17 lat minęło
Kiedy chodziłam jeszcze do szkoły, mój Tata przyjął propozycję pracy w Chile. W rezultacie zdarzyło mi się spędzić tam kilka razy wakacje a w 2008 roku wyjechać na półroczne praktyki studenckie. W pewnym sensie Chile, a właściwie okolice Viñi del Mar i Valparaíso stały się moim kolejnym domem. A może po prostu miejscem w miarę oswojonym, bo nigdy do końca niezgłębionym – Chile ma w sobie jakąś taką magię, którą wyczuwa się na każdym kroku wraz z towarzyszącą temu odczuciu świadomością, że jest to tajemnica zarezerwowana dla nielicznych. Ten wąski kraj położony między Pacyfikiem i Andami bezbłędnie identyfikuje obcych i skrzętnie skrywa przed nimi swoje sekrety, co zawsze wywoływało we mnie pewną frustrację. Każdego dnia, wręcz fizycznie czując na skórze mrowienie tego czegoś nieznanego, ukrytego, czekałam, aż wreszcie nastąpi ten moment. Poznam to niepokojące coś, czające się tuż pod powierzchnią. Bezskutecznie. Chile postanowiło nigdy się przede mną nie odkrywać. A ja, chociaż zachwycałam się otaczającą mnie przyrodą, szalałam na nartach, buszowałam w chilijskich sklepach a czasami nawet kultywowałam jakiś tam zalążek życia towarzyskiego, przez większość czasu nudziłam się okrutnie i z całym pretensjonalnym, młodzieńczym zblazowaniem narzekałam na wszystko. Na prowincjonalność, zacofanie, opieszałość, wszechobecne PDA i wszystko, co tylko przyszło mi w danej chwili do głowy. Mimo to, częściowo właśnie za sprawą Chile wybrałam studia w Cardiff i poznałam przyszłego męża. Bo to Chile po raz pierwszy zaczęłam się uczyć hiszpańskiego. Kiedy pojechałyśmy tam któregoś razu na wakacje z Mamą, firma Taty postanowiła zrobić naszej trójce prezent i opłaciła nam lekcje. Tatuś, który miał być ich głównym beneficjentem bardzo szybko się wymiksował, a my z Mamusią zajmowałyśmy się przede wszystkim naśmiewaniem z nauczyciela, chyba Amerykanina, Nathana. No cóż. Nie jestem z tego dumna i nie będę teraz uskuteczniała victim blamingu, stwierdzając, że sam się o to prosił. Nie będę. No naprawdę! Czegoś się jednak na tych lekcjach nauczyłyśmy, później Mama dobrowolnie (chociaż chyba głównie ze względów towarzyskich) chodziła na lekcje hiszpańskiego w Gdyni, a ja, przy wyborze uczelni, z których dostałam oferty, wzięłam pod uwagę, że Cardiff umożliwiało mi jednoczesne studiowanie japonistyki i hispanistyki. Reszta jest historią, można sobie odkopać na blogu. Kiedy w grudniu 2008 roku wyjeżdżałam z Chile po raz ostatni, szczerze wierzyłam, że wrócę tam wcześniej niż później. Tymczasem minęło aż siedemnaście lat…

Sprawa Chile
Mój Tata jeszcze jakiś czas pracował w Chile, później, pozostając zatrudnionym w tej samej firmie, przeniósł się do biura w Europie. A jeszcze później firma postanowiła się zamknąć. Normalna sprawa, firmy zamykają się codziennie. Tata ze znalezieniem nowej pracy większych problemów nie miał, po pewnych zawirowaniach geograficznych zaczął nawet pracować w Polsce. I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że mój Tata, w swojej dziedzinie innowacyjny geniusz, życiowo jest trochę nieogarnięty. Książę ostatnio zażartował (a może to nie był żart), że większość moich historii o tym, jak prawie zginęłam, zaczyna się od słów “raz byłam z Tatą w…” Chociaż to trochę niesprawiedliwe, bo w kilku z tych historii wina jest niejednoznaczna. Na przykład wtedy, jak spadliśmy z tego czegoś spadochronopodobnego ciągniętego za motorówką, to ewidentnie była wina kolesi za sterami motorówek. A jak się zagubiliśmy zimą w Andach poza szlakiem narciarskim, to chyba (na pewno) był mój pomysł (inna sprawa, że Tata mógł mi go wybić z głowy, a nie stwierdzić, że fantastycznie, robimy to)… No ale nie roztrząsajmy przeszłości, zwłaszcza że kilkukrotnie w sytuacjach zagrożenia życia znalazłam się też z inicjatywy lub w towarzystwie innych osób, w tym mojego męża, który po prostu wygodnie o tym nie pamięta. Ale nie o tym miałam pisać. W sprawie chilijskiej nieogarnięcie życiowe mojego Taty polegało na tym, że po zamknięciu firmy, po prostu znalazł nową pracę i rozdział chilijski uznał za zakończony. Zostawił tam otwarte konto bankowe, fundusz emerytalny, zgubił swój chilijski dowód osobisty, nie sprawdził daty wygaśnięcia karty do konta. W dzisiejszych czasach, kiedy wszystko można załatwić przez internet to żaden problem, prawda? Ale widzicie, w Chile przez internet (i tylko przez internet) można opłacić parkowanie (ale tylko posiadając chilijski dowód, numer telefonu i kartę płatniczą – do tego wrócimy w kolejnym poście, ewentualnie postach, jeśli za bardzo się rozpiszę), a nie kwestie istotne. Nie będę się tu wdawać w szczegóły, bo to jednak sprawy prywatne (chociaż fascynujące niebywale), ale odkąd atmosfera w domu stężała na tyle, że nawet na odległość zaczęłam odczuwać pewien dyskomfort i postanowiłam się w ten temat zaangażować, zajęło mi jakieś dwa czy trzy lata, żeby się przekonać, że bez wyjazdu do Chile z głównym (nie)zainteresowanym się po prostu nie obejdzie. Nie da się i koniec. Urzędniczki wszelakiej maści z wyjątkowo drażniącą mnie satysfakcją po wymianie czasami kilkudziesięciu maili, wiadomości głosowych i zwykłych telefonów wykonywanych z różnych części świata, kończyły w końcu nasze upojne konwersacje na “a, to się nie da”. Teoretycznie mogłam się tego spodziewać, pamiętając, jak dzień czy dwa przed podejściem do egzaminu na prawo jazdy w Chile, dowiedziałam się, że bez ukończenia chilijskiej podstawówki “się nie da”. Wtedy jednak jakoś “się dało”, więc i tym razem liczyłam na cud. Poruszyłam niebo i ziemię na trzech różnych kontynentach, zaangażowałam tłumy, aż wreszcie pogodziłam się z porażką. Tata obiecał, że pojedzie ze mną do Chile, korzystając z tego, że wciąż jestem radośnie bezrobotna (z wyboru i nie do końca, ale to nie do końca częściowo jeszcze rozwinę). Mama wyznaczyła nam termin, a ja zaczęłam przygotowania… Do Chile mieliśmy jechać w listopadzie.
Chałka
Tak, dobrze czytacie, chałka. Był październik. Moja Mama była smutna, odszedł kolejny w tamtym roku członek naszego stada. Już Wam chyba wspominałam, że ubiegły rok był fatalny pod różnymi względami. Ja nadal szykowałam się do wyjazdu do Chile, ale bez większego przekonania, bo mój Tata utknął dla odmiany w Chinach i nie potrafił zadeklarować, kiedy wróci. Pewnego weekendu dostałam od córki zaprzyjaźnionych właścicieli (mojej ulubionej) lodziarni (Ruszczyk w Orłowie, niezmiennie polecam) zdjęcie mojej Mamy w towarzystwie lodów i najpiękniejszej chałki, jaką w życiu widziałam. Nawet nie jestem fanką chałki, no bo halo, albo bułka, albo drożdżówka, po co takie pomiędzy, ale ta wyglądała tak ponętnie, że gdyby nie dzielący nas ocean i połowa Europy, w tamtym momencie wchłonęłabym ją na wdechu. No to napisałam, że zazdroszczę, bo co innego miałam pisać? Że tak się nie robi? Iwona jest cudowna i przekochana, ale jeszcze by w tamtym momencie wybrała złośliwość i wysłała mi więcej chałkozdjęć? I rzeczywiście, na moje “zazdroszczę” dostałam wyjątkowo wredne (tak, tak!) “zapraszamy”. “O ty…” pomyślałam sobie “już ja wam pokażę!” i z ciekawości sprawdziłam ceny biletów do Polski. Zbliżało się moje ulubione polskie święto, więc gdyby tak połączyć przyjemne z przyjemnym, chałkę i grobbing? Los mi sprzyjał, bilety były tanie jak barszcz, kupiłam od razu, zadzwoniłam do Iwony i zapytałam, czy moja Mamusia jeszcze tam z tą chałką siedzi. [Jeśli Was interesuje, czemu nie zadzwoniłam bezpośrednio do Mamusi – Mamusia odmawia korzystania ze smartfona. Albo inaczej, trzyma się myśli, że odmawia, względnie odmawia połowicznie, bo owszem, smartfona ma, w domu, służy jej do rozmów ze mną na Whatsappie, ale kartę SIM nosi w starej Nokii (nie wiem, czy jesteście na bieżąco z nowymi zasadami polszczyzny, ale tak, Nokia, Adidasy itp. piszemy teraz wielką literą, to nie błąd) i nie daje się przekonać do porzucenia ideałów. Przydaje jej się to zresztą do trollowania sprzedawców sprzętu AGD, kiedy chcą jej sprzedać ekspres do kawy, który będzie mogła sobie zdalnie włączać w drodze do domu za pomocą aplikacji. Borze szumiący, ja się chyba nie odczepię od dygresji.] Wprowadziłam lekkie zamieszanie, ale po początkowej konsternacji, nastąpiły chyba jakieś tam chwile radości. Dlaczego o tym wszystkim wspominam? Bo pod koniec października przyjechałam do Polski. Była chałka, był cudowny, satysfakcjonujący grobbing i niestety nieplanowana, smutna podróż do Rzeszowa. W tym miejscu po raz kolejny chciałabym napisać, że Rzeszów mnie bardzo zachwyca, Rzeszowianie też, chyba jeszcze bardziej niż samo miasto, chociaż nadal nie rozumiem, jak można być tak miłym. Była również rodzinna rozmowa przy stole, Tata zdążył wrócić z Chin, a nie zdążył pojechać do Niemiec, a Mama oświadczyła, że jej decyzja w sprawie terminu naszego wyjazdu do Chile jest aktualna. Jest listopad i mamy jechać. Trochę mnie to przeraziło, Tata powiedział ok, znajdź nam jakieś bilety, kup z mil i wszystko zaplanuj (w domyśle “ja łaskawie dołączę”), a ja po pierwszych dwóch nocach w Polsce przespanych najcudowniejszym, głębokim snem sprawiedliwego, wpadłam w popłoch i bezsenność. O ile z Nowego Jorku do Santiago są loty bezpośrednie, to już logistyka dostania się tam z Gdańska jest znacznie bardziej skomplikowana. Zwłaszcza dla pana w, było nie było, wieku emerytalnym, który nie do końca może dobrze znieść ponad trzydziestogodzinną podróż. Tatusiowe mile mogłam sobie do ucha wsadzić, nie było żadnych sensownych połączeń. Pewnej bezsennej nocy, kiedy Tatuś już wyjechał do Niemiec, uznając zresztą temat za zamknięty, lecimy i już, gdzieś po godzinie drugiej, doznałam olśnienia. Poderwałam się, sprawdziłam milion rzeczy na telefonie, wystrzeliłam z łóżka jak z procy, dorwałam kartkę, rozpisałam mój masterplan i nieśmiało zapukałam do drzwi sypialni Rodziców, idiotycznie zapytawszy Mamy, czy śpi. Oczekując od niej pełnej świadomości umysłowej, przedstawiłam jej mój pomysł w najdrobniejszych szczegółach (dobrze, że nie lubię prezentacji, bo jeszcze pałerpojntem bym ją uraczyła). Na szczęście Mamusia w sytuacjach kryzysowych potrafi się świetnie odnaleźć (winię za to specyfikę naszej rodziny, wszystkie pokolenia zresztą) i zamiast powiedzieć “dziecko, opanuj się, idź spać, porozmawiamy, jak wzejdzie słońce i kury zapieją”, wysłuchała planu ze zrozumieniem, przeanalizowała ze mną potencjalne błędy (oczywiście błędów nie było, ale nawet ja wątpię w swoje umiejętności planowania w obliczu bezsenności) i kazała natychmiast wszystko rezerwować. I znowu… po co Wam to wszystko opowiadam? Nie wiem. Może buduję pomnik (trwalszy niż ze spiżu) swojego ogarnięcia, w które zbyt często zaczynam ostatnio wątpić, może widzę w tym jakiś aspekt humorystyczny, a może po prostu staram się zaznaczyć, że okoliczności mojego powrotu do Chile były nieco nietuzinkowe…
Powrót do Chile
Książę wysłuchał mojego pomysłu ze spokojem. Wiedział, że sprawa Chile leży mi na wątrobie od dawna, nasila mi się od niej nerwica, przybywa siwych włosów i w ogóle w jego interesie leży, żeby temat jak najszybciej zamknąć i odzyskać swoją czarującą, beztroską, neurotyczną w sposób niemęczący małżonkę. Albo przynajmniej ruszyć ten cały bajzel z miejsca, bo moje oczekiwania względem tego, ile uda nam się załatwić przez zaledwie jeden tydzień były dość niskie. Wyjątkowo miał nie marudzić, że wracam z Polski i prawie natychmiast go zostawiam, bo to była misja. Zażartował nawet, że ja i Tata będziemy jak agenci specjalni, z czym nawet się zgodziłam, zaznaczając posępnie, że owszem, ale tacy z kretyńskiej hollywoodzkiej komedii. Mama niby przykazała Tacie, że ma się mnie na każdym kroku słuchać i nic nie kombinować, ale swoje obawy miałam. Od razu zaznaczę, że Tata zachowywał się perfekcyjnie i współpracował w pełni. Nawet wtedy, kiedy go poinformowałam, że najpierw przyleci do Nowego Jorku, prześpi się tutaj i do Chile polecimy razem. Swoją drogą, uważam, że to optymalny sposób dostania się z Polski do Chile – jeśli lecicie z Warszawy to dwa około dziesięciogodzinne loty, z solidną przerwą na odpoczynek. Zarezerwowałam sobie miejsce przy oknie, Tacie przy korytarzu, z nadzieją, że miejsce pośrodku zostanie wolne. Nie wiedziałam, że te loty mają zawsze pełne obłożenie. Tata najpierw powiedział, że on też woli okno, to Mama jest fanką korytarzy, a potem jeszcze wzbudziliśmy konsternację, kiedy pani ze środkowego miejsca zapytała, czy nie chcemy siedzieć obok siebie, a my zgodnie wykrzynęliśmy, że nie. Z dwojga złego wolę korytarz niż środek. Można w dowolnej chwili iść po wodę, bo tej na pokładzie linii Latam zbyt chętnie nie roznoszą. O właśnie, od razu przestroga dla tych, którzy planują kiedyś lecieć Latamem z Ameryki Południowej do Stanów Zjednoczonych. Latam bardzo, wręcz do przesady przestrzega zasady 3-1-1. W praktyce oznacza to, że na lotach do Stanów jest dodatkowa kontrola bagażu podręcznego już na wejściu do samolotu i zabierają płyny powyżej 100ml kupione na strefie bezcłowej. Nie dotyczy to np. wina, czy perfum, dostarczanych w zamkniętych torebkach do samolotowych drzwi, ale butelek z napojami w plecakach owszem. Czyli nie ma żadnej opcji wniesienia własnej wody do samolotu, Latam nie rozdaje butelek, a podczas lotu picie dają tylko do posiłków, sporadycznie ktoś się przejdzie z wodą, ale to nie jest norma. Żeby uniknąć odwodnienia, należy chodzić po prośbie do przemiłych skądinąd stewardess i pić jak wielbłąd, na zapas. A później uskuteczniać pielgrzymki do toalety.

Dobra, teraz pewnie powinnam się posilić o jakąś strukturę tego posta, aczkolwiek może i tak już jest za późno. Ale spróbujmy. Najpierw powiem Wam, jak wyglądał nasz plan…
Do Santiago z Nowego Jorku lecieliśmy w sobotę wieczorem, lądowaliśmy wcześnie w niedzielę. Do piątku mieliśmy być w Viñi del Mar, pierwsze dwa dni miałam już umówione wizyty w funduszu emerytalnym i w banku, kolejne trzy dni miały być poniekąd zapasowe, w razie gdyby trzeba było gdzieś wrócić, coś donieść, na coś poczekać. Naiwna część mnie liczyła na to, że przez te trzy dni będziemy się głównie relaksować, wzięłam nawet kostiumy kąpielowe i prześcieradło na plażę a wieczorami nadrabiać Tatusiowe zaległości towarzyskie. Własnych znajomości postanowiłam nie reaktywować. Za dużo czasu minęło, moja najbliższa znajoma od mojego wyjazdu zdążyła się rozstać z chłopakiem, wyjść za mąż za innego i urodzić dwójkę bardzo już wyrośniętych dzieci (w sensie wyrośniętych teraz, bo rodziła chyba w normalnych noworodkowych rozmiarach). Jeszcze bym sobie uświadomiła upływ czasu i co wtedy? Żaden botoks by mi na psychikę nie pomógł. W każdym razie, planowałam dwa intensywne dni urzędowe, trzy zapasowe, które przy dobrych wiatrach przeznaczylibyśmy na chilijski chill i kolejne dwa dni w Santiago. Chciałabym, żebyście teraz zapytali, po co dwa dni w Santiago, czemu nie wracaliśmy z Chile w piątek wieczorem. Odpowiedziałabym Wam wtedy, że w zeszłym roku wzięłam udział w rekrutacji na organizowane przez MSZ i UW studia podyplomowe dla polskich dziennikarzy polonijnych, zostałam na owe studia przyjęta i właśnie w ten weekend wypadał pierwszy zjazd. Zajęcia odbywają się online, zaczynają się o godzinie 7 rano czasu nowojorskiego i gdybym leciała w piątek, w sobotę lądowałabym dopiero o 8 a jeszcze trzeba przejść przez kontrolę paszportową i wrócić do domu… A głupio się nie pojawić na pierwszych zajęciach, prawda? Dopiero później miałam się przekonać, że nie wszyscy traktują te studia równie poważnie. (Nawiasem mówiąc, to jest właśnie to wyjaśnienie “częściowego” bezrobocia – nie pracuję, ale studiuję. No i piszę książkę.) W każdym razie, wynajęłam nam hotel przy lotnisku, zupełnie kretyńsko zresztą, bo równie dobrze mogłam w centrum i do Nowego Jorku wylatywać mieliśmy dopiero bardzo późnym wieczorem w niedzielę, a lądować o 8 rano w poniedziałek. Tata miał następnie przespać się w hotelu i wieczorem tego samego dnia lecieć do Polski. To tyle, jeśli chodzi o plany i logistykę.
W Viñi wynajęłam nam pokój w wyjątkowym miejscu – w hoteliku Offenbacher-Hof mieszczącym się w jednym z najstarszych domów w Viñi. Bałam się powrotu do Viñi, która kiedyś była moim domem. Bałam się, że będę się tam czuła obco, a anonimowy pokój w hotelu, jakich pełno identycznych na całym świecie, będzie to poczucie obcości pogłębiać. I chociaż Offenbacher Hoff znajdował się po drugiej stronie rzeki i w niczym nie przypominał apartamentów, w których zwykle mieszkał mój Tata, obiecywał jakieś takie domowe ciepło. W dodatku, już na miejscu, przekonałam się, że z jego tarasu roztacza się widok na punkt w Viñi, który z niezrozumiałych powodów często pojawiał się w moich snach. Wiecie, jakie są sny, wszystko wydaje się znajome, ale zupełnie inne – za zapamiętanymi, choćby podświadomie, punktami orientacyjnymi nagle pojawia się całkiem inny świat, a uwięziony we śnie człowiek rozpaczliwie chwyta się tego, co znane. Kiedy opowiedziałam o tym Tacie, wskazując na charakterystyczny czerwony budynek, który pamiętałam jedynie ze swoich snów, nie kojarząc go wcale z rzeczywistości, Tata powiedział:
– Przecież musisz pamiętać tę okolicę, tędy zawsze wyjeżdżaliśmy z Viñi.
I wszystko jasne, w moich snach powracały wizje wyjazdu z Viñi. Ale śniła mi się też promenada nad oceanem, oczywiście całkiem inna niż w rzeczywistości, mniej więcej zgadzał się jedynie budynek kasyna. Teraz miałam okazję, żeby na nowo skonfrontować wspomnienia i sny z rzeczywistością. A nasz hotel zapewnił mi bezpieczną przystań, w której każdego dnia mogłam porządkować myślowy chaos. Bardzo polubiliśmy się też z synem właścicielki, z którym rozmawialiśmy godzinami, słuchając historii z jego emigranckiej młodości, opowieści o początkach hotelu, o życiu jego mamy, ale też jego teorii na temat naprawy świata, sztucznej inteligencji (powiedział, że mogę kiedyś wykorzystać jego pomysły w książce, więc kto wie – jeśli kiedyś pójdę w sci-fi, Wy również je poznacie) i obecnej sytuacji w Chile. Traf chciał, że lądowaliśmy akurat w dzień wyborów prezydenckich. Pozwólcie, że nie będę się rozpisywać (reportaże polityczne będą w mojej nowej książce, tutaj piszę dla samej radości pisania) pozostawię jedynie podlinkowany nagłówek artykułu znalezionego w polskiej prasie “Chile ostro skręciło w prawo. Nowy prezydent: 'Pinochet głosowałby na mnie”

Wracając jeszcze do tematu hotelu, miejsce było nie tylko niezwykle urokliwe i fenomenalnie położone, Francisco okazał się również wspaniałym gospodarzem. W amoku planowania pomyliłam się o jeden dzień i zarezerwowałam hotel o jedną dobę za wcześnie, Francisco sam zmienił naszą rezerwację, pozwolił na wcześniejszy check in (z lotniska w Santiago jechaliśmy prosto do Viñi – nawiasem mówiąc, muszę się przyznać, że kiedy zjeżdżając ze wzgórza, po raz pierwszy zobaczyłam Viñę po tylu latach, trochę się wzruszyłam), a podczas naszego pobytu zdarzało mu się podrzucać nam do śniadania awokado (tak, żeby inni goście nie widzieli). Po raz kolejny w Chile poczułam się jak u siebie, chociaż tylko na chwilę. Jeszcze tego samego dnia popołudniu pojechaliśmy zresztą do najlepszego przyjaciela mojego Taty, nazywanego przez nas pieszczotliwie Jamesem Bondem. To właśnie jego młodsza córka była moją najbliższą znajomą w Chile, a jego syn, przez chwilę obiekt moich romantycznych westchnień, pozwolił mi jeszcze bez prawa jazdy prowadzić jego nowiutki samochód. Z kolei jego żona, Maria Ines, była taką moją chilijską mamą – do tej pory pamiętam, jak pojechaliśmy wszyscy razem na narty na południe Chile, a ona każdego dnia czekała w domku na nasz powrót z gorącą czekoladą specjalnie dla mnie. Kiedy mój Tata zostawił mnie w Chile i wyjechał do Azji podczas moich praktyk na trzecim roku, James Bond z małżonką naturalnie przejęli rolę moich opiekunów, JB woził mnie do pracy, zapraszali mnie do swojego domu w weekendy… Od tamtych czasów i u nich trochę się pozmieniało i już nie mówię nawet o liczbie wnucząt, czy nowych psach – po zamknięciu firmy, JB z małżonką wyprowadzili się ze swojego domu w Concón i zamieszkali w Santo Domingo. Tam też mieliśmy ich odwiedzić już pierwszego dnia naszej chilijskiej misji. (Całe szczęście, że Mama wyzbierała z zakamarków jakieś chilijskie monety, bo okazało się, że autostrada prowadząca do Santo Domingo jest jedną z nielicznych w okolicy, które przyjmują płatność tylko gotówką. Gdyby nie te zapomniane drobne pesos, musielibyśmy wracać się do najbliższego bankomatu.) Tata widział się z JB i MI całkiem niedawno, kiedy zwiedzali Europę, ja widziałam ich po raz pierwszy po prawie dwóch dekadach i nie ukrywam, znowu coś mnie w sercu załaskotało. Poznałam też nową członkinię rodziny – kilkunastoletnią owczarkę, Mayę. Piękne imię, prawda? A przecież nie mogli wiedzieć, że to mój pseudonim literacki. Zasiedzieliśmy się do późna, na pożegnanie dostałam wielkie pudełko chilijskich truskawek. Proszę mnie tu nie krzyżować, jak stwierdzę, że chilijskie truskawki są chyba nawet lepsze niż kaszubskie. I idealnie komponują się z lokalnym late harvest. Wprawdzie już od dłuższego czasu ograniczyłam spożycie alkoholu prawie do zera, na jedno late harvest sobie pozwoliłam. Do truskawek. Ale to dopiero w hotelu – podczas całego pobytu w Chile pełniłam rolę designated sober driver, co było o tyle interesującym doświadczeniem, że jak już wiecie, to właśnie w Chile uczyłam się jeździć. Teraz wróciłam jako doświadczony kierowca, w ogóle nie stresując się chilijskimi pogromcami szos. A musicie wiedzieć, że chilijczycy, normalnie niezwykle mili i sympatyczni, za kierownicą zmieniają się w agresywne, krwiożercze, bucowate bestie. Taki ciekawy fenomen z nieznanych względów ignorowany przez psychiatrię.
Do dzieła!
Po tak miłym początku, przyszedł czas na załatwianie wszystkich spraw. W poniedziałek rano mieliśmy rozpocząć realizację planu. Umówiłam się na rano z panią, która kiedyś pracowała w tej samej firmie, co Tata, a teraz, sama na emeryturze, zajmuje się pomaganiem ludziom w procesach emerytalnych. Jak widzicie, jest to na tyle skomplikowana sprawa, że powstała specjalna profesja. Nie wiem, czy zdołalibyśmy cokolwiek załatwić bez Claudii. Podejrzewam, że nie. Nie będę Was zanudzać szczegółowymi opisami wielogodzinnej przeprawy, ale o jednej rzeczy absolutnie muszę wspomnieć. Byliśmy w siedzibie funduszu już jakieś dwie godziny, siedzieliśmy w trójkę przed panią urzędniczką. Ja i Claudia wzięłyśmy ciężar konwersacji na siebie, Tatuś po prostu miał tam być i poświadczać swoją milczącą obecnością, że działamy z jego przyzwoleniem i w jego interesie. Milczał chyba trochę za bardzo, bo po tych dwóch godzinach pani urzędniczka stwierdziła, że ona potrzebuje zaświadczenia, że mój Tata żyje. Spojrzałam na niego z wyrzutem, no bo jednak mógł się trochę postarać i wyglądać na żywego. Claudia się odrobinę zirytowała, ale powiedziała, z ledwie wyczuwalną nutą groźby w głosie, że jeszcze tego samego dnia wrócimy. Następnie pognała z nami przez pół miasta do urzędu, w którym pan Omar miał stwierdzić, czy mój Tata żyje. Pan Omar trochę się zdziwił, powiedział, że po pierwsze, na takie zaświadczenie trochę się czeka (wg mnie to bez sensu, bo żywotność ma to do siebie, że nie jest stała i czasami kończy się dość gwałtownie), a po drugie, według przepisów, wcale takiego zaświadczenia nie potrzebujemy. I on to załatwi. Załatwił tak, że z miejsca stał się moim bohaterem. Wróciliśmy do siedziby funduszu i ogarnęliśmy wszystko tak, że do tej pory ciężko mi w to uwierzyć. Lecieliśmy do Chile z założeniem, że to będzie dopiero początek, że jeszcze będziemy musieli wrócić, w najlepszym wypadku wrócę sama już z upoważnieniem notarialnym, ale na pewno na jednym wyjeździe się nie skończy. Tymczasem okazało się, że wystarczyła jedna wizyta w funduszu, jeden pan Omar i później dwa video calle. Te video calle to już zupełnie inna historia i kolejne siwe włosy na mojej głowie, akrobatyka technologiczno-lingwistyczno-geograficzna, ale przy tym, czego się obawiałam, malutki pryszcz. W niekomfortowym anatomicznie miejscu, ale jednak malutki. Upojeni sukcesem poszliśmy na lunch. Claudia zasugerowała restaurację Flor de Chile, którą ja Wam tu bardzo mocno polecam. Tatuś był wręcz gotowy obrazić się na wszystkich swoich kolegów, że nigdy mu tego miejsca nie pokazali. W pełni go rozumiałam. Menu takie sobie, szczególnie dla niemięsolubnych, ale klimat! Klimat nie do podrobienia!
Następnego dnia miałam umówioną wizytę w banku. Już wcześniej wysłałam mailem całą listę spraw do załatwienia, przypominającą list do świętego Mikołaja, ale tylko dwie rzeczy były na niej priorytetem. Tym razem na plac boju udaliśmy się sami, już bez pomocy świętej Claudii od spraw beznadziejnych, uzbrojeni jedynie w polskie czekoladki, które na wstępie wręczyłam naszemu doradcy, mówiąc, że to w razie jakby zgłodniał podczas spotkania z nami, bo będzie to spotkanie dość długie. Nie wiem, czy to kwestia czekoladek, mojego wrodzonego czaru (ja po hiszpańsku jestem naprawdę sympatyczna! Nawet Książę to zauważył), dobrego stanika (serio), czy trafił nam się po prostu uczynny egzemplarz pana bankowego, ale znowu udało się wszystko załatwić. No dobrze, nie wszystko, ale te dwie najważniejsze rzeczy, z czego po drugą faktycznie musieliśmy wrócić po dwóch dniach, ale przecież to przewidziałam. Teraz tak sobie uświadomiłam, że post miał być jednak trochę o Chile, a ja nawet nie opowiedziałam, jak się zmieniła Viña. Ani Valparaíso. A bank był w Valparaíso… No dobrze, w takim razie zostawmy na chwilę te fascynujące sprawy urzędowe i porozmawiajmy o Chile. Odkąd przyjechaliśmy, wszyscy jak jeden mąż ostrzegali nas, że dużo się pozmieniało. Że w Chile już nie jest bezpiecznie (wg mnie kiedyś też nie było jakoś super, raz wesoła gromadka próbowała okraść moją Mamę, ale nie przewidzieli, że jej wrzask będzie słychać aż w Brazylii i szybciutko uciekli). Viña, szczególnie północna część to jeszcze jeszcze, ale Valparaíso to teraz ponury cień dawnego snu o kolorowym mieście, cmentarzysko przeszłości, po którym grasują złoczyńcy i złodzieje. Kiedy odwiedziliśmy kolejnego kolegę Taty, jego żona powiedziała mi, że nie chodzi nawet o to, że wyrywają z rąk telefony – w sekundę po kradzieży owych telefonów czyszczą wszystkie konta. Szczerze mówiąc, sama utrata telefonu byłaby dla mnie nie do przeżycia – ostatni backup robiłam prawie rok temu, w dodatku nie pamiętam żadnych haseł. Wszystkie te przestrogi sprawiły, że wpadłam w lekką paranoję, zwłaszcza, że mój Tata wygląda tak, że z daleka widać, że jest gringo. Sama bym go okradła. Gdyby jednak odsunąć moją paranoję na bok, to wcale nie było tak źle. W północnej Viñi czułam się całkowicie bezpiecznie. W dodatku z radością odkryłam mnogość nowych pięknych kawiarenek – niestety na ich odwiedzenie nie było już czasu. Tyle mojego, że poszliśmy do lodziarni, w której kiedyś pracował pewien brazylijski kelner, które swoje uwielbienie dla mnie okazywał poprzez przynoszenie mi niestandardowo dużych porcji deserów. Oczywiście, zgodnie z przewidywaniami, kelner już tam nie pracował, a lody jakby się skiepściły. Nic nie szkodzi, w końcu odkryłam bardziej niż godny zamiennik z genialnymi lodami bananowymi. Gorzej wyglądała sytuacja z moją kiedyś ulubioną galerią, “karuzelą”, w której drzewiej mieściły się liczne zakłady fryzjerskie i sklepy z odzieżą gotycką. Fryzjerzy przetrwali, sklepy gotyckie niestety już nie. Mój ulubiony się przebranżowił i wyprowadził – teraz podobno szyją suknie ślubne i imprezowe (zamienić czarne koronki na różowe falbanki? Skandal!) Zmieniło się również w jedynym dużym centrum handlowym w Viñi – w jednym ze sklepów na próżno rozglądałam się za butami Pedro Mirallesa. I ceny już nie były tak atrakcyjne jak kiedyś. A stara część Viñi? Kontrastowo zrobiła się jakby jeszcze bardziej obskurna i posępna, choć nadal na swój sposób urokliwa. Za to wizyta w Valparaíso autentycznie złamała mi serce. Miasto, które kiedyś było jednym z najruchliwszych portów w kraju, naprawdę zdawało się martwe. Cały ruch statkowy przeniósł się podnoć do San Antonio, pozamykały się biura i “moje” restauracje. Po upojnej wizycie w banku poszliśmy do… Starbucksa. Starbucksa kiedyś też tu nie było, na upragnione wtedy przeze mnie karmelowe frappuccino jeździliśmy do Santiago. Teraz amerykańska sieciówka jest i w Viñi, i w Valpo, gdzie oferuje namiastkę poczucia bezpieczeństwa. Jednak nie tak wyobrażałam sobie wizytę po latach w mieście, w którym codziennie pracowałam, kupowałam od ulicznych sprzedawców truskawki i włóczyłam sama po jego ulicach bez cienia troski. Liczyłam bardziej na to, że zjemy empanadas na ulicy, a potem poszukamy mojej ulubionej (tak wiem, nadużywam tego słowa, musicie to przeżyć!) kawiarni (już nie istnieje).

Następnego dnia (wracamy już do atrakcji urzędowych, więcej zwiedzania będzie w następnym poście, obiecuję!) znowu spotkaliśmy się z Claudią. Tym razem czekały nas wizyty u notariuszy. Na szczęście poszło w miarę sprawnie i mieliśmy czas na spełnienie moich zachcianek. Kiedy zwierzyłam się z potrzeby zjedzenia “empanadasa” (to całkowicie niepoprawna odmiana, jestem tego świadoma), Claudia stwierdziła, że absolutnie nie mogę jeść takiego na ulicy. Nie przeżyję. Nie oferowała dalszych wyjaśnień, natomiast dość niechętnie połączyłam kropki później, kiedy Francisco stwierdził, że mniejsza liczba psów na ulicach wynika z tego, że są jedzone. Szczerze mam nadzieję, że jednak wdrożono jakieś programy powszechnej sterylizacji, ale obawiam się, że jest to myślenie życzeniowe. Podejście do bezdomnych psów w Chile jest przerażające. Teoretycznie nikt się nad nimi nie znęca, zostawia się je w spokoju, ale obojętność wobec nich jest niemal równie okrutna. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że swoje własne zwierzęta Chilijczycy kochają, zabierają ze sobą wszędzie, do każdego sklepu i restauracji, a opieka weterynaryjna jest na naprawdę wysokim poziomie. Nie wiem, jak taka miłość może funkcjonować obok całkowitej obojętności. Wybaczcie. Miało być humorystycznie, a nie depresyjnie. Wróćmy może do jedzenia? Claudia wysłuchawszy mojej litanii potrzeb, postanowiła zaproponować mi kompromis. Nie w restauracji? Dobrze. Znała dobre miejsce. Santa Carmela. Malutki barek specjalizujący się w empanadas z pieca. Czego tam nie było! Nawet z krabem! Natychmiast dopisałam miejsce do mojej gastronomicznej mapy Chile. Niestety, znowu nie poszliśmy na plażę.
Nie poszliśmy na nią również w czwartek i piątek. W czwartek pojechaliśmy znowu do Valparaíso, dokończyć sprawy w banku. Tym razem udało mi się wyciągnąć mojego gringo Tatę do Café del Poeta (na cześć Nerudy), miejsca, do którego tak często chodziłam z koleżankami z pracy na lunch, zamawiając naprzemiennie omlet i sałatkę z krewetkami. Wieczorem spotkaliśmy się z kolejnym kolegą Taty, tym razem w średnio satysfakcjonującej kulinarnie włoskiej restauracji (nie rozumiem światowej obsesji na punkcie włoskiej kuchni – czy możemy ustalić, że włoskie jedzenie najlepiej smakuje we Włoszech, w wersji sezonowej, prostej, bez udziwnień? Nie. Nie jestem snobką. Po prostu zwykłe, niemal domowe trofie z pesto na głowę bije ravioli z homarem i inne kretyńskie wynalazki) w której podobał mi się jedynie zegar. Dokładnie taki, jaki kupiliśmy sobie z Księciem do wspólnego mieszkania. W piątek wypadła nam nadprogramowa wizyta u notariusza, wyjątkowo obleganego zresztą. A może wszystko pomieszałam? Może kolacja była w środę, notariusz w czwartek (i znowu w piątek), a potem jeszcze bank? Zresztą, chronologia nie jest istotna. Było dużo załatwiania i zero plaży, tyle Wam chciałam powiedzieć. Na pocieszenie, udało nam się dwa razy odwiedzić naszą absolutnie ukochaną restaurację w Concón. Dawna La Gatita stała się Alto Mar by la Gatita i przeprowadziła się z małego baraczku nad samym oceanem do wielopoziomowego, gigantycznego lokalu na wzgórzach (przynajmniej z widokiem na ocean). Dosłownie chwilę po moim wyjeździe z Chile. Podobno w tle rozgrywał się jakiś dramat małżeński, zdrady, rozwody i podziały majątków. Na szczęście, nie zmieniło się jedno – jakość jedzenia. Kiedy za drugim razem próbowałam przekonać Tatę, żebyśmy nie zamawiali aż tyle, a później patrzyłam, jak siłą woli wpycha w siebie resztki ryby, usłyszałam:
– Ja wiem, że miałaś rację. Ale gdybym nie zamówił tej ryby, czułbym się winny.
– Wobec ryby?!
– Wobec siebie.
I pisząc to po drugim w przeciągu kilku miesięcy wyjeździe do Chile, ja to naprawdę rozumiem. Wróciłam zaledwie dwa dni temu i już żałuję, a przysięgam, że jadłam tyle, że aż się dziwię pojemności mojego żołądka.

Rozrywki kulinarne skończyły się wraz z wyjazdem do Santiago. Znowu uległam paranoi. Zamiast wyszukiwać najfajniejsze restauracje w mieście, w piątek wieczorem pojechaliśmy do Barrio Italia. Recepcjonista w hotelu powiedział, że tam jest w miarę bezpiecznie dla obcokrajowców i jest parking podziemny. No dobrze. Nie licząc fałszywego policjanta (musicie obejrzeć moje relacje na instagramie, to był hit!) rzeczywiście wydawało się bezpiecznie. Znaleźliśmy jakąś knajpkę z seafoodem, który nawet nie umywał się do tego w Viñi, czy Concón, ale było w miarę sympatycznie. Tylko jakoś tak nijak… Następnego dnia, po moim pierwszym dniu wykładów, było jeszcze gorzej. Stwierdziłam, że nie mam siły na kombinowanie, pojedziemy do centrum handlowego. Żadnych problemów z parkowaniem i mnóstwo opcji jedzeniowych. Kiedyś uwielbiałam centra handlowe w Chile. Z wiekiem mi zdecydowanie przeszło. Komercyjny Moloch mnie przeraził, ledwo trafiliśmy z parkingu do właściwej części centrum, restauracja była bardzo przeciętna. Niedziela utrzymała tendencję spadkową – tego dnia znowu miałam wykłady do 17:30, w międzyczasie musieliśmy wymeldować się z pokoju i przenieść do hotelowego lobby, w którym zamieszkały ofiary strajkujących właśnie linii Latam. Strajk już się na szczęście skończył, więc nasz lot powrotny miał odbyć się bez przeszkód (czy wspominałam, jak bardzo się stresowałam tym, że Tatuś przyleci do Nowego Jorku, a lot do Chile nam odwołają? Nie? No to wspominam teraz. Fajnie jest być neurotyczką.), ale wielu ludzi wciąż przez kilka dni miało czekać na miejsca w samolotach. Miałam ambitny plan, żeby w przerwach między lekcjami porobić coś na hotelowej siłowni (nie chciałam już iść na basen, zresztą był taki średnio pływalny, czułam się jak welonka w malutkim akwarium, tylko moja pamięć jest niestety dłuższa niż 3 sekundy), ale bez karty do pokoju nie mogłam na nią wejść. Zamiast tego chodziłam po rozżarzonym hotelowym parkingu, jak po spacerniaku. Natychmiast po wykładach ruszyliśmy na lotnisko, samochód oddaliśmy już dzień wcześniej, zakładając, że do hotelu i z powrotem na lotnisko dostaniemy się shuttle busem. Nie wyszło tak zgrabnie, jak to sobie wymyśliłam, ale mimo wszystko się udało. Planowaliśmy przejść jak najszybciej przez security i “zamieszkać” w loży. Zjeść coś, wziąć prysznic i poczuć się przed podróżą jak ludzie. Najpierw był problem z nadaniem bagażu, bo byliśmy za wcześnie. Poradziliśmy sobie podstępem. Przeszliśmy przez security. I zostaliśmy odprawieni z kwitkiem z każdej loży. Cała kolekcja kart “milowych” Taty okazała się nie dość dobra. Zrezygnowani poszliśmy do jednej z lotniskowych restauracji. A ja po posiłku nagle zachorowałam. W jednej chwili byłam całkowicie zdrowa, w następnej czułam się, jakby ktoś mi piłował gardło żyletkami. W Chile podobno grasowało jakieś choróbsko, ale wydaje mi się, że to Tata przywiózł coś z Polski – zachorował niemal natychmiast po przylocie do Chile, za krótki czas inkubacji, żeby to było chilijskie. Podzielił się natychmiast, a ja, póki funkcjonowałam na adrenalinie i dzikiej ilości kofeiny, jakoś sobie radziłam – kiedy zeszło całe napięcie, poddałam się natychmiast. Podróż wspominam fatalnie, techniki dehydracyjne Latamu w połączeniu z szalejącą w najlepsze chorobą kompletnie zwaliły mnie z nóg. Kiedy weszłam do mieszkania, popłakałam się ze zmęczenia i poszłam spać. Nie tak sobie wyobrażałam powrót z tarczą.
Bo wiecie. Ten wyjazd to był wielki triumf! Niepodważalne zwycięstwo zacięcia i determinacji nad chilijskim biernym oporem. Si, se puede! – jak wykrzykiwałyśmy do siebie z Claudią. Udało nam się osiągnąć o wiele więcej, niż to w ogóle miało być możliwe. Sprawa chilijska miała przestać gnębić mnie po nocach. Za to mogłam zacząć planować ponowną wizytę, już prawie stricte turystyczną, tym razem z mężem. I o tej wyprawie, Drodzy Czytelnicy, będzie kolejny post. A w nim tona nietuzinkowych atrakcji, bo jak wiadomo, z Księciem nigdy nie jest nudno…
