Weterani mojego bloga (chyba że wolicie określenie Wierni Czytelnicy?) mogą pamiętać, że to właśnie w Chile uświadomiłam sobie, że ja jestem w moim przyszłym mężu zakochana. Straszne przeżycie, naprawdę, zwłaszcza że przez jakiś czas byłam przekonana, że jest to uczucie nieodwzajemnione, a wtedy już wyrosłam z tendencji werterowskich. Życzyłam sobie miłości pełnej i odwzajemnionej, a nie nastoletniego wzdychania i babrania się w bezużytecznych emocjach. Pomysł, żeby niemal dziesięć lat po ślubie wrócić do tego kraju z obiektem moich niegdyś skomplikowanych uczuć, choć jak najbardziej wykonalny, do ostatniej chwili wydawał mi się nieco abstrakcyjny. No bo jak to? Będę spacerowała z nim po tych samych ulicach, na których tyle lat temu z jego powodu zalewałam się (wewnętrznie) łzami, słuchając przy tym najsmutniejszych piosenek Bajora? Zabiorę go we wszystkie (no nie wszystkie, w poprzednim poście ustaliliśmy, że nie wszystkie już istnieją) miejsca z moich wspomnień? Pokażę, jak żyłam, którędy wracałam do domu z pracy, gdzie kupowałam wino na wieczór, dam posmakować chilijskich truskawek? Połączę ze sobą dwa osobne światy? Ale w sumie co stoi na przeszkodzie?
Wspólną podróż zaczęliśmy omawiać już podczas mojego wyjazdu z Tatą. A może nawet wcześniej, kiedy doszłam do wniosku, że bez wyprawy do Chile się nie obejdzie. Trochę mgliście, bez konkretów, chociaż już utworzyłam w telefonie plik z notatkami i spisywałam w nim miejsca, które koniecznie musimy razem odwiedzić. Zwłaszcza że po tej ostatniej wizycie odczuwałam pewien niedosyt. Marzyły mi się romantyczne zachody słońca na skałach no i może wreszcie jakieś plażowanie? Książę bardzo się do pomysłu zapalił, pozostało ustalić termin. Zaproponowałam optymalny – pierwsze dwa tygodnie lutego. No dobrze, optymalnie byłoby lecieć w drugiej połowie marca, kiedy w Chile kończą się wakacje i nad oceanem nie ma takich dzikich tłumów, ceny wracają do normy, temperatury w Santiago trochę odpuszczają. Ale tak się akurat składało, że przez pierwsze dwa tygodnie lutego nie miałam żadnych wykładów, a przypominam, że jestem studentką! Nawet egzamin ostatnio zdałam i to na 96%! Książę przyznał mi rację, ale coś nie kupował biletów. Wspominałam, że jestem z natury neurotyczna? Wybaczcie, żart taki. Nie lubię, jak coś ustalamy, ja sprawdzam ceny i układam cały plan, a sierściuch zwleka z realizacją. Później wszystko drożeje, rozjeżdża się i w ogóle jest nie tak, jak mogło i miało być. A że akurat byłam w Polsce i trochę dziczałam (ten pobyt w kraju rodzinnym był jakiś dziwny, chociaż Wigilia była cudowna), miałam sporo czasu na uprawianie neurotyzmu, choćby podczas biegania po lesie z psem sąsiadki, w dodatku presję na mężu wywierać mogłam jedynie zdalnie, to zaczęłam się irytować. Książę zaczął się z kolei stawiać, że on by wolał środkowe tygodnie lutego, mnie też to powinno bardziej pasować, w końcu powinnam trochę odpocząć po Polsce przed kolejnym wyjazdem, a ja mam mu jednoznacznie powiedzieć, czy jeśli opuszczę wykłady, to wydarzy się katastrofa. Nie byłam w stanie tego stwierdzić. Bo to była taka katastrofa Schrödingera. Niby już wiedziałam, że wykłady są opuszczalne i tak naprawdę nikt nie podchodzi do nich na serio (może kiedyś Wam opowiem o tych studiach, ale nie wiem, jak to zrobić, żeby mieć pewność, że nikt z moich “kolegów i koleżanek” tego nie przeczyta), ale mnie się jakoś dziwnie na starość zrobiło i jak się czegoś podejmuję dla siebie, to staram się to realizować tak uczciwie, nie na odwal. Więc katastrofy niby by nie było, ale źle bym się z tym czuła, więc w sumie by była, bo ja ostatnio średnio zarządzam emocjami. Ewentualnie emocje stają się niezarządzalne. Na przykład, wybaczcie kolejną dygresję, właściwie dygresję w dygresji, w Polsce próbowałam chodzić na basen. I raz pojechałam, nie znalazłam miejsca parkingowego i zaczęłam ryczeć. Głupio, nie? Ale jest szansa, że mi w tym roku na trochę przejdzie i wrócę do względnej normalności. Anyhoo (kocham to słowo, potrzebuję polskiej wersji, przyda mi się przy mojej skłonności do odbiegania od tematu), jak już mówiłam, Książę zaczął kombinować. Strzeliłam focha i powiedziałam, że możemy jechać, kiedy tylko mu się podoba, ale sam ma szukać biletów, ja do tematu nie wracam.
Jakoś pod koniec pobytu w Polsce obudziłam się o kretyńskiej godzinie, typu szósta rano i zobaczyłam w skrzynce mailowej bilety do Chile. Prawie dokładnie na ten termin, który zaproponowałam na początku, tylko dzień wcześniej, bo tych idealnych już nie było. I po co to wszystko? Nie można się było od początku słuchać żony? Teraz mi ten termin w ogóle nie pasował, bo rzeczywiście, tydzień na dojście do siebie i od razu kolejna podróż to trochę mało, poza tym, jak ja teraz znajdę hotele? I wszystko zaplanuję? Przecież ja już założylam, że do Chile pojedziemy za jakiś miesiąc, czy dwa, przestałam wymyślać i teraz mam może improwizować, co? Napisałam do Francisco z Offenbacher-Hof, cudem udało mu się znaleźć dla nas pokój na pierwsze dni. Książę ogarnął samochód. No i (już nie przedłużając – chyba że chcecie, zawsze mogę edytować i dopisać xD) polecieliśmy.
Plan
Widziałam to tak. Lądujemy w sobotę rano, jedziemy do Viñi, zostajemy tam do piątku. W międzyczasie robimy sobie wypad do Papudo i Zapallar, choćby dla samej przyjemności z jazdy, odwiedzamy Jamesa Bonda, spotykamy się z Claudią, jedziemy do Valparaíso (ja przy okazji zaglądam do banku, bo przypominam, miałam całą listę rzeczy do załatwienia), w Viñi zaglądamy do wszystkich kawiarenek, które mnie kusiły, a nie było czasu, plażujemy, wracamy do wszystkich moich starych i nowych miejsc, Książę się zakochuje w szumie Pacyfiku i wspólnie planujemy przeprowadzkę na rok, czy dwa, oglądamy sobie te zachody słońca na skałach, kilka razy jemy kolację w La Gaticie, ogólnie mamy relaks. Później jedziemy do Algarrobo, po drodze odwiedzając dom Pabla Nerudy w Isla Negra, który może przekona Księcia, że bałaganiarstwo musi mieć swoje granice. W Algarrobo zatrzymujemy się w San Alfonso del Mar, żebym poznała na żywo największy basen świata (w którym nie wolno pływać, ale to nieistotne), spędzamy tam dwa dni. Potem jedziemy do Portillo, albo na jeden dzień, albo z noclegiem gdzieś w okolicach. Portillo latem to średnia atrakcja, tam się jeździ na narty, ALE droga jest obłędna, podobnie krajobrazy. Możemy połazić sobie po górach, specjalnie zapakowałam moje buty do wspinaczki, które kupiłam po powrocie z Pakistanu z nadzieją, że kiedyś tam ze mną pojadą. Tam, znaczy do Pakistanu. Wcześniej nawet założyłam je kilka razy na spacery po (płaskiej) okolicy, żeby mieć pewność, że mi nie zmasakrują stóp. Potem pojedziemy do Santiago, bo Książę wyobrażał sobie, że to będzie takie Mexico City, a ja z kolei zawsze miałam niedosyt i wrażenie, że dobrze tego Santiago nie zwiedziłam. Aparycja Księcia dawała mi dodatkowo nadzieję na to, że jak będzie siedział cicho (naiwna), nikt nas za gringos (czy desi ludzie też mogą być gringos?) nie weźmie i nie okradnie. Spędzimy tam tyle czasu, ile mój luby będzie sobie życzył, ale z uwzględnieniem przynajmniej dwóch dni w Cajón del Maipo, gdzie znowu będziemy się wspinać (halo, buty!) i zrobimy rafting. A. Jeszcze winnica była w planie, może nawet z noclegiem i ą ę doświadczeniem kulinarnym. Dobrze to wszystko zaplanowałam. Relaks, zwiedzanie, aktywność na świeżym powietrzu, liczne atrakcje kulinarne. Ach, w poprzednim poście zapomniałam wspomnieć, że przy okazji tej wizyty z Tatą odkryłam dwie rzeczy, które zmieniły moje życie. Locos, czyli uchowce i chupe. Chupe to taki ciekawy wynalazek, że kiedy zapytałam kelnera, co to, powiedział, że chyba lepiej, jak opisze mi, jak to się robi, bo co to jest, to trudno tak wytłumaczyć. W połowie opisu krzyczałam, że CHCĘ. Nie wiem, jak przeżyłam na tym świecie prawie cztery dekady bez chupe. I bez locos. Pierwszego loco zjadłam u znajomych Taty, tych, którzy (właściwie która, bo to żona) straszyli, że razem z telefonem traci się cały majątek. Jestem im za to bezgranicznie wdzięczna i jednocześnie mam lekkie pretensje, bo teraz muszę znosić codzienność bez locos. Ale dla tych kilku chwil kulinarnej rozkoszy, chyba warto. Anyhoo. Plan, jaki był, wszyscy widzicie, możecie się zachwycać. A teraz zacznę Wam opowiadać, jak to wszystko wyglądało w praktyce… Może za kilka postów nawet dobrniemy wspólnie do końca. Przy okazji przypominam, że jak komuś są niezbędne pomoce wizualne, to proszę zaglądać na mojego instagrama, tam jest wszystko w wyróżnionych relacjach:
Drogi mężu, oto Viña
Wylądowaliśmy nieco po czasie, troszeńkę przeczochrani życiem i podróżą (weź się człowieku dostań na JFK zimą, komunikacją miejską – bardziej męczące niż sam lot!). Książę był taki markotny, że nawet nie zachwycał się widokiem Aconcagui za oknem, a prezentowała się wybornie. Chociaż może się nie zachwycał, bo nas posadzili w środkowym rzędzie i do okna było daleko. Przeszliśmy w miarę bezboleśnie immigration, odebraliśmy bagaż i ruszyliśmy odebrać samochód. Ten, który zarezerwowaliśmy miał w bagażniku kolonię mrówek zgryźliwych, więc Książę z bólem serca wybrał inny. Nie wiem, po co o tym piszę, nie jestem Czechowem, samochód nie wystrzeli, mrówki też nie, ot tak, spisuję wszystko, co pamiętam. Przyjmijmy, że blog jest częściowo dla Was, ale jednak też trochę dla mnie, jakbym chciała sobie na starość coś przypomnieć, albo udowodnić mężowi, że to ja zapamiętałam dobrze, nie on. Blog jako materiał dowodowy, o. (Ewentualnie porada podróżnicza, sprawdzajcie wynajmowane samochody pod kątem niechcianego towarzystwa.) Ale dobrze, dobrze, już Wam oszczędzę, wsiądźmy do samochodu bezmrówkowego i jeźdźmy do Viñi – już przecież ustaliłam z Francisco, że pokój będzie wcześniej gotowy, a marzę o prysznicu. Wyobrażałam sobie, jak wjedziemy już na wzgórza i przed nami roztoczy się widok na Pacyfik, Książę zaniemówi i doceni bardziej niż królową And. W tym wyobrażaniu zapomniałam, że nawigacja do Viñi prowadzi przez Valparaíso, miałam świadomie w pewnym momencie kazać mu zjechać z trasy, więc zamiast miłości od pierwszego wejrzenia, mój mąż doświadczył konsternacji przejeżdżając przez średnio reprezentacyjną część Valpo. Nic to, nadrobimy. Zgodnie z planem poszłam pod prysznic, a Książę wykorzystał ten moment, żeby nikczemnie zasnąć. Dobudzić bydlaka nie mogłam, wreszcie zasugerowałam, żeby on sobie spał, a ja pójdę do centrum handlowego odebrać sukienkę. Bo widzicie, jak byłam z Tatą w Chile i szukaliśmy sensownego prezentu świątecznego dla Mamy (bezowocnie), to wpadła mi w oko urocza sukienka. Niestety, w sklepie nie było mojego rozmiaru, a ja w tamtym momencie nie pragnęłam jej na tyle mocno, żeby ogarniać zamawianie. Zdanie zmieniłam, bo coś mi nie chciała wyjść z głowy, ale bardzo dobrze się stało, bo teraz była na letniej (przypominam, że w Chile pory roku są odwrotne, nie ze złośliwości, tylko faktycznie można o tym zapomnieć) wyprzedaży. Jakimś cudem przebrnęłam nawet przez proces składania zamówienia, mimo że wymagali ode mnie absurdalnych informacji – chilijskiego dowodu osobistego (ha! Mam! Posiadam! Nieważne, że nieważny!) i chilijskiego numeru telefonu (tu już się Claudia nade mną zlitowała). Książę na hasło centrum handlowe zastrzygł uszami i chyba przez sen powiedział, że też chce. No i musiałam czekać. Później było “a daleko jeszcze?” oraz “ja muszę kawy”. Daleko to kwestia względna, a kawę, proszę bardzo, możemy zacząć realizować mój plan odwiedzania wszystkich nowych przybytków kawiarnianych. Na pierwszy rzut ten różowy cukiereczek, co ty na to? Książę przystał i na erupcję różowości, byle mu tę kawę dali, ale taką jak lubi. Wytłumaczyłam kelnerce, dokładnie, jaka ta kawa ma być, ze trzy razy podkreślając, że bez cukru, bez syropu. Wyglądało na to, że zrozumiała, przynajmniej wizualnie. Niestety, smakowo nie do końca. Dowiedziałam się wtedy, że do “bez cukru”, “bez syropu” powinnam była jeszcze dodać “sin endulzante”. Nie pytajcie, ile później zajmowało mi zamawianie kawy w każdym przybytku, a i tak nie zawsze się słuchali. Książę uważa, że oni po prostu dodają do tych kaw dużo miłości. Może ma rację, a akurat ta pierwsza kawiarnia nazywała się Masamor, więc chyba nie było opcji BEZ miłości. Ale i tak nie jest źle – kiedy Tata pracował w Chile, wyznawano tu jedynie kawę rozpuszczalną, do tego podłej jakości, pić się tego nie dało, ja wręcz zaczynałam każdy dzień w pracy od puszki Coli z automatu w biurze, bo była bardziej do przeżycia. Nie oceniajcie moich wyborów dietetycznych, to droga donikąd.
Zaraz po kawie (widzicie? Już nam się zeznania nie zgadzają, Książę twierdzi, że kawa była później, a ja obawiam się, że może mieć rację – ale to i tak nieistotna kwestia, więc RAZ może tę rację w NIEISTOTNEJ sprawie mieć) zaciągnęłam jeszcze małżonka na obiecane wcześniej empanadas w Santa Carmela. Przynajmniej tu nie miał uwag krytycznych, wręcz polubił je na tyle, że później prawie wszędzie się empanadas domagał. To akurat błąd, bo nie wszędzie są warte kalorii. Trawić poszliśmy na promenadę nad oceanem, gdzie po raz kolejny obiecałam sobie wrócić po szydełkowe bluzki i sukienki (oczywiście nie wróciłam, a Książę durnie sobie zakodował, że żona-lubi-szydełkowe i później pokazywał mi jakieś potworności w sieciówkach) i rozglądałam się za magicznym talizmanem dla przyjaciółki. Przy okazji pokazałam lubemu, gdzie kiedyś mieszkałam i nabrałam obaw, że z plażowaniem znowu może mi się nie udać – takich tłumów w Viñi to ja nigdy nie widziałam! Faktycznie wszyscy latem zjeżdżają nad ocean. Nie miałabym gdzie rozłożyć ręczniczka. Ale spokojnie, weekend jest, w tygodniu będzie lepiej, prawda? PRAWDA?! Wreszcie dotarliśmy do centrum handlowego. Jak już Wam opowiadałam w poprzednim poście, Marina Arauco, zwane teraz Mallem Marina niestety zdziadziało, nie planowałam tam spędzać zbyt wiele czasu. Ot tyle, żeby odebrać kieckę i kupić małżonkowi czapeczkę, bo oczywiście zapomniał zapakować, a ja tym razem byłam wyrodną żoną i nie zadbałam o nic, poza sprejem na komary i kremem z filtrem. Kojarzyłam, że krótko po mojej ostatniej wizycie (tej w listopadzie) miał się otworzyć sklep La Martiny, marki, którą bardzo Książę kiedyś lubił. I ja go w ubraniach owej marki lubiłam. Pełnia szczęścia. Faktycznie, sklep był otwarty i nawet mieli czapeczki. Wzgardził. Cholera może człowieka wziąć – jak się potrzebuje czapeczki, to się nie wybrzydza, prawda? Spoiler? Kupiliśmy dopiero w Santiago… W przeciwieństwie do mnie, mój mąż wciąż lubi się włóczyć bezcelowo po sklepach, więc trochę czasu na to przeznaczyliśmy. Nie pyskowałam, desperacko chciałam, żeby Viñię polubił. Na szczęście drugą częścią malla już wzgardził, więc kupiliśmy wodę, elektrolity i usiedliśmy w parku przy plaży, bo kogoś nogi bolały…
Tak, mój mąż jest już starym człowiekiem, wiecznie coś go boli, jak nie nogi, to plecy. A spacer był podobno straaasznie długi. Ciekawe, bardzo, kiedy pracowałam w Chile ten sam dystans pokonywałam na kilkunastocentymetrowych obcasach. Ale pamiętajcie, byłam zdeterminowana, mój mąż miał być zadowolony z wyjazdu, więc jeśli życzył sobie siedzieć, nawadniać się i narzekać na słońce, to proszę uprzejmie. Ale bydlak jeszcze zaczął coś burczeć, że nie rozumie, po co mamy w Viñi spędzić prawie tydzień. Zaczęło się. Sabotażysta w akcji. Zawsze musi nadpisać moje plany swoją cholerną spontanicznością. Poczułam bunt. Zaczęłam raz jeszcze prezentować mój masterplan. Podkreślać cudowną równowagę między chillem, aktywnościami fizycznymi i zwiedzaniem. Mój mąż postanowił zagrać nieczysto. Przypomniał mi, że w jego pracy ma zaledwie te dwa tygodnie urlopu i on się nie nastawiał na chill, chillować możemy w domu, teraz powinniśmy uskuteczniać pogoń za przygodami (nie wiem po co, skoro zwykle przygody gonią za nami, nie trzeba się wysilać), zresztą, “ZOBACZYMY”. Nienawidzę tego jego “zobaczymy”, od razu rośnie mi poziom kortyzolu. A ten, jak nauczyło mnie życie, najlepiej zbijać lodami.
– Wstawaj. – warknęłam. – Idziemy na lody bananowe.
W poprzednim poście wspominałam, że podczas wycieczki do Chile z Tatą odkryłam godny zamiennik dla mojej dawnej lodziarni. Może mniej fancy, ale z dużo lepszymi lodami, bananowe były wprost idealne. Dobra, musi być dygresja, możecie ominąć, dla ułatwienia dam kursywą, żebyście wiedzieli, odkąd czytać dalej. Moje ulubione lody to: wszystkie białe z lodziarni Ruszczyk w Orłowie. Jest to lodziarnia tradycyjna, nie bawi się w żadne innowacyjne smaki, sama klasyka, smaków tylko tyle, ile mieści się na małej ladzie (nie wiem, czy lada to tu odpowiednie słowo, ale wiecie, o co chodzi). Białe to śmietankowe, malaga i zabajone. Do tego bita śmietana i krojona czekolada. To są najbardziej prawilne i satysfakcjonujące lody świata. Potem jest oczywiście włoskie paciugo, ale to się nie liczy, bo nie za bardzo sprzyjają nam okoliczności geograficzne. Następnie lody miętowe, ALE muszą to być lody robione ze świeżych listków mięty, a nie znam zbyt wielu lodziarni, które to uskuteczniają (w drodze wyjątku lubiłam też miętowe Magnum, ale to chyba za te kryształki cukru w czekoladzie i wspomnienia ostatnich chwil z Księciem w UK). Wreszcie, lody bananowe. Moja miłość od czasu pobytu w RPA, ale to tylko na wakacjach i szczerze mówiąc, mało kto robi je tak, że mi się przypominają te w uMhlandze obok Durbanu. Sekretem jest chyba połączenie banana z dulce de leche/manjarem. Słodkie przeraźliwie, ale aż smyra po sercu. I w Chile odnalazłam właśnie takie odpowiednie, pierwsze w Heladerii Alicia. Ustaliłam z Księciem, czego jego dusza pragnie, uparł się przy bananowych, których wcale nie lubi, ale skoro mi smakują, to on też (jak dziecko!) i poszłam zamawiać. Przy okazji poznałam właścicielkę, która szybko zwierzyła mi się, że miała kiedyś męża Polaka, ale to zły człowiek był. Wyraziłam współczucie, nawet jakąś tam skruchę, po czym usłyszałam, że przynajmniej dał jej ładną córkę. Brawo, eksmężu, nie spierniczyłeś wszystkiego. W ogóle wielu różnych rzeczy się o obcych ludziach w Chile dowiadywałam. Myślę, że to kwestia tego, że po hiszpańsku jestem sympatyczna – tak, wiem, już to mówiłam, ale niech Wam się utrwali, że nie jestem antypatyczna z natury, po prostu urodziłam się nie tam, gdzie trzeba! Książę lody skrytykował, że za słodkie. Wróciliśmy na drugą stronę rzeki.
Dochodziła już jakaś głupio późna godzina, głupio, bo na dworze wciąż jasno, ale wszystko już było pozamykane, albo właśnie zamknąć się miało. Przeszliśmy się po głównej ulicy, pooglądaliśmy wystawy, Książę wyraził chęć powrotu za dnia. Ha! Jednak da Viñi szansę! Potem pospiesznie zajrzeliśmy do zamykającego się właśnie supermarketu. Musieliśmy zrobić zapasy wody, a większość sklepów otwartych do późna umożliwia jedynie zakupy przez okienko – tak to nie lubię. Weszliśmy, zapakowaliśmy koszyk wodą, a Książę spytał, czy zamiast stać ze mną w upiornej kolejce, może poczekać na zewnątrz i popatrzeć sobie na okolicę. Wyrodny, wiem. Kiedy odstałam swoje i w końcu udało mi się zapłacić i wyjść, Książę wystartował do mnie zaaferowany:
– Słuchaj! Ja widziałem, że oni to zamykają, myślałem, że już was nie wypuszczą i zorganizują igrzyska śmierci w środku
– I co? I tak byś tu stał, zamiast mi pomóc?
– Tobie? Ja się bałem o tych wszystkich, z którymi cię zamknęli!
Nosz kurrr… Dlaczego zawsze to innych trzeba bronić przede mną, a nie mnie przed innymi? Dlaczego nie mogę, choćby tylko w oczach własnego męża, być bezbronnym, delikatnym kwiatuszkiem? A. W sumie wiem. Nieważne.
Zdobyczną wodę zanieśliśmy do hotelu, gdzie mieliśmy się trochę zrelaksować i zastanowić, czy na pewno damy radę iść na kolację (my nie damy rady?! – Książę; ja bez kolacji nie chcę spać – Janerka) Moje plany krótkiego odpoczynku przerwało:
– Wiem, co powinniśmy zrobić.
(Ja też wiem. Pozwolić żonie chwilę odpocząć)
– Powinniśmy polecieć do Patagonii.
– Co proszę?
Przez następną godzinę wysłuchiwałam, jak to mój mąż marzy o wyjeździe do Patagonii, jak tam jest pięknie, a jakie super hotele i mam zobaczyć ten lodowiec. Szlag mnie trafił kosmiczny. Ja miałam plan! Nie było w nim miejsca na Patagonię. Co z samochodem? Jak niby mamy tam się dostać? I kiedy? A w ogóle skoro to takie jego marzenie, to nie mógł mi tego powiedzieć przed wyjazdem? Nie, bo to marzenie ulęgło się teraz, jak zaczął sprawdzać, co można robić w Chile, wcześniej Patagonii na zdjęciach nie oglądał i nie wiedział, że o niej zamarzy, a teraz marzy i trzeba coś z tym zrobić, a przecież mi też się będzie podobało. Wynegocjowałam powrót do tematu w dogodniejszych dla mojej psychiki okolicznościach. Około północy mój mąż oświadczył, że jest gotowy na kolację. Teraz? Teraz to ja jestem gotowa spać! Flor de Chile zamknął się o 23.00, La Gatita o 22.00 i co ja mu teraz wymyślę? A. Bar Virgen, czynny do 3.00. Bar Virgen był na mojej liście, odkąd zobaczyłam jego wściekle różową fasadę zestawioną z figurką Maryi i sprytnym neonem “beben y beben y vuelven a beber”. No cudowności. Menu nie prezentowało się źle, co więcej, kiedy dotarliśmy tam około pierwszej, restauracja wciąż pękała w szwach i cudem znaleźli dla nas stolik. Jedzenie było poprawne, atmosfera cudna, Książę wspomina bardzo dobrze i nawet chciał wracać. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że ten pierwszy dzień niejako wyznaczył nam rutynę na kolejne – zbyt duży lunch, lody, potem nieprzyzwoicie długi czas trawienia i kolacja o nienormalnej godzinie w przypadkowym miejscu, które akurat było otwarte… Kompletnie zakłóciło mi to mój rytm. Ale pierwszej nocy jeszcze o tym nie wiedziałam, myślałam, że uda się to wszystko znormalizować, kolacje jadać w La Gaticie, podziwiając przy tym zachód słońca. O słodka naiwności.
A tak na marginesie… W nocy zemściłam się za te wszystkie akcje sabotażowe. W sumie nawet nie planowałam, ale tak jakoś idealnie się złożyło. Los sprzyjał zemście, po prostu. Obudził mnie komar wyśpiewujący mi miłosne serenady do ucha. Niech już by gryzł, ale po co tak wyje? Najpierw próbowałam ukatrupić po omacku. Później zapaliłam światło. Bydlę postanowiło przejść w stan ukrycia. Pomiotałam się trochę po pokoju, tak sztuka dla sztuki, wreszczcie wpadłam na pomysł. Mam sprej na komary, zapakowany, żeby mój mąż miał „jaja” (sam tak o tym mówi) i nie bał się wychodzić z domu. Balls, czy raczej, zważywszy naszeą aktualną geolokację, cojones w aerozolu. Spryskam się. Marylin chodziła spać w Chanel no 5, ja mogę być bardziej ekstrawagancka. A gdyby tak spryskać jeszcze poduszkę? To w ogóle nie podleci, prawda? Co szkodzi spróbować. Pryskałam z taką pasją, że aż się mój mąż poderwał, wyjąc potępieńczo w niebogłosy i domagając się wyjaśnień, dlaczego mu to robię. Co mu robię? Nie jemu, tylko poduszce, co się czepia? Do tej pory wmawia mi, że prysnęłam mu w oczy. Naprawdę nie chciałam. Ale czy uważam, że zasłużył? Owszem.
Papudo i Zapallar
Książę nie dostrzegał wychwalanego przeze mnie dramatyzmu krajobrazowego. Nic nie szkodzi. Tego dnia miało się to zmienić. Mieliśmy pojechać do Papudo i Zapallar, malutkich wiosek, do których kiedyś wybrałam się z Tatą, skąd pamiętam jedynie pelikany, jakieś drewniane konstrukcję, łódkę i jedną, jedyną restaurację na plaży. Za to droga na północ była piękna! Najpierw te wszystkie cudne skały i dom na skale w Concón i Reñace, później robiło się trochę górzyście i zielono… Tak. Będzie miał ten dramatyzm! I nie będziemy jedli śniadania przez trasą, zjemy już po drodze, może nawet w jakiejś kawiarence w Reñace, w Papudo i Zapallar spędzimy cały dzień i wieczorem, w drodze powrotnej, pojedziemy do La Gatity. Tam planowałam naszą pierwszą kolację, na zwieńczenie pierwszego dnia pobytu, nie wyszło, ale co się odwlecze, to nie uciecze! Ha! Genialnie.
W Reñace nie było gdzie zaparkować. Nic dziwnego, sezon turystyczny. No dobrze, zjemy to późne śniadanie w Papudo. Po drodze, gdzieś na bezludziu zobaczyłam jeszcze, że sprzedają truskawki – kupimy w drodze powrotnej, do tego late harvest i będzie na deser po kolacji… Papudo mnie zaskoczyło. Rozrosło się do jakichś gigantycznych rozmiarów, pół godziny, jeśli nie więcej, krążyliśmy po ulicach w poszukiwaniu miejsca parkingowego. Niestety, krążąc, zobaczyłam, że lokalne restauracje chwalą się, że mają locos. No to co? Zamiast śniadania taki lekki lunch? Ale taki lekki, tylko locos. Na czuja weszliśmy do Mar de Luna. No i się zaczęło. Ja chciałam locos, Książę miał prawo wyboru. No to chciał empanadę z krewetkami, bo wczoraj mu zasmakowała, ośmiornicę i też locos. Mały lunch to to nie był, zasugerowałam, żeby trochę się ograniczył. Dobra, to bez locos, ale dam mu spróbować. Stoczyłam walkę wewnętrzną i niechętnie przystałam na ten kompromis. Wtedy przyszedł kelner, potwierdził, że soczki są świeże, nie z pulpy i powiedział, że w porcji są trzy, góra cztery locos. Przestraszyłam się. Powiedziałam, że w takim razie dwie porcje locos, ale może Książę by jednak zrezygnował z empanady, albo ośmiornicy? Nie. On chce. I to był początek katastrofy. Okazało się, że to nie były po prostu locos z majonezem, tylko gigantyczna porcja obiadowa locos z ziemniakami i sałatą. Ośmiornica również nie przypominała rozmiarami porcji nowojorskich, sama w sobie wykarmiłaby naszą dwójkę, a towarzyszące jej pieczone ziemniaki dopełniłyby zniszczenia. Jeszcze te soczki i cholerna empanada. Jakby tego było mało, mój luby zjadł jednego loco i powiedział, że skoro już wie jak smakuje (wcześniej próbowałam mu je opisać, zrobiłam to szalenie trafnie, co przyznał po degustacji, ale w tamtej chwili nijak nie potrafił mojego opisu odnieść do jedzenia…), to mam sobie wziąć resztę, przecież je tak lubię, on będzie walczył z ośmiorniczymi mackami, ale mam mu pomóc. Szlag mnie trafił, bo primo nienawidzę marnowania jedzenia, a secundo, sama od dawna staram się nie zamawiać ośmiornicy – uwielbiam, ale głupio jeść stworzenie, które inteligencją przerasta większość znanych mi ludzi. Książę z kolei uczuć wyższych nie przejawia, a z wyrzucaniem jedzenia nigdy nie miał problemu. Przy stole zapanowała ponura atmosfera, we mnie szalał konflikt tragiczny. Mięsko (locos) zjadłam, czemu nie, ziemniaczki częściowo zostawiłam, udało mi się podjeść trochę biednej ośmiornicy, a empanadę Książę porzucił bezrefkleksyjnie po dwóch gryzach. Wyrzuty sumienia mam do tej pory. Zamiast się pokłócić, poszliśmy na spacer, w założeniu w poszukiwaniu kawy. Znaleźliśmy nawet takie miejsce, które zrobiło kawę dokładnie z życzeniami miłościwie-mnie-na-każdym-kroku-sabotującego – bez kropli miłości! Wcześniej jednak pochodziliśmy po deptaku, pogapiliśmy się na plażujących i na stragany z pamiątkami – stragany z pamiątkami w Papudo, do czego to doszło! – wysłuchaliśmy nawet koncertu małej dziewczynki z Kolumbii. Powoli zaczął wracać mi humor i stwierdziłam, że możemy jechać do Zapallar.
Zapallar na szczęście nadal trzymało się resztek swojego pół dzikiego charakteru. Mała plaża, skały i chaszcze. Przy tym ogromny parking, ale przynajmniej było gdzie zaparkować. Przeszliśmy się na krótki spacer i zażądałam sesji na skałach w mojej nowej chilijskiej sukni. Jeśli czytacie mojego instagrama, to wiecie, jak ta sesja wyglądała, ale nie będę dyskryminować i przypomnę: wybrałam skałę, pokazałam dokładny kadr, zaznaczyłam, że musi być 3x zoom i poszłam walczyć o życie, jednocześnie kompromitując się przed nielicznymi gapiami. Wdrapałam się, gdzie trzeba, zaczęłam prężyć na glonach i mewich/kormoranich odchodach, licząc na chociaż jedno dobre ujęcie. Książę się wczuł, zasugerował nawet, żebym przeszła na bardziej malowniczą, a co za tym idzie trudniej dostępną skałę. Udało mi się, może sam proces zdobywania skały nie wyglądał najlepiej, ale później… Później proszę Państwa, to było to! Najlepsze modelki mogłyby się ode mnie uczyć! Wreszcie, pan fotograf był usatysfakcjonowany. Zlazłam z tych wszystkich głazów i z nadzieją sięgnęłam po telefon. Zrobiło mi się słabo. Nawet Tata zrobił mi lepsze zdjęcia… Muszę zapamiętać, że najlepszą sesję zdjęciową na głazach już miałam – z Klaudią, wnuczką Siesickiej. Na plaży też, z moją mistrzynią obiektywu, Emilią. To nie jest sprawiedliwe, ustawiać tak wysoko poprzeczkę mojemu uzdolnionemu w innych dziedzinach mężowi. Prawda? Ale żeby tak bardzo wszystko popsuć?

Ponieważ Książę plażowania konsekwentnie odmawiał, nie było sensu zostawać dłużej w Zapallar. Tylko co teraz? Lunch dopiero zaczyna się trawić i będzie się pewnie trawił przez kolejne doby, nie ma sensu jechać do La Gatity. Możemy wrócić do Viñi i do Concón pojechać wieczorem? A teraz skupić się na kupieniu truskawek? W drodze powrotnej utknęliśmy w jakimś bezsensowym korku, truskawek już nie było. Nie było też planu na życie, a potrzebowałam go desperacko, żeby wybić mężowi z głowy tę cholerną Patagonię… Niestety, poległam. Książę zdołał przekonać mnie, że następnego dnia musimy jechać do Santiago i później o świcie wsiadać w samolot do Patagonii, inaczej będzie miał zrujnowaną do końca życia psychikę. A do Viñi i Valparaíso później wrócimy. Ja z kolei wmówiłam sobie, że to będzie fantastyczna przygoda, bo przecież większość kretyńskich pomysłów mojego męża kończy się spektakularnymi wspomnieniami i nawet zaczęłam odczuwać jakieś tam podekscytowanie. Ustaliliśmy z Francisco, że następnego dnia się wymeldujemy. Po powrocie do hotelu już zgodnie przystąpiliśmy do planowania podróży last minute.
(Kolejna) zmiana planów
Do wieczora, a właściwie później nocy, kiedy jedynym sensownym miejscem na kolację była sznyclownia Milamores (ok, tłumaczenie autorskie, chodzi o milanesy, czyli takie jakby sznycle, tylko że robione z różnych rzeczy, z dowolnego rodzaju mięsa, ryby, a nawet bakłażana i cukinii – ja wzięłam cukiniowego. Oprócz bazy wybierało się też rodzaj przykrycia, wynalazków było mnóstwo, Książę wziął fresco, z pomidorkami i innymi takimi, ja z kolei zdecydowałam się na gruszkę z miodem, serem i orzechami), okazało się co następuje: hotel, w którym Książę chciał się zatrzymywać kosztuje dwa tysiące (dolarów, nie pesos) za dobę, ale to właściwie nie ma znaczenia, bo i tak nie ma w nim miejsc. Może bym chciała pod namiotem? Dobrze, mogę pod namiotem. Nie, on żartował. Ja nie. Znalazłam glamping. Loty jakieś były, nawet sporo. Co na miejscu? Mamy jakiś transfer do tego glampingu? Może tam też wypadałoby wynająć samochód? I jak to daleko jest od tego parku, Torres del Paine?
– Wiesz co? – przerwał w pewnej chwili dyskusję sprawca tego całego zamieszania. – Ja myślę, że my nie jesteśmy przygotowani na wyprawę do Patagonii. Teraz tak patrzę, że żeby dojść do tego ładnego lodowca, który ci pokazywałem na zdjęciach, to trzeba pójść na pięciodniową pieszą wędrówkę, a z hotelu, czy glampingu będziemy mieli widok może na jezioro i dużo płaskiego. Właśnie tak patrzę, że Patagonia jest dosyć płaska… Może powinniśmy to porządnie zaplanować i kiedyś wrócić?
ALLELUJA! Nie jedziemy do Patagonii. I co teraz? Głupio mi było łapać Francisco i mowić mu, że zmieniliśmy po raz kolejny zdanie, a chociaż zgodziłam się skrócić pobyt w Viñi, potrzebne mi były jeszcze dwa dni. Chciałam podejść do funduszu emerytalnego i wręczyć pani, która ogarniała naszą sprawę polskie czekoladki z podziękowaniem – owszem, kwestionowała żywotność mojego Tatusia, ale gdybyście wiedzieli, jak wyglądały te późniejsze video calle, to zrozumielibyście moją potrzebę. W sumie, co mi szkodzi spróbować Wam opowiedzieć? To będzie znowu kursywą, dla chętnych. Jeszcze podczas naszego pierwszego spotkania pani J powiedziała, że do dokończenia procedury będą potrzebne dwa połączenia video. Ponieważ mój Tata nie mówi po hiszpańsku, a urzędy w Chile nie mówią po angielsku, na calla może zalogować się tylko główny zainteresowany, ja w roli tłumaczki już nie, sytuacja jest dość specyficzna, więc pani J sugeruje, żebyśmy z góry uzgodnili terminy tych połączeń, żeby na pewno były z nią, a nie z kimś niezaznajomionym z tematem. Trochę pokombinowaliśmy z terminami i godzinami, bo jednak trzy różne kontynenty i trzy różne strefy czasowe, w dodatku te video calle muszą odbywać się w określonych przedziałach czasowych np. w przeciągu x dni od naszej wizyty pierwszy i minimum y a maksimum z dni po drugiej. Inaczej całą procedurę trzeba zaczynać od nowa, od osobistej (i żywej) obecności w funduszu. Z terminem drugiego calla był lekki problem, bo akurat miałam tego dnia lecieć znowu do Polski, ale wszystko udało się dograć. Pierwszy call rozegraliśmy tak: najpierw przygotowałam Tacie skrypt, zgodnie z wytycznymi pani J. Podczas połączenia na komputerze z panią J., Tata miał się jednocześnie łączyć ze mną na Whatsappie, ja miałam podsłuchiwać rozmowę i pisać mu na Whatsappie fonetycznie, co ma odpowiedzieć. Trwało to prawie godzinę, pani J. od początku odeszła od skryptu, ale poradziliśmy sobie fantastycznie. Prawie przestałam się stresować kolejnym callem. I tu wchodzi Tata, cały na biało, oświadczając, że musimy drugiego calla przełożyć. Ja się zalewam pianą, również białą i mówię, że nie da rady, nie ma mowy i w ogóle ma przestać i nie czynić ze mnie ojcobójczyni. Dlaczego Tatuś chciał przełożyć calla? Bo akurat wypadł mu wyjazd do Dubaju a w Dubaju nie działa Whatsapp. Stwierdziłam, że jakoś to obejdziemy i znowu zaczęłam siwieć. W dniu połączenia Tatuś wymyślił, że obejdzie system i z internetem połączy się normalnie, przez telefon, nie przez wifi. Przetestowaliśmy, Whatsapp działał. Za to internet nie udźwignął połączenia na komputerze, pani J. nie widziała Taty, Tata nie widział pani J. Zaczęłam pisać do pani J maile, zdecydowałyśmy, że Tata połączy się z nią z telefonu, a ze mną z komputera. Mogło to zadziałać, ale nie zadziałało. Z niewiadomych względów, na Whatsappie na komputerze nie słyszałam pani J. Tata słyszał, ale nie rozumiał. Pani J stwierdziła, że zostawiamy, jak jest i ona będzie do Taty mówiła, jednocześnie pisząc do mnie maile, żebym mu pisała na Whatsappie instrukcje. Udało się. Si se puede. Widzicie teraz, dlaczego musiałam iść do niej z czekoladkami??? Rozumiecie już?
Musiałam również zajrzeć do banku, do tego czekaliśmy aż Claudia wróci z Santiago i da nam się zaprosić na kolację, a wracała dopiero we wtorek. Więc z Viñi tak naprawdę mogliśmy wyjechać dopiero w środę. Książę z nową energią zaczął przeglądać hotele. Kiedy pokazał mi dwa, do których zawęził swój wybór, oniemiałam. Jednym z nich było kasyno. Zaledwie w listopadzie pytałam Taty, czy kiedyś się w nim zatrzymywał. To jeden z najbardziej charakterystycznych punktów na mapie Viñi, nigdy nie byłam w środku, ale zawsze wyobrażałam sobie, że w środku jest jakiś inny wszechświat, jakaś kapsuła czasu, stary blichtr, luksusy i kobiety w czerwonych, wieczorowych sukniach. Z miejsca skreśliłam nowoczesnego Pullmana i stwierdziłam, że koniecznie tam. Może będzie krindżowo, na pewno będzie krindżowo, ale ja chcę tego doświadczyć. I tak, po ostatniej nocy w skromnym Offenbacher-Hof, mieliśmy przenieść się do miejsca z mojej wyobraźni.
I w tym miejscu, moi drodzy Czytelnicy, przerwę na chwilę opowieść, żeby mi później nikt nie pisał, że te posty są za długie. W którymś miejscu muszę podzielić, niech będzie, że tu. Ale koniecznie zajrzyjcie po kolejną część, bo już na wstępie będę miała dla Was fajną awanturę.
