Jeśli nie czytaliście poprzedniego posta, to proszę się przeklikać i nadrobić, bo, jak sam tytuł wskazuje, jest to część druga (na pewno nie ostatnia), a tym razem streszczeń nie będzie, wskakujemy od razu w ciąg dalszy!
Awantura o parking
Po wymeldowaniu zostawiliśmy samochód jeszcze pod starym hotelem i poszliśmy zaspokoić książęcą ciekawość spacerem po starej części Viñi. Później mieliśmy pojechać na lunch do La Gatity (poddałam się w kwestii kolacji) i dopiero zameldować się w starym kasynie. Książę oświadczył, że najpierw potrzebuje kawy i chociaż czegoś małego do zjedzenia, do lunchu z jedzeniem nie wytrzyma. Ustaliliśmy, że śniadanie będzie naprawdę małe. Skończyło się na soku i (niedobrych) cynamonkach w kolejnej intrygującej mnie kawiarni – była taka na wąskim dziedzińcu między budynkami, z daleka kusiła dekoracjami z plastikowych kwiatów. W środku okazało się, że jest połączona z jakimś małym butikiem, a poza tym ma theme… biblijny. Na pożegnanie dostaliśmy nawet kartki wielkości wizytówek z cytatami z Biblii. Dziwne miejsce, ale, jeśli nie liczyć niedobrych cynamonek, całkiem urocze! Potem było sporo chodzenia, a Książę z ciekawością upierał się zaglądać do każdej napotkanej galerii. No dobrze, do “Karuzeli” zabrałam go sama, cała reszta to jego inicjatywa. Czego w tych galeriach nie ma! Księgarnie, tekstylia, sklepy dla wielbicieli anime, kadzidełka, elektronika chyba z lat dziewięćdziesiątych i z niezrozumiałych dla mnie względów arabskie perfumy (jakaś nowa moda w Chile)… Wszędzie to samo, ale żeby to stwierdzić, mój mąż odwiedził chyba z pięć. W aptece weterynaryjnej kupiłam zapas lekarstw dla Tusi, a chwilę wcześniej byliśmy świadkami pogoni za kieszonkowcem. Nawet mi się go trochę żal zrobiło, młody chłopaczek, a w pogoń rzucił się facet jak byk. Nie zostaliśmy, żeby sprawdzić jak to się kończy. Poszwendaliśmy się jeszcze po targowiskach i wróciliśmy po samochód, gotowi wreszcie zaspokoić mój głód chupe w La Gaticie. Kiedy byliśmy tam ostatnio z Tatą, zorientowałam się, że można zaparkować na dedykowanym parkingu, albo pod samą restauracją. Stwierdziłam, że najpierw spróbujemy pod restauracją, zwłaszcza, że już z oddali pani parkingowa machała do nas, pokazując, że jest miejsce. Podjechaliśmy. Miejsce było. Jedno. Stała na nim jakaś pani z obrażoną miną. Pani parkingowa coś do niej mówiła, ale pani obrażona stała niewzruszona niczym pomnik. Opuściliśmy szybę, zagadałam do pani parkingowej, bo innych miejsc nie dostrzegałam, a jednak głupio białym samochodem ludzi rozjeżdżać. Pani parkingowa powiedziała, że chodziło jej o to miejsce, ale (tu podniosła głos) ta DAMA coś nie chce się ruszyć. Dama czekała na męża. My czekaliśmy na miejsce, coraz bardziej rozweseleni. Wpadłam na pomysł. Opuściłam szybę po swojej stronie i zagadałam do damy po angielsku, licząc na element zaskoczenia. Dama mnie zignorowała. Uśmiechnęłam się i sympatycznie, bo po hiszpańsku, spytałam, co właściwie robi. Stoi. No dobrze, to widzę. Czeka na męża. A to już wiem. Ale dlaczego na miejscu parkingowym? Dama nie uznała za stosowne zaszczycić mojego durnego pytania odpowiedzią. Książę śmiał się już całym pyskiem, fantazjując, że jak gdyby znał hiszpański, to by jej powiedział, że powinna nieźle męża opierniczyć, jak on może tak kazać na siebie czekać. Tymczasem, pojawił się mąż. Problem polegał na tym, że mąż nie miał jak wjechać na pilnowane przez damę miejsce, bo parking był zbyt mały na jakiekolwiek manewry, a staliśmy na nim już my. Ups. Dama była wkurzona, mąż był wkurzony, pani parkingowa zaaferowana, tłum czekających na stolik usatysfakcjonowany programem rozrywkowym (trochę się w sezonie czeka), a my z Księciem rozchachani, jakbyśmy się gazu rozweselającego nawdychali. Dama zaczynała wyglądać, jakby groził jej jakiś atak. Wreszcie pani parkingowa nie zniosła napięcia: Dziewczyneczko! Chłopczyku! Weźmy sobie wszyscy oszczędźmy bólu głowy! Tu jest obok prywatny parking, 2000 pesos, możecie stać, ile tylko Wam się podoba, a ta zaraza się przecież nie ruszy! Z dziką rozkoszą zapłaciłabym nawet 5000 pesos, przecież nawet na tym darmowym parkingu wypada dać napiwek pani parkingowej, nie wiem, o co damie chodziło, ale jak my teraz mamy wyjechać, skoro mąż blokuje nam tyły? Pani parkingowa do męża i damy straciła już cierpliwość, nie byli jej chłopczykiem i dziewczyneczką, więc zdecydowanie mniej czule kazała mężowi skorzystać z mózgu i zrobić nam miejsce, żebyśmy mogli wyjechać na wskazany przez nią parking. Na parkingu też było trochę zamieszania, bo jedyne wolne miejsce było na nasz samochód za krótkie, ale na szczęście ktoś akurat wyjeżdżał. Kojarzycie te gry reklamowane na Facebooku, gdzie trzeba przesuwać samochodziki, żeby powyjeżdżały z parkingu? Tak to mniej więcej wyglądało. Ale udało się, a radości przy tym wszystkim było co niemiara.
Podeszliśmy pod restaurację. Już przy całej akcji z parkowaniem zastanowił mnie ten dziki tłum – to nie pora kolacji, środek tygodnia, restauracja ma kilka pięter, o co chodzi? A no tak, chilijskie wakacje… Ustawiłam się w kolejce do zapisania na listę. Zapisy nie były ciągłe, raz na jakiś czas przychodziła pani, wpisywała kilka pierwszych osób w kolejce. Miałam szczęście, załapałam się w pierwszym rzucie, jakieś dziesięć minut po ustawieniu w kolejce. Potem już można było czekać w sposób niezorganizowany, byle w polu słyszenia, ewentualnie urozmaicając sobie czas wyjaśnianiem procedury nowoprzybyłym. Poczułam się jak w Nowym Jorku. Restauracji od cholery i jeszcze trochę, ale nie liczy się, jeśli nie trzeba było robić rezerwacji z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, albo nie odstało się godziny w kolejce. Chile zdecydowanie zrobiło się bardzo światowe. Wreszcie usłyszałam swoje imię i niemal wykrzyknęłam “ruuun” do męża, żeby nikt nas nie ubiegł.
Opowiadać Wam, co zamówiliśmy, czy macie dość ślinienia się przy ekranie? Bo ja oczywiście chupe z locos i krewetkami, Księcia namówiłam na rybę z krewetkami (później stwierdził, że on jednak nie lubi ryb przygotowywanych na sposób zachodni a w ogóle to tęskni za mięsem – niewdzięczny!), ale uparł się jeszcze na ceviche na start. Słuchajcie, jakie to było ceviche… Dobra, dobra, już nie będę! Pyszne było, po prostu! Po obiedzie pogoniłam małżonka (już swojego, nie tego od damy) pod górkę, do główniejszej ulicy, gdzie rzucił mi się w oko jakiś kuriozalny sklep z antykami. Niestety, wszystko na marne, sklep był zamknięty, trzeba było dzwonić, żeby ktoś przyszedł, a aż tak mi nie zależało. Kiedy wyjeżdżaliśmy z parkingu, pani parkingowa raz jeszcze zaczęła nas czule nazywać i dziękować, że nie robiliśmy dramy. Dla samej tej “dziewczyneczki” warto było przyjechać!

W starym kasynie
Jak już wiecie, bo PRZECZYTALIŚCIE poprzedniego posta, tego dnia zmienialiśmy miejsce zamieszkania. Jak w filmach z Jamesem Bondem zajechaliśmy na biały podjazd hotelu, ubrani niezwykle szykownie, w szorty i T-shirty, naszą zagraniczną ekstrawagancją wzbudzając pewną konsternację obsługi i poszliśmy się zameldować. Marian… tu jest jakby luksusowo? No nie rozpędzajmy się. Ale białe marmury i kryształowe żyrandole były. Widzicie, budynek kasyna to nie bez powodu wizytówka Viñi. Plan budowy tej świątyni hazardu i bezeceństwa (pierwszej w Chile) pojawił się już na początku ubiegłego stulecia, kiedy ktoś wymyślił, że właśnie tego potrzebuje małe nadmorskie miasteczko, niepozorna sąsiadka dumnego Valparaíso, aby stać się destynacją sama w sobie. Jednym kasynem planowano odmienić oblicze i losy Viñi, czyniąc z niej coś na kształt eleganckich europejskich kurortów, balnearios. I wiecie co? Nawet się udało. Kasyno otwarto wprawdzie dopiero w 1930 roku, ale już od chwili inauguracji – podczas hucznego balu sylwestrowego – charakterystyczny, neoklasycystyczny (z elementami art deco – dopowiada redakcja, żeby żaden znawca architektury się nie czepiał) budynek stał się instytucją i symbolem. Nieprzypadkowo zresztą, dokładnie dzień później, 1 stycznia 1931 roku, na Castillo Cerro nastąpiło otwarcie letniej rezydencji prezydenckiej. Viña stała się modnym kierunkiem nie tylko dla chilijczyków, ale i turystów z całego świata. Kasyno napędzało miejscową gospodarkę, jednocześnie pełniąc funkcję instytucji kulturowej – odbywały się tu liczne wydarzenia, koncerty, pokazy, wystawy, spędy towarzyskie. Oczywiście przyciągające, jak podpowiadała mi już wcześniej wyobraźnia, piękne damy w wieczorowych sukniach i średnio pasujących do nich panów. Powstały stosunkowo niedawno, bo dopiero w 2003 roku hotel, miał dopełnić “kurortowego” doświadczenia i – jak w przypadku wielu podobnych przybytków na świecie – utrzymać gości możliwie blisko stołów z ruletką. Luksusowe pokoje z widokiem na ocean, spa, wykwintne restauracje, liczne bary, a na dolnych piętrach jaskinia hazardu – czegóż więcej potrzeba? Wreszcie miałam okazję przyjrzeć się temu wszystkiemu od środka.
[Zabierając się do opisywania naszej chilijskiej przygody, zastanawiałam się, czy nie napisać osobnego posta z recenzjami hoteli i restauracji, ale chciałabym jak najszybciej wrócić do pisania książki, więc zamiast tego będę wrzucać krótkie podsumowania w postach głównych. Może kiedyś wrócę do tematu i post osobny również powstanie.] Hotel, reklamujący się jako pięciogwiazdkowy, nie był zły. Tylko te gwiazdki trochę na wyrost, nie sądzę, żeby od momentu powstania był kiedykolwiek odnawiany. W pokoju znaleźliśmy dwa wąskie łóżka i zażyczyliśmy sobie wymiany. Dostaliśmy taki z podobno trochę gorszym widokiem – bardziej na rzekę i Castillo Cerro niż sam ocean, ale i tak byliśmy usatysfakcjonowani. Postanowiłam sprawdzić spa, a konkretnie basen – nie mam zbyt wielkich oczekiwań co do basenów hotelowych, ale może chociaż trochę pożabkuję? Spa mieściło się na ostatnim piętrze, z niewiarygodnym widokiem na Pacyfik i pięknym tarasem. Sam basen nawet nie był najmniejszy, ale przepełniony dziećmi. Przez chwilę fantazjowałam, że może, gdybym wstała o ósmej, mogłabym mieć to wszystko dla siebie, ale patrząc na naszą obecną rutynę, mogłoby być to trudne. Sauny i jacuzzi były w szatniach, osobne dla panów i pań, więc nawet romantyczne pławienie się z mężem w bąbelkach odpadało. No nic. Fajnie że spa jest, ale raczej nie skorzystamy. Zamiast tego, po powrocie do pokoju, zrobiłam sobie kąpiel w gigantycznej wannie i po raz pierwszy, od niepamiętnych czasów, po prostu porelaksowałam się w wodzie z książką.
Wieczorem postanowiliśmy zajrzeć do słynnego kasyna. To było chyba najbardziej depresyjne doświadczenie całego naszego wyjazdu. Kiedy czytałam o balu inaugurującym, tym w sylwestra 1930 roku, wspomniano o tłumach zalewających 3800 metrów kwadratowych powierzchni. Kasyno rzeczywiście było ogromne. Nie mam specjalnej skali porównawczej, właściwie wcześniej w kasynach byłam chyba tylko dwa razy – raz w hotelu w Toruniu, raz w Atlantic City, nie wiem, jak to normalnie wygląda, ale tutaj przestrzeń wydawała się ogromna, w pewnym momencie, gdyby nie oznaczenia, nie wiedziałabym nawet, gdzie szukać wyjścia. W jednej sali rzeczywiście były stoły z ruletką, pokerem i black jackiem, a przy nich garstka ludzi różnych narodowości. Pozostałe części kasyna wypełnione były automatami. Spowite niezdrowym blaskiem, jednocześnie klaustrofobiczne i przytłaczające swoim ogromem, podkreślanym jeszcze przez niemal całkowity brak ludzi. Nieliczni goście siedzieli przy kilku maszynach jak zombie, bezmyślnie dorzucając monety i przyciskając guziki. Nie było śmiechu, szampana, ani sznurów pereł na szyjach bajecznie pięknych kobiet. Większość rozmieszczonych strategicznie barów była nieczynna. Czułam się, jakbym trafiła na plan surrealistycznego horroru. Jeśli wcześniej za namową męża miałam ochotę spróbować w coś zagrać, teraz pragnęłam tylko uciec, jak najdalej. Odetchnąć świeżym powietrzem nad oceanem i zatrzeć w głowie obraz miejsca, gdzie umierają marzenia. Było już późno, więc wyciągnęłam Księcia na zewnątrz, argumentując, że znowu będziemy mieli problem ze znalezieniem czynnej restauracji. Rzeczywiście, łatwo nie było. Po pocałowaniu kilku klamek, trafiliśmy w końcu do jakiegoś barku, gdzie zjadłam całkiem dobrą sałatkę z krewetkami (informacja wbrew pozorom okaże się niedługo istotna) i przypomniałam sobie, że kiedyś lubiłam piña coladę. I to była naprawdę bardzo dobra piña colada. Dygresja – wysłuchaliście kiedyś w całości, ze zrozumieniem tekstu tej piosenki? Jeśli nie, to polecam, opowiada całą historię, i to jaką!
Valparaíso
Następnego dnia, po zjedzeniu nienajgorszego śniadania w hotelu (mieli chilijskie truskawki!), pojechaliśmy do Valparaíso. Książę o dziwo zgodził się jechać “metrem”. Wcześniej stresowałam się, że uprze się na samochód, a ja będę musiała kombinować, gdzie znaleźć parking. Tymczasem, okazało się, że mój małżonek jest bardzo ciekawy tutejszego metra (i w sumie chyba docenił, że nie namawiałam go na autobus) i potraktuje to jako przygodę. Bardzo dobrze. Dojechaliśmy do stacji przy porcie, przeszliśmy się po rynku z rękodziełem (znowu bezowocnie szukałam amuletu dla przyjaciółki) i ruszyliśmy do banku. Mój towarzysz stwierdził, że mam iść sama, on się pokręci po okolicy. I wejdzie do innego banku, który mijaliśmy po drodze, bo był fajny i wyglądał jak z Harry’ego Pottera. Przykazałam, że ma na siebie uważać, nie dać się okraść i w razie czego pisać. Następnie udałam się na poszukiwanie tatusinego doradcy, który w zeszłym tygodniu miał wrócić z urlopu. Okazało się, że wrócił dopiero wczoraj i jest średnio ogarnięty, ale oczywiście, załatwimy, co trzeba, a przynajmniej spróbujemy. Pół godziny później pojawił się mój mąż: daleko jeszcze? Kochanie, my dopiero zaczynamy… Z banku wyszłam niemal równo po półtorej godziny, nie załatwiwszy nic, poza tym, co miałam mieć już załatwione wcześniej mailowo. Nie szkodzi, innym sprawom nadaliśmy bieg, powinny dobiec do mety przed naszym powrotem do Nowego Jorku, a w razie potrzeby, doradca skontaktuje się z kimś z oddziału w Santiago, żebym nie musiała już się fatygować do Valparaíso. No i super. Może faktycznie uda się coś popchnąć do przodu. Spoiler? Nie udało się. Nie są już to sprawy jakieś arcyistotne, siwieć dalej przez nie nie będę, ale stopień dezorganizacji chilijskich instytucji po raz kolejny mnie zadziwił. Książę chyba do tej pory przetwarza, aczkolwiek chyba w końcu zrozumiał, dlaczego ta odyseja chilijska jest, no, odyseją.
Ponieważ mój mąż wykorzystał moją wizytę w banku na samodzielne przetarcie wszystkich okolicznych uliczek (i nawiązanie lokalnych przyjaźni – podobno jakiś pan go bardzo zaczepiał, ale jakaś pani wystąpiła w obronie mojego męża, stwierdzając autorytatywnie, że Książę “no habla español”, Książę potwierdził, że nie habla, po czym zaczęli na przemian radośnie wykrzykiwać, że no habla español, no habla español – według relacji Księcia później śpiewali i tańczyli, niemal jak w musicalowym odcinku netfliksowego Wiedźmina, tfu) i nie był zbyt ową okolicą zachwycony, postanowiłam od razu zabrać go na wzgórza. Na wzgórza można dotrzeć normalnie, na nogach, albo korzystając z jednej z szesnastu historycznych wind, stanowiących atrakcję samą w sobie. Wybrałam tę najstarszą, otwartą w 1883 roku windę Concepción. Według oficjalnego cennika wjazd kosztuje chyba 300 pesos, ale pan windowy albo usłyszał angielski, albo intuicja mu zapikała i spytał, czy jesteśmy obcokrajowcami. Przytaknęłam, cena wzrosła do 1000. Nie mam nic przeciwko temu, alternatywne cenniki dla turystów mnie nie oburzają, ale doceniłabym, gdyby taka informacja była jasno podana na wejściu – gdyby nie to, że dopiero co wyciągnęłam z bankomatu gotówkę, odstałabym w kolejce tylko po to, żeby się dowiedzieć, że mnie nie stać. W “windzie” (tak naprawdę to taka kabina wjeżdżająca po bardzo stromych torach do góry) siedzieliśmy z grupą starszych pań, które zaczęły komentować, że dobrze, że nie mówiły po włosku, bo też by musiały więcej zapłacić więcej. Zanim powiedziały coś o obcokrajowcach, włączyłam się po hiszpańsku do rozmowy. Nie wiem, czy też tak macie, ale zdarza mi się stresować w towarzystwie ludzi, którzy myślą, że ich nie rozumiem. Zastanawiam się, czy zawsze tak miałam, czy zaczęło mi się w Japonii, a nasiliło, odkąd jestem z obcokrajowcem i raz na jakiś czas czytam sobie w internecie, co ludzie o moim związku myślą. Bardzo często, kiedy za granicą napotykam Polaków, od razu się spinam, jakby w oczekiwaniu, że zaraz usłyszę coś nieprzyjemnego. Panie w windzie wyglądały na sympatyczne, więc nie chciałam dać im szansy na wyprowadzenie mnie z potencjalnego błędu. No dobrze, mam manię prześladowczą, często uważam, że wszyscy mnie nienawidzą. A połączenie manii ze skrajnym egocentryzmem nie jest najzdrowsze. Uwielbiam traktować tego bloga jak prywatną kozetkę. Anyhoo! Wjeżdżamy na wzgórze. Również tu się zmieniło…
W górnej części Valparaíso nie bywałam zbyt często. Raz, czy dwa, turystycznie, z Mamą, a tak to raz na jakiś czas odwiedzałyśmy z koleżankami z pracy jedną z nielicznych wtedy znajdujących się tu restauracji. Było sennie, malowniczo i pustawo. Przez ostatnie lata, okolica odmieniła się niemal nie do poznania. Jakby na przekór, podczas gdy dolna część Valparaíso popadła w ruinę, wzgórza rozkwitły. Przepiękne graffiti, kawiarnie, restauracje, sklepiki a do tego naprawdę sporo turystów! Książę uważa, że to wszystko sztuczne i pod instagrama. Ja odebrałam to zupełnie inaczej. W mojej głowie to artystyczna rebelia ludzi, którzy zamiast uciekać za pracą do Santiago, na wzgórzach dawnej perły Pacyfiku postanowili żyć po swojemu. Wzgórza zakwitły jak wiosenne kwiaty na pogorzelisku – być może tylko na chwilę, ich piękno zaraz znowu pochłoną popioły, ale przez ten jeden moment, ich piękno aż raziło. Dla mnie to wszystko było bardzo organiczne i autentyczne, Książę uroku nie dostrzegał. Może przez palące niemiłosiernie słońce i brak czapeczki? “Co tu właściwie można robić?” – pytał ciągle? “Widzę, że ładnie i w ogóle, ale nudno strasznie.” No jak to co? Chodzić i się zachwycać. Wejść do jednej z restauracji, cieszyć się dniem… A no tak, po śniadaniu i zjedzonych już na wzgórzach lodach jeść nam się specjalnie nie chciało. No to faktycznie. Cudem uniknąwszy sprzeczki, no bo jak on tak może, miał się zachwycać, a narzeka?, ustaliliśmy, że obejrzymy jeszcze tęczowe schody i czerwone drzwi i zejdziemy na dół. Przy czerwonych drzwiach z konsternacją zobaczyłam kolejkę do zdjęć. W zaułkach ciężko było przepchnąć się przez oprowadzane przez przewodników wycieczki. Dziwnie się w tym Chile porobiło, naprawdę.
Ze wzgórza zeszliśmy już na nogach i poszliśmy na kawę do Cafe del Poeta. Później ze zdziwieniem usłyszałam, że to był ulubiony punkt Księcia z całej wycieczki do Valpo. Mimo że w kawie znowu znalazła się miłość (a tak się ucieszyłam, kiedy opisywałam kelnerowi, jak ma wyglądać ta kawa i on spytał, czy może być shakerato!) Później przeszliśmy jeszcze kawałek w stronę Viñi, przy okazji wchodząc do sklepu, w którym lata temu na gwałtu rety kupowałam nową kieckę, bo kiedy przebiegałam przez ulicę, żeby złapać autobus, zapomniałam, że moja ołówkowa spódnica nie lubi dużych kroków i do biura dojechałam z rozdarciem w dość strategicznym miejscu… Na każdym kroku napotykałam wspomnienia, które jak filtr nakładały się na zastaną rzeczywistość. Kiedy wysiadaliśmy z metra już z powrotem w Viñi, Książę z radością wskazał na znak wyjścia:
– Salida! Con camarón, czy sin camarón?
– Ę? A to a propos czego?
– No salida, ensalada, rozumiesz?
– Nie?
– To jest żart lingwistyczny!
– …
Mój mąż i żarty lingwistyczne. To się nie mogło udać… (Ostatnio zwierzył mi się, że bardzo lubi jak słucham Supermocy z Męskiego grania, bo “moce” to w urdu skarpetki i bardzo mu się podoba, że ktoś nagrał piosenkę o super skarpetkach. Ratunku.)
Pożegnanie z Viñą
Wieczorem umówiliśmy się na kolację z Claudią. Z nieznanych mi przyczyn, mój mąż uparł się na jakąś restaurację peruwiańską. To znaczy koncepcję rozumiem, kuchnia peruwiańska jest w Chile bardzo popularna i ogólnie pyszna, ale dlaczego ta konkretna restauracja? Bo gdzieś przeczytał, że jest najlepsza w Viñi! Nie była. To znaczy Książę uważa, że jemu bardzo smakowało, ale może dlatego, że tego dnia przeszedł chilijski chrzest i zamówił sobie pisco sour w rozmiarze vaticano. Claudia już niemal była pod wrażeniem, ale jakoś w rozmowie wyszło, że Książę nie tańczy. Jak to nie tańczy? Książę zaczął się usprawiedliwiać, nie wiem, na ile przekonująco, ale spotkanie było szalenie sympatyczne. W pewnym momencie mój mąż umknął do toalety, a Claudia przerwała naszą rozmowę wykrzykując:
– Jaki on cudowny! Jaki sympatyczny, jaki uroczy! – Tak. Mój mąż ma tendencję do rozkochiwania w sobie starszych pań. Wszystkie moje ciocie za nim szalały. – ALE JAK TO NIE TAŃCZY?!
Po kolacji odprowadziliśmy Claudię do domu, a sami poszliśmy na drinka do Flor de Chile. Skoro nie udało nam się tam dojść na kolację, to niech chociaż sierściuch zobaczy, co stracił. Nie wiem, na ile zakonotował, bo zamówił kolejne pisco sour, ale chyba coś mu się tam wymknęło, że szkoda, że nie możemy zostać tam dłużej – niespełna godzinę po naszym przyjściu już zamykali. Ostatni wieczór w Viñi spędziliśmy na skałach – może nie podziwialiśmy zachodu słońca, ale błyszczące nad oceanem Valparaíso wyglądało jak porzucony piracki skarb i byłoby prawie romantycznie, gdyby nie to, że mój mąż pod wpływem alkoholu ma tendencje albo do skrajnej głupawki, albo do filozoficznych wynurzeń. Te drugie są znacznie gorsze, bo domaga się przy nich pełnej uwagi, patrzy mi głęboko w oczy i oczekuje traktowania owych wynurzeń z należytą powagą. Okropna sprawa. Wreszcie zażądałam przerwania wywodów i zażyczyłam sobie wracać do hotelu. Musiałam się przygotować psychicznie na to, że być może jest to mój naprawdę ostatni wieczór w Viñi.
Matetic i Isla Negra
Po śniadaniu wymeldowaliśmy się z hotelu. Ustaliliśmy, że zanim ruszymy w drogę do naszego następnego celu, Książę podwiezie mnie pod fundusz emerytalny, gdzie podziękuję pani J. za jej zaangażowanie. Niestety, pani J. była na urlopie i miała wrócić na długo po naszym wyjeździe z Chile. Z pewną dozą nieufności i sceptycyzmu pozostawiłam czekoladki w rękach jej kolegi. Jeszcze zanim Książę zdążył zapytać, czy jestem pewna, że kolega czekoladek nie zeżre, napisałam do pani J. maila z informacją, że po powrocie czeka na nią coś słodkiego. I wiecie co? Faktycznie, nie zeżarł. Właśnie dzisiaj rano dostałam maila z podziękowaniem. Pani J. napisała, że czekoladki “osłodziły jej serce” – zobaczcie, jak miło!
Plan na ten dzień wyglądał następująco. Z Viñi jedziemy do polecanej przez Jamesa Bonda winnicy Matetic, później do Isla Negra, zobaczyć dom Pabla Nerudy – Książę zainteresowania nie wyrażał, ale przekonałam go, że to dobry pomysł jest. Później mieliśmy zameldować się w Airbnb w Algarrobo, tam przy tym największym basenie świata, zostawić bagaże i pojechać na kolację do Jamesa Bonda. Kiedy pisałam do jego żony z kilkoma pytaniami, MI odpisała, że w moim planie zwiedzania zapomniałam ująć “pewnego domu w Santo Domingo, który przyjmie nas mnóstwem czułości i truskawkami”, tym samym rozwiewając moje wątpliwości, czy wypada mi się wpraszać. Strasznie chciałam, żeby JB i MI poznali mojego męża, ale głupio tak było pisać, że hej, kiedy możemy wpaść?
Z winnicą to było tak, że kiedy planowaliśmy wyjazd do Chile, spytałam męża, czy będzie chciał jakąś odwiedzić. W końcu Chile słynie z wina. Oczywiście, że będzie chciał, chociaż nie wie, po co, ale w sumie ja mogę sama degustować. Stwierdziłam, że wręcz przeciwnie, niech on sobie degustuje, ja bez żalu będę trzeźwym kierowcą. Tylko że inaczej to sobie wyobrażaliśmy. Możecie mi wierzyć lub nie, ale nigdy nie byłam w żadnej chilijskiej winnicy. W ogóle winnice odwiedzałam tylko w Stanach, w rejonie Finger Lakes i tam to wygląda tak, że podjeżdża człowiek pod winnicę, wykupuje pakiet degustacyjny i tyle. W Chile z kolei, należy się zapisać na zwiedzanie, które trwa od 1,5 do 4 godzin, trzeba łazić po piwnicach i słuchać o beczkach, degustacja jest dodatkiem. Czasami jest jeszcze obiad lub kolacja. Okazało się, że jesteśmy wyjątkowo zgodni – nie chcieliśmy łazić po piwnicach i słuchać o beczkach, ale ponieważ już wcześniej poprosiłam Jamesa Bonda o zarekomendowanie fajnej winnicy, stwierdziliśmy, że z polecenia skorzystamy i kupimy tam przynajmniej wino na tę kolację. W ogóle w wiadomościach do MI zastrzegłam, że bardzo proszę nic nie przygotowywać, truskawki i kawa nam do szczęścia wystarczą, ale nie miałam złudzeń. Wiedziałam, że nie posłucha.
Winnica Matetic ma niejako dwie części – prawdziwą winnicę, gdzie można właśnie pojechać i posłuchać o beczkach, oraz część gościnną, z hotelem, sklepem, restauracją i pięknymi ogrodami. Do tej pierwszej części trzeba się umawiać, bez tego nie można nawet na winogrona popatrzeć, ale do tej drugiej wpuścili nas bez problemu. Oczywiście jak już dojechaliśmy, bo wcześniej nawigacja próbowała nas wywieść w szczere pole. Dosłownie. Pochodziliśmy trochę po ogrodach, upajając się panującą tu ciszą i spokojem, a potem poszliśmy wybierać wino. Zadzwoniłam nawet do Taty, w końcu to on powinien lepiej ode mnie wiedzieć, co jego kolega preferuje, ja pamiętałam, że merlota, ale akurat w Matetic merlota albo nie robią wcale, albo chwilowo. Po konsultacjach z Tatą i z panem sprzedawcą, który wyświetlił na komputerze jakieś skomplikowane pliki zawierające drobiazgowe specyfikacje każdego wina, zdecydowaliśmy się w końcu na syraha. Książę zaproponował, że jeśli JB zaaprobuje wybór, to powiemy, że wybierał Książę, a jak nie będzie wyglądał na zadowolonego, zwalimy winę na Tatę. Kto by pomyślał, że mój mąż potrafi myśleć tak strategicznie? Muszę teraz baczniej się przyglądać jego zachowaniom!
Isla Negra była kolejnym zaskoczeniem. Szczerze mówiąc, niewiele pamiętam z jedynej poprzedniej wizyty, ale jestem prawie pewna, że poza słynnym domem Pabla Nerudy nie było tam niemal nic. Ot, przy domu jakiś barek ze świeżymi sokami, na które zresztą bardzo się nastawiłam. Tymczasem wzdłuż drogi wyrosło barwne miasteczko restauracji i sklepów. Również dom-muzeum, choć w samej bryle oczywiście niezmienny, przeszedł pewną metamorfozę. Do kasy wchodziło się pojedynczo, później należało odczekać swoje, aż pani z obsługi przyniesie nagrane przewodniki. Oprócz nas czekała jeszcze jakaś babka z Kanady. Jak międzynarodowo! W samym domu panował zakaz robienia fotografii, a liczne zbieracze łupy zostały uporządkowane i pozamykane w gablotach. Nie lubię tak. Dom Nerudy miał mi służyć za przykład, czym kończy się skrajne bałaganiarstwo, tymczasem mimo nadmiaru eksponatów, panował tu porządek. Miałam zresztą wrażenie, że wraz z chaosem, wymieciono stąd ducha tego miejsca. Ale widok pozostał ten sam, znowu sprawiając, że pozazdrościłam słynnemu poecie nie tylko miejsca, w którym spał, jadał i tworzył, ale też tego, w którym spoczął na wieki. Trochę czasu spędziliśmy przy grobie, wpatrując się po prostu w rozbijające o skały fale oceanu.
Zamiast barku z sokami, na terenie posiadłości powstała taka bardziej ą ę restauracja. Soków nie było, ale bardzo podobała mi się koncepcja – wszystkie potrawy w menu były zainspirowane kartkami, które Neruda wysyłał ze swoich podróży. Korespondencja była o tyle ciekawa, że zamiast pisać normalnie, jestem tu i tu, oglądam to i to, fajnie jest, tylko pogoda średnia, Neruda pisał jedynie o tym, co jadł, treści mniej istotne kompletnie pomijając. Może też tak powinnam zacząć robić. Po co pisać bloga, zagłębiać się w szczegóły i serwować Wam opowieści dziwnej treści, skoro mogłabym napisać, że jadłam locos? To znaczy akurat w tej restauracji nie jedliśmy locos, bo nie było, ale wiecie, o co chodzi. Wychodząc z domu-muzeum, a właściwie teraz już dużo bardziej muzeum, ostatkami siły woli oparłam się chęci zakupu T-shirtu w muzealnym sklepiku. Teraz bardzo żałuję, bo był idealny: z przodu duży napis głosił “me gustas cuando callas” (“lubię kiedy milczysz”), cała reszta wiersza umieszczona była z tyłu. Genialne.

Stereotypy vs statystyka
W restauracji zaczęłam się stresować. Czas uciekał, Książę upierał się najpierw jechać do mieszkania, dopiero potem w drugą stronę do Jamesa Bonda, ja jeszcze chciałam kupić kwiaty dla MI, a Google Maps pokazywało, że to się nie uda. W dodatku kwiaciarnia po drodze była zamknięta. Karteczka informowała, że pani wróci o 16.00, było już sporo po 16.00, Książę zasugerował, że mam dzwonić.
– Nie zadzwonię, bo jak zadzwonię, to powie, że będzie za 10 minut, my poczekamy, ona za 10 minut dopiero zacznie się zbierać, będziemy tu czekać 40 minut i nic z tego nie wyniknie.
– Tak z ciekawości, dlaczego zakładasz, że to kobieta?
Ha. Dobre pytanie. Książę odkrył w sobie lingwistyczną ciekawość i drążył temat, czy nazwa kwiaciarni, albo forma zapisu karteczki informacyjnej zdradzała płeć osoby kwiaciarskiej (ha). No nie. Po prostu założyłam,
– Czyli stereotypy?! – Książę triumfuje, przyłapał mnie.
– Nie… bardziej statystyka. – Chyba nigdy nie spotkałam się z mężczyzną pracującym przy układaniu kwiatów… To znaczy jacyś ogrodnicy, czy sprzedawcy w kwiaciarnio-zniczarniach przy cmentarzu, ale florystów nie znam… (Ach, teraz tak myślę, przecież jak mi mój mąż przyniósł chryzantemy złociste na rocznicę ślubu, to sprzedał mu je facet… Ale chryzantemy się nie liczą, prawda?) Zresztą, czy to naprawdę istotne, skup się człowieku na drodze…
Na tym etapie nie przypuszczam, żeby ktokolwiek traktował mojego bloga jako źródło informacji przydatnych przy planowaniu wyjazdów, ale gdyby jednak znalazł się ktoś tak spaczony, czuję się zobowiązana wrócić do tematu opłat za autostrady. Osoby (chciałam napisać “panowie”, ale już nie będę ryzykować) pracujące w punktach wynajmu samochodów nic na ten temat same z siebie nie wspomną, a zapytane wprost, powiedzą, że opłaty są pobierane z takiego urządzenia w samochodzie, a później odliczane od depozytu. Przez myśl im nie przejdzie, że się rozpełzniecie w mniej uczęszczane strony, gdzie opłaty pobiera się wciąż jedynie gotówką – a tak jest w przypadku autostrady w okolicach Isla Negra i Algarrobo, co więcej, jest to jedna z wyższych opłat, jeśli dobrze pamiętam, 4400 pesos. Gotówka przydaje się również do płacenia za parking przy ulicy, bo nie wszyscy parkingowi mają przy sobie czytniki. Jeśli w ogóle są parkingowi, a nie kretyńska appka, ale do tego wrócimy. Po prostu pamiętajcie, że gotówkę warto mieć. My mieliśmy, więc radośnie płaciliśmy po kilka razy, jeżdżąc w tę i we w tę, na razie, przypominam, bo w przeciwieństwie do mnie mogliście już stracić wątek, z Isla Negra do Algarrobo.
Wjeżdżając do Algarrobo, minęliśmy jakiś kompleks budynków z gigantycznym basenem pomiędzy.
– To ten! – wykrzyknął Książę.
– Nie… To nie może być ten, tamten jest przy samym oceaaa…
– TO TAMTEN!!! OOO RAAANYYY! – W życiu nie widziałam mojego męża tak podekscytowanego basenem. Basenem, którego ja zresztą jeszcze nie widziałam, ale Książę twierdził, że mu mignął z dołu i ooo raaanyyy. No o rany, o rany, szybciej jedźmy, też chcę zobaczyć, po co tu ten korek? Przejechaliśmy korek i nagle nawigacja kazała nam odbić do góry. Dlaczego do góry? Jak do góry, przecież basen jest na dole, przy samej plaży… Nie wiem dokładnie, w którym momencie w pełni zrozumiałam swój błąd. Czy w drodze do góry jeszcze się łudziłam? Bo to było tak… Jak ta cała cholerna Patagonia przestała nad nami wisieć, postanowiliśmy, że będziemy rezerwować hotele z dnia na dzień, taki model nam już się wielokrotnie sprawdzał, pozwala nam na dostosowywanie naszych planów do aktualnego widzimisię, nic na nas nie wymusza, jeśli gdzieś nam się nie podoba, uciekamy, jeśli w jakimś miejscu się zakochamy, zostajemy tam dłużej. Oczywiście ma to również swoje minusy i czasami w pośpiechu coś idzie nie tak. Kiedy ustaliliśmy, że jednak jedziemy do Algarrobo, że spędzimy tam dwie noce, zaczęliśmy szukać noclegu z pewną dozą nerwowości – już wcześniej widziałam, że za dużo opcji w San Alfonso del Mar nie ma, zresztą są dosyć drogie (nie jakoś upiornie, ale nieproporcjonalnie), do tego trzeba mieć własne ręczniki i w ogóle. Kiedy po wpisaniu w Airbnb hasła San Alfonso del Mar wyskoczyła mi relatywnie tania opcja (z ręcznikami!), nie sprawdzałam dokładnie, podesłałam do Księcia i kazałam zarezerwować. Basen był, kajaki były, do głowy by mi nie przyszło, że w Algarrobo jest więcej niż jedno miejsce z basenem tak dużym, że można po nim pływać wyłącznie kajakiem. Przeżyłam kryzys. Bez sensu. Byłam w pięknym miejscu, z przepięknym basenem, mieszkanie było wygodne, czegóż chcieć więcej? Książę był jednak zdeterminowany. Przyjechaliśmy tu spełnić moje marzenie i on to marzenie spełni. Dogadał się z panią z Airbnb, anulował drugą noc i wspólnymi siłami wyszukaliśmy nocleg już przy tym właściwym basenie, co zweryfikowałam jeszcze u Jamesa Bonda. Ale najpierw dostałam ważną lekcję od życia. O stereotypach i statystyce.
W drodze do posiadłości Jamesa Bonda, już właściwie w Santo Domingo, Książę gwałtownie zjechał na bok i zaparkował przy ulicy.
– Whyyy? – żądam wyjaśnień. Książę uśmiecha się triumfalnie i wskazuje na witrynę sklepu, obok którego stoimy. Florería, jak w mordę strzelił! – Mężu!!! Jesteś genialny!!! Zaraz wracam!
Wyskakuję z samochodu i pełna determinacji wparowuję do środka kwiaciarni. Za ladą stoi gigantyczny kwiaciarz. Facet, bez cienia wątpliwości. I to taki z łapami jak bochny (tak się kiedyś mówiło?) To tyle, jeśli chodzi o stereotypy i statystykę. Wybieram piękne różowe różyczki, takie z kilkoma główkami na łodygę, biorę wszystkie. Czy przybrać? Oczywiście. Pan kwiaciarz dopasowuje kolor bibułek i wstążeczki, następnie mozolnie to wszystko układa i skleja taśmą klejącą… No mówiłam, facet. Taśma klejąca… W międzyczasie mnie zagaduje, drąży temat, jak to z Polski? Z Polski, w Chile? (W Santo Domingo?!) Wychodzę usatysfakcjonowana. Róże są tak piękne, że nawet ta taśma klejąca im nie szkodzi. Książę uśmiecha się szelmowsko. Zalazł floreríę! Inna sprawa, że z uporem maniaka nazywa ją honya, po japońsku księgarnią, bo mu się hon z hana myli, ale no patrzcie, jaki aspirujący poliglota!
Chwilę później podjechaliśmy pod dom JB. Przywitała nas MI, a zaraz po niej owczarka Maya, która nie zważając na swój podeszły wiek, wybiegła na nasze spotkanie z energią szczeniaka. Pamiętała mnie!
– Masz kostium? – zapytała MI. – To wskakuj do basenu, póki jest słońce!
Już kiedy byliśmy w Chile z Tatą, rozpaczałam, że nie mogę się zanurzyć, bo nie wpadłam na to, żeby zabrać ze sobą strój. Tym razem przyjechałam przygotowana. Wskoczyłam do basenu, Maya zaczęła bawić się obok kamieniami, MI usiadła na brzegu i zanurzyła nogi. Kiedy opowiedziałam jej o naszej przygodzie z błędną rezerwacją i o tym, że teraz nie wiem, jak sprawdzić, czy ten apartament, który widzieliśmy na pewno jest tam, gdzie trzeba, MI natychmiast zadzwoniła do swojej starszej córki, która ma mieszkanie w San Alfonso – niestety nie mogliśmy wynająć od niej, bo wynajmuje długoterminowo, na cały sezon i już kogoś miała. Catalina sprawdziła na mapie kompleksu, czy jest budynek o tej nazwie, którą podała nam właścicielka Airbnb, był! Od razu zarezerwowaliśmy, mieliśmy się tam przenieść następnego dnia. Jeszcze trochę poplotkowałyśmy w basenie, dając tym samym panom czas na poznanie się. James Bond chyba zaakceptował mojego męża. Może dlatego, że nie wiedział, że nie tańczy… (Z kolei Książę stwierdził, że JB ma bardzo fajne poczucie humoru, podobne do mojego Taty.) W pewnym momencie MI pogoniła JB do grilla. Oczywiście brak kolacji skończył się na wybitnym łososiu, ale z sałatką zamiast np. ziemniaków, “bo Maja powiedziała, że nie chcą nic jeść”. Przepyszne domowe ciasto na deser to też było nic. Podobnie truskawki. Ech, chilijska gościnność. Było tak sympatycznie, że nawet się nie zorientowałam, kiedy zapadł zmrok. Zasiedzieliśmy się okrutnie.

Po powrocie do mieszkania, najpierw udaliśmy się na poszukiwania… pralni. No słuchajcie, pralnie to jest mój znak rozpoznawczy, prawie na równi z pakistańskim mężem, prawda? A to właśnie ten pakistański mąż odczuwał potrzebę. Zapakował za mało T-shirtów, bo obiecałam mu zakupy, on jeszcze nic nie kupił i wiązał ogromne nadzieje z pralnią w tym miejscu. Zwiedziliśmy cały budynek, obejrzeliśmy dokładnie piwnice, w końcu spytałam przypadkowo spotkanych w windzie ludzi. Pralnia jest, w budynku klubu, ale o tej godzinie nie działa, otwierają dopiero rano. No dobrze. To chodźmy chociaż na spacer, obejrzyjmy ten oszukany basen… Ładnie tu. A później pozostało nam wyjąć włożone wcześniej do lodówki late harvest z Matetic i wypić je w łóżku do otrzymanych w prezencie od MI truskawek. Przypomniałam sobie smak chilijskich wspomnień. Tak naprawdę, to był przecudny dzień…
C.D.N.
