W marcu 2009 spakowałam walizkę i ruszyłam w podróż do mojej wyśnionej, wymarzonej Japonii. Przez kolejnych kilka miesięcy miałam studiować na Dokkyo University w Saitamie, poznając Kraj Kwitnącej Wiśni i doskonaląc język.

 Nihongo

A skoro już o języku mowa. Wiele razy pytano mnie, czy japoński jest językiem trudnym. I tak i nie. Nie znajdziecie tu bardzo skomplikowanej gramatyki, odmiany przez przypadki, miliarda czasów i trybów. Jednak samo to, że Japończycy upierają się korzystać z czterech alfabetów jednocześnie, na pewno sprawy nie ułatwia. Podobnie jak to, że konstruują zdania od tyłu (jeśli spojrzeć na to z perspektywy większości języków zachodnich) – nie wiem czy do tego można przywyknąć. Ma to swoją dobrą stronę – zanim coś powiem w języku japońskim, muszę się dobrze zastanowić co chcę przekazać. Nie ma ryzyka słowotoku, do którego w innych językach mam silne tendencje. Oczywiście żadne słowo nie brzmi znajomo, z niczym się nie kojarzy, nigdy nie miało nic wspólnego z naszymi korzeniami lingwistycznymi. Wreszcie, jakby tego wszystkiego było mało, przez pierwszy rok nauki uczymy się standardowej formy tego języka, tylko po to, żeby w którymś momencie, na drugim roku dowiedzieć się, że i tak nikt tak nie mówi. Może poza gaijinami (obcokrajowcy, często pejoratywnie), którym wydaje się, że ten język znają. Dalsza nauka to z jednej strony język, a z drugiej wieczne zastanawianie się nad zależnościami społecznymi. Do kogo mam mówić w keigo – języku szacunku, do kogo w mowie potocznej. I na odwrót. Czemu ktoś mówi do mnie tak a nie inaczej? Tak naprawdę jedynym miejscem, gdzie usłyszałam standardowy japoński był sexshop. Ale to później. 

Big in Japan

Najpierw wylądowałam na Naricie. Dosyć sprawnie znalazłam pociąg, który zawiózł mnie z lotniska do stacji Ueno – Tata wynajął mi tam na dziesięć dni hotel – dziesięć dni na znalezienie i wynajęcie mieszkania. Wydawało się łatwe. Uniwersytet proponował zakwaterowanie w akademiku, ale po pierwsze nie byłam gotowa na to, żeby dzielić z kimś pokój, a po drugie – nie po to jechałam do Tokio, żeby zamieszkać w prowincjonalnej Saitamie. Byłam gotowa każdego dnia dojeżdżać półtorej godziny na zajęcia, to w końcu część doświadczania japońskiego życia ale wegetować na przedmieściach? Zresztą, podobnie jak przy decyzji o wyborze uniwersytetu, stwierdziłam, że “ja chcę sama”. Chcę na chwilę stać się częścią społeczeństwa tokijskiego, a nie być po prostu studentką na wymianie, która wszędzie porusza się w grupie podobnych do niej dziwolągów. 

Jak wynająć mieszkanie w Tokio

Mogłabym teraz wykreować obraz siebie jako bohaterki, która dzielnie poradziła sobie ze wszystkim sama. Ale jednak będę szczera. Nie miałam pojęcia, jak zabrać się za poszukiwanie mieszkania. Gdyby nie moja koleżanka z liceum, która już od pół roku była na wymianie studenckiej na uniwersytecie Ochanomizu, znała okolicę i nie miała prawie rocznej przerwy w nauce języka, zapewne bym poległa. To ona chodziła ze mną po biurach nieruchomości i w razie potrzeby pomagała mi w zrozumieniu trudnych słów związanych z wynajmem. To ona wytłumaczyła mi, że w Japonii większość właścicieli życzy sobie, oprócz depozytu, opłaty dziękczynnej – podziękowanie za to, że zgodzili się wynająć mieszkanie, potrafi wynosić tyle, co dwumiesięczny czynsz.

W końcu udało nam się trafić na malutkie mieszkanko (14m2, ale z własną łazienką, ba, nawet wanną i aneksem kuchennym) w Oyamie, tuż obok Ikebukuro. Czynsz był bardzo rozsądny, okolica spokojna, w pobliżu sklepy i restauracje, sześć minut piechotą od dworca. Nieumeblowane, ale co tak naprawdę jest mi potrzebne, poza futonem (materacem)? Nic tylko się wprowadzać. 

Legal alien

Niestety. Nie ma tak różowo. Nie mogę wynająć mieszkania, jeśli nie jestem zarejestrowanym kosmitą (registrated alien – obcokrajowcy, którzy w Japonii mieszkają, muszą się zarejestrować), a kosmita zarejestrować się nie może, jeśli nie jest zameldowany. Hotel się nie liczy, musi być mieszkanie, którego kosmita nie wynajmie, jeśli uprzednio się nie zarejestruje… Kontynuować? 

Oczywiście jest jeszcze jedno wyjście. Za kosmitkę może poręczyć Japończyk, stając się jej sponsorem. Wyobrażacie sobie, jak kosmitka wychodzi na ulicę i prosi Japończyków, żeby zostali jej sponsorami? Oj, z pewnością któryś by się zgodził, zwłaszcza, jeśli byłby akurat fanem hentai (erotyczne anime) o kosmitkach. Nie. Nie. NIE!

Zdesperowana zadzwoniłam na uniwersytet, pytając, czy nie mają jakiegoś mało rozerotyzowanego sponsora pod ręką. Nie mieli, ale stwierdzili, że jeśli zapłacę jakieś tam specjalne ubezpieczenie, to cały uniwersytet stanie się moim sponsorem, dostanę zaświadczenie i będę mogła wynająć mieszkanie. Udało się. Tych dziesięciu dni starczyło mi akurat na styk. 

Ptaszydło w parku w Ueno

Moje japońskie mieszkanko

Wymeldowałam się z hotelu, z walizką poszłam na stację Ueno, stamtąd Yamanote sen (linia JR jeżdżąca po kole, trochę jak londyńskie Circle line, gdyby jeździło co dwie minuty i nie spóźniało się nawet o sekundę) do Ikebukuro i z Ikebukuro lokalną linią do Oyamy. Jeszcze kilka minut spacerem i wstawiałam walizkę w malutkim pokoiku, w którym miałam spędzić kolejnych kilka miesięcy. Z Polski wzięłam malutki, cienki śpiwór, dlatego pierwszego dnia musiałam kupić sobie tylko futon i jakąś poduszkę. 

Na głównej uliczce handlowej bez problemu znalazłam czego szukałam. Następnie, robiąc sensację na całą dzielnicę, zatargałam futon do domu. Tej nocy bardzo zmarzłam. W Japonii nie ma centralnego ogrzewania a w marcu jest dość zimno. Dopiero po kilku dniach odkryłam, że klimatyzator ma też funkcję grzewczą – musiałam najpierw przestudiować pilota ze zrozumieniem, identyfikując wszystkie znajdujące się na nim kanji (czy jak kto woli – krzaki). Tej pierwszej nocy obiecałam sobie, że następnego dnia wrócę do sklepu, w którym kupiłam futon i nabędę sobie przepiękny, bardzo gruby koc z Hello Kitty i długą kamizelo-podomkę z polaru do kompletu. Nie lubię marznąć. 

Tęsknota na placu zabaw

Przeprowadzka z hotelu do mieszkania wiązała się z chwilowymi problemami z dostępem do internetu. Wcześniej przełamałam swoje opory psychiczne i kupiłam nawet kamerkę do rozmów internetowych – musicie wiedzieć, że był to dla mnie najwyższy dowód miłości, bo ja nienawidzę rozmawiać przez telefon (jedno z bardzo wielu moich dziwactw) a o połączeniach video już nie wspomnę. Jeśli jednak Ksiażę potrzebował patrzeć w moje wirtualne oczy przy każdej rozmowie, żeby przetrwać kolejną rozłąkę, byłam w stanie się poświęcić. A że znalazłam perłowo-różową kamerkę, to jakoś mi było lżej. I jakoś tak przywykłam do tego, że widzimy się codziennie. Aż do przeprowadzki.

Podłączenie internetu leżało po mojej stronie – właściciel mieszkania i pośrednik się tym nie zajmowali. Byłam gotowa, mogłam się z tym zmierzyć sama. Nie mogłam ciągle polegać na koleżance, która już i tak pomogła mi z kupnem telefonu (różowego oczywiście) i pieczątki (w Japonii każdy musi mieć swoją pieczątkę, która na oficjalnych dokumentach pełni funkcję podpisu). Zadzwoniłam gdzie trzeba, zamówiłam instalację i czekałam. Chyba tydzień. Swoją drogą wtedy wydawało się, że to wieczność, ale podczas semestru spędzonego w Madrycie przekonałam się, że może to trwać znacznie dłużej… Ktokolwiek miał przyjemność (tak! Mimo wszystko przyjemność!) mieszkania w Hiszpanii, wie o co chodzi.

Zanim zostałam podłączona, łapałam WiFi na placu zabaw tuż obok mojego domu. O drugiej w nocy siedziałam na huśtawce i mówiłam ukochanemu jak bardzo tęsknie. Gaijini to są jednak dziwni. 

Hanami

Zbliżał się czas rozpoczęcia zajęć. Na początku zostaliśmy wszyscy (studenci z wymiany plus japońscy studenci, którzy podjęli się opieki nad nami, zapewne celem zapunktowania u nauczycieli) zaproszeni na piknik pod kwitnącą wiśnią połączony ze wspólnym gotowaniem. Po pikniku, takim jak w anime, osoby zameldowane w akademiku poszły z opiekunką do lokalnego urzędu zajmującego się cudzoziemcami, gdzie bez żadnych problemów zarejestrowano ich jako legalnych kosmitów. Mnie zajęło to przynajmniej miesiąc i na pewno nie było tak proste – ale pamiętajcie, ja doświadczałam Japonii! Nie żyłam pod uniwersyteckim kloszem.

Komunikacja miejska

To samo mówiłam sobie codziennie rano wstawiając pół stopy do pociągu z Oyamy do Ikebukuro, licząc na to, że jak już zabalansuję na krawędzi pociągu, masa ludzka wessie mnie do środka samoistnie. Wsysała. Mówiłam to sobie również biegnąc na platformę Yamanote sen, którą to linią jechałam z Ikebukuro do Ueno, gdzie przechodziłam labiryntem stacji do metra, mającego mnie zawieźć na stację uniwersytetu. Po dwóch miesiącach poruszania się metrem, byłam częścią tego organizmu. Byłam jak spiesząca się czerwona krwinka pędząca krwiobiegiem do mózgu. Wiedziałam, w którą część pociągu wsiąść, żeby na docelowej stacji wysiąść jak najbliżej przejścia do kolejnego pociągu. W którym miejscu przedziału powinnam stać, żeby wylać się wraz z wciąż falującą masą ludzką akurat na tej stacji, która mnie interesowała. Wiedziałam gdzie na danej stacji są automaty (jidohanbaiki) sprzedające moje ulubione napoje. Ba! Doszłam do tego, że dodając sobie jeszcze jedną przesiadkę, de facto skrócę czas podróży o całe dwie minuty! Niezwykła punktualność japońskich pociągów, ich niezachwiany rytm koiły mnie i sprawiały, że czułam się bezpiecznie. Podobnie jak swojski zapach kosmetyków Lush na stacji Ikebukuro.

Przywykłam też do tamtejszych dziwactw. Do tego, że na prawie każdej stacji JR grana jest inna melodyjka. Kojarzyłam na jakiej stacji grają najładniejsze. Do ludzi śpiących z otwartymi ustami, opartymi o obcych współpasażerów, z którymi przecież nawet nie wymieniliby uścisku dłoni. Do tych samych pasażerów podrywających się dokładnie na tej stacji, na której powinni wysiąść – może temu miały służyć melodyjki? Przywykłam do pociągów z koszmarnie zaparowanymi oknami – klimatyzacja nie radziła sobie z taką ilością wydychanego powietrza. Otwierające się drzwi pociągów wjeżdżających na stacje przywodziły na myśl otwieranie puszek z sardynkami. Tak, panowie dopychający dłońmi odzianymi w białe rękawiczki pasażerów to nie jest wymysł zachodnich mediów. Taki ścisk to raj dla wszelkiego rodzaju zboczeńców, dlatego w godzinach szczytu w pociągach są wyznaczone wagony tylko dla kobiet. 

Czasami złorzeczyłam na swój kretyński pomysł zamieszkania tak daleko od szkoły, ale gdybym miała być ze sobą szczera – ani przez chwilę tego nie żałowałam. Japońskie pociągi mnie fascynowały. 

Kraj kwitnącej wiśni

Życie studenckie

Dzień przed właściwym rozpoczęciem zajęć byliśmy poddawani badaniom – bardzo wnikliwym, ważono nas, mierzono (w Japonii byłam chyba najwyższa w życiu, wyszło, że mam 174cm), robiono powtórny rentgen płuc, mimo że kazali nam robić jeden już przed wyjazdem. Ja się załapałam na dwa bonusowe, bo pierwsze nie wyszło – nawet płuca czasami bywają niefotogeniczne. Cud, że nie świeciłam później w ciemności. Najlepiej jednak wspominam… uwaga… badanie moczu. Nie wiem, czy powinnam o tym wspominać na blogu, zwłaszcza, że to nie będzie jedyny “toaletowy” incydent… W każdym razie w Polsce zawsze dostawałam kubeczek. O dosyć sensownej średnicy. W Japonii dostaliśmy coś w rodzaju testu ciążowego, tylko nie należało siusiać NA, a DO. Wybaczcie dosłowność, ale nigdy w życiu aż tak się nie koncentrowałam uskuteczniając tę, jakże prozaiczną, czynność fizjologiczną.

Potem przyszedł czas na zbadanie stanu naszego intelektu, a właściwie znajomości japońskiego, żeby zakwalifikować nas do odpowiedniej grupy. Okazało się, że grupy były trzy – dla początkujących, bardzo zaawansowanych i jeszcze bardziej zaawansowanych. Wszyscy zachodni studenci trafili do grupy początkującej, razem z Chińczykami, którzy nie potrafili powiedzieć praktycznie nic. Nie wróżyło to dobrze. Grupy zaawansowane składały się z samych Koreańczyków. W tym trójki takich, którzy z powodzeniem mogliby być częścią K-popowego boysbandu. Zakochałam się w nich od razu, ze wzajemnością. Oczywiście platonicznie.

Uczyliśmy się (okazało się, że jednak można zróżnicować poziom w obrębie jednej grupy), polowaliśmy na kupony na stołówce uniwersyteckiej – najlepszy udon i soba, jakie w życiu jadłam, miseczka za około 5zł, ale kolejka nieziemska, dlatego kupony kupowaliśmy przed przerwą lunchową – chodziliśmy do pobliskiego sklepu z rzeczami za 100 yenów, gdzie stała maszyna do purikury (zaawansowana fotobudka – robiłam tam sobie zdjęcia też sama i dołączałam je do listów do Księcia, do tej pory ma je wszystkie!), po zajęciach chodziliśmy zjeść coś w lokalnych restauracjach (znalazłam nawet fantastyczną knajpkę indyjską), oglądaliśmy filmy w akademiku. W weekendy w pokojach odbywały się imprezy, po których wracałam sama w nocy do domu.  

Między słowami

Czasami imprezowaliśmy też w Tokio, również z ludźmi z roku z Cardiff, którzy trafili na inne uniwersytety w okolicy. Było karaoke, był clubbing w Shibuya, były 21 urodziny kolegi, które opiliśmy w “tym barze” w hotelu Park Hyatt. Kiedy z koleżanką jechałyśmy po 21-letnią szkocką, którą sprzedawali w specjalistycznym sklepie na Shinjuku, niechcący wysiadłyśmy po złej stronie stacji (największej w Japonii) i trafiłyśmy na teren Yakuzy. Szybko wróciłyśmy w bezpieczne podziemia dworca, a ja stwierdziłam, że żaden z nich do Masai Kato się nie umywa.

Po jednej z imprez okazało się, że uciekło nam ostatnie metro (wydaje mi się, że Nowy Jork jest jedynym miejscem na świecie, gdzie metro jeździ 24 godziny na dobę), wpadliśmy wtedy na genialny pomysł, żeby zdrzemnąć się w jednym ze słynnych japońskich hoteli miłości. W społeczeństwie, w którym o prywatność bardzo trudno, wiele par, również po ślubie, decyduje się na wynajęcie pokoju na godziny. Dodatkowego smaczku dodaje to, że pokoje są zwykle urządzone tematycznie, co sprzyja spełnianiu najbardziej perwersyjnych fantazji – podwodna jama ośmiernicy-potwora, stary japoński zajazd, klasa w szkole, gabinet lekarski, amerykański motel… cokolwiek przyjdzie Wam do głowy, możecie być niemal pewni, że któryś z licznych tokijskich love hoteli będzie mial to w swojej ofercie. Głupio zwiedzać w pojedynkę, a tak pójdziemy parami, pooglądamy, pozwiedzamy, poznamy lepiej japońską kulturę, a przede wszystkim – prześpimy się do pierwszego metra! 

Nic z tego. Gaijinów nie obsługują. I tyle. Stanowcza odmowa wywołała u jednej z koleżanek coś w stylu załamania nerwowego. Od początku pobytu w Japonii każde z nas spotykało się, w mniejszym lub większym stopniu, z dyskryminacją. Nawet na uniwersytecie inni studenci obgadywali nas, stojąc tuż obok. Kilka razy zwracałam uwagę, że mogliby się pofatygować i odejść kawałek, bo my naprawdę wszystko rozumiemy. Nie. Gaijini nie mówią po japońsku. Gaijini mówią tylko po angielsku. Nawet wtedy, kiedy mówią po japońsku. Można się śmiać. Można kpić. Można znosić z pokorą, może w ten sposób dosięga nas karma. Ale prędzej czy później, każde niemiłe spojrzenie, każdy paskudny komentarz, każdy przejaw otwartej czy zamaskowanej wrogości w końcu się skumulują. I uderzą. W S. uderzyło akurat w tamtej chwili. Stojąc w środku nocy gdzieś na obrzeżach Shibui zaczęła płakać i krzyczeć (po japońsku), że może jest gaijinką, ale przecież nie jest brudna…

Dom strachów w Yokohamie. Zdjęcie robiła moja koleżanka ze studiów – ja wtedy nie miałam aparatu, więc trzy zdjęcia sobie przywłaszczyłam. Mam nadzieję, że mi to wybaczy, jeśli kiedyś tu trafi.

Jestem gaijinem, proszę mnie nie bić

Zanim pojechałam do Japonii, byłam przekonana, że Japończycy przyjmą mnie bardzo dobrze. W końcu nie jestem typową gaijinką – dobrze mówię po japońsku, znam ich kulturę, nie popełniam typowych dla zachodnich barbarzyńców faux pas (dwa mi się zdarzyły, zaraz o nich opowiem), jestem… cywilizowanym kosmitą.

Nic bardziej mylnego. Biały barbarzyńca pozostanie białym barbarzyńcą. Nawet w czarnej peruce i ciemnych okularach – Japończycy wyczuwają obcość jakimś tajemnym, siódmym zmysłem. I od razu pokazują niechęć. “Mój Japończyk” z wymiany, z którym w Cardiff byliśmy prawie nierozłączni, który polecił mi uniwersytet Dokkyo, który twierdził, że w Japonii natychmiast wyhaczy mnie jakaś agencja modelek… ten sam kolega przez pół roku nie znalazł nawet chwili, żeby się ze mną spotkać na swoim terytorium. Naprawdę było mi przykro.

Dwa faux pas

Pierwsze miało wymiar toaletowy. Na naszym uniwersytecie były dwa rodzaje toalet – klasyczne japońskie – dziura w podłodze (ale bardzo elegancka i nowoczesna; podobne były też na dworcach, młoda byłam, korzystałam nawet w szpilkach i pod wpływem alkoholu) lub fotel pilota promu kosmicznego (podobnie opisała to Joanna Bator, bardzo mi się spodobało, więc pożyczam określenie). Fotel pilota miał konsolkę z całym mnóstwem krzaków – nie ma to jak korzystać z toalety ze słownikiem kanji, prawda? Fotel grzał, podmywał, suszył, psikał, dużo rzeczy robił. Posiadał również zagadkowy guziczek z napisem oznaczającym dosłownie “księżniczkę dźwięku”. Guzik wydawał dźwięk spuszczanej wody. Japończycy odkryli kiedyś ciekawą zależność – kobiety korzystające z toalety zużywały więcej wody, niż panowie, ponieważ wstydziły się dźwięku siusiania. Zamiast wytłumaczyć paniom, że każda płeć ma prawo siusiać, Japończycy podeszli do kwestii dbania o środowisko pragmatycznie – dodali funkcję zagłuszania siusiania. I wyobraźcie sobie, że kiedy pierwszy raz siusiałam na uniwersytecie, nie włączyłam tej funkcji. Kiedy wyszłam, wszystkie japońskie laleczki spojrzały na mnie z obrzydzeniem. No tak. Jednak jestem barbarzyńcą.

Drugie faux pas rzeczywiście sprawiło, że się zawstydziłam. Już pod koniec pobytu w Tokio kupowałam w lokalnym sklepiku yukatę (takie jakby kimono, ale bawełniane, jednowarstwowe, ogólnie proste i nie kosztujące tyle, co nowy samochód) u przemiłej pani, która traktowała mnie jak człowieka. I nawet kiedy stanęłam klapkiem na tatami (matę) nie zaczęła mnie nienawidzić. Krzyknęła tylko z trwogą a ja zeskoczyłam jak oparzona, zaczęłam się kłaniać i przepraszać. Bo na tatami się w butach nie wchodzi. Ja o tym wiedziałam, ale zaślepiona wizją mierzenia japońskich szat, nie pomyślałam nawet o tym, że w sklepie może być tatami.

Relaks w Yokohamie

W każdym razie japońska niechęć uderzyła we mnie dość szybko – w przeciwieństwie do innych nie miałam buforu bezpieczeństwa w postaci znajomych, nie miałam tego klosza, którym przecież wzgardziłam. Miałam swoje 14m2 i Księcia mieszkającego w komputerze. I mrówki – przez chwilę miałam inwazję mrówek. Ale to było później. W pewnym momencie na moim tarasiku o szerokości 20cm pojawiła się też kotka z małymi kociętami. Wtedy kupując sobie jedzenie w pobliskim konbini (convenience store, sklep ze WSZYSTKIM) kupowałam również kocie konserwy. Nie byłam już całkowicie sama. Jednak dużo wcześniej do Tokio przyjechał mój Tata. Kiedy powiedział, że będzie służbowo, bardzo się ucieszyłam. Kiedy spytał, czy ma wynajmować hotel, czy ma spać u mnie, krzyknęłam, że oczywiście, że u mnie! Po dwóch dniach spędzonych wspólnie na 14 metrach kwadratowych chcieliśmy się zabić. (Tato! No odsuń się, przecież ja muszę sięgnąć do szafy! Zaraz. Teraz!) I wtedy pojechaliśmy do Yokohamy (Tata służbowo, ja rekreacyjnie). Apartament w hotelu był trzy razy większy od mojego mieszkania, a wszyscy Japończycy byli mili. Do tego Yokohama była prześliczna! Wracałam tam jeszcze dwa razy – raz sama, raz z koleżankami z uniwersytetu. 

Nauczycielka angielskiego

Dużo chodziłam po Tokio zwiedzałam różne dzielnice, próbowałam znaleźć nieistniejące centrum miasta. Często umawiałam się z koleżanką z liceum – razem zwiedziłyśmy na przykład gigantyczne, kilkupiętrowe sexshopy w Akihabarze, gdzie na filmiku pokazującym jak korzystać z maszyny do masturbacji dla panów, po raz pierwszy od przyjazdu usłyszałam standardową formę japońskiego. Byłyśmy też razem na Harajuku i w wielu innych kultowych miejscach. Poza tym R. powiedziała mi o serwisie, w którym można było zarejestrować się jako nauczyciel języków obcych. Tak też uczyniłam. Zaczęłam uczyć angielskiego, udzieliłam jednej lekcji japońskiego i wreszcie spotkałam młodego (wtedy strasznie starego, z trzydzieści parę lat miał) biznesmena, który zapragnął, żebym uczyła go i angielskiego i polskiego, ponieważ… był zakochany w Annie Marii Jopek. 

Tęsknota

Kolejne „kradzione” zdjęcie z Yokohamy. Ale stałam obok, to tak jakbym prawie je robiła, prawda?

Moje dni były wypełnione od rana do wieczora. Nawet kiedy przyszły słynne tokijskie upały, nie poddawałam się. Zwiedzalam dalej. Sama, lub z moimi “białymi” znajomymi. Trafiliśmy nawet na Dzień Argentyny w Odaibie, gdzie poznałam przemiłą argentyńską rodzinę, która była zszokowana, że Polka w Japonii mówi po hiszpańsku i wie co to cueca. 

Nocami rozmawiałam z Księciem. Tęskniłam. Nie tylko za nim. Za rodziną, za Europą, za tym, żeby ktoś się mną chociaż trochę zaopiekował. W Japonii byłam niechciana. Lubię samotność, lubię ciszę, ale w Tokio okazało się, że lubię je tylko wtedy, kiedy są moim wyborem. W pewnym momencie moim największym marzeniem było to, żeby ktoś (najlepiej Mamusia) zrobił dla mnie… kanapkę. Kocham onigiri (ryżowe kulki nadziewane czymś i owijane wodorostem), ale oddałabym wszystko za kawałek polskiego chleba. (Teraz mam straszną ochotę na onigiri z kolei… nie dogodzisz.) 

Hanabi

W pewnym momencie miałam już dość. Skróciłam pobyt w Japonii o miesiąc. Bez problemu wypowiedziałam wcześniej umowę najmu, dzień przed wylotem przeprowadziłam się na jedną noc do hotelu, tego samego, w którym zatrzymałam się na początku. Mój scenariusz pożegnania się z Japonią był piękny. W ostatnią noc zaczynał się festiwal sztucznych ogni, miałam się spotkać ze znajomymi ze studiów, z dziewczynami miałyśmy się ubrać w yukaty i miało być tak pięknie, jak w japońskich anime. 

Na miejscu był taki tłum, że nie zdołaliśmy się znaleźć. Sama, w przepięknej yukacie (granatowo czarnej w jasno-błękitne rybki koi, które wyglądały jak spadające gwiazdy, do tego kontrastowy czerwony pas obi), z ozdobami we włosach, w niewygodnych drewnianych klapkach. Ściśnięta w tłumie zostałam porwana przez nurt ludzkiej rzeki w koryto wyznaczone przez prowizoryczne ściany zbudowane z dykty. To była kolejka do mostu, na którym widać było fajerwerki. Nie mając jak uciec, miałam tylko nadzieję, że nie zasłabnę i “nie sprawię tym nikomu kłopotu”. Kiedy już przeszłam przez mostek, ledwo znajdując siłę, żeby spojrzeć na sztuczne ognie, odkryłam, że nie mam pojęcia gdzie jestem. Przez następne dwie godziny błądziłam po pogrążonych we śnie, wąskich ulicach Tokio. Obtarłam stopy i chyba nawet trochę się popłakałam. Nie zdołałam się nawet pożegnać z ludźmi, których polubiłam, a miałam ich nigdy więcej nie zobaczyć. 

Japoński posmak

O życiu w Japonii mogłabym pisać długo. O festiwalu gwiezdnych kochanków, który nigdy się nie wydarzył. O problemach z kupieniem dezodorantu, czy plastrów do woskowania. O tym, jak futon zaczął mi gnić przez wilgoć w powietrzu. O wychodzeniu w środku nocy do automatu za rogiem, bo nie miałam lodówki a chciałam coś zimnego. O pralni, która nie prała w temperaturze wyższej niż 30 stopni, ale za to mieszkało w niej dużo kotów. Wróciłam stamtąd na pograniczu depresji, ale im więcej czasu mija, tym bardziej czuję, że naprawdę muszę tam wrócić. Tęsknię za tym miejscem. Dlatego dzisiaj zabiorę Was w kilka najfajniejszych (bardzo subiektywnie) miejsc w Tokio i jego okolicach.

Tokio

Pałac cesarski.

Tokio to przedziwny organizm. To miasta w mieście. To malutkie shintoistyczne świątynki na każdej bocznej ulicy, obskurne salony pachinko, szalenie nowoczesne Shinjuku i Shibuya, tradycyjne, ale tylko częściowo, Ueno i sąsiadujące z nim świątynie, niedostępny pałac cesarski, “wodna” Odaiba, czy odjechana Akihabara. 

W zależności od tego na jakiej stacji wysiądziecie a nawet w jaką stronę na tej stacji pójdziecie, możecie trafić do zupełnie różnych światów. Nawet w nowoczesnej Shibui wystarczy odejść kawałek dalej, żeby trafić w inny wymiar.

Nie sposób wszystkiego opisać, zwłaszcza, jeśli się tam kiedyś mieszkało – wydaje się wtedy, że każda uliczka jest warta odwiedzenia a każdy sklep oferuje coś ciekawego. Moja rada – zastanówcie się, czego w Tokio szukacie. I dopasujcie do tego plan zwiedzania. Nie rzucajcie się od razu na wszystko, co to miasto oferuje, bo możecie się przejeść. 

Yokohama

Zdecydowanie warto odwiedzić. Choćby ze względu na przepiękne… Chinatown. Feeria kolorów, mnóstwo interesujących sklepów i fajnych restauracyjek. Można się zgubić. Jeśli macie ochotę obejrzeć Yokohamę i okolicę z wysoka, bardzo polecam Sky Garden. Możliwe, że jest już coś lepszego i wyższego, ale ja byłam zachwycona. Obserwatorium było poświęcone celebracji miłości, można było doklejać swoje życzenia do gigantycznego serca pokrytego karteczkami z prośbami kochanków i sprzedawano lody włoskie. Lody uwielbiam, poprosiłam o jednego, pani mi powiedziała, że mi nie sprzeda, bo są tylko dla par. Dwuosobowe takie. I ja sama nie dam rady. Moja koleżanka spojrzała na panią z politowaniem i oświadczyła, że jeszcze nie wymyślono takiej porcji lodów, której ja nie podołam (wymyślono, ale po drugiej stronie oceanu, w Ameryce i wtedy o tym nie wiedziałyśmy). Pani pozostała sceptyczna, ale uległa. A ja podołałam. Oprócz tego w Yokohamie, tuż nad wodą, jest cudowne wesołe miasteczko – takie bardzo w starym stylu, nie ma (a przynajmniej nie było) tu nadzwyczajnych, bijących rekordy prędkości czy wysokości rollercoasterów, ale jest na przykład diabelski młyn, z którego gondolek można podziwiać przepiękny widok. Dojazd z Tokio nie powinien Wam zająć więcej niż godzinę (w zależności od tego, na którym końcu miasta akurat będziecie) i zabierze Was tam jedna z linii JR. 

Też kradzione… Chinatown w Yokohamie.

Kamakura

Wreszcie – moje ulubione wspomnienie. Dzień spędzony na wałęsaniu się po licznych świątyniach – jedna przechodziła w drugą. Przemykając gdzieś między żywopłotami hortensji, trafialiśmy na coraz to nowe cuda, byliśmy świadkami tradycyjnej ceremonii ślubnej, znaleźliśmy Wielkiego Buddę i lody o smaku czerwonych ziemniaków (dobre były!) Przy okazji dowiedziałam się, że Kamakura to miasto kotów, kupiłam kocie pamiątki. Japonka, która z nami pojechała przypomniała sobie, że marzyło mi się kanzashi – tradycyjna japońska ozdoba do włosów, więc weszła ze mną w wąskie uliczki miasteczka i znalazła specjalizujący się w kanzashi sklepik. Pamiętam, że w którymś momencie staliśmy na nierzeczywistej, sprawiającej wrażenie zapomnianej, stacyjce pociągów w lesie. Miałam wrażenie, że nagle trafiłam do filmów Miyazakiego. To o takiej Japonii śniłam przez lata. Dzień zakończyliśmy kolacją w restauracji na plaży, przy światłach pochodni. To był zdecydowanie najbardziej magiczny dzień całego mojego pobytu w Kraju Kwitnącej Wiśni i z całego serca polecam Wam, żebyście będąc w Tokio pojechali na jednodniową wycieczkę do Kamakury. Jeśli dobrze pamiętam, dojedziecie tam pociągiem ze stacji Shibuya.  

A jak już będziecie jechać do Japonii, proszę dla mnie przywieźć smakowe KitKaty! Chociaż jedno malutkie opakowanie :3