Z nie do końca zrozumiałych dla mnie względów znakomita większość kobiet, które znam, bądź, o których słyszałam, choćby były całkowicie obojętne na wątpliwe uroki samej instytucji małżeństwa, albo wręcz jej przeciwne, ma sprecyzowane poglądy na to, jakie powinny być ich idealne zaręczyny (czasem również jakie nie powinny), jaki pierścionek na zaręczyny chciałyby otrzymać i jak miałaby wyglądać idealna suknia ślubna. 

Nawet moja totalnie aspołeczna, lekko socjopatyczna, biseksualna (w jej wypadku oznaczało to, że gardziła sprawiedliwie mężczyznami i kobietami, ale doceniała piękno nielicznych wyjątków) koleżanka z liceum miała, o dziwo, sprecyzowany pomysł na zaręczyny. Oświadczać miał się nikt inny tylko Alan Rickman, miał to zrobić niespodziewanie, tak, żeby ją zaskoczyć i zwiększyć szansę na pozytywne rozpatrzenie petycji. Konkretnie: zakraść się do niej, kiedy będzie relaksowała się w wannie, pocałować w szyję, a następnie zaprezentować gustowny, stylowy pierścionek, niekoniecznie z brylantem, bardziej coś oryginalnego, wpasowującego się w wyrafinowane gusta wybranki. 

Jakkolwiek sama o ślubie nigdy nie marzyłam, to zakładając, że małżeństwo, tak jak pech, może przytrafić się każdemu, również miałam pewne oczekiwania. Zaczęło się chyba od pierścionka: nie wiedząc jeszcze nic o szlifach diamentów, zapragnęłąm, aby był to diament w kształcie gwiazdki. Oczywiście z czasem dowiedziałam się, że diamenty można szlifować co najwyżej w kształt serca, gwiezdne fanaberie wiązałyby się ze zbyt wielką stratą kamienia, w związku z czym mogę sobie szczeniackie marzenia w odwłok wsadzić. Oczywiście nie zmotywowało mnie to do polowania na męża, wręcz przeciwnie. Po co komu mąż, jak nawet gwiazdki (i to nie z nieba!) nie ogarnie. Co do samych zaręczyn, miały się odbyć na plaży. Szczegóły były mi zasadniczo obojętne, sama obecność morza, lub innego oceanu (nie byłabym nawet wybredna geograficznie!) jest dla mnie wystarczająca, nastawia mnie życzliwie do otoczenia, więc może do samego petenta też. Łatwizna prawda? Nawet nie trzeba się specjalnie starać…

Kiedy facet jest gotowy na zaręczyny

Mam taką teorię. Dla każdego faceta przychodzi moment, kiedy jest zwyczajnie gotowy. Jeśli akurat jest w związku, to bez względu na to, czy jest to ta jedyna, czy jedna z wielu, oświadczy się. Jeśli nie jest, da się wyrwać pierwszej lepszej pannie. Przerażające? A pomyślcie ilu znacie facetów, którzy byli w długoletnich związkach z super laskami, nigdy nawet nie popatrzyli ze zrozumieniem na wystawę sklepu jubilerskiego, potem coś się posypało, albo zrobili sobie przerwę, facet poznał jakiegoś kocmołuszka i trzy miesiące później zmienił status na Facebooku na zaręczony. Nie twierdzę, że w niektórych przypadkach nie wychodzi im to na dobre. Zdarza się, że zupełnym przypadkiem trafią na wspaniałą dziewczynę, czynię jedynie obserwację dotyczącą mechanizmów wpływających na męskie czynności matrymonialne. Nie są one do końca logiczne. 

Inna sprawa, że dziewczyny bywają jeszcze gorsze, w pewnym momencie dostają dzikiej obsesji, muszą, teraz, zaraz, pierścionek, zdjęcie, instagram, natychmiast! I zaczynają głupieć, stawiają ultimatum wszelakiej maści, robią z siebie konkursowe idiotki, knują, manipulują, próbują przekupić pochlebstwami i zagłaskiwaniem, każdy sposób na zaręczyny jest dobry. I każdy kandydat. Nawet jeśli wcześniej bliżej mu było do ropuchy niż księcia, to w momencie, kiedy większość koleżanek już chwaliła się zdjęciami z sesji ślubnej, ciocie już nawet nie pytają, tylko patrzą z wyższością właściwą rozpasanym kobietom zamężnym, innymi słowy, widmo staropanieństwa nie tyle majaczy, co świeci miliardem neonów na nie tak znowu dalekim horyzoncie… wtedy ropucha wydaje się spełnieniem marzeń. Jeszcze tylko kredyt, wesele na minimum 200 osób, suknia za 5 tysięcy… i zawsze można się rozwieść. Lepiej być rozwódką niż starą panną. Bardziej konserwatywne królewny mogą zamiast rozwodu zająć się rodzeniem i luźnym wychowywaniem dzieci. Wszak macierzyństwo jest sensem kobiecej egzystencji i stanowi źródło niewyczerpanego szczęścia, w obliczu którego wszystko inne, nawet mąż Janusz wieśniak i bydlak, blednie.

Przepraszam, rozpędziłam się. Nie obiecuję, że to ostatni raz, ale chwilowo wracam do głównego wątku. Otóż u nas było trochę inaczej. Żadne z nas ciśnienia na ślub nie miało, za to obydwoje już na początku związku zapragnęliśmy spędzić ze sobą życie. Ot tak, po prostu. I może gdyby mój Książę był Polakiem, albo chociaż Europejczykiem, nie musielibyśmy bawić się w ten cały cyrk. Ale Książę był Pakistańczykiem i ma głęboko wierzącą mamę, której serce nie zniosłoby, gdyby ukochany synek żył nie dość, że z zachodnią latawicą, to jeszcze na kocią łapę. Pomieszanie czasów w poprzednim zdaniu celowe – obecnie ukochany jest już Amerykaninem, co z kolei było drugim powodem, dla którego musieliśmy zalegalizować związek. W loterii wizowej wzięłam udział raz, nie wyszło, ślub był zatem konieczny, żebym mogła myśleć o przeprowadzce do Nowego Jorku i zamieszkaniu w tej samej strefie czasowej, co więcej pod tym samym adresem, co tak zwana miłość mojego życia. 

Biorąc pod uwagę, że pewność co do spędzania wspólnego życia podzieliliśmy na dość wczesnym etapie związku, 8 lat “oczekiwania na pierścionek” może się wydawać kontrowersyjne, w porywach szokujące. Ale widać moja przyszła teściowa potrzebowała właśnie 8 lat na przekonanie się, że jej syn nie zmądrzeje. Oczywiście w międzyczasie snuliśmy plany oświadczynowo – matrymonialne, ale na tym etapie mój przyszły mąż całkiem nieźle postarał się, żebym nie snuła mrzonek. Przy jednej z okazji powiedział wprost, że jak tylko jego mama wyrazi formalną zgodę, natychmiast przybiegnie do mnie w podskokach (do teraz nie jestem pewna, czy przez dzielący nas Atlantyk zamierzał przebiegać, czy przeskakiwać, natomiast wątpię, żeby którykolwiek scenariusz miał szansę powodzenia) i radośnie wykrzyczy, że się udało. Ewentualne romantyczne zaręczyny i rytualne przekazanie diamentów miałoby się odbywać już później, bez specjalnych niespodzianek. 

Stało się. W życiu mojego ukochanego nadszedł ten dzień, którego może się spodziewać większość Pakistańczyków w wieku “poborowym”. Usłyszał od mamy, że to już pora, kiedy powinna zacząć szukać mu żony.

– Nie.
– Ale dlaczego? Ze względu na Maję? – jak już wspomniałam, przyszła Teściowa poniekąd zdawała sobie sprawę z mojego istnienia, aczkolwiek nigdy mnie nie poznała i starała się przeczekać, tak jak rodzice zwykli przeczekiwać okres nastoletniego buntu u swoich pociech. To, że mój wkrótce narzeczony nastolatkiem od dawna nie był, a nasz związek nie był oparty tylko i wyłącznie na buzujących hormonach, jakoś umykało jej uwadze. Zresztą zakładała, że poleciał tylko i wyłącznie na moje walory fizyczne i zaryzykowała stwierdzenie, że Miss Świata to ja nie jestem. I jakkolwiek dzisiaj bardzo się lubimy i szanujemy, to moja kobieca próżność nigdy nie pozwoli mi o tym zapomnieć!
– Tak. Ze względu na Maję.
– To weź się w końcu z nią ożeń! Na co czekasz?!

Książę może nie przybiegł w podskokach przez Atlantyk, ale natychmiast do mnie zadzwonił, informując, że oto nadszedł czas zielonych świateł. Przynajmniej dla niego.

Ale… co powiedzą na potencjalne zaręczyny rodzice dziewczyny?

Moi rodzice od początku byli dosyć pozytywnie nastawieni do Księcia. Oczywiście, podpadł im nie raz i nie dwa, ja również kilkakrotnie zrobiłam przez niego z siebie konkursową idiotkę dużego kalibru (miłość i tęsknota mają właściwości silnie zidioceniające nawet w przypadku ludzi wybitnie inteligentnych), ale ogólnie go lubili i, jak Mama zwykła powtarzać, nie mieli mu wiele do zarzucenia poza tym, że był Pakistańczykiem. Piękny jak marzenie, szalenie inteligentny, z cudownym poczuciem humoru, do tego zwyczajnie, po ludzku dobry. Zdawałoby się mąż idealny, ale zawsze istniało ryzyko, że zabierze do Pakistanu, zawinie w burkę i zamknie w piwnicy, po czym okaże się, że ten wspaniały charakter to była uknuta z wyrachowaniem maska. Do tej pory zastanawiam się, jaką korzyść odnosiłby z trzymania mnie w piwnicy, ale na całe szczęście nigdy się o tym nie przekonam. 

Mimo to, w obliczu widniejących na horyzoncie zaręczyn, postanowiłam wysondować teren. I chyba spytać o zgodę. Idealnie by było, gdyby to mój wybranek pojawił się w progu pytając rodziców o zgodę, a ci wstrzymaliby się od podania mu czarnej polewki. Niestety wycieczki do Polski w tamtym czasie nie planował i musiałam wziąć to na siebie. Zaczęłam od Mamy, bynajmniej nie dlatego, że było łatwiej. Wydaje mi się, że prędzej Mama mogłaby gwałtownie zaprotestować, postawić ultimatum, względnie dostać malowniczej mieszanki szału i histerii. Tata, jakkolwiek kiedyś zwierzył się, że jego marzeniem jest, żebym została starą panną i zawsze była z nimi, raczej wyznawał filozofię “żyj i pozwól żyć innym”. Mama przyjęła wieści pogodnie, pytając się mnie, czy uważam, że nie spodziewała się, że to tak się skończy. Tacie powiedziałam na wspólnej rodzinnej kolacji, pytając czy nie ma nic przeciwko. Tata cytując swojego szalenie niepoprawnego politycznie kolegę, dał mi do zrozumienia, że przecież i tak nie ma nic do gadania, ważne, żebym była szczęśliwa. Tym samym obie rodziny wyraziły zgodę, a moja wyobraźnia zaczęła dopracowywać szczegóły tego, jak będą wyglądały moje królewskie zaręczyny na plaży. 

Wycieczka do Puerto Rico

skaliste wybrzeże na Mar Chiquita, Puerto Rico
Mar Chiquita

Wszystko to działo się w czasie, kiedy Książę nie miał jeszcze amerykańskiego obywatelstwa, jedynie zieloną kartę, więc nasze cele podróżnicze dobieraliśmy pod kątem kompatybilności z pakistańskim paszportem i zieloną kartą (ciekawostka, oprócz terytorium amerykańskiego można z nią na przykład podróżować do Kanady i do Meksyku). Ja jestem zwierzęciem zdecydowanie ciepłolubnym, więc na spotkanie w lutym wybraliśmy Puerto Rico – karaibską wyspę należącą do Stanów Zjednoczonych. Oczywiście nie ustalaliśmy, że właśnie podczas tego wyjazdu mój chłopak się oświadczy, ale było to dosyć logiczne. A czego, jak czego, ale plaż na Puerto Rico nie brakuje (chociaż nie wszystkie spełniają moje wygórowane oczekiwania, ale o tym później!), więc spokojnie dałam się ponieść fantazji. Idealny plan zakładał, że konkretnej nocy, podczas nowiu księżyca znajdziemy się na mniejszej portorykańskiej wysepce Vieques, a konkretnie na mało atrakcyjnie brzmiącej Mosquito Bay. Mieliśmy tam nocować, na samej plaży, albo w samochodzie, bo nawet na Puerto Rico pogoda o tej porze roku w nocy nie jest najatrakcyjniejsza. Poza odstręczającą nazwą miejsce to oferuje niesamowite widoki w postaci bioluminescencyjnego planktonu wyglądającego najlepiej właśnie podczas nowiu. I teraz wyobraźcie sobie taką scenę, wchodzę ja, cała na biało (ewentualnie niebiesko, ale ogólnie zwiewnie i eterycznie, w charakterze morskiej rusałki, albo innej topielicy), obok mnie mój estetyczny adorator, przechadzamy się brzegiem morza, które za sprawą magicznych świecących drobinek przypomina raczej gwieździste niebo (a Sapkowski ostrzegał, nie myl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu… trzeba było czytać ze zrozumieniem…), romantyczna atmosfera, sceneria niczym z Avatara, mój wybranek pada na kolano, wyciąga pudełeczko, w którym niczym gwiazda, bądź inny plankton lśni piękny diament. Najromantyczniejsze zaręczyny świata, prawda? Moje takie nie były. 

Zaręczyny, co powiedzieć?

W dzień, w którym mieliśmy jechać na Vieques zapakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy do samochodu (aczkolwiek musiałam zrezygnować z zabierania rusałkowych sukni i innych niezbędnych w moim scenariuszu rekwizytów, ponieważ okazało się, że nie wolno nam zabrać samochodu z wypożyczalni na prom i de facto będziemy musieli nasze tobołki nosić ze sobą, albo wypożyczyć kolejny samochód już na miejscu) i wyruszyliśmy do przystani promowej w Fajardo. Droga z Luquillo, w którym się zatrzymaliśmy była stosunkowo krótka, ale wystarczająca, żeby mój towarzysz zmienił zdanie, stwierdził, że w sumie się źle czuje i nie chciałby nocować na wyspie. Rzeczywiście był już dosyć mocno przeziębiony, więc starając się przezwyciężyć rozgoryczenie i być… no nie być despotyczną egoistką, która przedkłada oglądanie świecącego w ciemności planktonu nad samopoczucie ukochanej osoby, z bólem wyraziłam zgodę. I był to początek naprawdę fatalnego dnia pełnego fatalnych wydarzeń.

Podczas podróży promem sprawdzałam alternatywne rozwiązania, jeśli nie Mosquito Bay, to może Playa Caracas – przepiękna, nie skomercjalizowana plaża, na której Victoria Secret robiło kiedyś sesję zdjęciową. I ja bym jak ten aniołek w bikini, wokół żywej duszy, mój ukochany, diament… Może jeszcze ten dzień da się uratować. Kiedy dopłynęliśmy do przystani, pewnie udałam się do czekających taksówkarzy i po hiszpańsku poprosiłam o zawiezienie nas na Caracas. Nie. Oni zawiozą nas na Esperanzę. Nie chcę Esperanzy, w rzyci mam Esperanzę, chcę Caracas. Ale tam nic nie ma. Tylko plaża. No i o to właśnie mi chodzi. Dyskusja trwała kilka minut, w końcu taksówkarz westchnął ciężko, spojrzał mojemu niedoszłemu narzeczonemu głęboko w oczy i łamaną angielszczyzną zaczął tłumaczyć, że na Caracas naprawdę nic nie ma. Nie ma pryszniców, wypożyczalni parasolek, NAWET RESTAURACJI. To przesądziło sprawę. Pozbawiono mnie nie tylko planktonu, ale również bajecznej scenerii dzikiej plaży. 

Playa Esperanza jest brzydka. Brudna. Zalega na niej dużo gnijących glonów. I (chyba) nie gnijących ludzi. Wszędzie pełno łódek, restauracji i sklepów z paskudnymi pamiątkami. Ogólnie nic, czego nie byłoby na głównej wyspie Puerto Rico.  Przeszliśmy chyba z kilometr, zanim znalazłam miejsce, które odpowiadałoby mi choćby pod kątem opalania i pływania, na miejsce godne zaręczyn nie było najmniejszych szans. Rozłożyliśmy się do opalania (w przypadku Księcia do narzekania na słońce, aczkolwiek znalazł sobie kawałeczek zacieniony liśćmi palmy), a ja po którymś zanurzeniu w wodzie zapragnęłam towarzystwa. Książę za pluskaniem się, podobnie jak za słońcem i plażą zasadniczo nie przepada, ale wyczuwając groźbę śmiertelnego focha, w końcu zgodził się wejść do wody ze mną. I to był błąd. Okazało się, że nie wyciągnął wcześniej z kieszeni telefonu, w związku z czym nasze jedyne źródło nawigacji zamokło i odmówiło jakiejkolwiek dalszej współpracy. Słyszeliście kiedyś o patencie z wkładaniem zamoczonego telefonu do ryżu? Z doświadczenia mogę stwierdzić, że jednak nie działa.

Po tym jakże optymistycznym incydencie odechciało mi się plażowania, zachciało za to drinka, ewentualnie w towarzystwie pożywienia. Mój ukochany stwierdził, że może po prostu wrócimy na główną wyspę i zjemy tam, czym doprowadził mnie do szewskiej pasji. W końcu zrezygnowaliśmy (chociaż nie wiem, czy liczba mnoga ma tu rację bytu) z Caracas na rzecz tej paskudnej Esperanzy, bo dał się przekupić restauracjami! Niedobry lunch zjedliśmy w nieco wrogiej atmosferze, pospieszyliśmy się z łapaniem taksówki (co zresztą nie było proste) i utknęliśmy w pobliżu przystani czekając na prom, który zabrałby nas z pechowej wyspy Vieques. Na promie zostałam jeszcze dobita informacją, że mój przyszły małżonek nie da rady siedzieć na zewnątrz, bo za bardzo wieje i zamiast rozkoszować się morską bryzą siedziałam zamknięta w puszce ze wszystkimi innymi ludźmi. Gwóźdź do trumny moich niezrealizowanych planów. 

Po powrocie do apartamentu wzięłam prysznic, położyłam się do łóżka i emitując fale wrogości i zniechęcenia zaczęłam czytać książkę. Nawet nie pamiętam jaką, a w sumie powinnam, bo kiedy Książę wynurzył się spod prysznica, z ogromnym uśmiechem wręczył mi pudełeczko i życzył szczęśliwych Walentynek. Był po prawdzie dopiero 9 luty, ale ponieważ wracałam do Polski przed Walentynkami, umówiliśmy się, że będziemy je świętować (chyba po raz pierwszy w historii naszej relacji) właśnie dziś. Na wyspie. Po otwarciu pudełeczka ujrzałam pierścionek z piękną gwiazdką.

– Co to ma być?
– Pierścionek.
– TEN pierścionek?
– Nie do końca, traktuj to jak żeton, który wymienisz na właściwy pierścionek – okazało się, że pamiętając o moich preferencjach, mój mężczyzna znalazł w Izraelu jubilera, który może nie szlifował diamentów w kształt gwiazdy, ale wyjątkowo udatnie komponował ze sobą pięć diamentów w kształcie latawca tworząc złudzenie pięknej gwiazdy. Niestety jubiler spóźniał się z wysyłką, więc tymczasowo dostałam pierścionek z białym topazem w idealnym kształcie gwiazdki.
– Czyli zasadniczo się teraz ze mną zaręczasz.
– No tak.
– A nie wydaje ci się, że powinieneś mnie o coś zapytać, choćby pro forma?
– Maju Klemp, czy uczynisz mi ten zaszczyt i wyjdziesz za mnie?
– Tak, a teraz się odczep.

Tak moi drodzy wyglądały ostatecznie moje długo wyczekiwane zaręczyny. Masz babo pierścionek, a właściwie żeton. 

Następnego dnia odwiedzaliśmy San Juan. Musieliśmy kupić nowy telefon, mieliśmy przy okazji niegroźny wypadek samochodowy, który niestety skończył się tak, że musieliśmy jechać do wypożyczalni, wymieniać samochód i składać zeznania, ponieważ sprawca uciekł z miejsca zdarzenia. Coraz lepiej, prawda? Gdy już dojechaliśmy do stolicy, poszliśmy do restauracji, w której podawali wybitnie dobrego lucjana czerwonego. Kiedy szłam do łazienki umyć ręce, zostawiłam pierścionek pod opieką narzeczonego – był nieco zbyt luźny (pierścionek, nie narzeczony), bałam się, że stracę go w odmętach portorykańskiej kanalizacji. Luby mój rozkosznie zażartował pytając, czy ma poprosić kelnera o umieszczenie pierścionka w rybie, żeby zaserwować mi bardziej romantyczne zaręczyny. Zgromiłam go wzrokiem. Później niby odrobinę się rehabilitował klękając na ulicach starego San Juan i jeszcze raz prosząc mnie o rękę, co nie zmienia faktu, że jeśli chodzi o zaręczyny, świat mnie naprawdę bardzo oszukał… 

Puerto Rico przewodnik

Las tropikalny El Yunque
El Yunque

Wspomniałam już trochę o okolicznościach przyrody, które towarzyszyły temu jakże monumentalnemu wydarzeniu w moim życiu osobistym, ale jeśli ktoś z Was, drodzy Czytacze, rozważa wczasy na tej wyspie, może chcielibyście się dowiedzieć więcej. Ot, na przykład gdzie leży Puerto Rico, co warto zobaczyć… Puerto Rico to właściwie nazwa wspólna należącego do Ameryki terytorium składającego się z kilku wysp leżących nad Morzem Karaibskim i Oceanem Atlantyckim, w tym m.in. wyspy “tytułowej”, wspomnianej Vieques i zaopatrzonej w naprawdę rajskie plaże (i niewiele poza tym) Culebry. Patrząc od Kuby po prawym skosie w dół mamy Haiti z Dominikaną, a później terytorium Portoryko. Apropos Kuby, kiedyś słyszałam, że druga część Dirty Dancing Havana Nights (ktokolwiek to jeszcze pamięta?) była kręcona właśnie na Puerto Rico. 

Wjeżdża się na wizę amerykańską (teraz już na ESTA), lotów bezpośrednich z Polski, z tego, co mi wiadomo raczej nie ma, trzeba się liczyć z przesiadką w którymś z amerykańskich hubów. Trzeba się też liczyć z tym, że podczas przesiadki trzeba przejść przez kontrolę graniczną (immigration załatwia się na pierwszym amerykańskim lotnisku) i często trzeba też odebrać bagaż i nadać go ponownie. Warto wziąć to pod uwagę planując czas przesiadki. Co ciekawe, ja akurat leciałam przez Waszyngton i była to moja najbardziej nieprzyjemna kontrola graniczna, z jaką spotkałam się podczas wszystkich moich podróży do Ameryki. A większość z nich, przynajmniej, jeśli chodzi o część rozmowy z oficerami granicznymi wspominam raczej dobrze, czasami wręcz z uśmiechem. Widać moja standardowa odpowiedź, że przyleciałam do Nowego Jorku na zakupy była bardziej wiarygodna, niż komunikat o chęci opalania się na portorykańskich plażach. I tak naprawdę jest to całkiem zasadne.

Na głównej wyspie z plażami jest dosyć słabo. Mieszkaliśmy w pobliżu Luquillo, które miało chyba największą i najszerszą plażę na wyspie z w miarę ładnym piaskiem. Ogólnie uchodzi za jedną z najlepszych plaż. Niestety w konsekwencji jest również zatłoczona (nawet poza sezonem) i okrutnie zaśmiecona. Powodzeniem cieszy się też plaża z rozbitą łodzią (Crash Boat Beach) w Aguadilla, ale szczerze mówiąc, jeśli akurat nie będziecie w okolicy, to nie ma sensu się tam fatygować. Plaża zdecydowanie przeciętna, a rozbita łódka malutka, nic porównywalnego z tą na Zakynthos na przykład, nawet jeśli interesują Was tylko zdjęcia na Insta, to i tak nie warto. Pod tym kątem lepiej udać się na malutką plażę Mar Chiquita, gdzie malownicze skały wygradzają miniaturową zatoczkę. Fale rozbijające się o portal robią niesamowite wrażenie, sam spacer po skałach też może być przyjemny. Należy jednak uważać, ponieważ nawet blisko brzegu fala odbojowa jest bardzo silna, a na dnie zamiast piasku są betonowe płyty, o które łatwo się poobcierać walcząc z żywiołem. 

Wiem, że będę brzmiała, jakbym miała poprzewracane w tylnej części ciała, ale jeśli chodzi o jakość plaż samo Puerto Rico nie może się nawet równać z plażami nad Bałtykiem. Jak wiecie, Playa Esperanza na Vieques też mnie nie zachwyciła, a o Caracas nie mogę się wypowiadać, bo tam nie dojechałam, ale jeśli znajdziecie się akurat na tej wysepce, nie dajcie się omamić taksówkarzom, zapakujcie ze sobą kanapki, czy garść krewetek i zaryzykujcie z Caracas. Miłym zaskoczeniem była natomiast Playa Flamenco na Culebrze, była dokładnie taka, jaka powinna być karaibska plaża, lazurowa woda, biały mięciutki piaseczek i palmy. W najbliższej okolicy plaży są też domki kampingowe, w których można zaszyć się na kilka dni. Gorzej z wyżywieniem, bo żadnych sensownych knajpek tam nie ma, jedynie małe bary oferujące podłej jakości pizzę. Jeśli jednak pojedziecie tam bez żarłocznego partnera, na pewno dacie sobie radę. Z przystani promowej na tą przecudną plażę można teoretycznie dojść pieszo, ale droga jest średnio przyjemna, więc lepiej wziąć taksówkę (nie są drogie), albo nawet wynająć sobie jakieś jeździdło (celowo nie używam słowa samochód). Na obie wyspy dostaniecie się promem z Fajardo, ale pamiętajcie, że na prom nie zabierzecie samochodu z wypożyczalni.

ulice starego San Juan Puerto Rico
Stare San Juan

Wśród niewątpliwych atrakcji znajduje się samo San Juan – a przynajmniej jego stara część. Od razu uprzedzę – znalezienie miejsca parkingowego na ulicy graniczy tam z cudem, zwykle trzeba parkować na płatnych parkingach, których ceny są bardzo amerykańskie. Stare San Juan jest za to rzeczywiście urokliwe, pozwala sobie wyobrazić jak ten kraj wyglądał, zanim zaczął przypominać kolejny stan Ameryki z wszechobecnym Subwayem i innymi sieciówkami. Można zwiedzić zamek San Cristóbal, ale tak naprawdę najatrakcyjniejszy jest widok, który się z niego rozciąga. Wszędzie znajdziecie pełno fajnych, lokalnych restauracyjek (nasz ulubiona, ta z lucjanem czerwonym to El Jibarito), ale też sporo pretensjonalnych, drogich restauracji z kuchnią z całego świata. Warto wypróbować dania lokalne, aczkolwiek sama do nich dziką miłością nie zapałałam – uwielbiam owoce morza, ale niekoniecznie w wersji utopionej w tłustych sosach. I te wszechobecne plantany! Chipsy z plantana, puree z plantana… Spróbujcie, wyrobicie sobie własne zdanie. Sama zajadałam się lokalnym ceviche – nieziemsko dobre. Jeśli marzą Wam się dzikie imprezy, ludzie tańczący salsę i reggaeton na ulicach, to koniecznie opuśćcie po zmroku starówkę i udajcie się do Condado (liczcie się z ogromnymi problemami z parkowaniem). 

Kontynuując wątek atrakcji, należy pamiętać, że Puerto Rico to nie tylko plaże i ocean, ale też obłędny las tropikalny El Yunque stanowiący park narodowy. Piękne wodospady, dzika przyroda, przerażające insekty i cała masa jaszczurek w różnych rozmiarach (niech Was nie zdziwi widok gigantycznych iguan przechadzających się ulicami nie tylko w okolicach El Yunque). Dla samego widoku warto jest się wspiąć na jedną z dwóch wież – Torre Britton, lub dla bardziej leniwych (w końcu to wakacje, prawda?) Torre Yokahú. Szczerze mówiąc dużo więcej interesujących miejsc na Puerto Rico nie ma, gdybym miała tam pojechać jeszcze kiedyś, pewnie zdecydowałabym się na słodkie lenistwo na Playa Flamenco, a główną wyspę sobie odpuściła poza krótką wizytą w San Juan.

Na koniec garść informacji praktycznych, obowiązującą walutą jest amerykański dolar, natomiast na Puerto Rico ceny są raczej niższe, niż w dużych amerykańskich miastach, na przykład w Nowym Jorku, czy Miami. Wynajęcie samochodu, mimo trudności z parkowaniem w niektórych miejscach, jest zdecydowanie sensowne, ponieważ pozwala na lepsze poznanie wyspy i dotarcie w miejsca niedostępne dla komunikacji miejskiej. Warunki na głównych drogach są poprawne, jakość nawierzchni psuje się jednak na drogach lokalnych. Jeśli chodzi o zakwaterowanie, polecam poszperać na Airbnb – można natrafić na prawdziwe perełki i zamieszkać nad samym morzem, lub w prawdziwej dżungli. 

Jeśli macie jakieś pytania, śmiało piszcie! Mam nadzieję, że moje informacje będą jeszcze aktualne i będę potrafiła pomóc 🙂 

Lubicie moje historie? Mam ich jeszcze mnóstwo do opowiedzenia, więc zaglądajcie koniecznie! I nie zapomnijcie zaobserwować mnie na Instagramie i Facebooku!