Algarrobo
– To co teraz robimy? – Zapytałam następnego dnia rano. – Zaraz musimy się wymeldować, a w nowym mieszkaniu możemy być dopiero od szesnastej…
– Najpierw poszukamy pralni. – Oświadczył mój mąż. – I przejdziemy się po tym tamtym na A.
– Po Algarrobo…
– No przecież mówię.
Wsiedliśmy do samochodu, a ja po raz kolejny zaczęłam szukać pralni w okolicy. Wszystkie działały na zasadzie “zostawiasz, płacisz za kilogram, odbierasz uprane, wysuszone i wyprasowane”. Wszystkie blisko, przynajmniej odległościowo, ale samochodem jakieś pół godziny z uwagi na upiorny korek. Właśnie zaczynałam się orientować, że znakiem firmowym Algarrobo są korki, przynajmniej w sezonie. No dobrze, dało mi to czas, żeby zadzwonić i się dopytać. Pranie wychodziło mniej więcej trzy dolary za kilogram, pralnia z największą ilością ocen powiedziała, że mogę dzisiaj zostawić, ale odbiór dopiero jutro, nie wiedzą, o której. Może rano, może wieczorem. No nie… Wieczorem to my mieliśmy już być w Santiago… Kątem oka zobaczyłam po drodze inną. Krzyknęłam, żeby Książę się zatrzymał i wdzięcznie manewrując między samochodami, przebiegłam krokiem gazeli na drugą stronę ulicy. Panie były przemiłe i powiedziały, że odebrać mogę jeszcze tego samego dnia po siedemnastej, ale muszę zapłacić gotówką (ewentualnie przelewem, mają w Chile chyba coś w stylu BLIKa, ale postanowiłam tego nie ogarniać). Mogę przy odbiorze. I bardzo dobrze, akurat obok był bankomat. Zobaczcie, jak można pięknie ogarnąć pranie w Chile! Kiedy dumna jak paw wracałam do samochodu, akurat zwolniło się miejsce parkingowe. Książę odczynił swoją magię (nikt nie parkuje jak mój mąż, NIKT! No dobrze, może Kasia K. aka Halyna, aka Purchawa) i już mogliśmy wybrać się na wakacyjny spacer. Taki naprawdę wakacyjny! Ocean, plaża, sklepiki ze wszystkim-co-wakacyjne, bary, kawiarnie, restauracje, arkady, pasaże… nawet sklep z adapterami do gniazdek się znalazł. Bo zapomniałam wspomnieć – przywieźliśmy ze sobą dwa, takie jak do europejskich gniazdek. Działały w pierwszym hotelu, w drugim już nie. Wybaczcie potencjalną dwuznaczność, nie wiem, jak napisać tak, żeby zbereźne umysły nie doszukiwały się w tym podtekstów. W Chile gniazdka mają trzy dziurki. Adaptery z dwoma bolcami działają w nich bez problemów, ale muszą to być bolce trochę cieńsze niż te europejskie. Gniazdka chilijskie na nasze wtyczki były po prostu za ciasne. W hotelu w kasynie pożyczyliśmy przejściówkę na recepcji, poprzedniej nocy nie ładowaliśmy wcale, wystarczyło nam ładowanie telefonów w samochodzie, ale jednak adaptery by się przydały. A że trafiła się okazja, to proszę bardzo, wzięliśmy od razu dwa. Pochodziliśmy trochę w tę i we w tę, aż Książę stwierdził, że on już w sumie zgłodniał, baton proteinowy to na śniadanie za mało, chodźmy na lunch. A proszę bardzo. Gdzie? Może do tej restauracji, którą polecał James Bond?
JB powiedział, że koniecznie mamy zajrzeć do los Patitos, Kaczuszek. Spojrzałam na mapę, dwadzieścia minut spaceru, mężowi powiedziałam, że piętnaście. Ruszyliśmy, po drodze wstępując do “rodzinnego sklepu Avocado”, który wcześniej nam mignął. Z daleka wyglądał jak modny, nadmorski butik, Książę nawet planował uzupełnić tam swoje niedobory koszulkowe, nie bacząc na to, że przecież pralnia już się ogarnia. Niestety, w środku sklep przypominał raczej lumpeks. Mój mąż, płynąc dalej na fali lingwistycznych żartów, stwierdził, że tienda familiar oznacza w tym wypadku wyprzedaż z rodzinnej szafy, przyjdź i kup ubrania naszej rodziny, coś w tym stylu. Jeśli tak, zaprawdę dziwna to była rodzina… Szliśmy do tych Kaczuszek, szliśmy, po chodnikach, żwirze, piasku i trawnikach, aż wreszcie, jakieś pięć minut przed restauracją mój mąż stwierdził, że bez sensu tak idziemy, on woli się cofnąć po samochód i zaparkować pod restauracją. Kretynizm skrajny, ale proszę uprzejmie. Możemy zawrócić, z dwudziestominutowego spaceru zrobi nam się trzydziestominutowy, ale w sumie nawet miałam pomysł jak to później wykorzystać.
Wróciliśmy do samochodu, zamachaliśmy do parkingowego, który podjechał na rowerze, oświadczył, że płatność tylko gotówką, w międzyczasie zdekoncentrował się, bo zobaczył, że ktoś próbuje uciec bez płacenia, wyrwał mi pieniądze z ręki, reszty nie wydał i pomknął ścigać niedoszłego uciekiniera. Jak w tym Algarrobo nerwowo! Przy Kaczuszkach parking był darmowy, więc przynajmniej nie musiałam po raz kolejny iść do bankomatu, po raz kolejny inspirując męża do pouczenia mnie, że należy wypłacać więcej gotówki, a nie tak tylko-na-teraz. Po lunchu – całkiem przyjemnym, ale bez szału [paltę cardenal (awokado z krewetkami) o niebo lepszą robi mój Tata] – poszliśmy parę kroków dalej do uroczej kawiarni na kawę, a stamtąd do “miasteczka rzemieślników”. Miasteczko to trochę dużo powiedziane, ot, ładnie poustawiane nieliczne stragany z dodatkowymi atrakcjami typu ścianki i ławeczki do insta zdjęć. Książę próbował mnie najpierw namówić do zrobienia sobie zdjęcia na desce surfingowej uciekającej z paszczy rekina, a potem do kupienia patchworkowych dżinsów, ewentualnie kurtki. Mam wrażenie, że mój mąż coraz mniej mnie rozumie. Ostatnio ośmielił się zasugerować, żebym chodziła w bardziej żywych kolorach. Stylista się znalazł, od siedmiu (tęczowych) boleści…

Największy basen świata
Spacer, lunch, kawa, “miasteczko” i nagle było już po piętnastej. Mogliśmy spróbować zameldować się w apartamencie. Właściwym tym razem. Pan szlabanowy był znacznie przyjemniejszy niż ten w poprzednim kompleksie, pan na recepcji wskazał nam miejsce parkingowe i powiedział, że musimy jeszcze dosłownie chwilę poczekać, bo wciąż sprzątają. Do apartamentu weszliśmy dosłownie chwilę przed szesnastą. Wyszliśmy na balkon i chyba na moment odebrało nam mowę. Co innego czytać o tym miejscu, a co innego zobaczyć je w rzeczywistości. Dobra, odrobina kontekstu nie zaszkodzi – kilka lat temu, zupełnie nie pamiętam dlaczego, bo to było jeszcze zanim na nowo uzależniłam się od chloru, szukałam w internecie, gdzie znajduje się największy basen świata. Z ogromnym zdziwieniem przeczytałam, że w Chile. I to całkiem niedaleko miejsca, gdzie kiedyś mieszkałam. Jak to możliwe, że o nim nie wiedziałam? Początkowo założyłam, że został otwarty już po moim wyjeździe, ale nie! Basen stanowiący pièce de résistance San Alfonso del Mar, prywatnego kurortu nad samym brzegiem Pacyfiku, został ukończony w grudniu 2006 roku! Więc teoretycznie istnieliśmy w Chile w tym samym czasie, jeśli mogę tak powiedzieć. Anyhoo. Skąd w ogóle taki pomysł? Z jednej strony chciano stworzyć bezpieczne i atrakcyjne miejsce do kąpieli w regionie, gdzie zimne prądy oceanu zniechęcały do pływania, ale jednocześnie była to świetna okazja, żeby zaprezentować innowacyjną technologię oczyszczania i cyrkulacji wody. Bo woda w tym kolosie pompowana jest bezpośrednio z Pacyfiku, filtrowana i oczyszczana przy użyciu systemu opracowanego przez firmę Crystal Lagoons, co pozwala utrzymać jej krystaliczną, nomen omen, przejrzystość i temperaturę sięgającą latem około 26°C, znacznie wyższą niż w oceanie tuż obok. Przez lata basen figurował w Księdze Rekordów Guinessa jako największy na świecie – ma ponad kilometr długości (czyli mój normalny trening to byłyby zaledwie trzy długości basenu, ale jak zauważył Książę, musiałabym zrobić albo dwie, albo cztery, żeby skończyć tam, gdzie zaczęłam, ewentualnie na ostatniej długości zawrócić w połowie – taka tam logistyka dla samej sztuki logistykowania), zajmuje około 8 hektarów powierzchni i mieści około 250 milionów litrów wody. I wszystko fajnie, tylko że… Odkąd dowiedziałam się, że to coś istnieje, zaczęłam raz na jakiś czas podczytywać na ten temat. Nie było to proste, bo paradoksalnie nie ma zbyt wielu informacji na ten temat, ale coś tam zawsze udało mi się wygrzebać. Na przykład, że to nie jest kurort typu kurort, basen nie należy do hotelu, trzeba wynajmować apartamenty, zwykle od prywatnych osób, chociaż jest też jakaś firma, która ma je w ofercie. W końcu natknęłam się też na informację, że basen owszem jest, ale nie służy do pływania wpław. Innymi słowy – można pływać kajakiem, ale nie człowiekiem. Do pływania człowiekiem służą przylegające do giganta mniejsze (ale nie małe) baseny. Każdy z budynków kompleksu ma swoją własną plażę, basen przylegający do laguny i taki spory brodzik pełniący również funkcję jacuzzi. Dodatkowo, prawilni właściciele apartamentów (w sensie nie podnajmujący od nich plebs) mają jeszcze dostęp do podgrzewanego basenu w szklanej piramidzie pośrodku kompleksu. No łałałiła, Luwr i te sprawy, ale ja bym jednak wolała popływać w gigancie. A że nie mogę? Trudno. Zobaczyć i tak chciałam straszliwie. No i teraz właśnie widziałam, a widok był to obłędny…
Niestety, baseny zamykały się wcześnie a otwierały późno, więc jeśli chcieliśmy z nich w jakikolwiek sposób skorzystać, czy to człowiekiem, czy kajakiem, należało ruszyć się natychmiast. Książę świadomy powagi sytuacji nawet nie protestował. Postanowiliśmy najpierw przejść się wzdłuż basenu i przeanalizować jego ogrom. Przy okazji znaleźliśmy wypożyczalnię sprzętu pływającego i postanowiliśmy od razu z niej skorzystać. Pan z wypożyczalni najpierw powiedział, że płatność tylko gotówką, albo przelewem, ale kiedy zobaczył, że to się nie uda, magicznie zmaterializował z powietrza czytnik kart. Zamiast planowanego przeze mnie kajaku, zdecydowaliśmy się na… traktor. Tak, tak, dobrze czytacie. Traktor! Traktor był opcją najbardziej luksusową, stanowił jakąś dziwaczną wariację na temat roweru wodnego, miał gigantyczne plastikowe koła, występował w kilku wariantach kolorystycznych i – co najważniejsze – nad wysokim dwuosobowym siedziskiem miał daszek. A przypominam, że mój mąż nadal nie znalazł wymarzonej czapeczki, więc zamiast kupić niewymarzoną, unikał słońca, jak tylko się dało. Zwłaszcza, kiedy zorientował się, że jego początkująca łysina opala się na homara i zaczyna z niej schodzić skóra. Traktor z daszkiem był optymalny, przynajmniej zważywszy na stan zwampirzenia mojego małżonka. Trochę gorzej, jeśli chodzi o zwrotność i prędkość. Nie lubię pływać na rowerze wodnym, mam wrażenie, że włożony wysiłek w ogóle nie ma przełożenia na pokonywany dystans. Traktor okazał się pod tym względem jeszcze gorszy. Wypożyczyliśmy stwora na pół godziny. Myślę, że w pół godziny kajakiem przepłynęłabym całość i jeszcze trochę czasu by mi zostało. Traktorem zdołaliśmy przepłynąć od znajdującej się mniej więcej pośrodku wypożyczalni do jednego końca basenu i z powrotem. Być może dlatego, że przez pierwsze dziesięć minut pedałowałam sama, bo mój mąż stwierdził, że pedałowanie wspólne jest kontrproduktywne i będziemy się zmieniać, a kiedy przyszła jego pora, zorientował się, że jednak we dwoje łatwiej i szybciej. No kto by pomyślał… W drodze powrotnej wpadł jeszcze na jeden kreatywny pomysł, mianowicie chciał się zamienić stronami, żeby słońce mu z boku rączki nie przypalało, ale uwierzył mi, że może się to źle skończyć i postanowił się przemęczyć…
Później ruszyliśmy na przynależną do naszego budynku plażę nad basenem pływalnym. Mój mąż nawet zaszczycił mnie swoim towarzystwem, pan ratownik na nas nakrzyczał, że noszenie mnie na barana zbyt blisko laguny może się źle skończyć, a mała dziewczynka zapytała taty, dlaczego ci ludzie – my – mówią do siebie jakoś dziwnie. Pan wytłumaczył córeczce, że ludzie z innych krajów mówią innymi językami i postanowił jej pokazać, że z nami też można się porozumieć. Zagadał skąd jesteśmy i pochwalił się, że miał kiedyś znajomego, który przywiózł mu “coś” z Pakistanu. Lubię, jak ludzie, słysząc że ktoś jest z kraju X, mówią, że znali kiedyś kogoś z kraju X, albo wręcz kiedyś byli w kraju X, ewentualnie potrafią powiedzieć “dzień dobry” w języku kraju X. Jakby dawali do zrozumienia, że wierzą w istnienie kraju X, bo już kiedyś pojawił się w ich świadomości… Ale z tym, że ktoś przywiózł “coś” z kraju X jeszcze się nie spotkałam. W dodatku “coś” brzmiało bardzo enigmatycznie. Cóż mógł przywieźć Chilijczyk Chilijczykowi z Pakistanu? No co? Zgadniecie? Kadzidełka? Przyprawy? Wachlarz? Ciasteczka? Nie, Szanowni Państwo. Grilla. Przyznam, że informacja mnie nieco ogłuszyła. I zanim zakwestionujemy znajomość angielskiego tego pana – po pierwszych słowach powitania przeszłam na hiszpański, żeby dziewczynka mnie rozumiała, w końcu to dla niej ta rozmowa się odbywała. A jeśli chcecie teraz kwestionować mój hiszpański, to proszę uprzejmie, wiem com słyszała. Parilla, jak w mordę strzelił (Kasiu K., masz pomysł, co to innego mogło być?) Książę w pewnym momencie stwierdził, że on ma już dosyć, woda za zimna, za słona i w ogóle idzie pod prysznic. Ja zostałam jeszcze popływać – trochę dziwnie, bo starałam się pływać wzdłuż zewnętrznej, półokrągłej krawędzi, ale jakoś to nawet szło. W dodatku fajna woda. Zimna. I słona. Mogłam uznać, że w sumie to nawet zanurzyłam się w Pacyfiku, bez zanurzania się w Pacyfiku. Krótko przed zamknięciem basenu i plaży wróciłam do pokoju, ogarnęłam się trochę i stwierdziłam, że pójdę do pralni na piechotę, żeby już nie ruszać samochodu – Algarrobo wciąż stało, a po co siedzieć w samochodzie, jak można się przejść? Przy okazji dotrawię lunch do końca, bo wieczorem mamy iść do jakiejś restauracji, którą Książę gdzieś wyszukał.
Najpiękniejszy wieczór
Przyznam szczerze, że nastawiona byłam sceptycznie, zwłaszcza po tej peruwiańskiej w Viñi. Nie wiedziałam, że czeka mnie chyba najprzyjemniejszy wieczór z całego wyjazdu! Restauracja Casa Dominga nie znajdowała się przy głównej ulicy nad oceanem, tylko bardziej na uboczu, na wzgórzu, z którego zjeżdżało się do Algarrobo. Mimo jej sporej powierzchni, kiedy przyjechaliśmy, na sąsiednich uliczkach już prawie nie było wolnych miejsc, podobnie sytuacja wyglądała ze stolikami w środku, ale w obydwu przypadkach mieliśmy szczęście. Udało się i zaparkować, i znaleźć bodaj ostatni wolny stolik. Zamówiliśmy napoje, potrójne ceviche na przystawkę, dla mnie najpyszniejsze locos całego wyjazdu, a Książę uparł się przy mięsie. Wahał się między dwiema opcjami, ale bardzo fajny kelner prosto z mostu powiedział, że nie ma co się zastanawiać, pierwsza opcja jest super, a druga wprost przeciwnie, wręcz nie nadaje się do jedzenia. Z oczywistych względów na temat drugiej opcji się nie wypowiemy, natomiast pierwsza była ponoć obłędna, gotowane przez cztery godziny (na szczęście już przez naszym przyjściem, nie od chwili złożenia zamówienia – hahaha, wybaczcie, udziela mi się poczucie humoru mojego małżonka) mięso rozpływało się w ustach. Jakby było nam mało rozpusty kulinarnej, okazało się, że tego dnia w Casa Dominga gra na żywo naprawdę bardzo dobry zespół. Wokalista był świetny, ale nawet nie o to chodzi. Wybrał jakiś taki repertuar, że wszyscy goście (oprócz nas oczywiście) znali tekst każdej jednej piosenki, śpiewali, krzyczeli, kiwali się na krzesłach, jedna pani zaczęła nawet obiecująco wywijać szklaną butelką. Atmosfera nie do podrobienia – to był naprawdę jeden z tych wieczorów, który zapamiętuje się do końca życia.
Żałuję tylko jednej rzeczy. Tego, że jestem stara. Kiedy wracaliśmy, Książę chciał zajrzeć na rozstawione na tyłach naszego kompleksu wesołe miasteczko (nie było żadnych ciekawych atrakcji, ale tak po prostu pójść i poczuć vibe) i wejść na chwilę do znajdującego się tuż obok klubu. Kiedy jechaliśmy do Chile, zastanawiałam się, jakby to było znowu pójść do klubów z reggaetonem, spędzić noc na parkiecie… Problem polegał na tym, że do takiego klubu nie warto przychodzić przez pierwszą w nocy, a ja o tej godzinie już jestem nieżywa. Teraz, wykończona po całym dniu wrażeń, spacerowania, traktorowania, pływania, chciałam już tylko iść do łóżka. A mogłam się zmusić! W ogóle zastanawiam się, jak to możliwe, że mój mąż, który jest w znacznie gorszej formie niż ja a w dodatku cierpi chyba na narkolepsję, ma siłę na takie pomysły, a ja już nie. Wychodzi mi na to, że on jest kosmitą, jego doba ma po prostu więcej godzin i nie pokrywa się z dobą ludzką. Może działać non stop przez ponad trzydzieści godzin, później odsypia i dalej funkcjonuje. Gdyby nie to, że jest dorosły i musi chodzić do dorosłej pracy, pewnie w ogóle nie próbowałby się dostosować… Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko tyle, że miałam na rano plany! Chciałam pojawić się na basenie natychmiast po jego otwarciu, czyli godzinę przed naszym wymeldowaniem, żeby jeszcze chociaż trochę popływać. A przed pójściem spać mieliśmy obejść basen dookoła. Niestety, okazało się, że o godzinie 23:00 ścieżkę między basenem a oceanem zamykają. No dobrze, czyli będę musiała wstać jeszcze wcześniej, spakować się, przejść dookoła basenu, pójść na mniejszy basen, wziąć prysznic… No to powiedzmy, że miałam prawo nie chcieć iść do klubu. Ale żałuję i tak!
Ostatnie chwile nad Pacyfikiem
Zdołałam wstać zgodnie z planem. Książę już poprzedniego wieczora ostrzegł, że raczej do mnie nie dołączy, więc pozwoliłam mu dalej spać. Po co mi mąż, skoro czeka na mnie Pacyfik? Spacer brzegiem basenu był niezwykłym przeżyciem. Prawie wszyscy jeszcze spali, więc po drodze spotkałam zaledwie kilku pracowników ośrodka. Wąska ścieżka, po jednej stronie gigantyczna, sztuczna laguna, po drugiej wąski pas plaży i już ocean. Idealny spokój, szum fal, słońce, turkus laguny i granat Pacyfiku. I przez chwilę to wszystko było tylko moje. Początkowo planowałam zrobić kółko wokół laguny, ale postanowiłam wracać tą samą drogą – widok był zbyt piękny, żeby z niego zrezygnować. Człowiek jednak potrafi tworzyć cudowne rzeczy… Po powrocie do pokoju dokonałam wstępnego pakowania – okienko między otwarciem basenów a porą wymeldowania wynosiło zaledwie godzinę, więc na po basenie chciałam zostawić sobie czas tylko na szybki prysznic. Pięć minut przed otwarciem basenu wybiegłam na plażę. I zaczęłam czekać. Ratownik, w przeciwieństwie do mnie miał czas… Basen otworzył z siedmiominutowym opóźnieniem. Nic to! Wezmę krótszy prysznic. Prysznic w ogóle miał się okazać błyskawiczny, bo kiedy wyszłam z basenu, ratownik postanowił do mnie zagadać. A nie dość, że jak już ustaliliśmy, ja jestem po hiszpańsku miła, to jeszcze tak się złożyło, że ratownik, a właściwie to, co miał do powiedzenia, okazało się niezwykle interesujące. Najpierw klasycznie wypytał mnie, skąd jestem i cóż u diabła robię w Chile, potem ja się zwierzyłam, że odkąd przeczytałam o tym basenie, stał się on moją obsesją i jakaż to szkoda, że nie można w nim pływać…
– Jak to nie można? Można!
– No jak to? W tym dużym?!
– No tak. Trzeba wcześniej załatwić sobie pozwolenie i dogadać się z ratownikami od laguny, ale można.
– I teraz mi to mówisz?! Ale dobra, będę miała powód, żeby tu wrócić… A powiedz, jak się takie pozwolenie załatwia?
– No… Tak dokładnie to ja nie wiem, ale trzeba być chyba właścicielem mieszkania, wtedy skontaktować się z administracją… Ratownik od laguny wiedziałby lepiej.
– Czyli właściwie muszę “tylko” kupić tu mieszkanie?
– No ale mogłabyś wtedy wywiesić na balkonie polską flagę.
No łajza. Zmącił mi spokój. Wróciłam do pokoju i oświadczyłam mężowi, że chyba będziemy musieli kupić tu mieszkanie. Książę, zamiast odebrać to (mimo obłędu w moich oczach) jako żart, podszedł do sprawy wyjątkowo poważnie i powiedział, że właściwie możemy to rozważyć, że mam się tylko zorientować, czy byłaby to dobra inwestycja, bo w sumie, czemu nie. Już po wymeldowaniu, w samochodzie, napisałam maila do administracji z pytaniem, czy rzeczywiście wydają takie pozwolenia. Do tej pory mi nie odpowiedzieli, także z inwestycją się raczej wstrzymamy… Albo podpuszczę córkę JB, żeby się dowiedziała! Podjechaliśmy do centrum Algarrobo, znowu odstając swoje w korku. Książę miał koncepcję, że zjemy późne śniadanie, wczesny lunch, czy tam inny brunch w takiej restauracji przy samej plaży, która wczoraj nam mignęła. Okazało się, że migały nam różne restauracje, mnie oczywiście jakaś z locos, jemu inna, fatalnie zresztą oceniana na Google. Menu też nie było zbyt ciekawe, ale przecież zawsze się coś znajdzie. Pan parkingowy specjalnie otworzył dla nas bramę, byliśmy chyba pierwszymi gośćmi, kelnerzy nawet się zdziwili na nasz widok. Posiedzieliśmy, postudiowaliśmy menu, Książę życzył sobie zadać za moim pośrednictwem milion pytań (np. nauczył się, że zawsze pytam o to, czy soki są świeże, czy z pulpy, nie mylić z pulpo, soku z ośmiornicy też bym nie piła i teraz za każdym razem domagał się weryfikacji), po czym stwierdził, że on jednak tu nie chce. Zirytowałam się zaledwie odrobinę, myśląc, że w takim razie może się cofniemy do tej restauracji, która mignęła mnie. Nie. Bo Jego Wysokość tak właściwie ma już dość owoców morza i on chce… KANAPKĘ! Ewentualnie coś podobnego, on ma ochotę na normalne brunchowe coś i on teraz będzie przeprowadzał research. Research kazał nam wyjechać z centrum, wjechać na wzgórza i zajrzeć do arcypięknej, arcyklimatycznej kawiarni rozpartej niedbale na kilku tarasach. Mieli kanapki, mieli świeże soki (aczkolwiek tu wprowadzili mnie w pewną konsternację, bo mieli zarówno jugo jak i zumo. Myślałam, że to jedno i to samo, tylko jugo funkcjonuje w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej, natomiast zumo jest bardziej hiszpańskie – wybaczcie te publiczne rozkminy językowe, ale muszę się podzielić odpowiedzią kelnera – no jedno i drugie to sok, jedno i drugie sami tu wyciskamy, ale zumo jest bardziej naturalny… Co? Jak to mówią, cżłowiek głupi się rodzi i głupi umiera.), mieli dobrze wyglądającą kawę. A także bajeczny widok, cudny klimat i czarnego kota. Ten research nie był taki zły, gdyby tylko nie oznaczał straconej okazji na zjedzenie locos…

Droga do Santiago
(Doceńcie, że nie zatytułowałam tej części np. “Camino a Santiago”, aby następnie zaznaczyć, że “a”, a nie “de” i w ogóle.)
Poprzedniego dnia zarezerwowaliśmy dwie noce w hotelu przy Plaza San Francisco, czyli w sumie w starym centrum. Mój mąż chyba wymęczony psychicznie brakiem ręczników w San Alfonso del Mar (nie wiem, w czym problem, przecież mieliśmy CZYSTE prześcieradło plażowe, które zabrałam ze sobą do Chile po raz kolejny, licząc na plażowanie) stwierdził, że poniżej pięciu gwiazdek nie schodzimy i mam tylko wybrać, który hotel jest w najsensowniejszej okolicy. Fajnie, żebym ja jeszcze znała okolice w Santiago. Wybrałam taki najbliżej mojego ulubionego parku. Był wprawdzie najstarszy, ale za to miał mieć całkiem spoko basen (mój mąż zaczął brać to pod uwagę przy poszukiwaniach – to jest miłość!) i wybitne śniadanie.
Najpierw nie mogliśmy pod hotel podjechać, bo Książę nabrał nagle jakichś dziwnych obiekcji, że nie będzie wjeżdżał na pas tylko dla autobusów. Po którymś okrążeniu urozmaiconym staniem w korkach na jednokierunkowych uliczkach wreszcie przyznał mi rację – innego wyjścia nie mamy. Na recepcji poczęstowali nas niedobrymi ciasteczkami, zasypali toną zbędnych informacji i powiedzieli, że musimy bardzo uważać. Paszporty zostawić w sejfie, nigdy nie wyciągać na ulicy telefonów, ściągnąć całą biżuterię. Nikt nas nie pobije, ale okraść na pewno będą próbowali. Spoiler? Nie próbowali. Ale fajnie było przypomnieć sobie, jak tu strasznie niebezpiecznie – co to za zwiedzanie bez odrobiny emocji przyprawionych subtelną paranoją. Hotel irytował mnie później na każdym kroku. Szlafroczki przynieśli dopiero na nasze żądanie, później od razu zabrali. Zabrali również drugi klucz do pokoju przy sprzątaniu. Prysznic przeciekał, na podłodze leżały okropne wykładziny, wifi było tylko symboliczne, a windy kretyńskie – żeby dostać się na parking, albo do spa, trzeba było się przesiadać, bo winda z nich dojeżdżała tylko na piąte piętro, a ta na wyższe startowała dopiero z lobby. Basen był otwarty w idiotycznych i niestałych godzinach, pani w spa sama z siebie nie dała mi ani ręcznika, ani klucza do szafki, ani parea do sauny… Ale za to sam basen był spoko. Naprawdę. Miał jakieś 12 metrów, więc w miarę dawało się w nim pływać. Nie za długo, żeby się nie poczuć jak welonka w za małym akwarium, ale między odbiciem, a drugą ścianą była przestrzeń na kilka wymachów ramion. W dodatku nie było w nim żadnych dzieci, dużych ludzi prawie też nie. Niestety, przez jego kretyńskie godziny otwarcia nie mogłam pływać przed śniadaniem, dopiero po, a z pełnym brzuchem to wiadomo. Ale lepszy rydz niż nic. Udało mi się popływać dwa dni z rzędu po czterdzieści minut, dzięki czemu mogłam mieć nadzieję, że nie wypadnę zupełnie z formy. Śniadania wybitne może nie były, ale mieli stację z omletami, a pracująca przy nich pani zrozumiała, co znaczy “bardzo dużo pietruszki”. Znacie już moją miłość do omletów, więc wiecie, że to dla mnie połowa sukcesu. Niestety, na sam koniec hotel wkurzył mnie bonusowo – zostawiliśmy tam niechcący przejściówkę z ładowarką do mojego zegarka. Dodzwonienie się do hotelu nie było łatwe, w końcu się udało, obiecali, że sprawdzą i dadzą znać. Nie dali, a kiedy wreszcie dobiłam się do nich po raz kolejny, stwierdzili, że nikt nic nie znalazł. Czyli nie sprawdzili i mieli nas w nosie.
Wystarczy o hotelu. Teraz będziemy zwiedzać Santiago! Ostrzegałam Księcia, że skrócenie pobytu nad oceanem będzie błędem. Że nie wytrzyma temperatur w Santiago. Nie mam pojęcia, na czym to polega, ale ja, wychowana w surowej aurze północnej Polski upały znoszę znacznie lepiej niż mój małżonek, dla którego temperatury powyżej czterdziestu stopni i zawodna klimatyzacja powinny być normą. Czasami myślę, że jestem jaszczurką. Słońce mnie nie parzy, tylko w końcu spokojnie nagrzewa zimną zazwyczaj skórę. Książę natomiast od razu się poci, sarka i czerwienieje. Już w drodze do Santiago zamotał sobie na przedramieniu moją sukienkę, żeby mu przez szybę ręki nie wypaliło. Teraz, przed wyjściem z hotelu zużył pozostałe pół opakowania kremu z filtrem i stanowczo domagał się kupienia kolejnej tuby. No dobrze, kupimy. Ale najpierw musimy zanurzyć się w morze rozgrzanego betonu. Wyszliśmy z hotelu, przeszliśmy na drugą stronę ulicy i znaleźliśmy się na ulico-deptakach prowadzących w stronę Plaza de Armas. W drugiej natrafionej aptece kupiliśmy filtr pięćdziesiątkę, pięknie pachnący wakacjami. Wybrałam największą tubę i już po chwili, kiedy mój mąż po środku ulicy zaczął w siebie wklepywać kolejne hektolitry specyfiku, zaczęłam się zastanawiać, czy aby jedna tuba nam wystarczy. No cóż, zawsze można dokupić. Weszliśmy też do jednego ze sklepów, nie wiem już, Falabelli, czy Ripleya, gdzie Książę wreszcie raczył sprecyzować, jakiej czapeczki pożąda. Czerwonej, Ferrari, z numerem 44. Dopóki jej nie znajdziemy, czerwony będzie miał łeb, bez numeru. Jego wybór. W ogóle w Chile jest chyba jakaś chwilowa moda na Formułę 1, nie wiem, z czego to wynika, ale Książę ucieszył się bardzo i pod koniec wyjazdu musiałam do walizki upychać tonę nowych koszulek, kurtkę, klapki i oczywiście tę nieszczęsną czapeczkę. Nie oceniam. Ja lata temu zwoziłam z Chile niezliczone ilości tekstyliów z Hello Kitty. Tylko że mnie wtedy nie ograniczał nowojorski metraż szaf. Ale jakoś sobie poradzimy, najwyżej, wzorem Carrie Bradshaw, zacznę swetry trzymać w piekarniku (aczkolwiek, ostatnio podczas inspekcji mieszkania nakrzyczano na mnie, że nie powinnam w piekarniku trzymać garnków, bo to grozi katastrofą… Z tej okazji uświadomiłam sobie, że w tym nowym mieszkaniu nigdy z piekarnika nie korzystałam, może dlatego, że obraziłam się na to urządzenie w poprzednim apartamencie, gdzie przy każdej próbie robienia pizzy włączało mi alarm przeciwpożarowy. Ale zmierzając do końca podwójnej dygresji, kilka dni temu piekarnik był mi potrzebny, więc nawet wyjęłam z niego te wszystkie garnki i… uzmysłowiłam sobie, że za diabła nie wiem, gdzie się to ustrojstwo włącza. Już ogarnęłam, ale chyba nadal lepiej pełni funkcję dodatkowej szafki…)
Doszliśmy jakoś, klucząc po pasażach, do placu, gdzie ja podsłuchiwałam przewodnika opowiadającego o trzęsieniu ziemi i spadającym posągu Maryi, a Książę wyciągnął prowokacyjnie telefon i zaczął sprawdzać mapę. W ogóle, przewodnik opowiadał, że podczas trzęsienia ziemi kościół przetrwał, tylko właśnie posąg Matki Boskiej spadł, ale kiedy próbowałam odszukać w internecie informacje na ten temat, to wyszło, że owszem, było trzęsienie ziemi, zawaliło się wszystko, ale ocalał posąg Jezusa. I ja już nie wiem, czy przewodnik coś pokręcił, czy to dwa różne trzęsienia ziemi były, ale przyjmijmy po prostu, że w Chile są trzęsienia ziemi, a na placu de Armas stoi kościół z posągiem Maryi na dachu. I teraz już wiecie, dlaczego piszę felietony i dzienniki podróży, a nie przewodniki. I niech już tak zostanie. Księcia sprawdzającego w telefonie mapę nikt nie okradł, więc również ośmieliłam się na moment wyciągnąć telefon, ot tak tylko, żeby zrobić zdjęcie owej statule ze skłonnościami do upadłości (lub nie). Pokręciliśmy się jeszcze po okolicy, przeszliśmy po uliczkach Lastarri, jednej z najbardziej malowniczych dzielnic chilijskiej stolicy, zdecydowaliśmy się nie stać w kolejce do kawiarni w klimacie Alicji w Krainie Czarów i wreszcie udało mi się zaciągnąć małżonka do mojego najulubieńszego miejsca w całym Santiago. Do parku Santa Lucía. Głupio pisać, że historia wzgórza sięga XVI wieku, no bo umówmy się, to wzgórze było tam już wcześniej, na długo zanim jakiś tam konkwistador urządził sobie na nim punkt obserwacyjno-obronny, właściwie to stanowi ono pozostałości liczącego sobie piętnaście milionów lat wulkanu, ale powiedzmy, że w jakiejś tam dokumentacji, czy ewentualnie we świadomości europejskiej zaistniało za sprawą Pedra de Valdivii. Natomiast ten cały architektoniczny szał – tarasy, mozaiki, schody, kręte ścieżki, ogrody, zamki i inne takie bajery to już dziewiętnastowieczna inwencja, mająca na celu przekształcenie dawnego obiektu strategicznego w khem, khem, “romantyczny ogród tarasowy w stylu europejskim”. W rezultacie powstało coś naprawdę wspaniałego. Rzeczywiście, jest romantycznie, jest pięknie, jest tajemniczo, są różne zakamarki i ukryte skarby – taki trochę plac zabaw dla wielbicielek powieści romansowych. Ja to estetycznie kupuję w całości, podobnie jak wszystkie groteskowe absurdy portugalskiej Quinta da Regaleira. To rodzaj parku, w którym mogłabym spędzić godziny, tylko po to, żeby sprawdzić, dokąd poprowadzi mnie kolejna ścieżka, co znajduje się za kolejnym głazem, czy da się przeleźć przez tamtą szczelinę w skale i jak wysoko można się wspiąć. Czuję się tam jak bohaterka powieści Zafóna, odrealniam się.
Przy wejściu musieliśmy wpisać się do księgi gości, podając numery dowodów lub paszportów – wydaje mi się, że to bardziej kwestia bezpieczeństwa niż chęć udokumentowania liczby odwiedzin, aczkolwiek wychodziliśmy już bez odmeldowywania się, więc może chilijska policja wciąż nas w tym parku szuka. A nie, przecież wiedzą, że już wyjechaliśmy. I to nawet dwa razy, ale o tym w następnym poście. Książę przez jakiś czas nawet wykazywał chęć współpracy, smażąc się na bezlitosnym słońcu, próbował pomóc mi odtworzyć zdjęcie sprzed lat (to chyba moje nowe hobby na starość) i dzielnie powlókł się za mną po schodach. Zbuntował się dopiero na pierwszym tarasie, ale zgodził się zaczekać grzecznie na ławeczce, kiedy ja będę zdobywać szczyt. A widok ze szczytu był jeszcze piękniejszy niż zapamiętałam. Panoramiczny, na całe Santiago i górujące nad nim w tle Andy. Bajka. Może nie dla osób z lękiem wysokości (byłam świadkiem, jak jeden pan próbował uspokoić swoją towarzyszkę, która na wąskich schodkach na szczyt punktu obserwacyjnego dostawała ataku autentycznej paniki), ale wszystkim innym polecam. Ponapawałam się widokiem i wiejącym tu silnym wiatrem a następnie ruszyłam szukać mojej małżeńskiej zguby. Znowu wróciły do mnie wspomnienia z Portugalii, gdzie w masońskim parku, pozostawiwszy Rodziców na górze, weszłam do studni i wyszłam w zupełnie innym miejscu. Miałam nadzieję, że tym razem trafię tam, gdzie trzeba, a Książę nie będzie wymyślał żadnej odsieczy. Na szczęście, siedział dokładnie tam, gdzie go zostawiłam. Dobry sierściuch.

Wymyśliłam, głupio zresztą, że na kolację pójdziemy do Barrio Italia – tam, gdzie wylądowaliśmy poprzednio z Tatą. Stwierdziłam, że Księcia zachwyci żywa atmosfera tego miejsca, może znowu spotkamy oszukanego policjanta na motorze (polecają się relacje wyróżnione na instagramie, te Chile 2025). Z perspektywy czasu uważam, że korzystniej byłoby skorzystać z lokalizacji naszego hotelu i pójść do jednej z pobliskich polecanych restauracji (np. Chipe Libre, do którego w końcu nie dotarliśmy wcale), zamiast drałować po czterdzieści minut w każdą stronę, tylko po to, żeby zjeść najgorsze tacos w moim życiu. A bo tak… Doszliśmy do Barrio Italia, Książę rzeczywiście był zachwycony, głowa chodziła mu we wszystkie strony, widać było, że chłonął otoczenie jak gąbka. W pewnym momencie zapytał:
– Co to znaczy bazul?
– Jaki bazul?
– No tam jest Bar Bazul. Bar wiem, azul to chyba niebieski, ale bazul?
– A. Jeśli mam zgadywać, to chyba gra słów bar bazul, ale tak naprawdę barba azul, jak w opowieści o Sinobrodym.
– Sinobrodym? – Streściłam fabułę, a Książę zaskoczył mnie pytaniem:
– A skąd ta baśń?
– A wiesz, że nie pamiętam? Może z Niemiec… – tak, już sprawdziłam, wiem, że nie z Niemiec.
– Czyli nie ze Wschodu?
– No nie, na pewno z Europy. A dlaczego miałaby być ze Wschodu?
– No sama pomyśl, gdyby Sinobrody był muzułmaninem, mógłby mieć po cztery żony na raz i byłby wydajniejszy.
– Ale szybko zabrakłoby mu komnat na zwłoki… Chyba że by upychał też po cztery…
Równolegle do snucia tych jakże fascynujących, multikulturowych rozważań logistycznych, rozglądaliśmy się za miejscem do jedzenia. Niestety, poraził nas paraliż decyzyjny. Tych restauracji było za dużo! W końcu usiedliśmy w jednej hiszpańsko-peruwiańskiej, ale zaniepokoiły nas pustki. Wszędzie pełno ludzi, a tam nikogo? Jak to tak? Dobre opinie na Google można sobie kupić, może nie będziemy ryzykować. Wyszliśmy. Książę oświadczył, że on w sumie by chciał do tej tamtej meksykańskiej, którą mijaliśmy. Wiedziałam, o którą chodzi, bo rzuciła mi się w oczy już jak byłam tam z Tatą. Miałam pewne wątpliwości co do wybierania w Chile restauracji meksykańskiej (raz byłam, to było traumatyczne doświadczenie z zupełnie innych względów, może kiedyś opowiem, jeśli będziecie chcieli), ale w sumie, co szkodzi spróbować? Ano szkodziło. Nie róbcie tego nigdy. W drodze powrotnej do hotelu zasugerowałam, żeby następnego dnia spróbować restauracji argentyńskiej – bliżej geograficznie, więc jest szansa, że będzie lepiej niż z Meksykiem. Podczas tego spaceru wychyliłam się również z drugą argentyńską sugestią – Książę, jak to miał podczas tej wyprawy w zwyczaju, stwierdził, że w sumie to Santiago raczej nie ma mu już nic do zaoferowania i trzeba wymyślić, co dalej. Chyba że ja mam jakieś konkretne plany? No jakieś tam miałam, ale szybko uzmysłowiłam sobie, że nie wypełnią nam do końca pobytu, a pragnę przypomnieć, że na początku wyjazdu została wywarta na mnie presja. To jedyny “legitny” urlop mojego męża w roku, każdy kolejny będzie bezpłatny i będzie się wiązał z jakimiś dzikimi kombinacjami. Ten urlop MUSI się liczyć. W myślach nerwowo skanowałam mapę Chile – na południu długo, długo nic, przecież nie wezmę go poza sezonem narciarskim do Chillan. Na północy najbliżej La Serena, tam podobno nic nie ma, a jedzie się i jedzie. Z jednej strony ocean, z drugiej Andy… Ale za Andami… Może pojedziemy do Argentyny? Zobaczymy sobie Aconcaguę, odwiedzimy Mendozę… Książę chwilowo zbył temat jako nierealny i zbyt trudny logistycznie. No dobrze, próbowałam…
Czerwona czapeczka, stek i murale
Kiedy krótko przed przyjazdem rozmawiałam z Claudią, ta ostrzegała mnie przed wysokimi temperaturami – akurat była w Santiago i pogoda dawała jej nieźle popalić. Na pytanie, jak w ogóle sobie radzą, Claudia oświadczyła, że kto może, ten wyjeżdża nad morze (jaki ładny rym, taki nieoczywisty), a reszta spędza całe dnie w centrach handlowych. Drugi dzień w Chile rozpoczęliśmy więc jak prawdziwi localsi, od wizyty w mallu. Ale nie żadnym z tych, które znałam, nie, nie. Pojechaliśmy do takiego nowego, Costanera, powstałego przy Gran Torre Santiago – największym budynku w Ameryce Południowej. Budynek ukończono w 2013 roku, czyli już dobrze po zakończeniu mojej chilijskiej przygody. Oczywiście, widziałam go podczas niedawnej wizyty z Tatą, jakby nie patrzeć, rzuca się w oczy, ale widziałam go poniekąd bez pełnej świadomości. To Książę, wjeżdżając do Santiago, powiedział mi, że to najwyższy budynek na całym kontynencie. I tu właśnie włącza się nowojorska mentalność – kiedy się spędziło kilka lat mieszkając obok Freedom Tower, wszystkie inne wysokie budynki wydają się takie jakieś niepozorne. Ot, całe Santiago wystrzeliło w górę, jest dużo wysokich budynków, ten może faktycznie najwyższy, ale żeby jakiś specjalny na skalę światową? Albo chociaż kontynentalną? Tymczasem Gran Torre ma 300 metrów wysokości czyli, jeśli liczyć wysokość tylko do dachu, jest sporo wyższy niż Varso Tower (a 1 WTC ma 417 metrów bez anteny). Jednak wciąż plasuje się zaledwie na 242. miejscu na świecie, miałam prawo patrzeć bez zrozumienia.
W centrum handlowym przełączam się na tryb zombie. Byle przeżyć. Chodzę bezmyślnie za mężem, jak “dobra żona Araba” (wybaczcie, ale jest to o tyle uzasadnione, że do tematu arabskich żon wrócimy w kolejnym poście i to będzie, jak to kiedyś młodzież mówiła – grube), mózg przebudza mi się na chwilę, kiedy w upiornej kolejce stoimy po smoothie.
– Ej, dlaczego my tu stoimy? – pytam, nagle poirytowana.
– No żeby kupić smoothie, mamy ochotę.
– I w tym celu musimy stać w tej gigantycznej kolejce? Nie ma innych???
– Możemy przestać…
– Dobra, jak już stoimy piętnaście minut, to dostójmy.
– Ty zła jesteś?
– Nie, ale chyba mam dość.
Kiedy płaciłam za parking, przekonałam się, że w centrum handlowym spędziliśmy prawie cztery godziny! Nieźle się wyłączyłam. Ale wiecie co? Przynajmniej kupiliśmy tę cholerną czapeczkę! Czerwoną. Ferrari. Z numerem 44. Alleluja.
A potem przyszła pora na telesfooo… na teleférico. No bo nie oszukujmy się, można rozpocząć dzień rozrywką chilijską, ale później należy oddać się przyjemnościom turystycznym. Zwłaszcza, że wzgórze San Cristóbal było jedną z nielicznych santiagowskich atrakcji zapamiętanych przeze mnie z wizyt z Rodzicami. Na wzgórze można wdrapać się pieszo, podjechać część samochodem, wjechać takim wózeczkiem jak w Valpo, albo właśnie skorzystać z teleférico. Ponieważ odmówiłam wjechania na szczyt Torre Grande, bo ileż można wjeżdżać na tarasy widokowe, a wcześniej Książę nie chciał się wspinać w parku, postanowiłam pokazać mu Santiago z tej perspektywy właśnie ze wzgórza. W ogóle park San Cristóbal oferuje teraz mnóstwo przeróżnych atrakcji, łącznie z całkiem fajnym odkrytym basenem, ale nam (mnie) zależało tylko na dotarciu na sam szczyt i odwiedzeniu władającej nim Maryi. I tutaj ciekawa (tak, tym razem ciekawa, ale tylko według mnie) dygresja – Książę ma manię włączania wszędzie telewizorów. Jak nie ma Netflixów, czy innych takich, to po prostu włącza na jakikolwiek program, nawet jeśli straszy na nim hiszpański dubbing i niech leci w tle. Mam taką teorię, że to dlatego, że w jego domu nigdy nie było cicho, cisza jest dla niego dziwna i próbuje ją zawsze czymś zagłuszyć. W każdym razie, włączył ten telewizor, a ja kątem oka zobaczyłam bardzo frapującą reklamę. Wyobraźcie sobie. Pomnik Jezusa (ciężko stwierdzić skąd ten pomnik, mój research poprowadził mnie w bardzo różne miejsca) stwierdza, że zatęsknił za mamą, więc wsiada do autobusu i jedzie do Santiago odwiedzić Maryję z San Cristóbal. Piękna sprawa. Po drodze migają chilijskie krajobrazy i w ogóle. Nie wierzycie mi? Wpiszcie sobie w przeglądarkę FLIXBUS „Milagro” 2025. My do Maryi dostaliśmy się inaczej. Na szczycie z kapliczki grało pięknie Ave Maria, a ja zapaliłam świeczki w odpowiedniej intencji. Santiago rozpościerało się na wszystkie strony, Książę wysnuwał teorie na temat części bogatej i części biednej na podstawie analizy dachów… O właśnie, nie wspomniałam Wam wcześniej. Jedna z rzeczy, które najbardziej frapowały mojego małżonka podczas wizyty w Chile, to trójkątne dachy. Przecież dachy płaskie są dużo praktyczniejsze i on nie rozumie, po co stawiać trójkątne w miejscach, gdzie opady śniegu nie występują. Zadał to pytanie Claudii, Claudia nie wiedziała. Jamesa Bonda już nie pytał, może dlatego, że James Bond sam brał udział w projektowaniu swojego wymarzonego domu i mógłby to odebrać jako krytykę. Tak. Mój mąż jest dziwny.
W drodze na dół tenże dziwny mąż stwierdził, że czas na obiad, smoothie było dobre, ale on już by zjadł coś prawdziwego i mam sprawdzić, czy w tej argentyńskiej restauracji, którą sprawdzałam wczoraj, trzeba robić rezerwacje. Trzeba i na dzisiaj już nie ma. Nie szkodzi, pojedziemy i tak, może chociaż przy barze nas posadzą. Pojechaliśmy. Restauracja była niemal całkowicie pusta (pani i tak spytała nas o rezerwację), ale pojawił się inny problem. W całej dzielnicy parkowanie było płatne, ale nie było parkometrów. Zapłacić można było albo przez aplikację, albo w jednym z okolicznych sklepów/inszych biznesów, ale te już były zamknięte. Ściągnęłam aplikację. Zażądało ode mnie chilijskiego dowodu osobistego. Ha. Na tym mnie nie zagną. Mam, posiadam. Numer telefonu chyba nawet przełknęło amerykański. Dodałam kartę, próbowałam doładować. Nie pozwoliło. Pech chciał, że akurat nie miałam przy sobie karty do chilijskiego konta Taty, chyba przez tą paranoję, że nas okradną. Wirtualna nie chciała się wygenerować, bo magiczny pikacz do weryfikacji operacji na koncie internetowym zostawiłam sprytnie w Polsce. Wyszukałam w internecie kontakt do tych od parkowania. Polecono mi, żebym dorwała jakiegoś obcego Chilijczyka, dała mu gotówkę i poprosiła, żeby mi pozwolił doładować moje konto parkingowe swoją kartą. Szalenie konstruktywne rozwiązanie. Postanowiliśmy jednak zaryzykować mandat, a ja, raz jeden jedyny, obiecałam sobie, że nie będę się stresować, co ma być to będzie. Podejrzewałam, że nawet z mandatem wyjdzie nas taniej niż kolacja w nowojorskim steakhousie. Mandatu oczywiście nie dostaliśmy. A jeszcze taka ciekawostka – już ostatniego dnia w Chile parkowaliśmy w tej samej okolicy, ja już byłam przygotowana, doładowałam konto parkingowe kartą Taty, nie wykorzystaliśmy wszystkiego, z głupia frant przycisnęłam opcję zwrotu środków i o dziwo zwrócili. Tacy dobrzy!
Co do samej restauracji – La Cabrera – myślę, że możemy śmiało polecić. Znalazł się dla mnie w karcie łosoś z krewetkami, Książę zamówił sobie upragnionego steka, podobno bardzo dobry (lepszy niż np. w tym nieszczęsnym nowojorskim Delmonico), ale też samo doświadczenie było bardzo ciekawe. Chociaż nie było to najlepsze jedzenie całej naszej wyprawy, to restaurację wspominamy bardzo przyjemnie. Na tyle, że rozważaliśmy nawet kolejną wizytę (tylko w innym miejscu, bo mają kilka lokali). Cały czas nas czymś zaskakiwano: najpierw na stół wjechała bardzo fajna deska z czekadełkami, a do steka kelner przyniósł całą tacę dodatków, można było wybrać, co tylko się chciało i w razie czego prosić o dokładkę. Na pożegnanie postawiono przed nami stojak z lizakami. Później odstawiiliśmy samochód do hotelu i poszliśmy raz jeszcze przejść się ulicami starego Santiago i omówić nasze dalsze losy. Ja wciąż proponowałam wyjazd do Cajón del Maipo, ale już wczoraj zaczęłam zapatrywać się na to nieco sceptycznie. Ten rafting nie wyglądał jak coś, co mój mąż miał szansę przeżyć. (Tak czytam te posty i wyłania mi się z nich obraz jakiegoś rozkapryszonego tyrana z jednej strony i, tfu tfu odpukać, kaleki z drugiej – to nie tak! Ten rozkapryszony tyran to trochę przerysowany, wiecie, dla efektu tragikomicznego, a co do formy mojego męża – wciąż ma siłę nosić mnie na rękach i targać moją walizkę po schodach – chociaż nie naraz – więc aż tak źle nie jest. Po prostu w ostatnim czasie jego praca trochę przegina i chłopak nawet nie ma siły się później ruszać. Ale przypominam, że maszynę do wiosłowania sobie kupił, może kiedyś zacznie z niej korzystać.) Zaczęłam się znowu stresować. Książę zaprotestował, że nie po to rozmawiamy, żebym się stresowała, że jesteśmy w tym razem (ha.ha.) i razem coś wymyślimy. Może powinniśmy faktycznie rozważyć tę Argentynę?
I tak, na ulicach starego miasta, późną wieczorową porą, zadzwoniłam do wypożyczalni i spytałam, czy pozwolą nam zabrać samochód do Argentyny. Powiedzieli, że sprawdzą wszystko i dadzą mi znać. Chyba nie potraktowali mnie poważnie, bo nikt nie oddzwonił. My tymczasem zawędrowaliśmy do dzielnicy Bellavista i tu kusi mnie poruszyć bardzo wiele wątków ale skupię się na dwóch. Do pierwszego dojdziemy, zaczynając od murali. Dzielnica Bellavista słynie z dwóch rzeczy – z barów (i klubów) i właśnie ze sztuki ulicznej. Właściwie można powiedzieć, że jest to ogromna otwarta galeria z wiecznie zmieniającą się ekspozycją. Moją miłość do murali znacie, postaram się nie popłynąć, bo mogłabym nie skończyć. Grunt że można tu napotkać pracę najsłynniejszych grafficiarzy, w tym INTI, Mono Gonzáleza i Faba Ciraolo. Historia tutejszej sztuki ulicznej sięga czasów reżimu Pinocheta, kiedy stanowiła ona symbol artystycznego oporu wobec opresyjnych rządów. Wspominam o tym przede wszystkim dlatego, że dziś na ulicach Bellavisty (zresztą w innych częściach Chile też) można dostrzec wiele murali wspierających wolną Palestynę, więc aspekt polityczny wciąż jest zachowany. Jeden mural szczególnie zwrócił naszą uwagę – na tyle, że przystanęliśmy na kilka minut, kontemplując go w najdrobniejszych szczegółach. Pablo ZYP na trzystu metrach kwadratowych stworzył prawdziwie chwytające za serce arcydzieło, przedstawiające największe ofiary tej wojny – dzieci. Podczas gdy ja zajęta byłam analizowaniem emocji, Książę zaczął drążyć temat. Czy to wsparcie dla Palestyny jest tak powszechne zagranicą? Czy w Chile to jakoś szczególnie, bo on tu wszędzie widzi palestyńskie flagi i graffiti. No to podrążyliśmy temat do końca. Może dla Was to nie będzie odkrycie, ale ja byłam autentycznie zdziwiona. Okazuje się, że Chile ma największą palestyńską diasporę poza Bliskim Wschodem, Palestyńczycy stanowią tu niemal 3% populacji, a ich imigracja zaczęła się już w XIX wieku. Ba. Jeden z większych klubów piłkarskich, Club Deportivo Palestino, jak można się domyślić po nazwie, został utworzony przez imigrantów z Palestyny. Widzicie? Podróże kształcą.
W towarzystwie murali i tłumów imprezujących ludzi (weszliśmy nawet do jednego klubu, ale szybko uciekliśmy) powałęsaliśmy się jeszcze po okolicy i usiedliśmy na drinka w jednym z barów. Podszedł do nas Scorpion z Mortal Kombat (serio, nie zmyślam*, chociaż jak na Scorpiona to był trochę podtuczony) i zaprosił nas na imprezę w stylu anime. Trochę musiałam przekonywać mojego męża, że to nie był prawdziwy Scorpion (łatwo nie było, to książęcy ulubieniec) i naprawdę nie musimy z zaproszenia korzystać. Na szczęście, w tym samym czasie udało mi się porozumieć w końcu z wypożyczalnią. Pozwolą nam zabrać samochód do Argentyny, ale musimy zostawić w zastaw jedną nerkę, albo w sumie dwie. No i odebrać dodatkowe dokumenty w jednym z ich biur. Postanowiliśmy, że w takim razie zostaniemy w Santiago na jeszcze jedną noc – nazajutrz odbierzemy rano dokumenty, pojedziemy jeszcze do jakiegoś outletu, w którym mieli mieć jakieś dobra na licencji Formuły 1, pokręcimy się po okolicy, zmienimy hotel i dopiero kolejnego dnia ruszymy do Mendozy. Oczywiście z przystankiem w Portillo.
*Tu jeszcze taka ciekawostka, którą powinnam była wcześniej gdzieś zgrabnie wpleść, ale się zagapiłam, więc dokleję nieelegancko do potencjalnych zarzutów o halucynacje. Książę ma teorię – tak, wiem, już się dobrze zaczyna. Od przyjazdu do Santiago intrygowały go ludziki na światłach dla pieszych. Niektóre normalne, inne animowane. Te animowane szły czasami w normalnym tempie aż do zmiany świateł, ale niekiedy pod koniec przyspieszały. Jedne nawet jakby przyspieszały pod górę, jakby sygnalizując, że i tak nie dadzą rady, a nas coś zaraz przejedzie. Ruszające się ludziki Książę mógł zaakceptować, ale ich zróżnicowanie okazało się kwestią problematyczną. Bo jak to tak, jedne normalne, drugie robią kardio jak nasi hinduscy sąsiedzi na siłowni? Może ja powinnam zadzwonić do urzędu miasta i zapytać? O tak, to genialny pomysł, mężu. Ciekawe, co mi odpowiedzą… I tutaj pojawia się owa teoria. Mieliby mi odpowiedzieć, że wszystkie światła są takie same, nic się nie rusza, żadne ludziki nie biegają, ale w restauracjach dosypują czasami coś do napojów. Tak, wiem, mnie też nie śmieszyło, ale jak usłyszałam to po raz piąty, zaczęłam się uprzejmie śmiać, żeby nie musieć słyszeć tego po raz kolejny.
Już prawie kończymy! (Tytuł alternatywny: Gumowe kurczaki)
Cieszycie się? Został nam ostatni dzień (przed przerwą) w Santiago, a potem dam Wam (i sobie) odpocząć, żebyśmy w pełni sił ruszyli razem Argentyny. A wierzcie mi, cała ta wielopostowa epopeja dąży do kulminacji w postaci właśnie tej krótkiej podróży. A właściwie do kilku jej momentów. Dobra, nie będę zdradzać szczegółów, skończmy z tym Santiago najpierw. W sumie nawet nie mam tu dużo do opowiadania. Zjedliśmy śniadanie, poszłam popływać (tak naprawdę najpierw poszłam, a właściwie pojechałam różnymi windami do spa, dowiedziałam się, że nie, pani kochana, w niedziele to oni otwierają jeszcze później), Książę załatwił późniejszy checkout, żebym zdążyła się po tym pływaniu ogarnąć, zapomnieliśmy spakować ładowarki, wymeldowaliśmy się, zdziwiliśmy się, że każą nam zapłacić za wodę (zwykle butelki z wodą w pokoju są darmowe, albo jest odpowiednia informacja. Zresztą, chłopak, który wymeldowywał się w tym samym czasie był równie zaskoczony.) i pojechaliśmy do outletu. A właściwie to nawet do dwóch, bo w jednym Książę polował na koszulki (przy okazji ja kupiłam sobie spodnie z Ferrari, żeby się mężowi bardziej podobać. Chociaż nie są czerwone, więc nie wiem, jak długo będą działały.), a w drugim, zaraz obok, ja chciałam zajrzeć do kilku hiszpańskich sklepów, mimo że już miałam więcej ubrań nie kupować. Potem Książę znowu miał zachciankę kanapkową, więc ZNOWU w wyniku researchu pojechaliśmy do tym razem beznadziejnej kawiarni w Barrio Italia. Akurat zbieraliśmy się już do samochodu, kiedy dostałam na instagramie bardzo ciekawą wiadomość: „Estaran mis lentes por ahi ?? Una cartuchera amarilla”. Co, u diabła?!
– Mężu, jakaś pani pyta mnie, czy mamy jej okulary, w żółtym etui…
– Nie zmarnuj tej szansy! Powiedz jej, że ma podjechać w jakieś miejsce i zapytać o Juana!
Aż tak podła nie jestem. Przeprowadziłam proces dedukcyjny, założyłam, że być może pani zobaczyła mnie w relacjach udostępnionych przez jakąś restaurację i może właśnie z restauracją chce się skontaktować. Tak! Z restauracją, z La Gatitą konkretnie, ale oni nie odbierają telefonu, więc ja mam poszukać. Już się rozpędziłam. Zamiast jechać na gwałt do Concón w poszukiwaniu okularów w żółtym etui, postanowiliśmy jednak trzymać się planu. Zameldowaliśmy się nawet w kolejnym hotelu, tym razem NH Collection. Hotel był dużo przyjemniejszy, chociaż miał kretyńsko umiejscowiony parking. Za to basen kompletnie nie nadawał się do pływania. A szkoda, bo był na ostatnim piętrze z absurdalnie pięknym widokiem na Andy. Wybaczcie, że ja tak o tych basenach, ale trafiłam ostatnio na instagramie na konto takiej babki z UK, która podróżuje po świecie i wrzuca na instagrama recenzje hotelowych basenów. Chyba jej pozazdrościłam.
Potem porelaksowaliśmy się chwilę w pokoju i zrobiliśmy research na temat Argentyny. Książę zarezerwował hotel, na razie na dwie noce, a ja wpadłam w panikę, że potrzebujemy ubezpieczenia zdrowotnego, bo nas nie puszczą. Książę pogłębił research i powiedział, że nie potrzebujemy, a poza tym jego ubezpieczenie amerykańskie działa też zagranicą, w razie czego im powiemy. Kto im powie, ten im powie… No nieważne. Przy okazji sprawdziliśmy też, gdzie możemy zjeść tego dnia kolację. Padło na drugi polecany steakhouse, który według Google był otwarty chyba do 23:00, ale znowu nie było wolnych rezerwacji. Zdecydowaliśmy, że pójdziemy i tak – to było w okolicy La Cabrery, więc w najgorszym wypadku pójdziemy do jakiejś innej knajpki, chociaż większość zamykała się niby wcześniej. Książę zaaplikował swoje cojones w spreju i ruszyliśmy na piechotę – już wiedziałam, jak ogarniać parking, ale stwierdziliśmy, że prawie godzinny spacer w każdą stronę dobrze nam zrobi, zwłaszcza, że temperatura o tej godzinie spadła do przyjemnych dwudziestu paru stopni. Kiedy już dowlekliśmy się na miejsce, restauracja Carnal okazała się zamknięta na głucho. To może ta pizzeria naprzeciwko? Tłum ludzi, ale co nam szkodzi spytać o wolny stolik. Niestety, kuchnia już zamknięta. Zakładając, że w najgorszym wypadku zamówimy coś z room service, ruszyliśmy z powrotem w stronę hotelu. Po drodze minęliśmy bar z kurczakami. Mój mąż kocha kurczaki. Ale kocha też mnie (co nie za często wybrzmiewa w tych ostatnich postach), więc miał pewne obiekcje, bo co, jeśli nie będę miała co zjeść? Akurat na tym wyjeździe nie głodowałam, więc wspaniałomyślnie powiedziałam, że nic się nie stanie. Niech on sobie zje, a ja, w najgorszym wypadku, jeśli po tym całym spacerowaniu opadnę z sił, zjem sobie batonika proteinowego – w końcu trzeba je zjeść, nie będziemy ich wozić w tę i z powrotem między Amerykami. Okazało się jednak, że w każdej kanapce można zastąpić kurczaka tofu. I o dziwo, zjedliśmy wyjątkowo dobrą kolację! Do tego w towarzystwie wszechobecnych gumowych kurczaków, które zdecydowanie nadawały miejscu posmaku ekstrawaganckiej elegancji. Ale serio. Wyjątkowo smacznie było.
I na gumowych kurczakach, zgodnie z obietnicą, kończymy tę część naszej przygody. Szykujcie się psychicznie na następny post, który prędzej, czy później się tu pojawi.
