Albo…

Nowy Jork w czasach zarazy

Nie mogłam się do końca zdecydować na tytuł posta. Współczynnik mojej decyzyjności wykazuje tendencję spadkową. Ale nie ootrafię zdecydować, czy powinno mnie to martwić…

Wyobrażasz sobie, co się stanie, kiedy to dotrze do nas? Trafi do nowojorskiego metra? – spytałam Księcia gdzieś na początku marca 2020 roku, oglądając wiadomości z Chin.
Przesadzasz, nie będzie tak źle… – odpowiedział.

Niewinne początki

Krótko po tym korona zawitała na obrzeżach Nowego Jorku. Najpierw w Westchester. Raptem kilka przypadków, nic poważnego. Tłumaczyłam wtedy spotkanie dla Departamentu Edukacji – druga tłumaczka języka polskiego była właśnie z Westchester. Nie wyglądała na specjalnie przejętą, aczkolwiek kilka razy “poczęstowała” mnie płynem do dezynfekcji rąk. Miał ładny cytrusowy zapach. 

Potem byłam jeszcze na kilku zajęciach tańca, gdzie dziewczyny chwaliły się swoimi zapasami płynów odkażających, jednocześnie kompletnie bezstresowo opierając dłonie o podłogę przy rozciąganiu. Na ostatnich zajęciach, które odbyły się normalnie, nie na Zoomie, tańczyłyśmy z Iriną Akulenko układ do piosenki Survivor. 

4 marca poszliśmy z Księciem na spektakl Nederlands Dans Theater. Wcześniej zjedliśmy kolację w bardzo popularnej i jeszcze bardziej zatłoczonej greckiej knajpce przy Carnegie Hall. Również mauretańskie wnętrza New York City Centre, gdzie odbywało się przedstawienie kipiały ludźmi. Mężczyzna obok nas kaszlał, nie było gdzie się przesiąść, ale przecież wirus jeszcze do miasta nie dotarł.

New York City Centre
Mauretańskie wnętrza New York City Centre, na chwilę przed wybuchem pandemii.

Pierwszy przypadek

W mieście Nowy Jork wykryto pierwszy przypadek. Osoba została poddana kwarantannie, a wszyscy, z którymi miała styczność od powrotu do miasta, zostali skierowani na obserwację.

Trzydzieści przypadków. Sto. Tysiąc. Podczas gdy Andrew Cuomo przez swoje bezkompromisowe wystąpienia stawał się na naszych oczach bohaterem rozsądnie myślących nowojorczyków (nikt nie wiedział, że rok później ten wydawałoby się charyzmatyczny mężczyzna zostanie oskarżony o molestowanie seksualne i wprost odmówi odejścia ze stanowiska), ci mniej rozsądni wyprawiali “corona parties” – przyjęcia, na których podobnie jak kiedyś ospą, można było się zarazić koroną i “mieć to z głowy”. I rzeczywiście. Zarażali się. Część z nich trafiała pod bezcenne, trudno dostępne respiratory, podczas gdy pozostali, nie czując się źle, rozsiewali wirusa dalej.

Oczywiście była też trzecia grupa. Ludzi poważnie traktujących zagrożenie epidemiologiczne, ale reagujący w sposób nie do końca racjonalny. Wielkie markety stały się polem bitwy o papier toaletowy. Azjaci padli ofiarami prześladowań – bo to przecież wszystko ich wina. Rasistowskie ataki w metrze, kierowcy Ubera odmawiający przyjęcia zleceń od osób o “chińsko-brzmiących” nazwiskach. Mieszkańcy Nowego Jorku zamiast jednoczyć się (oczywiście zachowując dystans) przeciw wspólnemu wrogowi, skoczyli sobie do oczu.

Pierwszy lockdown i miłość w czasach zarazy

Potem przyszła jednak chwila opanowania. I decyzja o zamknięciu miasta. Mój mąż, podobnie jak wszyscy, którzy mogli sobie na to pozwolić, przeszedł na pracę zdalną. Na placu boju pozostali tylko niezbędni pracownicy. 

Z początku wychodziliśmy jeszcze na spacery, jednak w pewnym momencie sytuacja stała się tak poważna, że nawet wyjście na klatkę schodową wydawało się zbędnym ryzykiem. Całkowicie zrezygnowaliśmy z zakupów stacjonarnych – Książę (odnajdując w sobie geny mężczyzny pierwotnego) całymi dniami polował na wolne godziny dostarczenia zamówień ze sklepów internetowych. W ramach wspierania lokalnych biznesów, zaczęliśmy codziennie zamawiać jedzenie na wynos w pobliskich restauracjach. 

Spędzaliśmy ze sobą tyle czasu, że byliśmy na dobrej drodze do nadrobienia tej wieloletniej rozłąki. Do tego odpadły mi problemy z gotowaniem. Przestałam się też stresować tym, że jeszcze nie mam normalnej pracy – w końcu nikt teraz nie zatrudnia. Ludzie tracą pracę, a nie znajdują nową. Mogłam z czystym sumieniem przeznaczyć czas na rozkręcanie mojego bloga. Do tego RMF FM zaprosiło mnie do rozmowy o epidemii w Nowym Jorku – poczułam się jak korespondentka wojenna!

test na Covid
Darmowe testy dostępne dla wszystkich.

Ciemna strona korony*

Oczywiście to nie jest tak, że cieszyłam się z Covida. Nie jestem aż taką socjopatką. Książe co chwilę odświeżał stronę z raportami pandemicznymi, a media donosiły o upiornych kolejkach do testowania, coraz większej ilości zgonów, dramatycznej sytuacji w szpitalach, braku respiratorów, ustawionych w parkach chłodniach z ciałami ofiar Covidu. Robiło się przerażająco.

Poza tym mimo że całkiem miło siedziało mi się z mężem w domu, przerażało mnie to, że bez samochodu nie mogę się nigdzie ruszyć. Korona przekreśliła też moje plany wielkanocne. Wszystkie. Plan A, B i C. Plan A zakładał spontaniczny przyjazd do Polski, plan B to była Wielkanoc u kuzyna mojej Babci w Kanadzie, plan C – chociaż jakaś nowojorska święconka. Koniec końców dzieliliśmy się z moją Rodziną jajkiem przez Whatsappa o czwartej w nocy.

*Nie byłabym sobą, gdybym nie wykorzystała tej okazji, żeby Wam wspomnieć o BellyDance Evolution – inicjatywie tanecznej Jilliny Carlano. W 2012 roku BDE wystawiło obłędny spektakl “Dark Side of the Crown” (“Ciemna strona korony”), w którym tańczyła między innymi moja nowojorska instruktorka – Kaeshi Chai. Oczywiście nie miało to nic wspólnego z pandemią. Jeśli zaś chodzi o ciekawostki pandemiczne, związane z naszymi zainteresowaniami, Książę opowiadał mi ostatnio o epidemii, która wybuchła w 2005 roku w świecie Warcrafta. Była zadziwiająco podobna do tego, co dzieje się dzisiaj w naszej rzeczywistości. Wtedy, mimo największych wysiłków twórców i graczy, jedynym sposobem położenia kresu pandemii był całkowity restart World of Warcraft. Nie brzmi to optymistycznie, prawda? Dobra, koniec dygresji.

Czy Nowy Jork jest tego wart?

Nie da się ukryć, że pod wieloma względami Nowy Jork jest jednym z najtrudniejszych miast do mieszkania, zwłaszcza w czasach pandemii. Na portalach internetowych amerykańskich gazet pojawiło się coraz więcej artykułów wskazujących na to, że nowojorczycy zastanawiają się, czy ich miasto rzeczywiście zasługuje na tę bezgraniczną miłość. Na codziennie poświęcenia i gotowość do znoszenia największych niedogodności, byle tylko móc nazywać siebie mieszkańcem Miasta, które nigdy nie zasypia. Bez zdziwienia zobaczyłam, że wiele z tych artykułów wspomina o pralniach (tak, mam lekką obsesję na ich punkcie. I co z tego?) Sama wsiadając z koszem z ubraniami do windy, czułam się, jakbym udawała się na misję, z której już mogę nie wrócić. 

Pierwszy raz wyszliśmy na świat zewnętrzny pod koniec maja – pojechaliśmy wtedy do Teściowej świętować Eid. Czułam się dziwnie – powietrze było jakieś takie inne, świeciło słońce, na ulicach byli ludzie. Część z nich nawet bez maseczek. Niby korona już trochę odpuściła, ale przecież to jeszcze nie był koniec… 

Podróże w czasach korony

Na czas pandemii porzuciliśmy wszystkie plany podróżnicze. Oprócz moich wyjazdów do Polski – nie wyobrażam sobie tak długo nie widzieć Rodziny. Albo spędzać święta Bożego Narodzenia poza domem. Pierwszy raz leciałam podczas korony do Polski latem – moja przyjaciółka brała ślub a ja byłam świadkową (chociaż miałam w razie czego bardzo godne zastępstwo – E.T., jesteś cudowna!) Sama podróż przebiegła bez komplikacji, w dodatku dzięki względom bezpieczeństwa, miejsca obok mnie w samolocie były puste – nic tylko latać!

Latanie w czasach korony – każda klasa to biznes klasa. No. Prawie.

W Polsce powitała mnie zupełnie inna rzeczywistość. Już na lotnisku ludzie przy taśmie stłoczeni jak w starych, dobrych, precovidowych czasach. Na ulicy prawie nikt nie miał maseczki, w ogóle jakoś sporo mało zestresowanych ludzi. Czułam się, jakbym była podróżniczką w czasie, przybywającą z czasów postapokaliptycznych.

Wkrótce ta atmosfera rozluźnienia zaczęła się udzielać także mnie. Niby nie wierzyłam w to, że Covida nie ma, ale… Bez codziennych wiadomości o zgonach, bez apokaliptycznych scen rodem z Nowego Jorku, łatwo było mi się zapomnieć. Ale nie do końca. Głupota ludzka i egoizm nadal mnie porażały. Bardzo nieprzyjemna sytuacja spotkała mnie i Mamę, kiedy jechałyśmy pod Łódź adoptować Tarę. Pisałam już o tym na Facebooku, ale nie wszyscy tam zaglądają, więc opublikuję też tutaj.

Throwback

Jak wiecie mieszkam w Nowym Jorku. W Nowym Jorku korona trochę poszalała, więc nie podzielam opinii tych, którzy sądzą, że to wymysł i tak naprawdę żadnej pandemii nie ma. 23000 zmarłych w Nowym Jorku to liczby, które działają na wyobraźnię. Nie będę tu nikogo przekonywać, chciałam tylko wytłumaczyć moje stanowisko. Kontynuując: zarówno moja Mama, jak i Babcia, która z nami mieszka mają choroby współistniejące: astmę i cukrzycę. Potwornie się o nie boję i tym bardziej staram się bardzo uważać. 

Tyle tytułem wstępu, teraz historia właściwa: Przez to, że na A1 był wypadek, straciłyśmy godzinę czasu i zamiast zjeść w normalnym miejscu przed dojechaniem do schroniska, zdecydowałyśmy się na szybki postój w Macu. Do Maca wszedł on. Ok. 40-letni (Mama twierdzi, że młodszy, ale wydaje mi się, że był mocno ode mnie starszy…), zadbany, dobrze ubrany, bez maski. Z blond samicą u boku. 

Ktoś z obsługi poprosił go o założenie maski, on zaczął wyśmiewać nakaz noszenia maseczek. Mama bez sensu warknęła: no ciekawe czemu… I się zaczęło. Mama próbowała wytłumaczyć, że to kwestia szacunku do innych ludzi. On, rozjuszony obco brzmiącym wyrazem (co to ten szacunek? Coś z wulkanizacją związane?) bezczelnie się uśmiechnął i powiedział, że ma astmę (ależ nam się chorowite to społeczeństwo zrobiło) i maski nosić nie może. Mama stwierdziła, że ona również ma astmę i maska jej nie przeszkadza. On podszedł bliżej i z głupim uśmiechem zaczął na moją mamę kaszleć (serio) pytając: 

– I co? Już się pani czuje chora? 

Obiecałam sobie, że nie będę na moim blogu przeklinać, ale wierzcie mi, kusi mnie. Miałam ochotę %*$(& rozszarpać. Przecież on nie wiedział, czy nie jest chory… Teoretycznie istniało ryzyko, że przez głupi „żart” zarazi mi Mamę, która mogłaby korony nie przeżyć. Zapytałam, czy życzy sobie, żebym wezwała policję. Wtedy samica (chyba jednak trochę speszona zachowaniem partnera) zasugerowała, żeby odeszli na bok. 

Słuchajcie, taka sprawa. Bez różnicy na to, czy wierzycie w koronę, czy 5G i czy nosicie maseczki, czy uważacie, że łamią one Wasze prawa konstytucyjne – kaszlenie na innych w ramach złośliwości jest bardzo nieodpowiedzialnym zachowaniem. Postarajcie się powstrzymać. Pokaszlcie sobie pod prysznicem. Ja dzisiaj rano pod prysznicem dawałam temu panu w ryja. Poza tym życzę Wam wszystkim zdrowia i żebyście nigdy nie przekonali się jakie to uczucie – naprawdę się dusić.

Dlaczego do tego wracam? Wydaje mi się, że obecne liczby zachorowań w Polsce mogły co poniektórych przekonać, że korona istnieje naprawdę. A maska, którą nosicie chroni przede wszystkim innych. Więc nawet jeśli Wy w koronę nie wierzycie, względnie nie macie nic przeciwko zachorowaniu, pomyślcie o innych. Potraktujcie tę pandemię jako test człowieczeństwa. 

I to tyle, obiecuję, że nie będę więcej Was “indoktrynować”. 

Intermezzo

Po powrocie z Polski, okazało się, że korona w Nowym Jorku odpuściła na tyle, żebyśmy mieli chociaż namiastkę wakacji. Zaczęliśmy znowu spotykać się ze znajomymi – chociaż w ograniczonym gronie, chodzić do restauracji… Odetchnęliśmy, wprawdzie wciąż głównie przez maseczki, ale jednak. Wystarczyło, żeby dać nam energię do dalszej walki. Bo to jeszcze nie był koniec.

Nowy Jork się nie podda!

W listopadzie nadszedł czas mojej drugiej covidowej podróży do Polski – zgodnie z planem pojechałam na Święta do domu. Książę niestety nie dołączył – teoretycznie jako małżonek polskiej obywatelki mógłby wjechać, ale cały czas liczyliśmy się z tym, że mógłby być problem z powrotem. 

Krótko po tym, jak wróciłam do Nowego Jorku, korona uderzyła z podwójną siłą, “wprowadzając na rynek” coraz to nowe warianty. Liczba zachorowań w Stanach znowu poszła w górę, a mieszkańcom Nowego Jorku zalecono… noszenie podwójnych maseczek. W marcu było już bardzo nieciekawie, a ja… ja stwierdziłam, że to idealny moment, żeby znowu zajrzeć na chwilę do Polski.

Rozmowa

– Ej, mam taki luźny pomysł… – zagaiłam pewnej nocy. 
– No mów.
– Nie, bo głupi w sumie. 
– … wiesz, że nienawidzę, jak tak robisz. – Oczywiście, wiem. Ale czasami trudno się powstrzymać.
– No ale naprawdę bez sensu.
– Mów!!!
– Bo tak sobie myślałam. W tym roku Wielkanoc wypada tuż po urodzinach Mamy, więc może bym tak myk do Polski i z powrotem…Wiesz, niespodziankę bym jej zrobiła…
– I w czym problem? 
– No wiesz, korona, do tego przeprowadzka…
– No to nie jedź na długo, wróć na początku kwietnia.

***

– A to są w ogóle jakieś szczególne urodziny, czy tak po prostu?
– Nie no, normalnie urodziny, ale akurat zgrają się z Wielkanocą… Chociaż… czekaj… O FUKK! SZCZEGÓLNE!!! MAMA MA W TYM ROKU SZEŚĆDZIESIĄTKĘ! – przez tę pandemię mam jakieś zaćmienie umysłu. Nie wiem jakim cudem mi to umknęło. I co? Kartkę bym Mamie na sześćdziesiątkę wysłała? Córka roku, nie ma co.
– … A Ty się jeszcze zastanawiasz czy lecieć? – chociaż rozmawialiśmy w egipskich ciemnościach, jestem pewna, że Książę spojrzał na mnie jak na kosmitkę.

W razie gdyby

W następnych dniach zarezerwowaliśmy bilet. Na wszelki wypadek przez bank Księcia, bo łatwiej wtedy coś zdziałać “w razie gdyby”.

“W razie gdyby” nastąpiło dosyć szybko. Podobnie jak przy poprzedniej podróży, KLM anulował lot z Amsterdamu do Gdańska, zmieniając mi 2-godzinną przesiadkę w prawie 9-godzinną. Książę zadzwonił do banku, zmienił mi lot z Nowego Jorku do Amsterdamu i przesiadka skróciła się do czterech godzin. Potem KLM uderzył ponownie, zmieniając mi lot z JFK do AMS na jeszcze inny i skończyło się na 6,5-godzinnej przesiadce. Niestety więcej możliwości manewru nie mieliśmy.

Po drodze Holandia zmieniła obostrzenia – wszystkie osoby lecące do lub przez Holandię, musiały mieć testy. Dwie opcje do wyboru:

1. Test PCR (Naat) robiony w ciągu 24 godzin przed wylotem.
2. Test PCR (Naat) robiony w ciągu 72 godzin przed wylotem, plus Rapid test 24 godziny przed.

Na szczęście 16 marca obostrzenia się zmieniały i osoby podróżujące PRZEZ (nie DO) Holandię muszą mieć tylko PCR robiony w ciągu 72 godzin. Co oczywiście nie oznacza, że nagle robi się łatwo. Wszystkie punkty darmowych testów (albo takich, które przyjmują ubezpieczenie) mają wyniki po 3-5 dniach. Za późno. Punkty, które obiecują wyniki w ciągu np. 24 godzin, nawet jeśli teoretycznie przyjmują ubezpieczenie, chcą dopłaty, która zwykle wynosi tyle, co koszt testu w normalnych punktach. 

Zaczęłam histeryzować. Dylemat testowy spędzał mi sen z powiek, a Książę na zmianę się ze mnie śmiał i był moim zachowaniem podirytowany. Teściowa, która niedawno wróciła z podróży do Pakistanu (dostałam fajne wdzianka i ciasteczka!) powiedziała, że jej znajomy lekarz polecił zrobienie testu na emergency – takim naszym SORze. Przyjmują ubezpieczenia, wyniki zwykle po 12 godzinach, maksymalnie do 48. 

Amerykańska służba zdrowia

I tak, w piątek, na dwa dni przed wylotem, po raz pierwszy w życiu weszłam do amerykańskiego szpitala. Troskliwa Teściowa (która zresztą powiedziała, że jeśli bardzo się stresuję, to może jechać ze mną, ale przypomniałam sobie, że mam 33 lata…) powiedziała mi krok po kroku, prawo, lewo, co mnie czeka. Na początku, po prawej miał być pan z numerkiem. Nie było. Wybiło mnie to z rytmu, a potem było już tylko gorzej. 

Ponieważ nie było numerków, sama musiałam pilnować kolejki. Chwilowo panowie rejestrujący byli zajęci dwójką Bengalczyków, którzy również pojawili się tam w sprawie testów przed podróżą. Ja teoretycznie byłam następna, więc w odpowiednim momencie powstałam z krzesła i zawisłam w przestrzeni w okolicach okienek recepcji. Panowie Bengalczycy poszli się testować, a panowie recepcjoniści kończyli wypełniać sterty papierów. Wisiałam.

Kiedy w końcu nadszedł mój czas, byłam potężnie zestresowana. Dostałam do wypełnienia formularze. Byłam przygotowana – miałam dowód osobisty i kartę ubezpieczenia. Ale pan recepcjonista spytał o mój social security number. Tego w scenariuszu nie było! Wiedziałam, że mam to GDZIEŚ na telefonie, ale gdzie konkretnie? Wpadłam w panikę. I od tego momentu nie wiedziałam już nic. Nie znałam swojego numeru telefonu, daty urodzin mojego męża, ba! Nawet datę dzienną źle wpisałam! Żeby było dowcipniej, spytali mnie jeszcze o religię. Dawno nikt mnie nie pytał o wyznanie. Chwilę się zamyśliłam, tak wiecie – filozoficznie, przed oczami przebiegły mi sceny z filmu Królowa Margot, bo czemu nie, akurat dobry moment, żeby rozmyślać o francuskiej kinematografii, po czym niepewnie odpowiedziałam:

– Może agnostyk? – pan rejestrujący rzucił mi lekko zniecierpliwione spojrzenie i stwierdził:
– Wpiszę, że żadna. Może być?

Mogło być. Serio. Gdyby trzeba było, zapewniłabym, że jestem wyznawczynią hanumana, byle tylko zrobili mi ten cholerny test (“Paryż wart jest mszy…”). A na koniec rejestracji jeszcze się okazało, że moje ubezpieczenie jest nieaktywne. W tym momencie spojrzałam na pana rejestrującego wzrokiem owieczki prowadzonej na rzeź i spytałam:

– To… to… to może ja tu po prostu wrócę…

Pan rejestrujący się zlitował (albo przestraszył, tego “wrócę”) i powiedział, że robimy test, wyjaśnię to sobie z ubezpieczeniem później. W tym momencie wołała mnie już pielęgniarka. Pan rejestrujący powiedział, że Maja jest u niego, odstąpi ją za pięć dolarów. Tylko tyle jestem warta. Pięć dolarów…

Na amerykańskim SORze…

Co było dalej

Dalej przemiła pani pielęgniarka wypytała mnie na okoliczność chorób, samopoczucia i innych takich, ja z kolei poprosiłam, żeby nie bolało i jak kompletna idiotka zaczęłam bredzić, że od penetracji nosa wolę igły, może mnie kłuć, ile tylko ma ochotę, ale te patyczki w nosie to są jednak straszne. Może wyszłam na ćpunkę. A na pewno na ćwierćinteligentkę. W każdym razie nie bolało. 

Po teście wręczono mi różową torebeczkę z testem, zostałam wyprowadzona na coś, co chyba było właściwą izbą przyjęć i posadzona za zasłonką (co nie przeszkadzało mi słyszeć różnych dziwnych rozmów). Miałam czekać. Trochę się zastanawiałam, czy ktoś wie, że ja za tą zasłonką czekam, a trochę chciało mi się spać. Rozważałam również, czy to, że chce mi się spać w takich okolicznościach jest normalne. Książę wysyłał wiadomości – chciał wiedzieć, czy przypadkiem nie porwali mnie kosmici i nie testują czegoś poza koroną. Podeszła do mnie jakaś pani, spytała się, czy może zobaczyć moją opaskę – nie miałam. Widać podczas pięciodolarowej transakcji ktoś zapomniał o założeniu mi identyfikatora. Spytała mnie po co mi test, gdzie lecę i czy wszystko ze mną w porządku. Wszyscy o to pytali. Ciekawe czemu… Pani powiedziała, że mam czekać dalej, niedługo przyjdzie pielęgniarka, zabierze test i da mi wypis.

Po dłuższym czasie przyszedł pan pielęgniarz. Spytał o opaskę, której nadal nie miałam, więc zniknął. Pojawił się później, założył mi opaskę – tylko po to, żeby zeskanować ją na moim nadgarstku, zabrał test, dał wypis i wytłumaczył, jak sprawdzić wyniki. Miały być w ciągu dwunastu godzin, jeśli nie, następnego dnia miałam przyjechać znowu… Oby były!

To nie koniec!

Rzeczywiście, wyniki pojawiły się w nocy z piątku na sobotę. Sobotę spędziłam na zastanawianiu się, co jeszcze może pójść nie tak. I voila! Dwadzieścia cztery godziny przed lotem, dostałam wiadomość, że połączenia z Nowego Jorku do Amsterdamu i z Amsterdamu do Gdańska zostały odwołane! Mój mąż znowu stanął na wysokości zadania i po ponad godzinie spędzonej na linii z bankiem udało mu się przebookować mnie na ten sam lot, który teoretycznie został odwołany… 

Kiedy piszę te słowa, zegar właśnie zmienił się z 23:59 na 00:00. Jest niedziela. Za dwadzieścia godzin i pięćdziesiąt minut powinnam wylatywać. Nie wiem, co jeszcze może się wydarzyć, ale mam nadzieję, że uda mi się dokończyć ten post w podróży. Może nad Atlantykiem, może podczas przesiadki w Amsterdamie. Ewentualnie już w Polsce, bardzo chętnie z jakimś kotem na kolanach. Ale i tak mogę już napisać, że to była, będzie, lub mogłaby być najbardziej stresująca z moich koronnych podróży. 

Epilog

Siedzę właśnie w domu rodzinnym otoczona psami i kotami. Niespodzianka się udała, Mama była w kompletnym szoku. A podróż, zgodnie z przypuszczeniami (obawami?), dostarczyła mi wielu nadprogramowych atrakcji.

Jeszcze w sobotę zrobiłam check-in przez internet – niestety tylko na lot z Nowego Jorku do Amsterdamu, z tym drugim, do Gdańska, zwykle są jakieś problemy. Nie mogłam się na niego “czekinować” również w kiosku na lotnisku, ale przecież to jeszcze nie powód do niepokoju – bywało tak wcześniej, kartę pokładową wyrabiałam od ręki po wylądowaniu w Amsterdamie. Lot przebiegł bez większych zakłóceń, jeśli nie liczyć pani, która próbowała mnie podsiąść (serio? Ponad połowa miejsc w samolocie wolna, a ona postanawia usiąść na moim miejscu?) oraz młodzieńca o jasno określonych (bransoletką) poglądach politycznych i (to chyba transakcja łączona) bez maski. No i jeszcze razem z lotem odwołali mi posiłek wegetariański.

Powiedzcie mi, jak to działa, że kiedy mam zamówiony posiłek wegetariański, dostaję jakieś obrzydliwe coś, plus dwa winogronka na deser, a “normalni” mają do wyboru jakieś tam mięcho, pastę, krewetki, łososia, a do tego na deser lody, a kiedy nie zamawiam specjalnego posiłku, kończy się tak, że dostaję suchą bułkę (tym razem kawałek ciasta)? Ale dobra, to najmniejszy problem, zresztą, na czczo wino szybciej wchodzi i lepiej się śpi. 

Stresować zaczęłam się w Amsterdamie, kiedy kioski transferowe wyrzucały mi komunikat błędu i radziły skontaktować się w tej sprawie z istotą ludzką. Istot ludzkich nie było, bo pandemia. Online check-in nie działał i radził skontaktować się z KLM-em przez Facebooka, natomiast KLM przez Facebooka okazał się bardzo nieogarnięty. Nie będę Was zanudzała szczegółami naszej rozmowy, dość że nie zadziałał nawet argument, że nie chcę być jak Tom Hanks i mieszkać na terminalu.

A w pewnym momencie na to się zapowiadało: nie mogłam zrobić check-in’u online, ani w kioskach. Ludzkie stanowiska transferowe były nieczynne, wyjść na zewnątrz i przejść przez normalną odprawę przy stanowisku bagażowym nie mogłam (test PCR 72 godziny jest ważny na transfer w Amsterdamie, nie na wyjście, na wyjście potrzebny byłby jeszcze Rapid test robiony w dzień wylotu), wrócić do Nowego Jorku też nie mogłam, bo znowuż, musiałabym robić kolejny test, a nie bardzo było gdzie. Sytuacja patowa. Na godzinę przed odlotem czekałam pod bramką na stewardessy, kiedy w końcu jedna się zjawiła na 40 minut przed planowanym startem, zaatakowałam z całą siłą mojej niewyspanej desperacji. 

Coś jest nie tak z twoim biletem… – usłyszałam. Umarłam. Osiwiałam. Zmartwychwstałam. Dostałam zawału serca. Postanowiłam pozostać w niezdecydowanej fazie egzystencji, gotowa w każdym momencie na powrót w zaświaty.

Na szczęście kilkanaście minut i kilkaset siwych włosów później, dostałam do ręki kartę pokładową. Tuż przed rozpoczęciem boardingu.

Kiedy dojechaliśmy do domu, Tata wprowadzał samochód do garażu, a ja pobiegłam (lekko schylona, tak wiecie, tajniacząc się) zapukać do drzwi wejściowych. Nie wiem, czy kiedykolwiek widziałam Mamę aż tak wzruszoną. Było warto! Po stokroć! 

Rei Hino Czarodziejka z Marsa w maseczce
A na koniec, w imieniu Rei Hino, pięknej i charakternej Czarodziejki z Marsa, informuję Was, że noszenie maseczek jest fajne! I było takie już w latach 90tych!