Wywiad z Martą Nowicką-Gawior

Kiedy wpadłam na pomysł, żeby na blogu ukazywał się cykl (wtedy jeszcze nie wiedziałam jak bardzo nieregularny) wywiadów ze “zorientowanymi” kobietami, od razu założyłam na dysku odpowiedni folder i zaczęłam w nim tworzyć pliki z imionami moich wymarzonych rozmówczyń. Jeden z pierwszych takich plików nosi nazwę “Martusia”. Chodzi oczywiście o Martę Nowicką Gawior, moją nauczycielkę tańca brzucha, która wydawała mi się kandydatką idealną: tancerka, nomen omen, orientalna, z doświadczeniem studiowania w Turcji i występowania w krajach, które pokrywają chyba pełną definicję prawidłowo-i-nie pojętego Orientu. Nie wiem, dlaczego przez te wszystkie lata plik pozostał pusty, ale cieszę się, że wreszcie trafił się niespodziewany pretekst, żeby otworzyć go na nowo. Marta napisała i wydała książkę inspirowaną swoimi doświadczeniami z pobytu w Abu Zabi. Dzięki temu dzisiaj mogę Was zaprosić do przeczytania rozmowy o tańcu, pracy w krajach – brzydko mówiąc – egzotycznych i oczywiście o książkach.
Maja Klemp (MK): Sześć lat czekałam na tę rozmowę, więc ostrzegam, łatwo nie będzie!
Marta Nowicka Gawior (MNG): Brzmi groźnie, ale zrobię wszystko, żeby sprostać temu wyzwaniu! Bardzo cieszę się z tego spotkania i mam nadzieję, że będzie to rozmowa nie tylko o tańcu, moich podróżach i książce, ale też o tym, co kryje się między tymi wszystkimi doświadczeniami.
MK: To teraz ja nie wiem, czy nie zawiodę Twoich oczekiwań, zwłaszcza że zacznę bardzo mało oryginalnie, bo od początku. Nie będę nazywać Cię “prekursorką” bellydance w Polsce, bo zabrzmi to, jakbyś była dość leciwa, ale faktem jest, że kiedy zaczynałaś swoją przygodę z tańcem brzucha, nie był on w Polsce w ogóle popularny. Dlatego muszę zapytać – skąd ten pomysł? Najpierw był taniec orientalny, czy studia w Turcji?
MNG: Taniec był obecny w moim życiu właściwie od zawsze. Mając siedem lat, rozpoczęłam naukę baletu, później próbowałam wielu różnych technik tanecznych, a przez pewien czas pracowałam również jako tancerka rewiowa. Taniec brzucha odkryłam dopiero po maturze i od razu mnie zachwycił. Urzekła mnie jego precyzja, muzykalność i niezwykłe możliwości sceniczne – to taniec, który pozwala jednocześnie opowiadać historię, budować emocje i tworzyć prawdziwe show. Do Turcji pojechałam więc już jako tancerka orientalna, mając nadzieję rozwinąć tam moje umiejętności taneczne i dotknąć lokalnego, tureckiego środowiska tanecznego, które wyobrażałam sobie wtedy mniej więcej tak, jak przedstawiała to turecka telewizja i hotele all inclusive. Pragnęłam też poznać Turcję i jej kulturę, którą wyobrażałam sobie niczym orientalistyczny obraz – pełen przepychu, intensywnych barw, egzotyki i tajemnicy. Bardzo szybko okazało się jednak, że moje wyobrażenia zderzyły się z codziennością Ankary. Nie była ona ani baśniowa, ani egzotyczna w sposób, jakiego oczekiwałam. Była to jednak prawdziwa, a właściwie jedna z prawdziwych, twarzy Turcji. Miałam więc wybór: wrócić do domu z poczuciem rozczarowania albo spróbować zrozumieć, z czego wynika ten rozdźwięk między zachodnimi wyobrażeniami a rzeczywistością. Wybrałam to drugie. Z czasem zrozumiałam, że nie tylko Turcja, ale cały Bliski Wschód jest znacznie bardziej skomplikowany, niż pokazują zachodnie stereotypy. To doświadczenie nauczyło mnie patrzeć na inne kultury z większym obiektywizmem i ciekawością. Myślę, że właśnie wtedy zaczęła się droga, która wiele lat później doprowadziła do napisania mojej książki.
MK: Wtedy zdecydowałaś się zostać, ale po studiach wróciłaś jednak do Polski. Jak wtedy wyglądała tutaj scena bellydance? Od naszej wspólnej koleżanki słyszałam jakieś dzikie historie o wypiekaniu staników do tańca w piekarnikach… Aż tak źle było?
MNG: Coś w tym jest – nie było wtedy sklepów z kostiumami do tańca orientalnego, nie było polskich projektantów, a sprowadzenie stroju z Egiptu czy Turcji wiązało się z ogromnymi kosztami. Trzeba też pamiętać, że taniec brzucha w formie scenicznej, jaką znamy dzisiaj, jest stosunkowo młodą sztuką. Powstał na początku XX wieku wraz z rozwojem wielkich teatrów i egipskiego kina, które wykreowało jego współczesny wizerunek. W tej formie, do Europy dotarł przede wszystkim dzięki masowej turystyce w drugiej połowie XX wieku, a w Polsce zaczął zdobywać popularność dopiero na przełomie XX i XXI wieku. Co ciekawe, rozwój tej popularności przebiegał dwukierunkowo. Europejczycy coraz chętniej oglądali lub uczyli się tańca orientalnego, ale jednocześnie kraje Bliskiego Wschodu zaczęły zatrudniać coraz więcej tancerek z Europy. Dla wielu osób jest to zaskoczenie, jednak wynikało to ze specyfiki tamtejszych społeczeństw: praca sceniczna kobiet, a szczególnie taniec, nie cieszyła się społeczną akceptacją i często wiązała się z utratą reputacji zarówno samej tancerki, jak i jej rodziny, co mogło być wręcz niebezpieczne. Pozycja społeczna lokalnej tancerki brzucha na Bliskim Wschodzie jest właściwie równa pozycji społecznej prostytutki.
MK: Piszesz o tym wprost w swojej książce – niby byłam tego świadoma, ale po raz kolejny uderzył mnie absurd tej hipokryzji…
MNG: Bo to swoiste błędne koło. Poza nielicznymi wyjątkami, wiele arabskich i tureckich tancerek trafiało na scenę nie z pasji czy świadomego wyboru, lecz z powodu trudnej sytuacji materialnej. Często nie miały możliwości zdobycia profesjonalnego wykształcenia tanecznego ani muzycznego, dlatego poziom ich występów bywał bardzo nierówny. Tymczasem w Europie taniec orientalny rozwijał się przede wszystkim jako pasja. Tancerki inwestowały w wieloletnią edukację, uczestniczyły w warsztatach i festiwalach oraz uczyły się od najlepszych mistrzów z całego świata. Nie bez znaczenia jest również panujący w regionie kanon urody. Wysoka, jasnoskóra Europejka, najlepiej blondynka przyciąga widownię, a hotele i restauracje organizujące pokazy kierowały się przede wszystkim rachunkiem ekonomicznym – celem jest przyciągnięcie gości i sprzedaż widowiska.
MK: A nie jest to postrzegane przez miejscowych jako zawłaszczanie kultury?
MNG: Z moich doświadczeń wynika, że nie. W krajach, w których pracowałam, taniec brzucha był przede wszystkim elementem branży rozrywkowej, a nie symbolem tożsamości narodowej, którego należałoby strzec przed cudzoziemcami. O tym, kto występuje na scenie, decydował głównie rynek i względy biznesowe. Co więcej, wiele stylów i choreografii, które dziś uznajemy za „tradycyjne”, powstało właśnie dzięki wzajemnym wpływom różnych kultur. Taniec orientalny od zawsze ewoluował, czerpiąc z wielu źródeł. Paradoksalnie, z tego typu krytyką znacznie częściej spotykałam się w Europie, gdzie pojęcie „zawłaszczania kultury” jest dziś przedmiotem ożywionej debaty i budzi o wiele większe emocje niż na Bliskim Wschodzie.
MK: Znam to poniekąd z autopsji. Ale odbiegłyśmy trochę od tematu – czy w Polsce da się utrzymać z tańca brzucha? Jak wygląda praca tancerki? Występy? Zajęcia? Własna szkoła tańca?
MNG: W Polsce jest to praca wymagająca nie tylko talentu i pasji, lecz także “żyłki do biznesu”, bo jest to właściwie prowadzenie własnej firmy. Tancerka sama zdobywa klientów, buduje markę, dba o marketing, organizuje grafik, negocjuje warunki współpracy i odpowiada za transport, kostiumy i właściwie każdy aspekt swojej działalności. To zupełnie inny model niż na Bliskim Wschodzie, gdzie gdzie oczekuje się pełnego, biernego wręcz posłuszeństwa wobec managera, który zajmuje się i decyduje o wszystkim. Moje pokazy w Polsce od początku cieszyły się dużym zainteresowaniem. Myślę, że pomogło mi doświadczenie zdobyte wcześniej w rewii, gdzie nauczyłam się, że dobry występ to nie tylko taniec, ale przede wszystkim umiejętność opowiadania historii i budowania emocji. Współpracowałam z agencjami artystycznymi, hotelami i klientami prywatnymi, prowadziłam też własną szkołę tańca.
MK: Wtedy się poznałyśmy! To był wspaniały czas.
MNG: Tak, bardzo dobrze wspominam te lata. Niestety, Artorient sprzedałam rok po urodzeniu syna. Nie dało się już pogodzić macierzyństwa, częstych wyjazdów i prowadzenia firmy na pełnych obrotach. Nadal jednak prowadzę regularne zajęcia, bo trudno mi wyobrazić sobie życie bez tańca – ciało po prostu domaga się ruchu. Trzeba jednak pamiętać, że zaczynałam w zupełnie innych realiach, gdy przeciętne wynagrodzenia z pracy etatowej były znacznie niższe niż dziś, dlatego dochody z występów i nauczania tańca stanowiły znacznie bardziej atrakcyjną alternatywę. To praca znacznie bardziej wymagająca, niż mogłoby się wydawać. Większość pokazów odbywa się wieczorami i w weekendy, a prowadzenie własnej szkoły jak większości drobnych działalności, to zajęcie zajmujące praktycznie całą dobę. Bywały okresy, kiedy przez kilka miesięcy nie miałam ani jednego wolnego dnia, a z dalekich pokazów często wracałam dopiero nad ranem. Dziś coraz więcej osób słusznie ceni równowagę między pracą a życiem prywatnym, dlatego nie jestem pewna, czy byłabym gotowa ponownie zapłacić tak wysoką cenę za życie oparte na pasji.
MK: Dlaczego tancerki decydują się na wyjazdy za granicę? Z Twojej książki – do której niedługo przejdziemy – wynika, że to ciężkie i stresujące przedsięwzięcie. Bohaterka “Upału” musi oddać paszport, ma ograniczoną swobodę, nie może nawet zwiedzać kraju, w którym się znalazła. Z drugiej strony wspominasz o korzyściach finansowych, prestiżu, sławie…
MNG: Myślę, że są dwa główne powody. Pierwszy to marzenie o baśniowym Oriencie i wielkiej scenicznej karierze. Wiele młodych tancerek wyjeżdża z przekonaniem, że czeka je życie rodem z filmów – egzotyczne miejsca, luksusowe hotele i występy przed międzynarodową publicznością. Czasami rzeczywiście się to udaje, ale w skrajnych przypadkach może skończyć się tragicznie, jak sprawa Dam Thi Yen, młodej tancerki z Wietnamu która, zwabiona obietnicą show w Egipcie, została brutalnie zamordowana przez udającego lokalnego celebrytę mężczyznę.
MK: To ja może przypomnę, bo nie wiem, na ile temat jest znany polskim czytelnikom – chodzi o sprawę sprzed pięciu lat i mówiło się, że poszło o pieniądze.
MNG: A skoro już mowa o pieniądzach – to właśnie drugi powód, znacznie bardziej pragmatyczny. Jeszcze do niedawna zarobki za granicą były dużo bardziej atrakcyjne w porównaniu z polskimi realiami. Dziś ta różnica nie jest już tak duża, dlatego coraz więcej kontraktów trafia do tancerek z Europy Wschodniej, przede wszystkim z Ukrainy, dla których wciąż są one bardziej opłacalne. Mimo wszystko uważam, że dla młodej dziewczyny taki wyjazd nadal może być wartościową przygodą i niezwykłym doświadczeniem. Trzeba jednak podejść do niego świadomie. Warto dokładnie sprawdzić organizatora, zadbać o własne bezpieczeństwo i pamiętać, że w wielu krajach relacja między pracownikiem a pracodawcą wygląda zupełnie inaczej niż w Europie. To nie jest tylko podróż do innej części świata – to również spotkanie z odmienną kulturą pracy i innymi zasadami funkcjonowania społeczeństwa.
MK: No właśnie. A na co dokładnie tancerki powinny zwracać uwagę przy podejmowaniu decyzji o wyjeździe?
MNG: Zawsze radzę zachować dużą ostrożność i na chwilę wcielić się w rolę prywatnego detektywa. Im więcej sprawdzimy przed wyjazdem, tym większa szansa, że unikniemy problemów na miejscu. Przede wszystkim warto dokładnie zweryfikować zarówno miejsce, do którego jedziemy, jak i osobę lub firmę oferującą kontrakt. Najlepiej skontaktować się z tancerkami, które wcześniej tam pracowały, i zapytać o ich doświadczenia. Opinie osób, które rzeczywiście były na miejscu, są często cenniejsze niż najpiękniejsze zdjęcia czy lukrowane opinie w social mediach. Równie ważne jest poznanie realiów kraju – nie z perspektywy turysty, lecz pracownika migrującego. To zupełnie inne doświadczenie. Warto wiedzieć, jakie prawa przysługują pracownikom, jak wygląda kwestia wiz, zatrzymywania paszportów, opieki medycznej czy możliwości rozwiązania umowy. Oprócz tego jednak warto też przybliżyć sobie lokalne zwyczaje w tych kwestiach, bo podejście do prawa i jego przestrzegane także podlega wielu kulturowym niuansom. I zawsze trzeba mieć plan B. Zapas gotówki, kopie najważniejszych dokumentów, adres i numer telefonu do ambasady oraz zapisane – nie tylko w telefonie – numery do bliskich i służb, które w razie potrzeby mogą pomóc. Mam nadzieję, że nigdy nie będzie trzeba z nich skorzystać, ale poczucie bezpieczeństwa zaczyna się właśnie od dobrego przygotowania.

MK: Sama miałaś okazję tańczyć m.in. w Chinach, Maroku, Jordanii, Indiach i Abu Zabi – czy któreś z tych miejsc zaskoczyło Cię wyjątkowo pozytywnie lub negatywnie? Gdzieś przeżyłaś największy szok kulturowy?
MNG: Pierwszy i największy szok kulturowy przeżyłam już podczas studiów w Turcji. Początkowe rozczarowanie bardzo szybko ustąpiło jednak fascynacji i jeszcze większej potrzebie zrozumienia tego społeczeństwa. Zaczęłam zadawać sobie pytania, skąd biorą się tamtejsze postawy, wartości i decyzje, które z europejskiej perspektywy wydawały mi się zupełnie niezrozumiałe. I – w każdy dostępny sposób – zaczęłam szukać na nie odpowiedzi. Podobne obserwacje prowadziłam później w Egipcie, Maroku, Jordanii czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Z każdym kolejnym wyjazdem coraz lepiej rozumiałam, że za tym, co na pierwszy rzut oka wydaje się dziwne lub irracjonalne, bardzo często stoi spójny system wartości, historii i norm społecznych. Spójny, choć często różny od naszego, a nawet zupełnie z nim niekompatybilny. Osobnym rozdziałem są Indie. To był jeden z najtrudniejszych krajów, w jakich byłam, a jednocześnie jedyny, do którego pojechałam po raz drugi. Indie potrafią jednocześnie zachwycać i przytłaczać, fascynować i męczyć. To kraj pełen kontrastów, którego nie da się opisać w kilku zdaniach – myślę, że to materiał na zupełnie osobną rozmowę. Podobnie było z Chinami. Ten wyjazd w dużej mierze przewartościował moje spojrzenie na wiele kwestii politycznych, prawnych i gospodarczych.
MK: Ale to przeżycia i doświadczenia z Abu Zabi zainspirowały Cię do napisania debiutanckiej książki “Upał”. Przy naszym ostatnim spotkaniu spytałam Cię, ile z tej historii wydarzyło się naprawdę – myślę, że nie będziemy tego zdradzać czytelnikom – a tym razem zapytam inaczej. Co konkretnie sprawiło, że postanowiłaś podzielić się tą historią?
MNG: Żyjemy w czasach, w których coraz częściej musimy próbować zrozumieć kultury inne niż nasza. Sytuacja migracyjna w Europie zmusza nas do stawiania sobie pytań i analizowania kwestii, które jeszcze do niedawna były dla nas czymś odległym i egzotycznym. Sztucznie wykreowany i wyidealizowany wizerunek Bliskiego Wschodu, konsekwentnie budowany przez najbogatsze państwa regionu w mediach i działaniach promocyjnych, nie sprzyja jednak rzetelnemu poznaniu tamtejszej rzeczywistości. Moim celem nie było ocenianie, lecz możliwie uczciwe pokazanie świata, z którym sama się zetknęłam. Mam pełną świadomość, że zupełnie inaczej Emiraty opisałby turysta spędzający tydzień w luksusowym hotelu, inaczej influencer, inaczej hinduski przedsiębiorca, a jeszcze inaczej pakistański robotnik pracujący na budowie. Każda z tych perspektyw byłaby prawdziwa i każda wnosiłaby coś wartościowego. Moja jest tylko jedną z nich. Mam jednak nadzieję, że stanie się dla czytelnika punktem wyjścia do zadawania pytań i samodzielnego szukania odpowiedzi, zamiast dostarczać mu gotowych ocen.
MK: Myślę, że Ci się to udało. Z drugiej strony, na polskim rynku jest sporo publikacji, które moje instagramowe koleżanki określają mianem “książek o zuych Arabach”. “Upał” również zwraca uwagę na mroczne oblicze Emiratów, ale mam wrażenie, że robi to w sposób bardziej wyważony – tak, jak mówisz, Twoją intencją nie było ocenianie – nie ma tu więc przedstawienia walki dobra (Zachodu) ze złem (Wschodu), eksplorujesz raczej całe spektrum szarości, na którym rozpościera się ludzka moralność bez względu na pochodzenie… Widać również, że odrobiłaś pracę domową i wystarczająco zgłębiłaś temat tamtejszej kultury, prawa i religii, co sprawia, że Twoją książkę można czytać bez zgrzytania zębami. Chciałabym natomiast dowiedzieć się, co sądzisz o tych wszystkich książkach utrzymanych w tonie sensacji i powołujących się na wiedzę insiderską?
MNG: Trudno mi jednoznacznie odnieść się do tego nurtu, bo szczerze mówiąc nie przeczytałam wielu takich książek. Bardzo wcześnie zrozumiałam natomiast, że jeśli chcę opisywać inne kultury odpowiedzialnie, nie mogę opierać się wyłącznie na własnych doświadczeniach. Podczas wyjazdów miałam sporo czasu, więc dużo czytałam. Były to często niełatwe książki z zakresu historii, religioznawstwa czy antropologii. Internet, jak zwykle, okazał się ogromnym źródłem wykładów, opracowań i publikacji naukowych. Im więcej jednak czytałam, tym częściej odkrywałam, że autorzy potrafią sobie wzajemnie zaprzeczać. Dlatego każdą teorię starałam się konfrontować z rozmowami z ludźmi, którzy się w danej kulturze wychowali. Nie oczekuję oczywiście takiego podejścia od każdego turysty. Myślę jednak, że choć odrobina wiedzy pozwala naprawdę doświadczyć sensu powiedzenia, że „podróże kształcą”. Bez niej łatwo stajemy się jedynie konsumentami doświadczeń i atrakcji, zdanymi na obraz rzeczywistości, który ktoś wcześniej przygotował i sprzedał. A przecież największą wartością podróżowania jest możliwość wyjścia poza ten gotowy przekaz i zobaczenia świata z innej perspektywy.
MK: Nic dodać nic ująć. Chociaż w temacie dodawania… Wiem już, że na “Upale” się nie skończy i że będziesz kontynuowała swoją pisarską przygodę. Zdradzisz, który z odwiedzonych przez Ciebie krajów będzie stanowił tło kolejnej opowieści?
MNG: Tym razem na tapet wzięłam Indie, ale będzie też wątek europejski. Na razie nie mogę zdradzić nic więcej 😉
MK: Oho… będę ciągnąć za język prywatnie! Na razie powiedz chociaż, na jakim etapie są prace nad tą książką?
MNG: Historia jest właściwie gotowa bo tak, jak w przypadku “Upału”, jej część jest inspirowana moimi prawdziwymi doświadczeniami w tym kraju. Na razie nie wiem jednak, czy i kiedy zostanie opublikowana- zależy to m. in. od zainteresowania czytelników niedawno wydanym “Upałem”.
MK: W takim razie czekam z niecierpliwością i liczę na to, że jakiś wydawca to właśnie czyta i chwyta za telefon do Ciebie. A czytelnikom polecam szczerze!

O rozmówczyni:
Marta Nowicka-Gawior, autorka opublikowanej w 2026 roku książki “Upał” i tancerka orientalna z 20-letnim doświadczeniem. Jest absolwentką Wydziału Wokalno-Aktorskiego Akademii Muzycznej w Łodzi oraz filologii romańskiej na Uniwersytecie Gdańskim, w ramach której pojechała na wymianę studencką do Turcji. W trakcie swojej tanecznej kariery występowała w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Egipcie, Maroku, Jordanii, Indiach, Chinach i Stanach Zjednoczonych. Z tych ostatnich wróciła z nagrodą publiczności prestiżowego konkursu Belly Dancer of the Universe 2016, która dołączyła do licznych medali i nagród z innych międzynarodowych konkursów.

I kolejna książka do kolejki 😉 niebezpiecznie mi się ta lista rozrasta. Btw, kiedyś sądziłam, że taniec brzucha to coś idealnie dla mnie: kręcenie biodrami i wdzięczne ruchy rąk. A potem zobaczyłam przesuwanie monety mięśniami brzucha i poległam na próbie zrobienia ósemki w poziomie. Tak więc wow, czaoki z głów! Ale o wypiekaniu staników chętnie bym posłuchała 😀