W poprzednim rozdziale… pardon! W poprzednim poście przebrnęliście ze mną przez całą biurokrację, udało nam się zdobyć tę upragnioną wizę, więc chyba najwyższa pora na praktyczną stronę przeprowadzki! Ale po kolei…

Fashion victim

Czy wspominałam Wam kiedyś, że kocham ciuchy? Dopiero od niedawna staram się nie kupować rzeczy, które nie są mi absolutnie niezbędne i to też tylko dlatego, że zostałam uświadomiona, jaki wpływ przemysł modowy ma na środowisko. Jedyne, co odrobinę koi moje sumienie to fakt, że kupowanie na potęgę nie łączyło się z wywalaniem starszych rzeczy z szafy. Polskie geny zbieractwa kazały mi wszystko chomikować. Do tej pory mam spódnicę, którą kupiłam w szóstej klasie podstawówki. Wtedy nosiłam ją na biodrach, teraz w talii, ale nadal dobrze wygląda, jest ponadczasowa, więc czemu miałabym się jej pozbywać? Po to, żeby kupić sobie nową, w miarę możliwości taką samą? Bez sensu. 

Ma to oczywiście skutki uboczne. Parę lat po przeprowadzce do nowego domu, zawartość mojej garderoby w magiczny sposób wypełzła na wolność, zajmując połowę mojej dość dużej sypialni. Podczas remontu fachowcy postawili ścianę działową i tym samym stałam się posiadaczką dwóch garderób i jednej dużej szafy. Marzenie wielu dziewcząt, prawda? Nic bardziej mylnego. Podczas studiów siłą rzeczy nie mogłam korzystać z całego swojego modowego dobytku, ale co semestr, podczas pobytu w domu mogłam ubrania wymieniać. Sprawa skomplikowała się wraz z pojawieniem się na horyzoncie tytułowej Wielkiej Przeprowadzki. Bo po pierwsze – jak to wszystko przetransportować przez Atlantyk, a po drugie, właściwie po co transportować, skoro średni metraż nowojorskich mieszkań wynosi w porywie tyle, co moja polska sypialnia wraz z dwiema nieszczęsnymi garderobami. A trzeba pamiętać, że mój małżonek też nie chodzi w jednej koszuli, ma ich dziesiątki, o reszcie wdzianek nie wspominając. Od przybytku głowa nie boli? Bzdura.

Płaszcz zakładnikiem miłości

Przewożenie rzeczy do Nowego Jorku zaczęłam krótko po ślubie. Za każdą wizytą u Księcia zostawiałam coś w na szczęście dość dużym domu Teściowej. Tak się jakoś złożyło, że na pierwszy ogień poszedł mój ukochany, złoty trencz Burberry, który w mojej głowie stał się zakładnikiem. Ile razy miałam ochotę rzucić to wszystko w diabły, rozwieść się, albo po prostu przestać utrzymywać z mężem kontakt, niech on się martwi załatwianiem tych wszystkich formalności rozwodowych, przypominałam sobie, że ma mój płaszcz. I kurtkę. I jeszcze parę rzeczy, do których byłam straszliwie przywiązana. Brzmi okropnie, prawda? Ale to naprawdę nie jest tak, że bardziej kocham zawartość mojej szafy od mojego męża! Mimo że część owej zawartości jest ze mną dłużej niż mój ukochany mężczyzna. Po prostu jakaś irracjonalna część mnie uznała, że strata hurtowa, za jednym razem miłość życia i najfajniejsze ciuchy, to jednak za dużo na jedno małe serce. Ale przysięgam Wam, że z płonącego budynku w pierwszej kolejności ratowałabym męża, dopiero potem na przykład buty.

Wzór na objętość szafy

W każdym razie, w momencie, w którym brałam do ręki paszport z nową, już nie turystyczną, amerykańską wizą, całkiem sporo moich ubrań było już amerykańskimi rezydentami. Niestety, całkiem sporo nie równa się spora część. Gdybym musiała oszacować, to stwierdziłabym, że do tego momentu przewiozłam może 15% dobytku, albo nawet nie. Oczywiście, mogłam wynająć kontener i wysłać od razu wszystko drogą morską, ale to nadal nie rozwiązywało większego problemu – tego, co zrobię z toną ubrań w Nowym Jorku. Przecież nie będę wynajmowała magazynu, do którego będę jeździć za każdym razem, jak przyda mi się coś, co akurat nie zasłużyło na honorowe, limitowane miejsce w szafie. 

Dlatego stwierdziłam, że tyle, ile zdołam, tyle przewiozę, resztę posegreguję, z bólem serca oddam część rzeczy, których naprawdę dawno nie nosiłam w dobre ręce, a reszta będzie czekać w Polsce. Na co? Albo na to, aż wyprowadzimy się na przedmieścia, albo w ogóle z Nowego Jorku, gdzieś, gdzie są normalne warunki mieszkaniowe, albo na to, aż będziemy niemoralnie bogaci, albo na wynalazek zaginania przestrzeni. Pamiętacie kieszenie Pana Kleksa? Takie coś jest mi potrzebne w szafie. Dla młodszych Czytelników, którzy nie mają pojęcia o jakie kleksy chodzi: odpowiednikiem może być walizka Newta z harrypotterowego filmu “Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”.

I Kryzys małżeński

Domyślam się, że część z Was, nawet jeśli stara się mnie nie oceniać, mimowolnie stwierdza, że opisywane powyżej problemy, to trochę głupota. Możliwe. Dla uspokojenia wyjaśniam. Okazało się, że to nie był największy problem związany z moją przeprowadzką. 

Wyjazd do Stanów poprzedziłam rytualnym pożegnaniem Europy. Składała się na nie być może ostatnia Wielkanoc w domu, koncert Kayah i Bregovica (bella ciao, ciao, ciao!), liczne spotkania z rodziną i przyjaciółmi, w tym proseccowo-tortowa libacja z moimi Belliżankami (koleżanki od tańca brzucha) i wyjazd z Rodzicami do geograficznego początku Europy – do Portugalii. Wyjazd swoją drogą niesamowicie udany. Sintra jest jednym z najpiękniejszych miejsc, w jakich byłam. Z Portugalii wracaliśmy 30 kwietnia. Do Nowego Jorku miałam lecieć 4 maja. Do tego czasu Książę miał nam znaleźć mieszkanie (do tej pory mieszkał u Teściowej), przebąkiwał nawet coś o urządzeniu, bo przecież nie mogę przyjechać do pustego mieszkania, bez łóżka, sofy i bogini jedna wie, czego jeszcze. Nie wiem czemu, ale pierwsze co mi przyszło do głowy w kontekście mojego męża urządzającego nasze mieszkanie to sofa w kwiatki. Mój ukochany nie kojarzy mi się ogólnie z sofami w kwiatki, ale zabrzmiało to jak kompletna katastrofa i te kwiatki, to był najgorszy możliwy scenariusz. Cierpliwie tłumaczyłam, że wystarczy nam materac. Wytłumaczyłam nawet koncept polskich “parapetówek”. Że naprawdę, najważniejsze, że będziemy razem, w naszym pierwszym wspólnym mieszkaniu, że mogę siedzieć i spać na podłodze, ale wolałabym sama to mieszkanie urządzać.

Ostatnie prosecco z moimi bellyżankami w Rosse Rosse

Okazało się jednak, że sofa w kwiatki to najmniejszy problem. Błądziliśmy akurat z Rodzicami po gigantycznym parku wokół Palácio Nacional da Pena, kiedy dostałam wiadomość. Mój mąż wymyślił, że on jednak mieszkania nie znajdzie, ponieważ to bardzo ciężka i czasochłonna praca, on nie ma kiedy szukać, jeździć i oglądać. W związku z czym, mam przyjechać, pomieszkamy trochę u Teściowej, ja w tym czasie mam poszukać, pojeździć z Teściową i pooglądać i przynajmniej nie będzie problemu, że mi się mieszkanie nie spodoba. Przy czym pragnę zaznaczyć, że ja nie jestem aż tak wybredna, jak mój rozpieszczony mąż. Jemu przeszkadzało na przykład, że w łazience prysznic nad wanną jest po środku, a nie w rogu. Serio…? Faktem jest, że kiedyś wspomniałam, że nie chciałabym mieszkać w starym budownictwie. Wynajmowaliśmy wtedy przez Airbnb mieszkanie na Ovington Avenue (blisko miejsca, gdzie teraz mieszkamy), blok był potężny, śmierdział mieszanką kuchni z całego świata – połączenie bigosu z curry zabiłoby każdego, był brudny, a rozkład mieszkań pozostawiał wiele do życzenia. Problem polegał na tym, że tylko w starym budownictwie można trafić na duże mieszkania. Nowoczesne budynki, których pełno na przykład w Williamsburgu, to eleganckie klitki. Co nie zmienia faktu, że lokalizacja prysznica jest mniej trudna do obejścia niż permanentny smród. 

Szlag mnie trafił kosmiczny, moi Rodzice po raz kolejny stali się świadkami wybuchu widowiskowej histerii. No bo jak to tak? Porzucam wszystko, jadę do miasta, którego nawet nie lubię, nie mam w nim żadnych znajomych, rodziny, pracy, nic! Jestem zestresowana, jak nigdy w życiu, a ten bydlak mi jeszcze robi coś takiego!? Mam jechać i mieszkać gdzieś tymczasowo?! Nawet nie mam mieć własnego kąta, w którym będę mogła w samotności kontemplować swój los? Do cholery jasnej! To nie tak, że nie lubię Teściowej i szwagierek. Bardzo je lubię! Ale mieszkać z nimi? Dzielić łazienkę? Ubierać się za każdym razem, kiedy chcę wyjść z pokoju? Poza tym, wszystkie moje rzeczy są losowo poupychane w walizkach. Nie mam pojęcia, w której na przykład mieszkają moje majtki! Czy on naprawdę nie może wczuć się w moją sytuację?! 

Studnia inicjacji

Nie odzywałam się do niego przez dwa, czy trzy dni, doprowadzając go tym do obłędu. W mojej głowie czułam się zdradzona, zawiódł mnie, kiedy najbardziej potrzebowałam jego wsparcia. On tymczasem, przekonany o własnych racjach, stwierdził, że jestem egoistką, która nie potrafi wczuć się w jego sytuację, nie rozumie, że ciężko mu połączyć wykańczającą pracę z bardzo absorbującymi poszukiwaniami naszego pierwszego małżeńskiego gniazdka. Nie potrafiliśmy się dogadać, a ja wiedziałam, że dopóki nie ochłonę, nie ma nawet sensu próbować. Przecież nie od dzisiaj wiedział, że mam przyjechać, przecież mógł zacząć poszukiwania wcześniej. Może jemu w ogóle nie zależy na tym, żebym przyjechała? Może po prostu powinnam to wszystko olać, nie przyjeżdżać, dopóki nie zadzwoni i nie powie, że czeka na mnie mieszkanie? Po jakimś czasie ochłonęłam ukojona pięknem Sintry. Może to zejście do studni inicjacji i przejście przez dantejskie piekło w podziemiach Quinta de Regaleira sprawiło, że nabrałam perspektywy? Ważne, że przekonałam się do rozmowy i zdecydowałam, że 4 maja wsiądę do samolotu. Książę obiecał, że zrobi wszystko, żeby do tej pory znaleźć mieszkanie i u jego Mamy będziemy mieszkać tydzień, góra dwa. 

Pasażerka klasy biznes

Postanowiłam, że tą jedną podróż odbędę w klasie biznes. Zwykle tego nie robię, bo szkoda mi pieniędzy, ale po pierwsze, ta podróż to był symboliczny początek nowego życia, chciałam, żeby była komfortowa. Po drugie, ważniejsze, klasa biznes, to większe limity bagażowe. Najkorzystniejszą ofertę ma o dziwo LOT, który w klasie biznes na lotach do USA oferuje trzy sztuki bagażu po 32kg. Niestety nie mogłam akurat kupić połączenia z Gdańska, a tłuczenie się z trzema gigantycznymi walizkami do Warszawy mijało się z celem. Dlatego zdecydowałam się na lot SASem i dokupiłam po prostu jedną sztukę bagażu. Tym samym, mogłam przewieźć kolejne 90+kg dobytku. 

Oczywiście klasa biznes łączy się też z innymi udogodnieniami, szybsza odprawa, przejście przez security bez kolejki, dostęp do loży, sympatyczna obsługa (proszę nie wstawać, ja to za panią wszystko zrobię!) szampan i naprawdę dobre jedzenie w samolocie, a co najważniejsze rozkładające się na płasko (przynajmniej w SASie) siedzenia i pościel w poszewce. W dodatku prawie żadnych sąsiadów, kilku biznesmenów na krzyż, a przede mną jakiś piłkarz. I ja. W dresach, bez makijażu, wyglądająca jak smarkula. Spało mi się przecudownie, po raz pierwszy żałowałam, że lot do Nowego Jorku nie trwa dłużej. Wylądowałam całkowicie wypoczęta, zrelaksowana i dobrze nakarmiona. I całe szczęście, bo na lotnisku czekały na mnie całkowicie nowe wyzwania, przy czym upchnięcie trzech trzydziesto- i jednej dziesięciokilogramowej walizki na wózek wydawało się najmniejszym zmartwieniem

Po raz pierwszy przekraczałam granicę Stanów Zjednoczonych jako imigrantka. 

Pierwsze chwile z życia imigrantki

Już wcześniej, kiedy opuszczałam w Kopenhadze strefę Schengen oficer zapytał mnie na jak długo jadę do Nowego Jorku. Odpowiedziałam, że jadę tam, żeby zostać. Wtedy chyba po raz pierwsze dotarło do mnie, że ja naprawdę wyjeżdżam na stałe. Nie na chwilę, nie na rok. Owszem, będę przyjeżdżać do Polski, ale mój dom będzie teraz gdzie indziej. To było bardzo dziwne uczucie. 

Teraz, na granicy amerykańskiej nikt nie miał mnie już pytać, po co tu jestem. A ja już nie odpowiem, że przyjechałam na zakupy. Przyjechałam tu, żeby spędzić życie z mężem. Samo przejście przez immigration poszło szybko, nikt nie chciał oglądać mojego zdjęcia rentgenowskiego, które pomna instrukcji trzymałam pod ręką. Niestety, od niedawna trochę się pozmieniało. Wcześniej dokumenty medyczne (w tym moje ulubione wyniki posiewu rzeżączki) były wysyłane do przyszłych imigrantów, którzy mieli przykazane, żeby bez otwierania koperty, przywieźć je do Stanów i przekazać na lotnisku oficerowi imigracyjnemu. Bardzo mnie to cieszyło, ponieważ zawsze pytają się, czy nikt nie poprosił o przewiezienie czegoś i czy sama się pakowałam.  A skąd mam wiedzieć, czy taka koperta z dokumentami medycznymi nie zawiera narkotyków, albo broni biologicznej? Skąd mam mieć pewność, że faktycznie przyszła z ambasady amerykańskiej, hę? Teraz dokumenty są przesyłane w wersji elektronicznej, bezpośrednio do systemu. 

W praktyce oznacza to, że po przejściu przez immigration, zostałam skierowana do obskurnego pomieszczenia pełnego bardzo podejrzanie wyglądających typów. Jakiś afrykański bogacz, który wpadał do Nowego Jorku co miesiąc (obstawiam króla somalijskich piratów, nie, jednak nie, po obejrzeniu „Laundromatu” jestem pewna, że po prostu zajmował się praniem brudnych pieniędzy, no bo po co pirat miałby przyjeżdżać co miesiąc do Nowego Jorku), groźnie wyglądający Meksykańczyk (może członek kartelu?), jakiś nie do końca współpracujący rosyjskojęzyczny mężczyzna (przecież to oczywiste, że nie członek Kostromy), wymęczona życiem peruwiańska rodzina (nie mam pojęcia, skończyły mi się krzywdzące, rasistowskie pomysły, ale jestem pewna, że pracujący tam oficerowie byli o wiele bardziej kreatywni) i ja (???). Miałam tam tylko poczekać, aż sprawdzą, czy nie mam tej rzeżączki, ale pobyt w tym miejscu do przyjemnych nie należał. Zwłaszcza, że panowały tam ewidentnie inne standardy, niż na „froncie”. Oficerowie nie dbając o czystość mundurów rzucali przekleństwami i wulgaryzmami, do “interesantów” zwracali się tak, jak klawisze więzienni do swoich podopiecznych. W dodatku nikt nie powiedział ile dokładnie to wszystko zajmie. Z rozmowy Peruwiańczyków wynikało, że czekali tam już kilka godzin. Zabrali paszport i kazali siedzieć i czekać. Siedziałam pokornie, starając się nie wyglądać na potencjalną podejrzaną. O jakiekolwiek przestępstwo, czy kryminalną przynależność. Na szczęście góra pół godziny później oddano mi paszport, zostałam wypuszczona z pokoju i oficjalnie wpuszczona na terytorium Stanów Zjednoczonych.

Wypożyczyłam wózeczek (na nowojorskich lotniskach wózki bagażowe są płatne), pieczołowicie upchnęłam nań ponad 100kg bagażu, a następnie starając się nie dopuścić, żeby konstrukcja runęła, ruszyłam ostrożnie w stronę wyjścia, zerkając po bokach walizek i upewniając się, że dobrze idę. Na szczęście nikt nie chciał prześwietlać, ani otwierać bagażu w poszukiwaniu nielegalnych dóbr, typu polska kiełbasa, czy sucha krakowska. Gdyby chcieli, poległabym bez wątpienia. Walizki zapinałam siłą woli wspartą ciężarem mojego latynoskiego tyłka – publicznie raczej  bym tej sztuki nie powtórzyła. Wytoczyłam się. Mąż czekał i poznał mnie od razu – nie po twarzy, po ilości bagażu kompletnie zasłaniającej pchający wózek element ludzki.

Powitanie

Teściowa i szwagierki były bardzo niepocieszone, kiedy Książę powiedział im, że nie mogą z nim jechać na lotnisko. Pakistańskim zwyczajem, kiedy ktoś przyjeżdża, lub wyjeżdża, na lotnisko jedzie cała rodzina. Należałam do całej rodziny, nie tylko do męża i cała rodzina ma do mnie równe prawa. Że młoda para ma niby prawo do chwili prywatności, ckliwych powitań i pożegnań? A niby po co?! Na szczęście dały się przekonać do tego, żeby zaczekać w domu. Swoją drogą po raz kolejny doceniłam to, że moja szwagierka zdecydowała się na zakup czołgu, w którym swobodnie zmieściły się wszystkie moje klamoty. W audi, które mój mąż sprzedał, kiedy zaczął pracować na Manhattanie, zmieściłyby się może dwie, ale mój kufer posażny (moja Mama mówi tak na gigantyczną walizkę, którą kupiłam kiedyś w Chile, a która okazała się wymarzona na przeprowadzkę) musiałby chyba jechać na dachu, albo być holowany na lince za samochodem. 

Powitalne kwiaty od rodziny mojego męża

Mama mojego ukochanego i jego dwie młodsze siostry przywitały mnie ogromnym bukietem kwiatów i pysznym obiadem. Od czasu naszego pierwszego spotkania Teściowa już niejednokrotnie zrehabilitowała się za pierwszy obiad i poczyniła ogromne postępy w przygotowywaniu dań wegetariańskich. Korzystając z okazji, muszę stwierdzić, że robi najpyszniejszy palak paneer (szpinak z serem) na świecie, bijąc na głowę ten serwowany w restauracjach. Wbrew moim początkowym obawom, te pierwsze dni spędzone pod dachem Teściowej wspominam bardzo dobrze, wszyscy dołożyli wszelkich starań, żebym czuła się komfortowo, a ja nie musiałam od pierwszego dnia martwić się prowadzeniem domu.

Krótko po moim przyjeździe rozpoczął się Ramadan – muzułmański post poprzedzający święto Eid. Dziewczyny, same poszcząc od świtu do zmnierzchu dbały o to, żebym jadła w regularnych porach posiłki i dotrzymywały mi towarzystwa, żebym nie musiała jeść sama, kiedy mój mąż był w pracy. Kiedy któregoś dnia oświadczyłam, że mam ochotę przejść się na spacer do oddalonych o niewiele ponad 2 mile sklepów meblowych, najpierw domowy komitet stwierdził, że absolutnie nie ma mowy, przecież to za daleko, mam wziąć taksówkę, albo jeszcze lepiej, zawiozą mnie i odbiorą. Kiedy udało mi się wytłumaczyć, że tak naprawdę najbardziej zależy mi właśnie na spacerze, Teściowa kazała mi zapakować ze sobą wodę i “chociaż banana”, żebym nie padła po drodze z głodu. Przypominam, że sama pościła aż do wieczora. Czułam się zadbana, zaopiekowana i być może, przyparta do muru, cichutko przyznałabym, że ten pomysł z zamieszkaniem u Teściowej na samym początku nie był najgorszy. Znalazłam nawet majtki w jednej z toreb. Szczyt szczęścia.

Nasze pierwsze mieszkanie

Moje magiczne drzewo

Parę dni później Książę zabrał mnie na przejażdżkę. Pokazał mi z zewnątrz mieszkania, które oglądał i to, na które się zdecydował. Od razu wiedziałam, że będzie dobrze. Stare, ale bardzo dobrze utrzymane budownictwo, budynek otwierający się na piękny, kwitnący dziedziniec z ogromnym, wyższym od samego budynku drzewem w środku. Blisko the Narrows, w dzielnicy willowej, cicho, spokojnie, a do tego zaledwie przecznicę od jednej z najbardziej znanych restauracyjno-barowych ulic Brooklynu. Dobrze wyposażony supermarket za rogiem, do metra (w dodatku tego, które dojeżdża do pracy Księcia) 8 minut spacerem. Wymarzona lokalizacja. Nie mogliśmy wejść do środka, ale wiedziałam, że w mieszkaniu znajdą się trzy wbudowane szafy, całkowicie nowa, w pełni wyposażona kuchnia i łazienka. I pralnia w budynku, wystarczy zjechać windą, nie trzeba wychodzić. 

Bo widzicie, pralka, która od mniej więcej lat 70tych stanowi część wyposażenia prawie każdego amerykańskiego domostwa, w Nowym Jorku jest postrzegana jako luksusowa ekstrawagancja. I o ile do niedawna nowojorczycy akceptowali ten stan rzeczy, podobnie jak szereg innych niedogodności związanych z życiem w Mieście, jako cenę, którą trzeba zapłacić za prawo do nazywania się nowojorczykiem, pandemia wiele rzeczy zmieniła. Dużo osób zrozumiało, że konieczność ryzykowania życia za każdym razem, kiedy kończą się czyste skarpetki, jest absurdalna. I tak oto jakieś dwa miesiące od momentu, kiedy korona zawładnęła miastem, amerykańskie media zaczęły donosić, że pralnie stały się kroplą przelewającą kielich goryczy i bezpośrednim powodem, dla którego wielu mieszkańców postanowiło zakończyć romans z Miastem na rzecz stabilizacji w miejscu, w którym można trzymać w mieszkaniach pralki. Koniec dygresji.

10 maja podpisaliśmy umowę i odebraliśmy klucze. Podczas gdy mój mąż był w pracy, wraz z Teściową i najmłodszą szwagierką pakowałyśmy jego rzeczy i meble i stopniowo przewoziłyśmy je do mieszkania, które w środku okazało się piękne. Przestronne, białe, z drewnianymi parkietami, orientalnym portalem i gustownymi, prostym sztukateriami na ścianach. Kupiliśmy już ogromny materac i wreszcie mogliśmy się wprowadzić. Rozpoczęliśmy poszukiwania białej sofy (dowiedziałam się wtedy, że biel jest kolorem europejskim i w Stanach białe sofy to rzadkość), zamówiliśmy łóżko. Książę zaczął od zamontowania telewizora (w domu Rodziców nie mieliśmy telewizora, niestety mój luby nie wyobraża sobie bez niego życia) i spełnienia swojego szczeniackiego marzenia o turbo wypasionym zestawie stereo. Nie mieliśmy jeszcze na czym siedzieć, za stół służył nam karton, ale kino domowe było. Faceci…

Powoli zaczynałam tu mieszkać i czuć się jak w domu. A co najważniejsze, lubiliśmy spędzać tu razem czas. Odkryliśmy, że kiedy wyjdziemy na dach, mamy widok na most Verrazzano, na Staten Island, Statuę Wolności i Manhattan. Tak naprawdę jedynym dużym minusem naszego mieszkania jest to, że nie możemy mieć w nim zwierząt. W przyszłym roku pewnie będziemy się przeprowadzać, mam nadzieję, że trafimy równie fajnie. Mogę już oficjalnie powiedzieć: mąż dobrze wybrał!

Tak właśnie zaczęła się moja nowojorska przygoda i prawdziwe, dorosłe życie. O wielu jego aspektach będziecie mieli okazję przeczytać na blogu. A tymczasem, traktując powyższy post jako bardzo naciąganą wymówkę (później może się żadna nie trafić, więc niech będzie chociaż naciągana), chciałabym Was zabrać w bardzo krótką podróż do Portugalii, w której żegnałam się z moim europejskim życiem. 

Um sonho portugues

O Portugalii marzyłam od dawna, zanim jeszcze zaczęłam się z konieczności zawodowej uczyć portugalskiego. Z jakiegoś względu Księcia tam jednak nigdy nie ciągnęło, w przeciwieństwie do moich Rodziców. Mieliśmy jechać tam razem rok wcześniej, ale na dzień przed wyjazdem Mama niefortunnie upadła i naciągnęła sobie nogę tak boleśnie, że musieliśmy zrezygnować. Obie jesteśmy uparte, dlatego postanowiłyśmy, że co by się nie działo, przed moim wyjazdem za ocean Portugalię odwiedzimy. Pierwszy plan zakładał kilka dni w Lizbonie, a potem relaks w Algarve, za drugim podejściem zmodyfikowaliśmy rozpiskę i zamiast opalania się na wybrzeżu, postanowiliśmy zwiedzić słynne Miasto Ogrodów – Sintrę. I jak już delikatnie zasugerowałam w pierwszej części posta, była to bardzo dobra decyzja. Na pierwszy ogień poszła jednak portugalska stolica.

Lisboa
Alfama - najpiękniejsza dzielnica Lizbony
Alfama, Lizbona

Kiedy marzy się o jakimś mieście przez długi, długi czas, bardzo rzadko rzeczywistości udaje się sprostać naszym oczekiwaniom. Tak było również w przypadku Lizbony. Zgrzeszyłabym mówiąc, że miasto nie jest urokliwe, ale jednak trochę mnie zawiodło. 

Zatrzymaliśmy się w Bairro Alto, które stanowiło świetne centrum wypadowe do pieszych wędrówek po głównych atrakcjach miasta. Zwiedzaliśmy bez specjalnego planu gubiąc się w wąskich krętych uliczkach Bairro Alto i Alfamy, czasami nawet próbując dojść do jakiegoś sprecyzowanego celu, na przykład do górującego nad Lizboną zamku São Jorge. 

Walcząc z ulewą i koszmarnie oznaczoną komunikacją miejską udało nam się dotrzeć do Belém, a wracając zahaczyliśmy o jedzeniowy market w Campo de Ourique, który okazał się niemal całkowicie wymarły. Jego bardziej znany odpowiednik, uznany za jeden z najlepszych marketów jedzeniowych na świecie, Mercado da Ribeira był dla kontrastu tak zatłoczony, że nie było mowy o zjedzeniu tam czegokolwiek. 

Zachwycały nas kolorowe murale, kwiaty, malutkie domostwa przycupnięte na wzgórzach Alfamy i pewne zagubienie w czasie. 

Zasmucił nas brak fajnych, klimatycznych knajpek, jakich pełno w hiszpańskich miastach. W Madrycie uwielbiamy z Mamą śniadania na mieście, świeżo wyciskany sok, kawę z mlekiem (jedyne miejsce, gdzie pijam kawę z mlekiem), herbatę w blaszanych czajniczkach, tosty z pomidorem i oliwą i towarzystwo lokalnych emerytów, którzy takim śniadaniem zaczynają codzienne życie towarzyskie. W Lizbonie nie znaleźliśmy nawet jednego takiego miejsca. Bardzo zawiodło nas również fado – mieliśmy nadzieję, na “autentyczne” doświadczenie, a nie spektakl dla turystów. Niestety, jak dowiedziałam się od zaprzyjaźnionego Portugalczyka, takich miejsc w Lizbonie już nie ma. Tiago polecił nam Café Luso lub a Severę, zdecydowaliśmy się na tą pierwszą opcję. Nie było źle. Po prostu nie tego oczekiwałam. 

Lizbonę opuszczaliśmy zadowoleni, ale w żadnym wypadku nie zachwyceni. Raczej nie odczuwam potrzeby powrotu. Co innego Sintra…

Sintra to baśń

Zakochany w Mieście Ogrodów Hans Ch. Andersen powiedział, że każdy obcokrajowiec znajdzie w Sintrze coś, co przypomina mu dom. Nie pomylił się, aczkolwiek Sintra nie przypominała mi Polski. Przypominała mi fantazję, która od dzieciństwa mieszka w mojej głowie. W Sintrze znalazłam eksplozję zieloności i natury, znalazłam fantastyczne zamki, przepiękną architekturę i zaczarowane miejsca, pełne magii i tajemnic. 

Ale po kolei. Do Sintry z Lizbony można dostać się pociągiem. My jednak zdecydowaliśmy się na Ubera – nie wychodziło to wcale drożej, a przynajmniej nie musieliśmy walczyć z bagażami. Krótko po zakwaterowaniu się w pięknym, historycznym hotelu, ruszyliśmy zwiedzać. Chciałam zobaczyć WSZYSTKO. 

W pierwszej kolejności udaliśmy się do Palácio Nacional da Pena, który wydawał się położony całkiem blisko miejsca, w którym się zatrzymaliśmy. Niestety, blisko, ale bardzo pod górę. Rodzice byli bliscy dokonania mordu na swoim jedynym dziecku, ale udało nam się doczołgać. Na zwiedzanie tego miejsca warto przeznaczyć kilka godzin – o ile sam pałac nie jest specjalnie zajmujący, to otaczający go park jest ogromny, pełen ciekawych zakątków i zakamarków. Trzeba pilnować, żeby wyjść z niego o czasie, ponieważ teren jest zamykany i ciężko się później wydostać (niestety, przekonaliśmy się o tym na własnej skórze). I tutaj drobna rada: jeśli nie chcecie wracać do centrum pieszo, o dziwo najkorzystniejszą finansowo opcją znowu jest Uber. 

Przy okazji przemiły kierowca zapytany o rekomendacje, powiedział nam, gdzie w Sintrze można dobrze zjeść. Przetestowaliśmy obydwie opcje i śmiało mogę przekazać rekomendacje dalej: Dom Pipas (lepsza, przepyszne jedzenie i fenomenalna obsługa) i Metamorphosis (również bardzo dobra, trochę tańsza), obydwie przy ulicy João de Deus. 

Następnego dnia odwiedziliśmy Palácio Nacional de Sintra – jeśli jesteście w Sintrze krótko, myślę, że można z powodzeniem odpuścić sobie zwiedzanie wnętrza pałacu, chyba, że bardzo lubicie pałacowe wnętrza i freski na sufitach. Warto za to pokręcić się po sąsiadujących z pałacem malutkich uliczkach, są bardzo urokliwe. Później tego dnia udaliśmy się do mojej upragnionej, wyczekanej Quinta de Regaleira. Zadam Wam retoryczne pytanie. Zastanawialiście się kiedyś, jakby to było, gdyby Gargamel i Dracula mieli dziecko, które zostało architektem i dostało kontakt u bogatego, trochę szalonego członka loży masońskiej? Pewnie nie. Na szczęście nie musicie, wystarczy, że odwiedzicie kiedyś Quintę de Regaleira. To miejsce jest fantastyczne! Jak totalnie psychodeliczny plac zabaw dla dorosłych wielbicieli gotyku. Czułam się tam jak w raju, wspinając się na bezsensowne wieżyczki i chodząc po labiryntach. Właśnie tam weszłam do studni inicjacyjnej i przeszłam przez piekło. Już Wam opowiadam, jak to było, ale jeśli ktoś z Was się tam wybiera, nie czytajcie następnego akapitu – nie chcę Wam zepsuć niespodzianki!

[SPOILER ALERT]

Odkąd dowiedziałam się, że jedziemy do Sintry, wiedziałam, że muszę wejść do tej pięknej, fotogenicznej studni. Dlatego klucząc po labiryntach Quinty, starałam się w pierwszej kolejności odnaleźć właśnie studnię. Stopnie były wilgotne, nie było poręczy, więc zdecydowaliśmy, że Mama, która ma problemy z kolanem, zostanie z Tatą a górze, a ja zlezę sobie na dół, zmienię perspektywę i wrócę. Zlazłam tylko trochę walcząc o życie na wilgotnych kamieniach, spojrzałam na świat z perspektywy dna i stwierdziłam, że mogę wracać. Okazało się jednak, że są na świecie takie schody, które prowadzą tylko w dół. Do góry już się nimi nie wchodzi. Z boku studni majaczyło wejście do piekielnych podziemnych korytarzy, w które miałam się zanurzyć. Ahoj przygodo, czemu nie. Niestety, nie miałam jak dać znać Rodzicom, że nie wypełznę tamtędy, którędy wpełzłam, bo, taka ciekawostka, na dnie studni komórki tracą zasięg. Przeszłam przez gąszcz podziemnych korytarzy, mający symbolizować dantejskie piekło, wynurzyłam się w jakiejś lepiej oświetlonej pieczarze, a następnie pokonałam uroczą, miniaturową rzeczkę skacząc jak ta żaba, z kamienia na kamień. Okazało się, że od wejścia do studni dzieli mnie dosyć długi spacer. Zadzwoniłam do Rodziców. Zaczynali właśnie panikować, bo Tata zwrócił Mamie uwagę na to, że wszyscy schodzą, ale przecież jeszcze NIKT NIE WYSZEDŁ. Roześmiałam się radośnie, kazałam im się nie ruszać i ganiając po basztach i murach w rekordowym tempie pokonałam labirynt. Przednia zabawa! Dodatkową korzyścią było to, że Mama mogła wejść do studni od dołu, nie musząc pokonywać śliskich schodów.

[JUŻ MOŻNA CZYTAĆ DALEJ]

Oprócz studni inicjacyjnej w parku znajdują się jeszcze inne atrakcje, inne podziemne labirynty, jeziorka i groty. Mimo małej (szczególnie w porównaniu z parkiem wokół pałacu Peny) powierzchni, w Quincie można spokojnie spędzić kilka godzin. Jeśli marzycie o instagramowym zdjęciu w studni, proponuję zjawić się tam równo o godzinie otwarcia i pędzić prosto do studni. Inaczej się nie uda. 

Pałac w stylu neomauretańskim, 
Monserrate, Sintra
Monserrate, Sintra

Na ostatni dzień pobytu, wśród wielu interesujących atrakcji wybraliśmy jedną z mniej popularnych, bo położonych nieco dalej – Monserrate. Kiedy później wymienialiśmy się wrażeniami z podróży, byliśmy zgodni, że to właśnie tam podobało nam się najbardziej (serwowali tam również najlepszą herbatę, co dla mnie i dla mojej Mamy jest kluczowe). Pałac, a właściwie willa, zbudowana w stylu neomauretańskim jest zdecydowanie najpiękniejszą architektonicznie budowlą w Sintrze. To prawdziwa perełka, do tego otoczona równie pięknym parkiem, w którym znajdziecie nawet wodospady i oszukane ruiny. Dlaczego oszukane? Bo zbudowane jako ruina, żeby nadać miejscu klimat – z powodzeniem! Oprócz tego ogród kaktusów, ogród japoński, różany… Gdybym mogła, zamieszkałabym tam! Było to najpiękniejsze pożegnanie z Europą, jakie mogłam sobie wyobrazić. Bella ciao! 

Mimo że spędziliśmy w Sintrze więcej czasu, niż rekomendują to przewodniki, odczuwam ogromny niedosyt. Jest to miejsce, do którego chciałabym wracać, wiele razy zanurzając się w tę zieloną baśń. Mam nadzieję, że kiedyś się uda, a Wam z całego serca polecam choćby krótką wizytę w tym cudownym miejscu!

Wygląda na to, że znowu się rozpisałam, dajcie znać, czy dobrze Wam się czyta tak długie posty, czy jednak powinnam się trochę pohamować! I w ogóle piszcie do mnie, uwielbiam czytać i odpowiadać na Wasze komentarze – czasami udaje mi się przemycić w nich kolejne historie! 

Czekam na Was na blogu za tydzień, a tymczasem do zobaczenia na Facebooku i Instagramie (mam Wam do pokazania mnóstwo zdjęć z Portugalii!)!