Pamiętacie w jakich okolicznościach moja Teściowa wyraziła zgodę na przyjęcie mnie na łono rodziny? Wspominałam o nich w poście o moich idealnych (żart) zaręczynach. Dla przypomnienia: poinformowała swojego syna, że nadszedł już czas, żeby syn się ogarnął i pojął jakąś niewiastę za żonę i ona mu zaczyna właśnie tej jakiejś niewiasty szukać. Książę się tym planom sprzeciwił i jasno wyraził chęć poślubienia barbarzyńskiej Polki. Ciąg dalszy znacie, a dzisiaj skupimy się na tym, skąd Teściowa wzięła w ogóle taki pomysł.

Małżeństwa aranżowane w Pakistanie

Może już się domyślacie, że instytucja małżeństw aranżowanych w Pakistanie ma się całkiem dobrze. Oczywiście nie oznacza to, że nie trafiają się w tym kraju małżeństwa zawierane z miłości, jak najbardziej takie też można spotkać. Wśród młodego pokolenia coraz więcej i o nich (przynajmniej częściowo) też będę w przyszłości pisać.

Należałoby jednak zastanowić się, co każdemu z nas przychodzi do głowy na hasło “małżeństwa aranżowane”, a tym bardziej “małżeństwa aranżowane, Pakistan”. Obawiam się, że w najlepszym wypadku jest to wizja pięknej panny młodej roniącej łzy rozpaczy pod czerwonym welonem, bo oto właśnie po raz pierwszy, minuty przed wstąpieniem w związek małżeński zobaczyła swojego zaraz-męża, który ma brzydkie wąsy, albo wrednie mu z oczu patrzy, poza tym obcy taki i zabierze od mamusi i od tatusia. Jest też oczywiście nieśmiertelna scena z “Żony dla zuchwałych”, kiedy to panna młoda zostaje “odbita” przez swojego prawdziwego ukochanego i ocalona przed poślubieniem mężczyzny, którego nie darzy uczuciem – w rezultacie prawie wszystkie mieszkanki subkontynentu marzyły wtedy o byciu uprowadzonymi sprzed (umownego) ołtarza. 

Z kolei najgorszy scenariusz, który mógł Wam przyjść do głowy, to obraz 12-letniej dziewczynki oddawanej siłą trzykrotnie (przynajmniej!) starszemu brodaczowi, który śmierdzi kozą i w ręku dzierży kałacha. I o ile ten drugi scenariusz ku rozpaczy wielu ludzi i potępieniu znacznej części społeczeństwa niestety bywa prawdziwy, szczególnie w mniej rozwiniętych rejonach (nie tylko Pakistanu), to ten pierwszy, semi-bollywoodzki można już powoli odłożyć do lamusa. Oczywiście, nie jest to jedynie wymysł tamtejszych scenarzystów, w przeszłości rzeczywiście tak to mogło wyglądać (czasami to pan młody ronił łzy na widok niespełniającej oczekiwań przyszłej małżonki), jednak rzeczywistość wygląda trochę inaczej.

Nowoczesne swatanie

Apropos nowoczesności – o tym gdzie zostało zrobione to zdjęcie dowiecie się dopiero z drugiej części wpisu.

Jak wiecie, moja najstarsza szwagierka, Kiran jest mężatką dłużej niż ja. I było to małżeństwo aranżowane. Co to oznacza w praktyce? 

Kiedy Teściowa wraz z najstarszą córką zgodnie doszły do wniosku, że warto by zacząć się rozglądać za mężem dla Kiran, rozpoczęty został proces wyboru kandydatów. To znaczy, że Kiran nie robiła absolutnie nic, a jej mama w pocie czoła rozsiewała wici, wypytywała o dostępne opcje, prześwietlała wyniki, dowiadywała się wszystkiego o rodzinie potencjalnego zięcia, zasięgała opinii, ogólnie wykonywała bardzo, ale to bardzo dogłębny research rynku. Kiedy trafiła na kandydata spełniającego jej kryteria, zaaranżowała spotkanie.

I teraz uwaga: bywa tak, że spotkanie odbywa się w uszczuplonym gronie, bez przyszłego pana młodego, kiedy to jego rodzice przyjeżdżają obejrzeć sobie potencjalną synową, jak kobyłę na targu i dopiero kiedy ta (synowa, nie kobyła) pomyślnie przejdzie oględziny, następuje spotkanie młodych. Rodzina mojego męża nie zgodziłaby się na takie traktowanie jednej z córek, dlatego młodzi spotkali się od razu, w towarzystwie obydwu rodzin, bez uprzednich sprawdzianów. Teściowa zakładała, że to będzie jedno z wielu spotkań, że Kiran nie zaakceptuje pierwszego kandydata (tak! Jak najbardziej miała prawo go nie zaakceptować), ale okazało się, że młodzi natychmiast przypadli sobie do gustu. I nic dziwnego – są tak idealnie dobraną parą, że aż trudno uwierzyć! Nie wyobrażam sobie, żeby mogli być z kimkolwiek innym. W każdym razie, po pierwszym spotkaniu następowały kolejne, również takie bardziej przypominające randki i koniec końców to Kiran nalegała na jak najszybszy ślub, podczas gdy Teściowa wolała jeszcze trochę poczekać. 

Najmłodsza z moich “sióstr”, Fahra wprost nie może się doczekać zamążpójścia i oczywiście oczekuje, że sama nie będzie musiała w tej sprawie kiwnąć palcem – to Teściowa ma się postarać i znaleźć jej kogoś fajnego. Zaproponowałam, że ja się tym z chęcią zajmę, Fahra radośnie podziękowała, po czym po 2 sekundach uświadomiła sobie potencjalne implikacje i z przerażeniem krzyknęła, że nie! Każdy tylko nie ja! Zapytałam, czy wątpi w to, że koniec końców znalazłabym dla niej najwspanialszego możliwego kandydata. Nie wątpiła, wiedziała za to, że po drodze wykorzystam każdą okazję, żeby się nad nią trochę poznęcać. Oczywiście, przecież od tego są starsze siostry, prawda? Mam również zakaz odzywania się podczas pierwszego spotkania z jej przyszłymi-potencjalnymi teściami i mężem. Boi się, że mimochodem wspomnę o tym, jak próbowała mnie zabić zbyt ostrą sałatką, albo jak spaliła mikrofalówkę, próbując w niej upiec brownies z awokado. Niepotrzebnie – uważam, że to urocze. W każdym razie nie będzie mi dane wyręczyć mojej Teściowej. 

Tak naprawdę Teściowa i jej sieć swatek-informatorek działa trochę jak Tinder, tylko jeszcze bardziej ułatwia sprawę. Z góry wiadomo, że chodzi o ślub, nikt nie zakwestionuje rygorystycznych wymagań, ani nie pokaże fejkowego zdjęcia. A dziewczynom pozostaje się zgodzić lub nie. Bez specjalnej presji. Zastanówcie się drodzy Czytelnicy – czy to nie brzmi dobrze? Nie zastanawiać się, gdzie w zaawansowanym wieku dwudziestu paru lat można jeszcze znaleźć dostępnego partnera, który w dodatku spełni nasze wymagania, nie być traktowanym z wyższością przez rówieśników, którym “się udało”. Ot, usiąść sobie i czekać, aż biedna matka wywiąże się z jednego z najtrudniejszych matczynych obowiązków.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie zawsze wygląda to tak różowo, niemniej jednak w rodzinie mojego męża większość aranżowanych małżeństw ma się bardzo dobrze.

Dwa rodzaje małżeństw aranżowanych

Kiedy nad tym rozmyślam, przychodzi mi do głowy, że małżeństwa aranżowane można w bardzo dużym uogólnieniu podzielić na dwa rodzaje: te zawierane dla korzyści rodziców i te zawierane ze względu na dobro przyszłych małżonków. Pierwszy typ obejmuje wspomniane wcześniej tragiczne scenariusze z wydawaniem za mąż małych dziewczynek, ale też małżeństwa, których celem jest na przykład umocnienie rodzinnych interesów, spłata osobistego długu i tym podobne. W takim wypadku kompatybilność przyszłych współmałżonków rzadko jest brana pod uwagę i w rezultacie często dochodzi do poświęcenia osobistego szczęścia osób na wydaniu celem osiągnięcia materialnych (i nie tylko) korzyści. Nie brzmi dobrze i dobre nie jest.

Jednak kiedy rodzice faktycznie mają na względzie tylko i wyłącznie szczęście swojego dziecka, starają się znaleźć kogoś, z kim będzie ono szczęśliwe. Zwykle takie małżeństwa zawierane są pomiędzy przedstawicielami tej samej grupy społecznej, więc zainteresowane osoby są wychowywane w podobny sposób, są podobnie wykształcone, często mają wspólnych znajomych, wspomnienia i doświadczenia – dzięki temu już na początku coś je łączy. Do tego obydwie rodziny poznają się i akceptują nawzajem, więc automatycznie odpada problem konfliktów na tle rodzinnym. 

A co z fajerwerkami?

No tak. Pasja, pioruny sycylijskie, dzika namiętność i cały ten pakiet buzujących hormonów. Przede wszystkim nie możemy wykluczyć, że piorun uderzy podczas pierwszego spotkania – bo czemu by nie? Że musi uderzać w konkretnych okolicznościach i najlepiej wtedy, kiedy uderzyć nie ma prawa, bo zakazany owoc smakuje najlepiej? Bzdura. Uderzyć może w okolicznościach dowolnych, wszak to piorun, nie będzie się przejmował ludzką opinią! Poza tym, obstawałabym, że okoliczności są jednak wybitnie sprzyjające, bo mówimy zwykle o dwójce ludzi, w wieku 20-30 lat, a więc w wieku, w którym hormony buzują dość intensywnie. Dodatkowo w bardzo wielu przypadkach, te hormony nie miały jeszcze żadnego ujścia – w Pakistanie naprawdę bardzo dużo osób, a kobiet w szczególności, zachowuje tradycyjnie rozumianą czystość aż do ślubu. Mówiąc wprost, jeśli zestawimy ze sobą dwie osoby, które nigdy jeszcze nie uprawiały seksu, a są w wieku, w którym naprawdę już od dłuższego czasu mają na to ogromną ochotę, prawdopodobieństwo tego, że zaiskrzy (albo wręcz wybuchnie) jest szalenie wysokie. Co więcej, kiedy te fajerwerki już opadną, cały czas pozostanie to starannie dobrane dopasowanie, więc w przeciwieństwie do par, które swoją relację opierają tylko i wyłącznie na nagłym porywie namiętności, związek ma szansę przetrwać nawet po upływie pierwszej fazy zauroczenia.

Domyślacie się już, gdzie dzisiaj pojedziemy?

Syndrom syreny. Względnie sztokholmski.

Kolega z pracy opowiadał kiedyś o syndromie syreny, o którym usłyszał w jakimś niezbyt ambitnym serialu, niestety już nie pamiętam jakim. Syndrom ten miałby polegać na tym, że jeśli spędzamy z kimś dostatecznie dużo czasu, prędzej czy później zaczniemy żywić do tej osoby uczucia. Miało to tłumaczyć korpo-romanse między niezbyt atrakcyjnymi ludźmi, którzy po latach wspólnej pracy nagle nie mogą się powstrzymać przed dzikim seksem w toalecie dla niepełnosprawnych. Coś w stylu “jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”. Z moich obserwacji wynika, że takie zjawisko rzeczywiście ma miejsce, co z kolei oznacza, że nawet jeśli zawiodą buzujące, podkręcane przez celibat hormony, to prędzej czy później w aranżowanych małżeństwach ma szansę pojawić się nie tylko miłość (jaką przecież z czasem zaczynamy odczuwać do przyjaciół, mimo że nie mamy ochoty z nimi fajerwerkować), ale również prawdziwa namiętność. 

Niestabilny argument rozwodowy

Na korzyść małżeństw aranżowanych mógłby świadczyć niski odsetek rozwodów, które jak być może pamiętacie, są w islamie dozwolone. De facto, więcej rozwiedzionych par spotkamy w społeczeństwach tradycyjnie katolickich, mimo że religia chrześcijańska nie dopuszcza rozwodów. Niestety jest to wybitnie słaby argument, ponieważ jak to często bywa, co innego mówi religia, a co innego społeczeństwo. W rzeczywistości w Pakistanie kobieta po rozwodzie nadal spotyka się z ostracyzmem społecznym. Jeśli na domiar złego ma dzieci, nie dość, że jej szansa na ponowne zamążpójście (i to bez względu na status społeczny) bardzo spadnie, to jeszcze w przyszłości jej dzieci będą traktowane gorzej i same będą miały problem ze znalezieniem partnera. Oczywiście dotyczy to głównie dziewczynek. 

Na wschód od Pakistanu

Chciałabym wspomnieć jeszcze o innych krajach, w których funkcjonuje instytucja małżeństwa aranżowanego. Wbrew pozorom nie będą to Indie, ponieważ musiałabym wtedy poruszyć tak wiele różnych aspektów, w tym ideę społeczeństwa kastowego, posag, zabijanie dziewczynek przez rodziców, którzy nie chcą w przyszłości martwić się posagiem, poniżanie i bicie synowych, których posag jest niesatysfakcjonujący i całe mnóstwo innych rzeczy (z czego wiele łączy się właśnie z posągiem), o których mam znikome pojęcie, a poza tym są to zagadnienia wybitnie depresyjne, a mój blog miał Wam wszak dostarczać rozrywki. 

Dlatego nie będzie o Indiach. Będzie o innym kraju azjatyckim. Małżeństwa aranżowane są też bardzo popularne w Japonii, gdzie idea związku romantycznego została wyczerpana w mangach i nie ma na nią miejsca w prawdziwym życiu, a także… w Chinach.

I to właśnie o Chinach będę Wam chciała dzisiaj opowiedzieć, a potem postaram się Was zabrać na krótką wycieczkę do Państwa Środka.

Targi matrymonialne

Jeśli oglądacie chińskie seriale na Netflixie, idea aranżowanych małżeństw między potomkami chińskich elit finansowych powinna Wam być już znana. Jak to jednak wygląda na niższym szczeblu? Dowiedziałam się o tym przypadkiem podczas wizyty w Szanghaju. 

Wyobraźcie sobie, że w tym jednym z najnowocześniejszych chińskich miast znajduje się Park Ludzi, który w każdy weekend wypełnia się tłumami zdesperowanych rodziców dzieci w wieku “poborowym”, którzy całą przestrzeń parku anektują do wyeksponowania CV swoich pociech. Dokumenty zawierające, obok informacji o wykształceniu i zatrudnieniu, tak istotne informacje jak wzrost i chiński znak zodiaku, wiszą na ścianach małego tunelu, na drzewach, na sznurkach rozciągniętych między drzewami, przyczepione niczym pranie klamerkami, są przyczepiane do kolorowych parasolek. Leżą też na ziemi u stóp kucających, lub siedzących rodziców. Tak wygląda odbywający się w każdy weekend od 12 do 17,  Szanghajski Rynek Ślubny, nie mający nic wspólnego z targami ślubnymi odbywającymi się w Polsce. Tu nie wybiera się sukni ślubnej ani DJ’a. Tutaj wybiera się żony, mężów i… teściów. Oczywiście główni zainteresowani nie biorą w tym udziału, jest to obowiązek rodziców. Mój Tatuś, w przypływie poczucia rodzicielskiej odpowiedzialności, również bardzo chciał mnie “powiesić”, ale wyjaśniłam, że 174cm wzrostu na “kobiecym CV” automatycznie mnie dyskwalifikuje. A zataić nie można, bo będzie podejrzane. Zresztą, miałam wtedy 26 lat i jeśli Chiny są choć trochę podobne pod tym względem do Japonii, oznaczało to, że byłam już przeterminowanym ciasteczkiem.

Kurisumasu keeki クリスマスケーキ

O co chodzi? W Japonii jeszcze do niedawna (podobno trochę się już pozmieniało) na kobiety, które przekroczyły 24 rok życia i pozostawały niezamężne, mówiono kurisumasu keeki – ciasto świąteczne. Chodziło o nawiązanie do specjalnych ciast z truskawkami, którymi Japończycy tradycyjnie obdarowują się w Wigilię Bożego Narodzenia. Ciastka nie są specjalnie smaczne, wszak to nie sezon na truskawki, ale do 24 grudnia budzą pożądanie – wszyscy chcą je kupić. Sytuacja zmienia się już następnego dnia, kiedy niesprzedane ciasta już nikogo nie skuszą, nawet przy obniżonej cenie. Podobnie było młodymi kobietami, które wraz z przekroczeniem 25 roku życia niemal całkowicie traciły jakiekolwiek szanse na zamążpójście. Moja Mama twierdzi, że jest mojemu mężowi bardzo wdzięczna za to, że się zlitował i przygarnął takie przeterminowane ciasteczko (w końcu ledwo wyrobiłam się ze ślubem przed trzydziestką!). I słusznie! Może gdyby wykazała odrobinę zaangażowania i sama znalazła mi męża, widmo mojego staropanieństwa nie nawiedzałoby nas wszystkich po nocach!

A teraz zupełnie poważnie – nie wyobrażam sobie, żeby to rodzice wybierali dla mnie męża. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie też poszukiwania drugiej połowy na portalu typu tinder. Dlaczego? Ponieważ nie chciałabym zaczynać relacji od wyłożenia wszystkich kart na stół. Jest dla mnie coś niezwykle urokliwego w tych pierwszych, nieśmiałych zalotach, którym towarzyszy niepewność – czy dobrze odczytaliśmy sygnały drugiej osoby, czy tylko coś sobie wyobrażamy? Kocha, nie kocha? Zresztą, nazwijcie mnie zacofaną idiotką, ale ja naprawdę uważam, że facet powinien się na początku trochę postarać. Nie chciałabym nigdy, żeby mój mąż uznał mnie za pewnik, bez względu na etap związku. A wchodząc w małżeństwo aranżowane, czy poznając kogoś przez aplikację randkową, od razu pokazujemy swoje intencje. I połowę frajdy szlag trafia.

Można też użyć argumentu o przeznaczeniu, że to los ma postawić na naszej drodze tego jedynego, właściwego. Ale to akurat świadczy na korzyść małżeństw aranżowanych, bo czemu niby los nie miałby skorzystać z pakistańskich swatek? Będziemy mu (temu onemu losowi) mówić, jak ma wykonywać swoją pracę? Nie sądzę. W każdym razie, dążę do tego, że kiedyś uznawałam małżeństwa aranżowane za zaprzeczenie miłości. Jednak odkąd zbliżyłam się nieco do kultury, w której takie małżeństwa są nadal zawierane, muszę przyznać, że zmieniłam nastawienie. I jakkolwiek mój charakter i oczekiwania wobec związku wykluczyłyby podobny scenariusz (prawdopodobnie nawet wtedy, jeśli wychowywałabym się w Pakistanie) to nie jestem już zadeklarowaną przeciwniczką. 

A Wy co o tym sądzicie? Zastanówcie się i dajcie znać!

Część podróżnicza – Państwo Środka

A teraz, znowu korzystając z dosyć słabej (ale zawsze!) wymówki, chciałabym zabrać Was na bardzo krótką wycieczkę do… Chin! A konkretnie do Szanghaju i do Pekinu. Trochę czasu od mojej podróży tam minęło, dlatego nie będzie to typowy przewodnik uwzględniający największe atrakcje, a jedynie garść wspomnień, które najbardziej zapadły mi w pamięć i kilka nietypowych rekomendacji.

Ekspresowa wiza

Decyzję o wyjeździe do Chin podjęłyśmy z Mamą pod wpływem impulsu. Za parę dni miałam zaczynać nową (a właściwie pierwszą dorosłą) pracę, Tata był w Chinach służbowo,  a program milowy ogłosił promocję na loty do Pekinu. A może pojedziemy do Chin? Czemu nie… dobra, jedźmy! Od razu kupiłyśmy bilety, szybko sprawdziłam formalności związane z załatwianiem wizy, wyglądało na to, że zdążą nam wyrobić, jeśli zapłacimy więcej za tryb ekspresowy. Od razu pojechałyśmy do konsulatu w Gdańsku, gdzie urzędnik o wyglądzie ropuchy poinformował nas, że wizę dostaniemy za 5 dni, a nie, jak sobie założyłam, za 2. Uzbrojona w wiedzę o kulturze Wschodu, zaczęłam płakać. Nic nie wprawia Azjatów w większe zakłopotowanie, niż barbarzyńcy okazujący w sposób nachalny emocje. I wiecie co? Podziałało bezbłędnie – wizy odbierałyśmy już następnego dnia. Nawet nie wiecie, jak bardzo byłam z siebie dumna!

Po następnych dwóch dniach siedziałyśmy już w samolocie do Pekinu, gdzie czekała nas zmiana terminalu i krótki lot do Szanghaju. Tata miał do nas dołączyć dopiero po paru dniach, a pomagać nam miała jego chińska agentka, która niestety wywiązywała się z powierzonego jej zadania dosyć średnio, zwykle tylko wtedy, kiedy Tata akurat był z nami. Innymi słowy, okazała się dosyć bezużyteczna.

Chińskie restauracje i polski biznesmen

Sam pobyt w Szanghaju wspominam jako dosyć rozrywkowy. Mieszkaliśmy w ślicznym dwupiętrowym apartamencie hotelowym na Pudongu – po tej samej stronie rzeki, co słynna Wieża-Perła (Oriental Pearl Tower), po przeciwnej, niż Bund – 1,5 kilometrowa promenada nad rzeką, jedno z najpopularniejszych miejsc w Szanghaju. Przy naszym hotelu mieściło się mnóstwo restauracji – wspominam o tym, ponieważ za każdym razem, kiedy wracaliśmy do hotelu, widzieliśmy, jak chińskie restauracje zmywają naczynia – na ulicy stoją dosyć spore plastikowe koryta, do których wrzucane są brudne talerze. Następnie są one polewane szlauchem i zwracane do kuchni. Mój kolega*, który studiował kiedyś w Szanghaju, zapytany o to, czy bezpiecznie jest spożywać chiński street food, powiedział, że oczywiście, pod warunkiem, że popijemy setką wódki. W momencie, kiedy zobaczyłyśmy z Mamą, że nawet w dobrych restauracjach nie mamy co liczyć na wyższe standardy higieny, machnęłyśmy na to ręką. I obie przeżyłyśmy.  A nawet trafiłyśmy do jednej z tych restauracji od plastikowych korytek i szlauchu.

* Poprosiłam Roberta, żeby podzielił się z Wami swoimi szanghajskimi rekomendacjami – wypatrujcie ich niebawem na moim Facebooku, a w międzyczasie, jeśli chcecie podnieść sobie ciśnienie, zajrzyjcie na robinowego instagrama – od kilku lat mieszka w Australii i bezczelnie denerwuje ludzi publikując zdjęcia swojego dream life! 

Krótko po przyjeździe zachorowałam. Teraz już wiem, że to nie są zwykłe przeziębienia – mój organizm tak reaguje na smog, identycznie chora byłam w Pakistanie. W naszym hotelu poznaliśmy przemiłego polskiego biznesmena, który przyjechał akurat na targi samochodowe. Dosiadł się kiedyś do nas na śniadaniu, bo usłyszał, że rozmawiamy po polsku. Człowiek o prawdziwie złotym sercu – kiedy dowiedział się, że jestem chora, podzielił się ze mną lekarstwami, a kiedy mój Tata znowu nas zostawił, nasz biznesmen poczuł się za nas, polskie samiczki na obczyźnie, odpowiedzialny i nawet zaprosił nas do restauracji z korytkami na przepyszne raki, które doceniłam pomimo totalnie zapchanych zatok. Panie biznesmenie – jeśli Pan to czyta, to bardzo dziękujemy!

Podniebna poczta

Pudong to nowoczesna dzielnica Szanghaju, najeżona fantazyjnymi drapaczami chmur – tu nie chodzi tylko o to, że są absurdalnie wysokie i jest ich dużo. Tu trzeba zwrócić uwagę na formę! Każdy jeden wysokościowiec to manifest architekta za wszelką cenę pragnącego na wieki zapisać się w historii tego miasta. Naprawdę jest na co popatrzeć. Jednym z nich jest licząca 412 metrów wysokości i 88 pięter użytkowych Jin Mao Tower. Na jednym z jej najwyższych pięter znajduje się najwyżej położona na świecie poczta i drzewo życzeń. Wysłałam stamtąd kartkę miłosną do mojego ukochanego. Powiesiłam również życzenie. 

Drzewo życzeń i najwyższa poczta świata.

Ogrody, toalety i herbaty

Natomiast po drugiej stronie rzeki wciąż można odnaleźć atmosferę dawnego Szanghaju. Obowiązkowym punktem zwiedzania jest na przykład ogród Yuyuan, którego replikę odnalazłam w nowojorskim MET. Ogród jest rzeczywiście przepiękny, ale mnie najlepiej utkwiła w pamięci sytuacja z toalety pięknej, mieszczącej się przy ogrodzie restauracji. Do Chin pojechałam typowo turystycznie, tego dnia miałam na sobie czarne legginsy, czarny t-shirt, bladoróżowy płaszczyk przeciwdeszczowy i… sketchersy. Żeby chociaż baletki… Ale nie. Czarne sketchersy z różową, metaliczną lamówką. W toalecie wpadłam na przepiękną Chinkę – do tej pory pamiętam, jak była ubrana – czarne baletki, czarne cygaretki, cieniutki czarny golfik wystający spod pięknej limonkowej, kaszmirowej pelerynki, zawadiacko przekrzywiony berecik w kolorze ledwo dojrzałego banana, który pięknie kontrastował z kruczą czernią jej cudownie idealnego boba. Do tego dyskretne białe perełki w uszach. Zachwycona wyjęczałam, że piękne wygląda. Chińska dama spojrzała na mnie pobłażliwie (choć miałam wrażenie, że również z sympatią, trochę tak, jak patrzy się na nieporadnego szczeniaczka, który pociesznie ubrudził sobie pyszczek pijąc mleko) i podziękowała z pięknym, brytyjskim akcentem. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak strasznie świadoma zrobiłam się mojego mało wyrafinowanego outfitu i poczuchranego kitka. 

W okolicach ogrodu znajdziecie stoiska z chińską herbatą – nie kupujcie tam. My kupiłyśmy, zachęcone przez agentkę Taty i w kolejnych dniach przekonałyśmy się, że przepłaciłyśmy przynajmniej czterokrotnie. 

Świątynie

Dwie świątynie, które zdecydowanie trzeba odwiedzić to zbudowana w III wieku naszej ery świątynia Longhua. W X wieku świątynia dorobiła się mierzącej ok. 40 metrów pagody, która, choć trudno w to uwierzyć, do ok. 1910 roku była najwyższą budowlą w Szanghaju. Drugą świątynią wartą polecenia jest ogromny kompleks JinAn, który robi podwójne wrażenie przez to, że ze wszystkich stron otoczony jest nowoczesną architekturą miasta. Warto również pobłądzić po okolicach – w pewnym momencie, bez ostrzeżenia, można się znaleźć w zupełnie innej rzeczywistości wąskich uliczek i budowanych tymczasowo-byle jak domków mniej zamożnych mieszkańców miasta. 

Z kolei w okolicy Longhuasi znajduje się słynny szanghajski stadion, a bliżej piękny, dość duży park. W tym rejonie miasta turyści to rzadkość i już zupełnie nie można dogadać się po angielsku. Trafiłyśmy tam same z Mamą, której nagle zaczął spadać cukier (moja Mama choruje na cukrzycę – przy okazji apel do wszystkich: jeśli spotkacie kiedyś zataczającą się, niewyraźnie bełkoczącą osobę, nie wzruszajcie ramionami stwierdzając, że to pijak i menel. To może być osoba, której dramatyczne właśnie spada cukier i stoicie przed szansą uratowania komuś życia!) i musiała coś zjeść. Weszłyśmy do pierwszej lepszej restauracji w okolicach stadionu. O ile mojej Mamie brak angielskiego menu nie przeszkadzał wcale – do wyboru pierożków wystarczyły jej obrazki, to ja w celu wyboru dania wegetariańskiego musiałam wspiąć się na wyżyny kreatywności. Słowo vegetarian nic personelowi restauracji nie mówiło, więc w akcie desperacji przypomniałam sobie, że chiński znak oznaczający mięso jest taki sam w języku japońskim. Na kartce narysowałam znak niku (肉) i zamaszyście go przekreśliłam. Obsługa natychmiast zrozumiała o co chodzi i dostałam makaron z tofu. 

Fake markety i happy holiday

Jeśli jedziecie do Chin, na pewno usłyszycie o fake marketach – rynkach podróbek. Zdecydowanie warto zwiedzić, nawet jeśli nie marzycie o kupieniu podrabianej torby z logo Louis Vuitton. Dlaczego? Z kilku powodów. Przede wszystkim jest to czarodziejski świat z masą równoległych wymiarów. W większości sklepów jest przynajmniej jedno ukryte pomieszczenie (które często otwiera się na kolejne dwa, w których trzymane są prawdziwe skarby), w niektórych znajdują się tajemne przejścia prowadzące do innych części rynku. Oprócz podróbek znajdziecie tu też typowe pamiątki, szale jedwabne (albo jedwab udające), magnesy, ceramikę, ozdoby do włosów, biżuterię, chińskie sukienki cheongsam, a nawet herbaty. To taki trochę magazyn AliExpress, a trochę tureckie targowisko w miejscowości turystycznej. Jeśli zdecydujecie się coś kupić, naprawdę, ale to naprawdę musicie umieć się targować. Zapomnijcie o wspomnianych wyżej tureckich targowiskach – Turcy to amatorzy. Moje oko przyciągnęła biała koronkowa bluzeczka ze stójką ozdobiona delikatnym złotym haftem smoka. Targowałam się o nią jak szalona, w końcu udało mi się zbić cenę do mniej niż 10%. Zapłaciłam za nią dokładnie tyle, ile kosztowałaby mnie w normalnym sklepie w Jin Mao Tower. Czyli prawdopodobnie i tak przepłaciłam. Ale przez jeden dzień byłam z siebie bardzo dumna… 

Na jednym z fake marketów, mieszczącym się w podziemiach stacji metra, natrafiłyśmy z Mamą na prawdziwą perełkę – fake market sąsiadował z arkadą starego cechu szanghajskich krawców. Zachwycone krojami i wysoką jakością materiałów zajrzałyśmy do jednego z boksów – trafiłyśmy tam na bardzo sensowną, dobrze mówiącą po angielsku dziewczynę, która w ekspresowym tempie uszyła dla mnie piękny kaszmirowy płaszcz, a dla Mamy dwa żakiety. Płaszcz mam do tej pory, leży jak marzenie. Utrzymywałyśmy kontakt jeszcze po naszym powrocie do Polski, zamawiałyśmy u niej rzeczy, które Tata odbierał kiedy odwiedzał Szanghaj. 

Przy okazji natrafiłyśmy na pewien problem – nie planowałyśmy większych zakupów, więc nie wymieniałyśmy wcześniej większej ilości pieniędzy, wychodząc z założenia, że i tak możemy zrobić to w hotelu. W dniu odbioru zamówionych ubrań czekała nas przykra niespodzianka – recepcjonista poinformował nas, że pieniędzy nam nie wymieni, ponieważ today is holiday, happy holiday. A w dni wolne pieniędzy wymieniać nie można. Przez dwie godziny kręciłyśmy się po Pudongu starając się znaleźć działający kantor. W końcu jakiś dobry chiński duszek skierował nas do centrum handlowego, w którym kantor o dziwo działał…Pamiętajcie, jeśli jedziecie do Chin, upewnijcie się, żeby pieniądze wymienić na zapas, nigdy nie wiadomo, kiedy dopadnie Was happy holiday. 

Zakazana stolica

Do Pekinu znowu leciałyśmy same, Tata miał dołączyć najszybciej, jak to możliwe. Z lotniska wzięłyśmy taksówkę. Zarezerwowałam nam tradycyjny hotel w wąskiej uliczce praktycznie przy samej Qianmen Street. Taksówkarz musiał nas wysadzić przy głównej ulicy, ponieważ w te wąskie i tak nie mógł wjechać. Patrząc na mapę, zakładałam, że znajdziemy  nasz hotel bez problemu. Szukałyśmy go prawie dwie godziny. Zaparkowałam Mamę z walizkami w cieniu (temperatura przekraczała trzydzieści stopni), a sama zataczałam koła po okolicznych uliczkach, tak małych, że nie były zaznaczone na mapie. Zaledwie przecznicę od głównej ulicy trafiłam na niszczejące chatynki i biegające po drodze kury. Pytałam w recepcjach innych hoteli, na poczcie, a nawet na posterunku policji (o rany, jaka ja byłam odważna!) nikt nie znał nazwy naszego hotelu, ani ulicy na której się znajdował. Mimo upału oblał mnie zimny pot – co jeśli dałam się nabrać, a hotel nie istnieje? Oczywiście, mogłyśmy wynająć pokój w jakimkolwiek innym – dookoła było ich mnóstwo. Jednak przez zmęczenie, stres i upał, nawet na to nie wpadłam. Powoli zaczynałam wpadać w panikę. W końcu kolejny życzliwy chiński duszek pokierował nas do ciasnego przesmyku między budynkami – rzeczywiście, kryła się tam wąska dróżka, przy której stał nasz hotel. Z zewnątrz niepozorny, w środku zachwycająco piękny. Dobrze, że jednak udało nam się go znaleźć.

Turystki w Pekinie

1 maja na Placu Tian’anmen. Niebiańskiego spokoju nie zakosztowałam.

Tego samego dnia zwiedziłyśmy przepiękną Świątynię Niebios, a następnego wybrałyśmy się do Zakazanego Miasta, przechodząc wcześniej przez plac Tian’anmen. Planowałyśmy odwiedzić mumię Mao, nie wzięłyśmy jednak pod uwagę, że 1 maja, plac będzie delikatnie mówiąc zatłoczony. Nie ma to jak zwiedzać zwiedzać świątynię komunizmu w dzień Święta Pracy… Już na sam skwer udało nam się dostać chyba tylko dlatego, że nauczyłam się korzystać z tego, że jestem Europejką – o ile w Szanghaju widok obcych nikogo nie dziwił, w Pekinie budziłam niezdrową sensację. Wiedzieliście, że Chińczycy gwiżdżą za kobietami na ulicy? Ja też nie… Na skwer przemknęłyśmy właściwie bez kolejki, korzystając z efektu zaskoczenia. Nie, nie jest mi głupio, od jakiegoś czasu mam wrażenie, że przepychanie się, “wykolegowywanie” ludzi z kolejek, podsiadanie i wszelkie tego typu akrobacje to ulubiona zabawa Chińczyków, a ja stawiam sobie za punkt honoru być w tym od nich lepsza. Do tego jeszcze wrócę.

Po szybkiej przebieżce przez Plac Niebiańskiego Spokoju i Zakazane Miasto (miałyśmy bardzo napięty grafik) udałyśmy się metrem do absolutnie zachwycających ogrodów Pałacu Letniego – żałuję, że nie mogłyśmy tam spędzić więcej czasu. Cały dzień byłby optymalny. Spotkałyśmy tam między innymi przemiłego Koreańczyka, który w podziękowaniu za zrobienie mu zdjęcia (żal mi się zrobiło, kiedy próbował sobie zrobić selfie) podarował mi śliczny breloczek do telefonu (tak drogie dzieci, kiedyś telefony miały taką specjalną wypustkę, do której przyczepiało się breloczki, było to bardzo modne w Azji, a ja, jako orędowniczka japońskiej kultury miałam przyczepionych chyba z pięć, poza tym regularnie je wymieniałam). 

Jak dostać się na Mur

Kiedy w końcu dołączył do nas mój Tata (przyjechał na gotowe, nie musiał nawet się stresować czy znajdzie hotel, czy nie) postanowiliśmy wybrać się razem na Wielki Mur. Trochę iskrzyło, ponieważ moja Mamusia obsesyjnie uparła się kierować wskazówkami swojej koleżanki, która pomyliła się i powiedziała, że na Mur jedzie się z dworca południowego. Nic bardziej mylnego, chodzi o dworzec północny, jak wynikało zresztą z mapy i wskazówek wszystkich wypytanych osób. Moja Mama życzyła sobie jednak jechać z południowego i już! Trochę się pokłóciłyśmy, ja byłam rozdrażniona przez zatkane zatoki (w dodatku miałam wrażenie, że w elementach krawej masy, którą wydmuchiwałam z nosa rozpoznaję swój mózg), Mamusia przekonana, że ja po prostu nie chcę słuchać poleceń, ale koniec końców poszłyśmy na kompromis – pojechałyśmy z dworca południowego. Metrem. Na dworzec północny. A stamtąd jeździły już pociągi na Mur.

Do biegu, gotowi…

Okazało się, że w Pekinie na pociąg nie czeka się na peronie. Czeka się przed wejściem na peron. W momencie, kiedy wjeżdża pociąg, otwierają się bramki, a dziki tłum na wyścigi biegnie zajmować miejsca w pociągu. Jadąc na Mur o tym nie wiedzieliśmy – przez ponad godzinę podróży musieliśmy stać. Natomiast kiedy wracaliśmy, znałam już zasady, byłam lepiej przygotowana i wygrałam z wieloma tambylcami (zawsze uważałam, że w takich wypadkach należy pisać tambylcy, a nie tubylcy) – udało mi się zająć jedno miejsce dla mojej Mamy. Z Tatą staliśmy również w drodze powrotnej. Kiedyś nauczę się zajmować więcej miejsc. 

Jeśli chodzi o sam Mur… Karl Pilkington powiedział, że to nie jest “Wspaniały” (ang. great można tłumaczyć zarówno jako wielki, jak i wspaniały) Mur Chiński, to jest Okej Mur Chiński. Nie wiem, czy się zgodzić, czy nie – Mur rzeczywiście robi wrażenie, można się nim wspinać w nieskończoność, podziwiając przy tym dosyć monotonne, ale jednak piękne widoki. W dodatku musimy pamiętać, jak dawno temu był wybudowany i jakie technologie były wtedy dostępne (tu akurat użyto technologii dosłownego zajeżdżania robotników na śmierć). Stwierdzenie, że Mur jest “okej” jest najbardziej nonszalancką możliwą zniewagą dla śmierci 400 000 ludzi, którzy polegli podczas budowy Muru. A jednak, mimo wszystko, chyba rozumiem, co Karl miał na myśli. Ja również spodziewałam się czegoś wspanialszego…

Wielki Mur Chiński

Pajączek

I właściwie na tym mogłabym skończyć moją chińską opowieść, ale oznaczałoby to zbyt smutne i zbyt refleksyjne zakończenie. Dlatego na pożegnanie dodam jeszcze, że w Chinach ugryzł mnie pająk. Jakiś wybitnie jadowity. Dzięki temu pierwszy dzień w nowej pracy i to pracy w Konsulacie, zaczynałam z twarzą tak opuchniętą, jak bokser po pojedynku. I absolutnie nie przesadzam, zaglądajcie do mnie na Instagrama – wrzucę na stories!

Tym humorystycznym akcentem mogę już zakończyć. To był chyba mój najdłuższy wpis do tej pory, jeśli dotrwaliście do tego momentu, to jestem z Was bardzo dumna!