Kwestia wizy

Kiedy wyjeżdżałam po drugim roku z Cardiff, Książę deklarował, że spróbuje odwiedzić mnie w Chile i w Japonii. Jak pamiętacie, ja w tym samym czasie deklarowałam brak zobowiązań i dość powiedzieć, że w obydwu przypadkach deklaracje spełzły na niczym. 

Za to kiedy już byłam w Chile, mój chłopak podjął konkretne zobowiązanie – kiedy wrócę w przerwie międzysemestralnej do Polski, przyjedzie odwiedzić mnie zaraz po świętach, zobaczy mój kraj i pozna moją rodzinę. Moja Mama stanęła wtedy na wysokości zadania (nie po raz pierwszy i na pewno nie ostatni) i załatwiła dla tego obcego elementu zaproszenie, dzięki któremu mógł starać się o wizę Schengen (pamiętajcie, że to było bardzo dawno temu, kiedy Książę nie miał jeszcze amerykańskiego paszportu). Nie było łatwo, urzędnicy sprawę komplikowali, dlatego przy następnych przyjazdach nie bawiliśmy się w żadne zaproszenia, tylko rezerwowaliśmy hotel. Z tym też bywało różnie, zwykle dochodziło do bardzo ciekawych sytuacji. 

Dygresja (można omijać)

Interesujących zdarzeń było mnóstwo, większość w mniejszym lub większym stopniu zabawnych, ale warte bloga jest jedno. Zdarzyło się kiedy mój mąż był już moim mężem, mieszkał w Stanach, ale jeszcze nie dostał amerykańskiego paszportu. Po ślubie z wizą było już bardzo łatwo, ale przecież jest tyle różnych sposobów, na które wszystko może się skomplikować. Na początku stycznia 2018 doszło do zalania nowojorskiego lotniska. Mój ukochany mąż wracał akurat z Polski, gdzie spędzał ze mną i z moją rodziną Święta Bożego Narodzenia. Z Polski leciał do Monachium, w Monachium opuścił strefę Schengen i wszedł na pokład samolotu lecącego na JFK. Gdzieś w połowie lotu przez Atlantyk samolot… zawrócił. Wylądowali z powrotem na niemieckim lotnisku, gdzie wszyscy pasażerowie mieli zapewniony hotel, w którym oczekiwali na kolejne możliwe połączenie. Mój mąż również, ale pojawił się mały problem – hotel znajdował się w strefie Schengen, a wiza do strefy Schengen była jednorazowa. Dostał już pieczątkę na do widzenia i nie mógł wrócić. Książę kontemplował trochę zamieszkanie wzorem Toma Hanksa na terminalu i zbudowanie dla mnie fontanny, później jednak porzucił romantyczne zapędy i wymyślił, że on jednak wolałby do hotelu… Bo dłuższej batalii pieczątka wyjazdowa została anulowana, Książę wpuszczony na terytorium Schengen. Przy okazji dostał bilet na nowe połączenie – przez Kanadę.

Możecie mi wierzyć lub nie, ale to nie koniec tej przygody. Chwilę przed wejściem na pokład samolotu lecącego do Kanady, nasz pechowy podróżnik dowiedział się, że musi wystąpić o pozwolenie na przesiadkę w Kanadzie. Wydanie takiego pozwolenia może trwać nawet 72 godziny, do startu samolotu miał 2. Udało się. Cudem, ale jednak. Tylko i wyłącznie dlatego, że w Kanadzie czekały na niego dalsze atrakcje, w postaci biegania pomiędzy terminalami, wychodzenia przez tajemnicze bramki tylko dla personelu, a wszystko to celem ponownego nadania bagażu, który według wcześniejszego scenariusza, po nadaniu w Gdańsku miał się magicznie zmaterializować na taśmie w Nowym Jorku. 

Koniec dygresji (chociaż  bynajmniej nie uważam, żeby temat był wyczerpany)

W samym procesie ubiegania się o wizę na pewno nie pomagał kompletny brak zorganizowania po stronie mojego przyszłego małżonka. Zasadniczo gdyby nie jego przyjaciel, u którego zatrzymał się w Londynie, Książę by do Polski wtedy nie przyjechał. A tak się składa, że bardzo na ten przyjazd czekałam. Bardziej niż na Gwiazdkę, prezenty i decyzję w sprawie przyznania mi polskiego prawa jazdy na podstawie chilijskiego (nie przyznali, ale później napisałam prośbę, żeby jednak swoją decyzję przemyśleli – taką skargę jakby – i okazało się, że jednak można). Dlatego bardzo się tymi wszystkimi kretynizmami wyczynianymi przez mojego chłopaka denerwowałam. Na szczęście wizę dostał – odbierał ją chyba dzień przed wylotem, kilka minut przed zamknięciem ambasady. 

Przyleciał.

Kiedy wyobrażałam sobie nasze spotkanie po półrocznej rozłące, zakładałam, że na lotnisko pojadę sama. Niestety – nie miałam prawa jazdy i mojego przyszłego męża z lotniska odbieraliśmy rodzinnie – z rodzicami. Chciałam napisać, że dało im to możliwość zadecydowania, czy zabieramy tego obcego pasażera z lotniska do domu, czy jednak nie. Ale chyba i tak by się zlitowali. Pasażer przyleciał w dobrym humorze, aczkolwiek zielony paszport ozdobiony robaczkami rzeczywiście zapewnił mu dłuższe przepytywanie na granicy. Przynajmniej nikt nie oglądał obrazków jak w moim dokumencie w Chile… 

Książę okazał się cudowniejszy niż zapamiętałam. Nie ma co ukrywać – byłam zakochana po uszy. Moja rodzina od razu go polubiła. Mój Dziadek był wprost zachwycony, nawet odkryłam wtedy, że trochę mówi po angielsku.

W ogóle mój świętej pamięci Dziadek. Człowiek wyjątkowy, charyzmatyczny, wspaniały i chwilami, jak to dziadkowie, irytujący. Od pewnego czasu Dziadek robił mi regularne przesłuchania na okoliczność istnienia “pretendenta do serduszka” (co jest o tyle dziwne, że na ogół nie wyrażał się tak… eufemistycznie) i pytał, kiedy zamierzam skupić się na tym, co w życiu ważne, czyli nie jakieś tam studia, tylko przykładowo dziecko. Kiedy “pretendent do serduszka” w końcu się zjawił, podobno Dziadek poszedł do mojej Mamy i zgłosił pewne wątpliwości. Mianowicie mój nowy chłopak był zbyt przystojny i co będzie, jak ja z nim w ciążę zajdę. Mamusia odpowiedziała pogodnie, że przynajmniej dzieci będą ładne i najwyraźniej całkowicie tym Dziadka uspokoiła. Całe szczęście o tej rozmowie dowiedziałam się znacznie później, w przeciwnym razie sama nie byłabym specjalnie spokojna.

A w Gdańsku na Mariackiej pada śnieg

W Polsce jest zimno, weź ciepłe rzeczy

Książę przyjechał tuż po świętach. W pierwszej kolejności pokazywałam mu moje ukochane, rodzinne Trójmiasto. To było jeszcze w czasach, kiedy w Polsce zimą temperatura spadała poważnie poniżej zera a śnieg nie był reglamentowany. Mój chłopak został ostrzeżony, zasugerowałam mu nawet zabranie bardzo ciepłych ubrań. Przywiózł lekkie, modne sweterki i stylowe wełniane kurtki. Marzł. Najbardziej chyba na molo w Sopocie, gdzie wiało dosyć mocno.

Ale nie narzekał. Chodziliśmy do moich ulubionych miejsc. W Gdańsku na całkowicie wyludnionej “starówce”, w śniegu odbijającym refleksy świątecznych lampek tańczyliśmy, objęci i roześmiani. To prawdopodobnie jedno z moich najcudowniejszych wspomnień związanych z Księciem. Mój mąż zapytany (przed sekundą) o wspomnienia z pierwszego pobytu w Polsce również wspomina “bajkowy spacer” ze mną po ulicach głównego miasta. I ulicę Mariacką, która, jak mi się właśnie przyznał, kojarzyła mu się z Harrym Potterem i chociaż “wiedział, że nic tam się nie ruszało, to był pewien, że się rusza” – cokolwiek to znaczy. Oczywiście zadbałam też o doświadczenia typowo turystyczne, jak wizyta w Dworze Artusa. Książę pozował z gdańskimi lwami, zachwycał się wyrobami z bursztynu i wcinał pierogi. Ja z kolei umierałam ze strachu wracając z nim późnym wieczorem skm-ą z Gdańska Głównego do Gdyni. Na szczęście nikomu jego mało-polskie rysy w oko nie wpadły.

Wizyta na Wawelu

Gdyby ktoś Was zapytał, jakie miasto w Polsce jest najbardziej warte odwiedzenia, co byście odpowiedzieli? Dla mnie to zawsze będzie Kraków, mimo że ostatnie doświadczenia trochę zmieniły obraz tego miasta w mojej głowie. W “tamtych czasach” Kraków wciąż był magiczny, pełen zaczarowanych miejsc i zakątków. Było dla mnie oczywiste, że Książę musi odwiedzić dawną stolicę Polski. Całe szczęście mój Tata się zlitował i pożyczył swojemu przyszłemu zięciowi kurtkę narciarską – w przeciwnym wypadku mój nienawykły (wtedy) do zimna chłopak nie przeżyłby i zięciem by nie został.  

Nasz wyjazd był wyjątkowy. Spędzaliśmy godziny w mojej ulubionej Alchemii i w Świętej Krowie. Na placu Mariackim, podczas hejnału Książę podniósł moją rękę i pomachał nią do hejnalisty. Hejnalista zniknął w środku i odłożywszy trąbkę wrócił po chwili i nam odmachał. Kiedy Książę kupował w Sukiennicach szachy, sprzedający je starszy pan wziął nas za małżeństwo – ewidentnie potrafił przewidywać przyszłość. Któregoś razu po kolacji poczułam się strasznie słabo, niewiele z tego pamiętam, mój chłopak praktycznie zaniósł mnie do apartamentu (i wniósł po schodach) a następnie sam poszedł do osiedlowego sklepiku, gdzie na migi kupował pomarańcze i zapałki.

Było tak wspaniale, że spóźniliśmy się na pociąg powrotny. Zamiast nowoczesnym intercity jechaliśmy starym TLK, w którym nie działało ogrzewanie. Książę był zachwycony – w przedziale można było palić.

Jest i tytułowy Książę na Wawelu

Sylwester z trójką

W tamtym roku sylwestra organizował mój kolega z liceum (III LO, Gdynia, stąd sprytny podtytuł) – nadarzała się więc okazja na hurtowe zapoznanie mojego nowego chłopaka z przyjaciółmi i znajomymi ze szkoły. Smaczku dodawał dress code – szkolne mundurki. Sama postanowiłam przebrać się za Kelly z St Trinians, w tym celu kupiłam nawet swoją pierwszą perukę, czarnego boba. Przebranie dla Księcia mogłoby stanowić pewien problem, gdyby nie to, że z pomocą nieoczekiwanie przyszła znajoma mojej Mamy, której synowie chodzili do Jezuitów – wizja mojego bisurmańskiego chłopca w mundurku szkoły jezuickiej była zbyt piękna, żebym mogła się jej oprzeć. Książę nie dyskutował, kazałam założyć – założył. 

Kiedy szykowaliśmy się do wyjścia, wydarzyła się pewna zabawna sytuacja, która wg mnie doskonale tłumaczy, czemu w relacjach damsko męskich liczy się przede wszystkim pierwsze wrażenie. Jak facet raz uwierzy, że kobieta jest piękna, jego mózg zwykle już nie odnotowuje zmian. Dlaczego? Bo już się nie przygląda. Trwa sobie w spokojnym błogostanie, przekonany, że jest w związku z boginią i stara się na nią zbyt często nie patrzeć (przynajmniej nie bezpośrednio, co najwyżej kątem oka), coby blask niebiański go nie oślepiał. Już mówię skąd te wnioski. Otóż kiedy wszyscy przygotowywaliśmy się na imprezy (Rodzice swoją, my swoją), mój Tatuś zawędrował do mojego pokoju dziennego, gdzie wisi duże lustro i zaczął się w tym lustrze podziwiać (poprawiać krawat, włosy i patrzeć z zachwytem jaki to on piękny). Ja byłam w sypialni, mój chłopak wychodził akurat z łazienki i chyba czegoś szukał. Kątem oka zobaczywszy postać człowieczą przed moim lustrem automatycznie stwierdził, że to na pewno ja i zagadał: “Baby, have you seen my…” (Kochanie, czy widziałaś mój/moją/moje). Tatuś był tak pochłonięty własnym odbiciem, że na szczęście nie dosłyszał a mój chłopak zorientował się, że to nie ta postać człowiecza sekundy przed złożeniem pocałunku na szyi mojego niczego nieświadomego Taty. W popłochu uciekł do sypialni (Książę, nie nadal-niczego-nieświadomy-Tata). 

Uniknąwszy nieporozumień rodzinnych, mroczno-seksowna ja i mój muzułmanin od Jezuitów wyszliśmy w końcu na imprezę. 

Gold diggerka i wizowiec

Impreza, jak każda inna w tamtym gronie i tamtych czasach, była fantastyczna. Moi przyjaciele od razu zaakceptowali mojego “jezuitę”, czy to z grzeczności, uznając to za tymczasowy kaprys, czy też po prostu. Wyjątkiem był jeden kolega, od którego usłyszałam (do tej pory zakładam, że w żartach), że jestem interesowną $%&* i mam się przyznać, że mój nowy chłopiec jest po prostu synem jakiegoś szejka a ja jestem z nim dla pieniędzy. Ochoczo przytaknęłam a następnie przetłumaczyłam: “Kochanie, wiesz, że jestem z Tobą tylko dla Twoich pieniędzy, prawda?” Książę ucieszył się równie mocno jak ja i szybko odpowiedział: “Wiem, ale ja z Tobą tylko dla wizy, więc to uczciwe.” W tamtej chwili pokochałam go jeszcze bardziej. 

Następnego dnia część moich znajomych dowiozła swoje skacowane organizmy do mnie i w kameralnym gronie dochodziliśmy do siebie, układając puzzle. Było cudownie normalnie a obecność Księcia w tej scenerii wydawała się najnaturalniejszą rzeczą na świecie.

Niedługo się zobaczymy

Myśl o pożegnaniu się z nim na kolejne pół roku była nie do zniesienia, dlatego postanowiłam skorzystać z oferty mojego uniwersytetu – proponowali, żeby przed wyjazdem do Japonii, gdzie semestr zaczyna się dopiero w marcu, przyjechać na trochę do Cardiff i pochodzić trochę na wykłady drugiego roku. Po konsultacjach z Rodzicami zdecydowałam się pojechać na dwa tygodnie w lutym. Dlatego pierwsze pożegnanie -w styczniu – nie miało być aż tak bolesne. Za chwilę znowu mieliśmy się zobaczyć. Oczywiście i tak było strasznie. Książę był w Polsce zdecydowanie zbyt krótko.

Dobrowolny wyjazd do Cardiff

I tak miesiąc po pierwszej, nie do końca dyplomatycznej, wizycie Księcia w Polsce, dobrowolnie wsiadłam do samolotu lecącego do Londynu. Wstrząsające, biorąc pod uwagę, że przez pierwsze dwa lata studiów każdy wyjazd do Wielkiej Brytanii budził we mnie bardzo silny, wewnętrzny sprzeciw. Tym razem było inaczej – ktoś tam na mnie czekał, a mój odurzony mózg zaczął widzieć w ponurej, zimowej wyspie nieomal rajski ogród.

W pierwszej kolejności spotkałam się jednak z moją przyjaciółką w Londynie – Książę dojechał później, odwiedziliśmy razem brytyjskie muzea (tam też kupił dla mnie pamiętny kalejdoskop) i dopiero wtedy, już razem, pojechaliśmy do Cardiff, gdzie od znajomego-znajomego wynajęliśmy na dwa tygodnie mieszkanie. Znajomy znajomego był jakimś paskudnie bogatym Arabem, który podpadł swojemu tatusiowi, który chwilowo odciął go od kieszonkowego, sprzeniewierzanego do tej pory głównie na dziewczyny i na substancje odurzające. Synek stwierdził, że skoro tatuś płaci absurdalnie wysoki czynsz, to on sobie pomieszka u jednej z wyżej wspomnianych dziewczyn i będzie mieszkanie podnajmował. I tym samym trafiliśmy do jednego z bardziej luksusowych mieszkań w Cardiff a ja dowiedziałam się, że mój chłopak nie potrafi pływać.

Ratowniczka WOPR

W budynku był prywatny basen. Kiedy tylko się o tym dowiedziałam, pobiegłam do sklepu po kostium i już pierwszego dnia wyciągnęłam tam moje kochanie, celem zweryfikowania, które z nas lepiej pływa delfinem. To, że wysoki, dobrze zbudowany chłopak może nie pływać wcale, nawet nie przyszło mi do głowy. Co więcej, bałam się, że będzie ode mnie lepszy i czym ja mu wtedy zaimponuję. 

Książę z posłuszną miną wsunął się do wody, a następnie poszedł na dno. Przez chwilę byłam przekonana, że sobie ze mnie żartuje, może to jakaś gra wstępna albo co… W końcu jednak instynkt ratownika WOPR (no dobra, młodszego ratownika) wziął górę. Wskoczyłam, wyciągnęłam krztuszące się prawie-zwłoki na powierzchnię. On nie wiedział, że tam głęboko jest. A ja… ja nigdy przecież nie spytałam, czy potrafi pływać. A to, wyobraźcie sobie, w Pakistanie, zwłaszcza północnym, wcale nie jest oczywiste. Miało być o różnicach kulturowych – no to jest! 

Karachi tonie

A tak na marginesie, czy wiecie, że w Karachi (dawnej stolicy Pakistanu) jest teraz powódź? Oglądając zamieszczane w sieci filmiki, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że mieszkańcy tego miasta nie tylko nie wyglądają na zmartwionych, ale wprost przeciwnie – zachowują się tak, jakby całe miasto zostało specjalnie, dla ich uciechy przemienione w aquapark:

Szczególnie polecam starszego pana w beczce od 2:25. 

Walentynki

Te dwa tygodnie w Cardiff bardzo dobrze nam zrobiły. Rzeczywiście bardzo przydało mi się odświeżenie japońskiego po całym semestrze w Chile. Poza szkołą cały czas spędzaliśmy razem. Udało nam się nawet po raz pierwszy pokłócić. To właśnie wtedy wkurzony Książę składał dla mnie kalejdoskop, w którym miałam widzieć księżyc i gwiazdy.

Spędziliśmy też razem pierwsze Walentynki i były to jedne z niewielu, które rzeczywiście świętowaliśmy czymś na kształt randki. Kino, kolacja… Było prawie idealnie – prawie, bo dzień wcześniej właściciel mieszkania spytał, czy nie mógłby z nami zostawić… swojego psa – okazało się, że współlokatorka dziewczyny ma go dość. Pies był absolutnie przepiękny (śnieżnobiały, niebieskooki husky) i kompletnie niewychowany. Kiedy w końcu udało się mu wytłumaczyć, że troje w łóżku to już tłum, ze złości albo poczucia odrzucenia, zeżarł moje nowiutkie szpilki. Podobno trochę mu zaszkodziły, ale na szczęście szybko wydobrzał. 

Do następnego razu

Następnego dnia po Walentynkach wracałam do domu, znowu przez Londyn, eskortowana przez Księcia. Tym razem pożegnanie było o wiele bardziej łzawe. Następnym razem mieliśmy się spotkać najwcześniej latem, a niewykluczone, że dopiero na początku jesiennego semestru. Książę wracał do praktyk w fabryce a mnie czekały przygotowania do podróży życia. Wreszcie miałam dolecieć do swojej wyśnionej Japonii, o której marzyłam odkąd zobaczyłam swój pierwszy odcinek Czarodziejki z Księżyca. Byłam oczywiście podekscytowana. Chociaż wizja wyjazdu traciła odrobinę na atrakcyjności w obliczu rozstania z Księciem, to wciąż była Japonia!

Już niedługo dowiecie się, jak wyglądały moje studia w Japonii i czy Tokio sprostało wyhodowanym przeze mnie przez bardzo długie lata oczekiwaniom. I obiecuję, że powoli będziemy już kończyć z tym łzawym romantyzmem, no bo ileż można! 

Gdańsk

W większości moich wpisów staram się zawrzeć chociaż krótkie przewodniki po różnych, mniej-lub-bardziej-egzotycznych miejscach. Naturalnym wyborem wydawałby się tu Kraków, albo chociaż Londyn. Zdecyduję się jednak na o wiele lepiej mi znany Gdańsk.

Moje pobyty w Londynie zawsze były super krótkie, składały się z masy surrealistycznych wydarzeń, dziwnych ludzi i jeszcze dziwniejszych sytuacji. Może kiedyś odkryję przed Wami niektóre fragmenty tej psychodelicznej mozaiki, ale na pewno nie w formie przewodnika. Chociażby dlatego, że chyba nigdy nie przemieszczałam się po tym mieście sama, w spokoju i ze zrozumieniem rejestrując pokonywane trasy. 

Z kolei Kraków… Jeśli macie ochotę na wirtualny spacer po Krakowie, nikt nie oprowadzi Was lepiej, niż moje ulubienice z bloga Zapowiedz. Znajdziecie u nich aż 5 różnych, nieoczywistych odsłon tego magicznego miasta. Ja mogę co najwyżej raz jeszcze wspomnieć o mojej ulubionej Alchemii (jeśli jeszcze istnieje) i Świętej Krowie, a także poinformować Was, że w Krakowie znajdziecie niszową perfumerię Lulua, która jako jedyna w Polsce, oferuje zapachy brooklińskiej marki Emporium Brooklyn. Wspominam o tym, ponieważ niewykluczone, że w przyszłości będę do tematu wracać i wtedy zacznę od: a pamiętacie, jak wspomniałam o… 

Dobra, to teraz już naprawdę Gdańsk

Jestem śledziem [pobłażliwie o mieszkańcach Gdyni – przyp. red.]. I to takim od czterech pokoleń, można by rzec dobrze zamarynowanym w soli z gdyńskiego, morskiego powietrza. Kiedyś dowiedziałam się, że jako śledź powinnam odczuwać niechęć w stosunku do Gdańska i jego mieszkańców. Niestety, kiedy mi o tym powiedziano, było już za późno – już kochałam Gdańsk na zabój. I dzisiaj będzie o tym, co w Gdańsku kocham najbardziej.

Kolorowych jarmarków

Od dziecka jeździłam z Mamą na Jarmak Św. Dominika – kiedyś było naprawdę super. Oglądałam kamienie (dziecięciem będąc ubóstwiałam minerały i kiedy tylko nauczyłam się czytać, moją ulubioną lekturą stały się specjalistyczne książki w tej tematyce), wymądrzałam się przed zdumionymi sprzedawcami (to wymądrzanie się zostało mi do dziś… może zauważyliście?), podziwiałam ręcznie robione przez artystkę firanki na Mariackiej (jedną z tych firanek przywiozłam do Nowego Jorku, tylko okna mamy jakieś takie nie pod wymiar… Trzeba zmienić mieszkanie!), zachwycałam się stoiskami pełnymi antyków – starych zegarów, lamp, porcelanowych lalek i luster. Niestety, z roku na rok jarmark dziadział i teraz, jeśli zdarza mi się tam zajrzeć, to tylko z sentymentu.

Ulica Mariacka i bazylika

Najpiękniejsza, najklimatyczniejsza i w ogóle wszystko naj ulica w Gdańsku. Piękna szczególnie w mgliste, deszczowe dni lub po prostu po zmroku. Jeśli dojdziecie nią aż do Bazyliki Mariackiej, znajdziecie wąziutki przesmyk, w którym przez sekundę będziecie mogli się poczuć, jakbyście cofnęli się w czasie do XVI wieku.

Zanim wejdziecie do samej bazyliki, stańcie pod samym murem, odwróćcie się do niego plecami i spójrzcie w górę – widok zachwyca. Jeśli dobrze pamiętam z mojej licealnej pracy zaliczeniowej, bazylika jest największym tego typu budynkiem zbudowanym z cegły – nic dziwnego, że oglądana z lotu ptaka zdaje się dominować nad starym miastem.

Ulica Mariacka, w tle bazylika

Mroczne legendy

Wnętrze bazyliki może nie zachwyci Was bogactwem, ale skrywa w sobie mnóstwo sekretów. Mój ulubiony wiąże się z bardzo mroczną legendą oliwską, o rzeźbiarzu, który stworzył najpiękniejszy ze znajdujących się w świątyni krucyfiksów. Chodzi o ten ustawiony w Kaplicy Jedenastu Tysięcy Dziewic – nie przy głównym ołtarzu. 

Wersji legendy trochę jest – ta, którą poznałam najwcześniej, mówi o tym, że znany gdański rzeźbiarz poprosił o pozowanie chłopaka swojej córki. Prace nie szły tak, jak mistrz by sobie życzył, dopóki jego model nie zachorował od zimna panującego w pracowni. Im gorzej wyglądał i bardziej cierpiał, tym bardziej przypominał ukrzyżowanego w bólu Jezusa. Rzeźbiarz pochłonięty bez reszty pracą nie zważał na cierpienia mężczyzny. Kiedy ukończył rzeźbę, w amoku stwierdził, że jego dzieło jest doskonalsze, niż model, będący wszak dziełem Boga. Dlatego owładnięty szaleństwem postanowił “poprawić” pierwowzór i rzeczywiście ukrzyżował chłopaka. Następnie, przerażony swym czynem, uciął sobie rękę i dobrowolnie wybrał żywot nędznika. 

Bardziej popularna w internecie wersja mówi o tym, że model był nieślubnym synem rzeźbiarza i mistrz zabił go świadomie, aby uchronić córkę przed grzechem kazirodztwa. Do mnie jednak bardziej przemawia wersja o postępującym, twórczym obłędzie i grzechu bluźnierstwa. Zresztą, taką wersję czytałam w zbiorze legend oliwskich, a zwykłam bardziej wierzyć źródłom drukowanym. Nazwijcie mnie staroświecką, proszę bardzo.

Nad Motławą

Spacer nad Motławą to dla mnie obowiązkowy punkt każdej wizyty w Gdańsku. Najcharakterystyczniejsze punkty nabrzeża i samej rzeki to oczywiście SS Sołdek i Żuraw, będący nieoficjalnym symbolem miasta i ulubionym miejscem Księcia – w końcu bycie inżynierem zobowiązuje. Jest to najstarszy i największy zachowany dźwig portowy średniowiecznej Europy, jego budowę ukończono w 1444 roku, pamiętajcie jednak, że po II Wojnie Światowej został on spalony przez Armię Czerwoną. Ocalała tylko część murów, a to co widzicie, to w dużej mierze konstrukcja odbudowana w latach 50tych ubiegłego wieku. 

Od niedawna przyjemnie spaceruje się również drugim brzegiem Motławy, gdzie powstało dużo modnych restauracji i kawiarni. Jeśli zaplanujecie przyjazd w wyprzedzeniem, warto zapoznać się z repertuarem Filharmonii Bałtyckiej, w której organizowane są fenomenalne koncerty. 

Inne

Oczywiście w okolicach jest dużo niesamowicie fajnych miejsc, samo podziwianie kamieniczek może Wam zająć dużo czasu, zwłaszcza, jeśli rozpoczniecie poszukiwania Panienki z Okienka. Do tego Teatr Szekspirowski, Muzeum Bursztynu, ołtarz bursztynowy w kościele św. Brygidy, w sezonie Jarmark Świąteczny… Można wymieniać godzinami. Czasami się od tego zgłodnieje i wtedy należy coś zjeść. 

“Starówka” (w nawiasie, ponieważ wszyscy wiedzą o co chodzi, ale tak naprawdę nie jest to prawidłowa nazwa) obfituje w różnego rodzaju restauracje, knajpki, kawiarnie i puby. Jeśli szukacie czegoś z górnej półki na pewno się nie zawiedziecie, ale ja podzielę się z Wami moimi ulubionymi opcjami budżetowymi:

Bar pod rybą – coś dla miłośników… ziemniaków. Bar istnieje od 1998 roku, zaliczył już chyba dwie przeprowadzki, mnóstwo podwyżek i niestety lekki spadek jakości, ale nadal można tu zjeść naprawdę pyszne ziemniaki z przeróżnymi dodatkami – od samego masła, poprzez kurki, kończąc na kawiorze. 

La Famiglia Pizza – może zachwalanie pizzy w Polsce jest trochę głupotą, ale ta ich pizza z porem… Jeśli akurat macie ochotę na pizzę, to lepiej w Trójmieście raczej nie traficie. Do tego mają całkiem niezłe wino.

Hmmm… zgłodniałam.

Spragnionym kawy i tym podobnych polecam Pikawę – moje ulubione miejsce z czasów studenckich. Fani Kubusia Puchatka mogą tu zamówić herbatę Tygryska (moja ulubiona), Krzysiową, Kłapouchego… Jeśli z kolei lubicie bardzo słodko, tak słodko, że aż mózg przekręca na drugą stronę i słodycz dzwoni w uszach, to możecie spróbować Białego Misia.

W Gdańsku znajduje się też przeniesiony z Sopotu Józef K. Cafe – kiedy będziecie siedzieć przy stoliczkach, zajrzyjcie do znajdujących się w nich szufladek. Podczas ostatniej wizyty znalazłam liściki pisane przez moich znajomych jeszcze w liceum.

A tak w ogóle, jeśli będziecie kiedyś jechać do Trójmiasta i będziecie szukali rekomendacji, to po prostu dajcie znać! O Gdańsku pisze się książki, a nie krótkie wpisy. To był głupi pomysł! 

Do zobaczenia za tydzień! Prawdopodobnie w Japonii!