowe kataklizmy
Tego dnia zaraz po śniadaniu (ach… mendocinas…) ruszamy do term. Chociaż wybór był dla nas dość prosty – od razu zdecydowaliśmy się na Termas de Cacheuta – opcji było więcej. Ta forma odpoczynku wydaje się cieszyć u podnóży And sporym powodzeniem, zwłaszcza po stronie argentyńskiej (po stronie chilijskiej też są jakieś termy, ale podobno dojazd do nich to istny survival). W sumie nie ma co dywagować nad przyczynami, gorące źródła to cudowna sprawa wszędzie na świecie, od Budapesztu po Japonię, ale możemy poświęcić kilka zdań (akapitów?) na specyfikę lokalną, poczynając od historii. Zanim współcześni Argentyńczycy zleźli z łódek (“Los argentinos descendemos de los barcos” – to pejoratywne “zleźli” to tak pół żartem pół serio oczywiście, już nie będę przedłużać i odbiegać od tematu, chodzi o to dziwaczne, europocentryczne trendy w samoidentyfikacji tego narodu, proszę sobie doczytać w razie potrzeby) z dobrodziejstw tutejszych term korzystali najpierw rdzenni mieszkańcy z plemienia Huarpe, a później Inkowie traktujący andyjskie baseny termalne jako przystanki regeneracyjne na szlakach. Potem przypłynęli ci na łódkach. Na przełomie XIX i XX wieku otwarto Kolej Transandyjską, a Argentyna przeżywała swój złoty wiek. Pijane doskonałym winem elity Buenos Aires zaczęły tęsknić za Starym Kontynentem, jego luksusową kulturą SPA i uzdrowisk i zaczęły kombinować jakby tu jeszcze bardziej Argentynę zeuropeizować. I tak w miejsce naturalnych kąpielisk zaczęły powstawać kipiące bogactwem i marmurami hotele z łaźniami dla południowoamerykańskich bogaczy. Doskonałym przykładem może tu być legendarny Puente del Inca, gdzie w 1915 roku powstał kurort. Taki z gatunku wow-wow. Goście do termalnych basenów dostawali się prywatnymi podziemnymi tunelami bezpośrednio ze swoich pokoi. Ale Andom to się chyba nie spodobało, wolały widzieć swoje termalne skarby w mniej fancy otoczce i w 1965 roku hotel zniszczyła gigantyczna lawina, ocalając ponoć jedynie małą kapliczkę – jakże poetycko. Również słynny Hotel Termal el Sosneado nie miał za dużo szczęścia. Działał jedynie piętnaście lat od otwarcia w 1938 roku, aczkolwiek w tym przypadku zawiniła nie natura, a odcięcie dróg dojazdowych. Kolejne zamknięte dzieło tamtej epoki, Hotel Villaviciendo przetrwało z kolei w pamięci argentyńczyków za sprawą… etykiet wody mineralnej. Bodaj jedyne kąpielisko z tamtej epoki, które istnieje do dzisiaj to Termas de Los Molles z 1916 roku. Cacheuta są sporo młodsze – tak o siedemdziesiąt lat, chociaż można się kłócić, że mają dłuższą historię. Pierwsze oficjalne SPA działało tam już w 1893 roku, a w latach 1904-1910 przeżywało swoją złotą epokę jako część Gran Hotel Termas Cacheuta. Zważywszy na położenie i tamten okres niebywałego powodzenia, hotel miałby może szansę przetrwać do dziś, gdyby nie kolejny kataklizm. W 1934 roku potężna powódź lodowcowa zniszczyła niemal wszystko. Dopiero pół wieku później, w 1986 roku, na ruinach dawnych kamiennych niecek zbudowano obecne spa wraz z relatywnie skromnym hotelem.
Termas de Cacheuta
Droga do term jest naprawdę arcyprzyjemna, rozpieszcza nas zabójczo pięknymi widokami, które podbijamy sobie fajnie dobraną muzyką. Kiedy jednak docieramy na miejsce, okazuje się, że mamy pewien problem. Parkingów ci tutaj dostatek, ale wszystkie życzą sobie opłaty w gotówce – Chile za bardzo mnie rozbestwiło.
– Widzisz? Dlatego zawsze mówię, że musimy mieć gotówkę – mądrzy się mój kierowca.
– Zawsze ci mówię, że musisz mieć przy sobie pieniądze – powtarza za nim w głowie moja Mama, nagle taka zgodna ze swoim zięciem.
– Arystokracja nie brzęczy, ani nie szeleści – sprzeciwia się Clarisse Renaldi, królowa Genovii. (“It’s not appropriate for royalty to jingle” – Pamiętniki Księżniczki. Dopowiadam pro forma, bo zakładam, że wszyscy – podobnie jak ja – kochają i oglądali przynajmniej dwadzieścia pięć razy, czyli akurat raz w roku od czasów premiery.
Trochę bez sensu robimy rundkę, z trudem przeciskając samochód przez zatłoczone niby-uliczki odpustowego niby-miasteczka, które wyrosło przy kompleksie uzdrowiska. Czego tu nie ma! Grille, na których dymią niemal całe zwierzęce tusze, sklepiki z pamiątkami, stragany z rękodziełem (tu wreszcie dostanę upragniony naszyjnik z magicznym kamieniem), ubrania, kostiumy kąpielowe, słodycze, restauracje i zachęcający do skorzystania z nich naganiacze. Zaraz w to wszystko wejdziemy, tylko trzeba coś zrobić z samochodem. Już wiem! Ja porozmawiam!
Negocjacje z panem zawiadującym jednym z parkingów przynoszą nieoczekiwanie korzystne rozwiązanie. Od “bez gotówki się nie da”, przechodzimy do “ja ci dam taki kwitek, opłacisz go w kasie razem z biletem do term i później mi dasz rachunek”. No i super. Samochód zaparkowany, większość rzeczy zostaje, bierzemy minimum, które w termach zostawimy w szafce. Teraz możemy przejść przez ten pachnący grillowanym mięchem kolorowy świat straganów. Szczerze mówiąc, ma to w sobie coś z Krainy bogów Miyazakiego. Termy to prawie jak łaźnie, mamy rzekę Mendozę, jest jedzonko – tylko bogów brak. No i… którędy właściwie do tych term? Pomaga nam pani naganiająca. Wprawdzie musimy wziąć ulotkę restauracji i obiecać, że po termach pójdziemy tam jeść, ale to tak tylko, żeby nie było, że pani się nie wywiązała ze swojego zadania. Ogólnie jest chyba po prostu życzliwa. I tak trafiamy do kas. W kasie, pomna tego, com przeczytała w ynternetach, proszę o bilet i od razu szafkę. Biletów z szafkami już nie ma. Oho. No to mamy problem. Ale skoro udało się z parkingiem, uda się i teraz. Idziemy do szatni (a właściwie sklepiku, w którym wydawane są klucze do szafek) spróbować. Pan mówi, że szafki się regularnie zwalniają, więc musimy przychodzić co jakiś czas i pytać. Przy okazji ustalamy, że kaucję zapłacę kartą, a odbiorę w gotówce. No to za chwilę wrócimy, a na razie zobaczmy w ogóle, jak to wygląda. No super. Naprawdę. Jest przepięknie, krajobraz konsekwentnie zachwyca, baseny termalne z wodą o różnej temperaturze rozciągają się na wielu poziomach, jest też tzw. leniwa rzeczka. Ludzi tłumy, ale jakoś to wszystko się równo dystrybuuje, więc nie ma tragedii. Próbujemy znaleźć grotę, w której planowałam się później obłożyć leczniczym błotem i odkryć później pod nim ciało bogini. Okazuje się, że ta grota to ściema. To znaczy jest, ale nie tu, a w hotelowym SPA. Trudno, będziemy zalegać w basenach bez błota. Tylko co z rzeczami?
Większość osób przyszła tu w kilkuosobowych grupach, więc nie ma problemu z porzucaniem dobytku i rotacją na stanowisku stróżującym. My takiej opcji nie mamy. Ubrania porzucić możemy, ale telefony, karty, klucze do samochodu? Może lepiej nie… Wracamy do sklepiku. Nic się nie zwolniło. Wpadam na pomysł, że możemy pospacerować w rzece (tej leniwej, nie w Mendozie), ja telefony itp. będę niosła nad głową. Książę jest sceptyczny, ale zgadza się spróbować. Pomysł był jednak głupi. Książę ma lepszy. Wracamy do sklepiku i oświadczamy, że się nie ruszymy, póki nie dostaniemy kluczyka. Czekamy piętnaście minut, podczas których ja złowrogo zezuję na konkurencję, która chciałaby tak po prostu wejść i od razu dostać kluczyć. Jak sprzedawca się ośmieli wydać, przechwycę! W końcu unosząca się wokół mnie mroczna aura determinacji sprawia, że nasz argentyński Gerwazy nie wytrzymuje nerwowo, kiwa na nas i mówi:
– Ja tu mam taki kluczyk, tylko nie jestem pewien, czy zamek w tej szafce działa… Jak chcecie, to idźcie spróbować.
Działał! Hulaj dusza, piekła nie ma, szafka jest! No to teraz będziemy się relaksować. Zaczynamy od marszu leniwą rzeczką (z prądem, przecież nie będziemy się przemęczać), a potem już tylko testujemy różne baseny. Co ciekawe, głównie jest mi za zimno. Woda jest ciepława, ale poza dwoma, trzema basenami nie gorąca, a powietrze w górach dużo chłodniejsze niż w rozpalonej Mendozie. Jest fantastycznie, Książę nawet specjalnie nie narzeka, dlatego, kiedy po dłuższym czasie i obskoczeniu chyba wszystkich basenów pyta, czy możemy się niedługo zbierać, zgadzam się bez oporów. Musimy jeszcze kupić magnesy, wisiorek i może coś zjeść? W końcu obiecaliśmy. Natychmiast po wyjściu przyczepia się do nas upiornie wysoki dwudziestoparolatek, który mówi podejrzanie dobrze po angielsku i chyba jest z tego bardzo dumny. Zamiast zaproponować nam od razu restauracje i dać się spławić, bardzo chce z nami po prostu porozmawiać. Informuje mnie, że tu przyjeżdża bardzo dużo Polaków – w tamtym momencie wciąż nie dotarło do mnie dlaczego – i ewidentnie nie planuje się od nas odczepić. W końcu przechodzi do restauracyjnego sedna, na co z pewną satysfakcją odpowiadam mu, że nie da rady, bo my już tamtej pani obiecaliśmy. Pani niestety w tym samym momencie nas dostrzega i już chce holować do swojej, co chłopakowi nie przeszkadza, bo chyba się kumplują. Wymawiamy się, że najpierw musimy zrobić zakupy. Wybieramy ładne magnesy i wisiorek z czarnym obsydianem uformowanym jak anielskie skrzydło. Książę stwierdza, że teraz musimy uciec, bo on tu jeść nie chce. Nawet nam się to udaje, chociaż wymykając się, mam wrażenie, że czuję na plecach pełen wyrzutu wzrok naszej pani naganiającej. Trudno. Straciła część mojej sympatii przez kumoterstwo z tym tamtym aroganckim.
W samochodzie uskuteczniam krótką sesję gimnastyki nieartystycznej próbując się przebrać w suche majtki, Książę stwierdza, że jemu wystarczy ręcznik pod mokry tyłek. No cóż, jak złapie wilka, to będzie tylko i wyłącznie jego wina. Wraz z hipotetycznym wilkiem ruszamy w drogę powrotną, mijając ruinas de fader – pozostałości pierwszej elektrowni wodnej w Argentynie. Budynek powstał na samym początku XX wieku z inicjatywy niemieckiego inżyniera Carlosa Fadera, ojca znanego (podobno, ja na przykład nie znałam) malarza Fernando Fadera. Elektrownia miała zasilać region energią pozyskaną z rzeki Mendoza, jednak nie działała długo. Potężne lawiny błotne i powodzie (w tym ta w 1934 roku, która zdewastowała dawne spa w Cacheuta) doszczętnie zniszczyły konstrukcję. Resztki betonowo-kamiennych ścian oraz schodów stoją tuż przy drodze prowincjonalnej nr 82, funkcjonując jako ogólnodostępny zabytek techniki. Dla mnie, w połączeniu z historiami o zniszczonych termach, stanowią impuls do poczytania o innych okolicznych ruinach i sprawiają, że zaczynam myśleć o tym rejonie Argentyny jak o swojego rodzaju cmentarzysku dawnej świetności.
Kanapka jak Messi
Chwilę później mój mąż oświadcza, że może i nie chciał jeść w argentyńskiej krainie bogów, ale to nie znaczy, że nie jest głodny. Bo jest. Straszliwie. Na kanapkę! Więc mam tak nie siedzieć i nie wpatrywać się bezrozumnie w ruiny za oknami i na telefonie, tylko poszukać, gdzie są najlepsze kanapki w całej Mendozie. Fukam troszeczkę, żeby sobie nie myślał, że będzie mi życie, a konkretnie czas wolny na siedzeniu pasażera układał, ale po termach jestem do niego dość życzliwie nastawiona, więc zaczynam leniwe cyberposzukiwania. Chwilę później mam wrażenie, że misję wykonałam na tysiąc procent.
– I co? Znalazłaś coś?
– Tak.
– Co?
– Najlepsze kanapki w Mendozie.
– A konkretnie?
– Konkretnie to posłuchaj tego – mówię i zaczynam tłumaczyć znalezioną w internecie recenzję. – “Poszedłem do Guchini i spróbowałem Guchicken. To nie jest zwykła kanapka… to punkt zwrotny. Miękkie pieczywo, kurczak, który radzi sobie jak kanapkowy Messi i aioli, które sprawia, że zaczynasz się zastanawiać: <A może tak wytuatować sobie Guchini na ramieniu?> Poważnie, ta kanapka powinna mieć dowód osobisty, bo ma tak wielką osobowość. Gdyby szczęście miało adres, byłoby to w Guchini.”
No sami powiedzcie, nie spróbowalibyście? Dla samej weryfikacji tego, jak smakuje kurczakowy Messi? Zwłaszcza, że mieli też kanapki z bakłażanem, który grając w tej samej drużynie, co tzw. GOAT, nie mógł być zły, prawda? Księcia przekonywać nie musiałam. Zajechaliśmy pod adres szczęścia, mój kierowca i amator kanapek został w samochodzie, bo sytuacja z parkowaniem była skomplikowana, ja wysiadłam, prawie wpadłam do głębokiego, betonowego rowu między ulicą a chodnikiem, cudem ocaliłam życie i poszłam zamawiać te cudowności na wynos. Mieliśmy je później zjeść w nowym hotelu. Tu tak tylko w ramach ciekawostki dodam, że Guchini mieści się przy Plaza Italia i w ogóle w Mendozie jest jeszcze kilka placów nazwanych na cześć krajów, w tym Plazoleta República de Eslovenia. Skąd Słowenia? Cieszę się, że pytacie. Otóż, wyobraźcie sobie, że w Mendozie od połowy XX wieku dosyć prężnie działa słoweńska diaspora. Skweru Polski nie znalazłam. Dobra, koniec z tym suspensem – kanapki rzeczywiście były fenomenalne i chętnie zjadłabym taką raz jeszcze.
Niebieski dolar
Tak… to była naprawdę dobra kanapka. Nowy hotel też całkiem nam się udał, aczkolwiek chyba wolałam ten poprzedni. Ale i tak nie będziemy w nim za długo mieszkać. Już teraz, chwilę po zjedzeniu naszych wybitnych kanapek zbieramy się znowu do wyjścia. Cel? Te lody, o których wczoraj czytałam, że są najlepsze w mieście i wypadałoby jednak kupić te pamiątki, ze szczególnym uwzględnieniem alfajores. I crop topy dla mnie, z Argentyną i z Brazylią. W każdym razie – idziemy w miasto. W pewnym momencie, do mojego męża zaczynają podchodzić pojedynczo podejrzanie wyglądający faceci. Szepczą do niego konspiracyjnie.
– Czy oni chcą mi sprzedać narkotyki? – Pyta mnie z nadzieją.
– Nie, kochanie. Oni w sprawie dolarów. Kupna lub sprzedaży, co wolisz.
– Nie rozumiem.
– No przecież ci mówiłam przed wyjazdem o niebieskim dolarze!
Jemu mówiłam, ale mnie nie słuchał. Wam z kolei nie mówiłam, więc powiem, może posłuchacie. W bardzo dużym uproszczeniu, w Argentynie funkcjonują dwa kursy wymiany dolarów amerykańskich. Ten oficjalny jest sztucznie regulowany przez państwo i obłożony restrykcyjnymi limitami zakupu, co drastycznie ogranicza obywatelom dostęp do zagranicznych walut. Rządowe ograniczenia i wysokie podatki od oficjalnych transakcji doprowadziły do powstania czarnego, a właściwie “niebieskiego” rynku walutowego. Dolar blue to równoległy, powszechnie akceptowany kurs wymiany fizycznej gotówki, który znacznie lepiej odzwierciedla realną wartość rynkową argentyńskiego peso. Oczywiście te wymiany odbywają się poza oficjalnym obiegiem bankowym – głównie w nielegalnych, choć działających jawnie punktach zwanych cuevas (jaskiniami) lub bezpośrednio na ulicy za pośrednictwem naganiaczy. Czyli tych panów, którzy wcale nie próbowali sprzedać mojemu mężowi narkotyków. Dla zagranicznych turystów i samych Argentyńczyków rynek ten przez lata stał się kluczowym elementem codziennego funkcjonowania i podstawowym sposobem na ochronę oszczędności przed inflacją. Płatności kartą wychodzą przy tym dosyć korzystnie, bo przelicznik Visy czy Mastercard jest w miarę zbliżony do wartości niebieskiego dolara – dlatego planowałam przeżyć wycieczkę do Argentyny bez gotówki. Ale szczerze mówiąc, gdybym wiedziała, że wystarczy się przejść po mieście, żeby znaleźć punkty nielegalnej wymiany, pewnie bym się tak nie upierała. No cóż… Książę pewnie do tej pory nie kuma, o co chodziło z dolarem blue, bo jak tylko zaczęłam mu tłumaczyć, zdekoncentrował się arkadą ze sklepami z zegarkami. Później okazało się, że te sklepy to i tak tylko przykrywka dla punktów wymiany walut, ale i tak było fajnie, bo oprócz zegarków były tam losowo zgromadzone relikty przeszłości. Wiecie, nie że antyki, po prostu jakieś dziwne rzeczy z dawnych czasów. Lubię takie “śmieci”. Pomagają mi wyobrazić sobie, jak wyglądało życie codzienne w danym miejscu np. w latach pięćdziesiątych. A gdyby mój mąż faktycznie chciał sobie kupować zegarek, to przecież znaleźliśmy fajne w jakimś sklepie z prawdziwymi, “luksusowymi” antykami pierwszego dnia. On chciał tylko popatrzeć.
Historia lodziarza
Dosłownie kawałek za arkadą z niebieskimi dolarami mieściła się tak zachwalana w internecie lodziarnia – Flavio Soppelsa. Smaki na rozpisce były jakieś takie dziwne, więc stwierdziłam, że biorę po prostu jedną gałkę bananową dla przetestowania jakości, a później dojem sobie w jakiejś z tych już sprawdzonych lodziarni. Książę wziął dużą porcję, więc kilka gałek, w tym malbeca, do którego właściciel dołożył mu maciupeńki kleks parmezanu (też lodów, duuh). Spróbował też awokado z kefirem. Na lody trochę czekaliśmy, bo nakładanie ich to był cały proces artystyczny, uskuteczniany przez dwóch pracowników i wykańczany przez właściciela. Lody były rzeźbione w kształt róży (ale nie takich, jak amorino) i dekorowane. Fajny bajer, ale ja już bym chciała jeść. I do tego nawet kawy nie serwują, bo specjalizują się w lodach. Pfff. No. Kilka minut później byłam gotowa odszczekiwać wszystko pod stołem. Albo odgryźć sobie ten głupi łeb, który powiedział, że chce tylko jedną gałkę i to bananową. Kretynka skończona. A to awokado z kefirem?! POEZJA. Ja kiedyś wrócę do Mendozy tylko i wyłącznie dla tych lodów. Na razie zadecydowałam, że noc jeszcze młoda, przed powrotem do hotelu zajdziemy tu drugi raz i wtedy wezmę największą porcję właśnie z tym awokado. Normalnie zaplanowałabym jeszcze wizytę rano przed wyjazdem, ale otwierali skandalicznie późno… Jak dobrze, że mi mąż kazał wczoraj wyszukać najlepsze lody w Mendozie. W ogóle, takie niby niepozorne miasto, zastanawialiśmy się, czy warto przyjeżdżać, a okazuje się, że tu same najlepsze rzeczy. Że na przykład rodzina Soppelsa to jedna z najsłynniejszych dynastii lodowych w całej Argentynie. Toż przecież nie mogłam lepiej trafić! (Jaki ten Snoop Dogg głupi, że mnie nie zatrudnił… Swoją drogą, może faktycznie powinnam napisać książkę z moimi lodowymi wspomnieniami, coś w stylu najlepszych lodów świata? Tylko warto byłoby jeszcze rozszerzyć badania terenowe 😉 )
Kiedy wróciliśmy przed samym zamknięciem, nie było już takich tłumów, więc udało mi się chwilę porozmawiać z właścicielem (a “trochę” później doczytałam). Flavio jest prawnukiem założyciela – Güerino Soppelsa, który w 1927 roku przyjechał do Mendozy z Włoch (z regionu Veneto, konkretnie z Forno di Zoldo, znanego jako dolina wytwórców lodów) ze swoim nastoletnim synem Ernesto. Oprócz syna przywiózł też europejskie receptury lodów i otworzył skromny biznes, sprzedając swoje wyroby z wózka m.in. na wzgórzu Glorii. Argentyńczycy ewidentnie już wtedy wiedzieli, co dobre, bo mimo że Soppelsa senior oferował tylko podstawowe smaki i to wyrabiane prymitywną metodą, jego jakość szybko podbiła lokalne podniebienia. Z czasem do ojca z synem dołączyła reszta rodziny, w tym bracia Ernesto, którzy pięćdziesiąt lat po śmierci nestora rodu przejęli biznes, niczym trzej lodowi muszkieterowie (to nie ja wymyśliłam, tylko portal TimeOut). Potem panowie się podzielili (CHYBA po przyjacielsku), otwierając osobne lokale. Tradycję lodową kontynuował też syn Ernesto – Dante – wraz z żoną Natalią. Jeśli dobrze zapamiętałam, to właśnie Natalia, mama mojego rozmówcy Flavia, ma polskie korzenie i pochodzi z rodziny Lewandowskich. – Tak, jak Robert Lewandowski – potwierdza Flavio z nieśmiałym uśmiechem. Podczas gdy inne klasyczne punkty należące do tej wielkiej rodziny zamykały się z biegiem czasu, Flavio Soppelsa przekształcił swój lokal w miejsce autentycznego kultu gastronomicznego. Wciąż korzysta z tradycyjnych receptur, ale chętnie eksperymentuje ze smakami (które musi zaakceptować pani Natalia). Uwielbia doradzać klientom, które smaki połączyć. No i wymyślił – podobno przez przypadek – że będzie zmieniał każdą porcję w małe dzieło jadalnej sztuki, nadając jej wspomniany już przeze mnie wcześniej kształt róży. Żeby dopełnić wizji raju dla instagramowych foodies, ścianę lokalu zdobi jeszcze mural Luisa Quesady. No! Przekonałam Was? Bo ja już prawie rezerwuję kolejny bilet w tamte strony… Ale serio, to awokado z kefirem…

Obowiązkowe zakupy
Po zakończeniu pierwszej wizyty w tym cudownym miejscu, myślałam już właściwie tylko o tym, kiedy wrócimy po kolejną porcję. Stwierdziłam, że crop topy już mnie wcale nie interesują, wchodziłam do sklepów tylko po to, żeby mężowi było przyjemnie. I tak nie udało nam się nic kupić, bo jakiś podejrzany traf chciał, że we wszystkich sklepach, w których były dokładnie te bluzki, które wypatrzyłam sobie pierwszego dnia, były awarie terminali płatniczych. W końcu, również bardziej z poczucia obowiązku niż z potrzeby, spytałam jednej pani, jak myśli, za ile je naprawią. Może za parę dni ktoś przyjdzie. Aha. No nic. Za kilka dni to ja sobie zamówię w internecie. Nie wiem, co się Książę tak zafiksował, przecież to dla mnie miało być. A w ogóle, to zostawmy już te bluzki i chodźmy po te cholerne alfajores, bo nam Chocolezzę zamkną… Dobra. Po kolei. Alfajores to takie ciasteczka kanapkowe. To znaczy że jest warstwa górna, warstwa dolna i nadzienie. Tak jak w Oreo, ale inaczej, bo tu wszystko jest miękkie i mokrawe. Najpopularniejsza odmiana to chyba ta z nadzieniem kajmakowym, ale są różne. Znane chyba w całej Ameryce Południowej i nie wiem, jak w innych krajach, ale w Chile uważają, że ichniejsze są najlepsze, w Argentynie, że wcale że nie, bo ich. Mnie one nie smakują w ogóle, ale Chile ma cuchufli, to może niech będzie, że alfajores są specjalizacją argentyńską. Żeby było sprawiedliwie. Zwłaszcza, że już w kwestii empanadas jestem po stronie Chile. A Książę musi przywieźć dla rodziny i ludzi z pracy jadalne pamiątki i z Chile, i z Argentyny (naprawdę? Musi?), więc koniecznie trzeba znaleźć – tak, zgadliście – najlepsze alfajores w Mendozie. Internet proponował kilka opcji, z pozorną przewagą cukierni (czokolaterni?) Chocolezza. Chocolezze w mieście były chyba trzy, ale coś nie mogliśmy do żadnej przed zamknięciem wcześniej trafić. Dzisiaj miało się udać. W sklepie okazało się, że rodzajów alfajores jest jakaś dzika ilość, nawet ja postanowiłam dokupić kilka pudełek do Polski. Na chwilę wpadliśmy w panikę, bo na każdym opakowaniu podawali w składzie alkohol, więc nie mogłoby być dla książęcej rodziny (ha, miał być blog o różnicach kulturowych, to jest), ale przeprowadziłam długą rozmowę ze sprzedawczynią, która powiedziała, że skład jest podany taki sam na każdych, a tak naprawdę alkohol jest tylko w niektórych i możemy śmiało brać te klasyczne kajmakowe. No. Nie wiem, po co Wam opisuję to wydarzenie, chyba tylko z kronikarskiej rzetelności. Potem Książę poszedł z torbami, dosłownie i metaforycznie prawie też. Za ciasteczka zapłaciliśmy ponad dwieście dolarów, a mój mąż chodził po Mendozie objuczony dwiema gigantycznymi, żółtymi torbami. Ja martwiłam się jedynie tym, jak nam się uda to wszystko upchnąć do walizki w drodze powrotnej do Stanów… Do kupienia pozostał nam już tylko jeden T-shirt, ale wiedzieliśmy już, że taki idealny jest w sklepie tuż przy naszym hotelu, więc postanowiliśmy zostawić to na rano. Wreszcie mogliśmy wrócić po drugą porcję lodów w kształcie róż…
Tu zrobimy przerwę – naiwnie myślałam, że zmieści mi się Argentyna razem z ostatnimi dniami w Chile w jednym poście, ale nie ma takiej opcji. To znaczy, umówmy się, mój blog, posty mogę sobie wstawiać dowolnej długości, ale jednak chciałabym, żeby chociaż pojedyncze osoby doczytywały je do końca. I jakoś ten mentalny limit ustawiłam poniżej dwudziestu stron maszynopisu. Czyli pewnie i tak czterokrotnie za długie. Ale spokojnie. Na kolejną część nie będziecie musieli długo czekać!




