W poprzednim odcinku Miłości w czasach strefowych zabrałam Was na dwie imprezy weselne – na dachu riadu w Marrakeszu i na pięknej pustyni Agafay. Udało mi się też niechcący narazić połowie gości weselnych i zachorować. W samą porę, żeby wzbogacić pozostałą część naszej marokańskiej przygody o wizyty w lokalnych aptekach. 

Pożegnanie z Agafay

W zeszłym tygodniu zostawiłam Was po śniadaniu w Scarabeo Camp. Pożegnaliśmy się wtedy z większością gości, przynajmniej z tymi, którym udało się zmartwychwstać po dosyć intensywnej (i napędzanej nie do końca legalnymi środkami odurzającymi) pustynnej imprezie. Przy okazji od jednej z przyjaciółek panny młodej (akurat tej, której nikt poza panną młodą nie lubił) dowiedziałam się, że właściwie jestem super, wprawdzie nikt nie rozumie mojego poczucia humoru, ale jest świetne. Wspaniale. Podbudowałam się.

Para młoda miała jeszcze spędzić parę dni podróżując po kraju, odwiedzając część z miejsc, które były też na naszej trasie – wstępnie umówiliśmy się na spotkanie w Fezie. Pomachaliśmy sobie na do widzenia i wsiedliśmy do naszego pustynnego rydwanu. 

Comment dire…

Wpisałam w nawigację Fez, Google Maps radośnie prowadziło nas przez składające się z samych dziur drogi wiodące przez malutkie wioski i miasteczka. Kiedyś mieliśmy dojechać do autostrady. O dziwo nawet nam się to udało. Postanowiliśmy zjeść lunch w jednym z nadmorskich miast, Mohammedia wyglądała dość kusząco. 

Nie udało nam się wprawdzie trafić do restauracji, którą wybrałam ze wstępnego researchu w internecie, ale dojechaliśmy do miejsca pełnego różnych knajpek z rybami i owocami morza. Znajdujące się w pobliżu wille wyglądały bardzo przyjemnie, a przede wszystkim okolica była niesamowicie spokojna, lekko rozleniwiająca. Zaparkowaliśmy naprzeciwko apteki, w której częściowo łamaną francuszczyzną (merci Duo!) a częściowo na migi udało mi się kupić lekarstwa. 

Pomocy! Ratunku!!!

Z apteki wybraliśmy się na rekonesans. Restauracji było sporo, ale akurat wszystkie zamykały się na czas całkiem hiszpańskiej siesty. Wylądowaliśmy w średnio zachęcająco wyglądającym barku, w którym zjedliśmy wyjątkowo dobre rybki. Przynajmniej wydaje mi się, że były bardzo dobre, ale moje kubki smakowe nie były w pełni sprawne. 

Przed dalszą trasą postanowiłam skorzystać z toalety na piętrze. Zamknęłam drzwi na zamek. Problem pojawił się, kiedy próbowałam je otworzyć. Zamek się zaklinował, nie byłam w stanie go ruszyć. Po około 5 minutach walki zaczęłam krzyczeć i z całych sił uderzać w drzwi. Niestety, na piętrze nie było nikogo, na dole grał arabski pop… Nikt mnie nie słyszał, a ja chrypłam coraz bardziej. Telefon został przy stole. Po jakim czasie mój mąż postanowi mnie szukać? Ile będę musiała stać zamknięta w małej kabinie toaletowej? Boże, jakie to upokarzające! Może uda mi się prześlizgnąć przez małą szczelinę pod sufitem? Ale jak do niej sięgnę? Nie doskoczę, ściany gładkie i śliskie. Do tego czas sjesty, nie ma szans na innych gości. Czemu mój mąż w ogóle się mną nie interesuje?! RATUNKU!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Księżniczki czekają na ratunek w wieżach, nie w toaletach! Może uda mi się wyważyć te drzwi? Jak na filmach… Au. To tak nie działa. Do cholery jasnej! Kto jedzie do Maroka i zatrzaskuje się w toalecie?! I jeszcze się poryczałam. Zasmarkana, zaryczana i uwięziona w toalecie. Heroina romansu, nie ma co. 

Jak myślicie, jak udało mi się wydostać? Ktoś usłyszał moje desperackie wołanie o pomoc? Może mój mąż w końcu się zaniepokoił? Gdzie tam. Ostatnim desperackim wysiłkiem, siniacząc palce i płacząc jak ostatnia idiotka, przekręciłam w końcu ten cholerny zamek. Kiedy wróciłam do stolika, czerwona i wciąż lekko pochlipująca, mój mąż dumny z siebie poinformował, że zamówił nam herbatę. Czemu nie przyszedł mnie szukać? To aż tak długo mnie nie było? 

Kierunek Fez

Bab Abi al-Jounoud Błękitna brama
W Fezie zrobiłam bardzo niewiele zdjęć. I żadnego dobrego. To akurat przedstawia Błękitną bramę – Bab Abi al-Jounoud.

Dalsza droga do Fezu upłynęła nam bez innych traumatycznych wydarzeń, raz na jakiś czas zatrzymywaliśmy się na stacjach benzynowych, gdzie piliśmy pyszne herbaty, soki z pomarańczy, a raz, z pewnym zdumieniem, przyglądaliśmy się wałęsającym po stacji zblazowanym pawiom. 

W sumie mieliśmy do przejechania około 600km, co prawda głównie autostradami, ale i tak do Fezu dotarliśmy po zmroku. Wjechaliśmy na parking, który według naszej mapy znajdował się przy samym hotelu. Niestety, wszystko wskazywało na to, że w linii prostej dzieliło nas od hotelu może 20 metrów, ale hotel stał na szczycie urwiska, a my znajdowaliśmy się tuż pod nim. Google Maps uznało, że doprowadziło nas do celu i pozostawiło nas samych w egipskich (marokańskich) ciemnościach. Zadzwoniliśmy do hotelu. Powiedzieli nam, że wiedzą, gdzie jesteśmy i zaraz ktoś po nas wyjdzie. Po pół godzinie zadzwoniliśmy znowu. Pokierowali nas do innego parkingu i rzeczywiście, tam ktoś po nas wyszedł i poprowadził wąską uliczką do drzwi riadu, który był zdecydowanie bardziej imponujący niż ten w Marrakeszu. 

Było już za późno, żeby zamówić kolację – restauracje w mieście były podobno już zamknięte. Dostaliśmy za to herbatę i ciasteczka. I poszliśmy spać. 

Na ulicach Fezu

Kiedy wcześniej mówiliśmy, że wybieramy się do Fezu, ostrzegano nas, że jest jeszcze bardziej zwariowany niż Marrakesz. Że mieszkańcy są jeszcze bardziej napastliwi. Na ulicach panują jeszcze większe tłumy. W dodatku jechaliśmy tam w trakcie festiwalu sufi. Miało być naprawdę fatalnie. Nie było! Jedyne na co mogłabym narzekać to deszcz i niskie temperatury, które nie pomagały mi w walce z przeziębieniem, ale z drugiej strony sprawiały, że miasto zyskiwało niepowtarzalny urok. 

Nie mieliśmy planu zwiedzania. Zdecydowanie nie chcieliśmy też korzystać z usług przewodnika. Pierwsza stolica Maroka wydawała się miastem, w którym należy się po prostu zgubić. Udało nam się to dosyć szybko. Jeśli czytacie bloga Jedno Oko na Maroko, mogliście zapamiętać stwierdzenie, że w Fezie uliczki się ruszają, jak korytarze w Hogwarcie. Nie sposób się z tym nie zgodzić. Nie jestem w stanie w żaden inny sposób wytłumaczyć, jakim cudem ta sama trasa nie prowadziła nas nigdy do tego samego miejsca, uprzednio zauważone przejścia nagle okazywały się solidnym murem, a upatrzone wcześniej restauracje nagle po prostu znikały. Miasto prowadziło nas gdzie chciało, nie zważając na nasze plany. I wiecie co? W ogóle mi to nie przeszkadzało. Ale gdyby ktoś mi teraz powiedział, że przez cały czas pobytu w Fezie tak naprawdę chodziłam tylko jedną ulicą i nigdy jej nie opuściłam, pewnie bym w to uwierzyła. Przypadkiem znaleźliśmy piękny meczet, którego nie było widać z ulicy. Krył się za jednym z wielu portali stanowiących zwykle wejścia do sklepu. Ten jeden portal otwierał się jednak na dość spory plac z meczetem. Niespodzianka!

W tajemniczym ogrodzie

Postanowiliśmy zjeść lunch w restauracji o kuszącej nazwie The Ruined Garden. Miasto zdecydowało się współpracować i o dziwo trafiliśmy do niej bez specjalnych trudów, chociaż byłam pewna, że malutkie zaułki poprowadzą nas w ślepą uliczkę. 

Restaurację zdecydowanie polecam jeśli chodzi o klimat – miejsce jest rzeczywiście przepiękne, w pełni odpowiadające nazwie. Niestety zarówno smak jedzenia, jak i jego ceny pozostawiały dużo do życzenia. Normalnie moglibyśmy to złożyć na karb moich dziwactw żywieniowych, ale Książę również nie był zachwycony. Jedzenie, tak wychwalane w internecie, było po prostu niedobre. Ale sceneria wynagrodziła nam to z nawiązką, więc mimo wszystko polecam!

To nie jest zdjęcie z Fezu… Te ze „zrujnowanego ogrodu” wrzucę na instagramowe stories…

Po wyjściu ze zrujnowanego ogrodu nagle trafiliśmy na aptekę – nie było jej tam wcześniej! Poszłam zaopatrzyć się w większą ilość lekarstw i maski. Teraz krótka dygresja na temat masek. Po pierwsze: proszę odnotować, że nosiłam je zanim to jeszcze było modne! Po drugie: kiedy jestem chora w masce chodzę wszędzie, nie zdejmuję jej nawet w domu i nawet do spania. I to nie tylko dlatego, że nie chcę zarażać otoczenia. Aż taką altruistką nie jestem. Właściwie to w ogóle nie jestem altruistką. Maski nauczyłam się nosić na studiach w Japonii. Usłyszałam wtedy, że w maskach łatwiej się oddycha i rzeczywiście to działa! Tak tylko mówię… Ale weźcie… noście maski! Wracając do apteki. Trafiłam w niej na starszą farmaceutkę, która na moje nieśmiałe zagajenie “parlez-vous anglais” płynną angielczyzną (z brytyjskim akcentem!) odparła, że jak najbardziej, potwierdziła, że lekarstwo, które dostałam w Mohammedii jest najlepszym, dała mi również tabletki na gardło, maseczki i zaleciła, żebym piła dużo wody. 

Hammam 

Przechadzając się po uliczkach medyny trafiliśmy na łaźnię. Słyszeliśmy wcześniej, że w Maroku nie ma łaźni koedukacyjnych, do których moglibyśmy wejść oboje, w tych samych godzinach, okazało się jednak, że w Royal Medina Spa jest to możliwe, co więcej, zrobiono dla nas wyjątek i nie rozdzielono nas nawet po wejściu. 

Doświadczenie różniło się trochę od tego znanego nam z hammamu w Istambule, ale obydwoje byliśmy bardzo zadowoleni. Zdecydowaliśmy się na pakiet z masażem, spędziliśmy w środku sporo czasu i zostaliśmy wspaniale wyszorowani i wymasowani. Wygrzałam się, para podziałała jak najlepsza inhalacja i przez chwilę czułam się jak człowiek, a nie chodzący zarazek. Polecam bardzo, a właściwie nawet bardziej, niż wynikałoby to z samego doświadczenia. Dlaczego aż tak? Zaraz do tego dojdę!

Znikająca Café Clock

Jedną z najpopularniejszych restauracji w Fezie (chociaż posiada swoją filię również w Szafszawan) jest promująca wszelakiego rodzaju artystów Café Clock. Książę uparł się, że koniecznie musimy tam iść, w dodatku była całkiem blisko naszego riadu. Nawet bardzo blisko. Tylko, że jednak jej nie było. Z dziesięć razy przechodziliśmy obok miejsca, w którym miała się znajdować, kierując się Google Maps i wskazówkami napotkanych ludzi. Nie było, po prostu nie było! Pojawiła się dopiero następnego ranka dokładnie tam, gdzie powinna, w miejscu, które mijaliśmy i naprawdę nie było możliwości, żebyśmy ją przeoczyli. Parafrazując jednego z moich ulubionych polskich pisarzy: wrogi ukradły. Skończyliśmy w jakimś podłym barku, gdzie mój mąż odważył się spróbować burgera z wielbłąda, a ja zjadłam niedobrego falafla.

I to też nie jest zdjęcie z Fezu! Ale przynajmniej są w miarę ładne, prawda?

Riad al Pasha

Po powrocie do pokoju okazało się, że nie mogę znaleźć mojego ukochanego wisiorka, z którym nigdy się nie rozstaję. W łaźni musiałam go ściągnąć i pamiętam, że wkładałam go luzem do torebki. Wpadłam w czarną rozpacz. 

Następnego dnia w akcie desperacji pobiegłam do recepcji prosząc, żeby zadzwonili do łaźni. Książę twierdził, że sami możemy zadzwonić, ale coś mi mówiło, że groźnie wyglądający recepcjonista poradzi sobie z tematem lepiej. Zadzwonił ten łagodniejszy. Kiedy cierpliwie wyjaśniał o co chodzi, Groźny wyrwał mu telefon i pokrzyczał coś do słuchawki. Potem powiedział, że on mnie rozumie, bo też od wielu lat nosi ten sam wisior i mam się nie przejmować. Jeśli wisiorek wypadł mi gdzieś w łaźni, znajdą go dla mnie.

ZNALEŹLI!!! I choćby dlatego z całego ociekającego ulgą serca rekomenduję Wam zarówno Royal Medina Spa, jak i Riad al Pasha (który swoją drogą jest naprawdę ładny!)

Jedziemy dalej

Po odzyskaniu wisiorka i wymeldowaniu z riadu zanurzyliśmy się (a właściwie zanurzyliśmy palce u stóp) po raz ostatni w zagadkowym organizmie medyny. Para młoda dotarła właśnie do Fezu, więc zdążyliśmy jeszcze usiąść razem na kawę. A potem ruszyliśmy lokalnymi drogami do najbardziej obiecującego punktu na naszej trasie – Niebieskiej Perły, Szafszawan (co brzmi okropnie, Chefchaouen brzmi jednak lepiej). 

Trasa z Fez do słynnego niebieskiego miasta nie należała do łatwiejszych, jednak piękne widoki rekompensowały te trudy. Tak uważam ja. Pasażerka. Mój kierowca coś tam burczał, że niby nie może podziwiać widoków, jeśli mamy przeżyć. Ale według mnie przesadzał, bo zdarzało się nam jeździć znacznie gorszymi drogami w znacznie bardziej niebezpiecznych warunkach. Dodatkowo czas umilało nam Hit Radio, grające co chwilę te same dwie piosenki (których zresztą słuchamy do dziś…):

oraz

Ślepa uliczka

Kiedy dojeżdżaliśmy do celu naszej trasy, ujrzeliśmy malutkie błękitne miasteczko przycupnięte u stóp wielkiej, majestatycznej góry, której szczyt skrywały groźne, burzowe chmury. 

Nawigacja zaprowadziła nas pod samiutki riad, którego i tak nie byliśmy w stanie znaleźć… To była taka nasza marokańska klątwa – nigdy nie trafiać bez problemu tam, gdzie mieliśmy. Zapłaciliśmy za parking i za pana, który zaoferował się zaprowadzić nas do riadu. Stwierdziliśmy, że bagaże zaniesiemy sami, ale dopiero wtedy, kiedy okaże się, że nasz samozwańczy przewodnik faktycznie wie, gdzie iść. Nie wiedział. Ja i mój zatkany nos pobiegaliśmy sobie razem po przepięknych i całkiem wyludnionych błękitnych uliczkach, po czym stwierdziliśmy, że nasz riad po prostu nie istnieje. Zadzwoniliśmy. Ktoś miał po nas wyjść. Zwyczajowo zaczęliśmy czekać. W końcu pojawił się pracownik riadu i zaprowadził nas do wejścia ukrytego w malutkiej szczelinie na końcu ślepej uliczki. Wynurzyła się stamtąd para ludzi w średnim wieku, którzy natychmiast zaczęli do mnie mówić po hiszpańsku. Dlaczego? A dlaczego nie? Najwyżej bym nie odpowiedziała. Okazało się, że są Hiszpanami i od wielu lat mieszkają w Chaouen prowadząc malutki i bardzo ładny riad.

No właśnie taki widok nas witał!

Zaczynam lubić marokańskie jedzenie!

Kiedy już odświeżyliśmy się po podróży, znalazłam naszą gospodynię i zapytałam ją o to, gdzie najlepiej zjemy. Książę wcześniej znalazł jakieś rekomendacje na Youtubie, właścicielka riadu potwierdziła, że restauracja, o której słyszeliśmy nie jest zła, ale według niej są jeszcze lepsze. Podała nam dwie nazwy i starała się jak najlepiej wytłumaczyć, jak się tam dostać. Pracownik, który wcześniej wyszedł nam naprzeciw kończył akurat pracę i zaproponował, że może nas zaprowadzić do centrum – i tak będzie tam szedł. Okazało się, że droga jest dosyć prosta. Od razu weszliśmy do poleconej restauracji – Beldi Bab Ssour, gdzie zjadłam obłędnie pyszny tajine z kalmarami. I wreszcie zrozumiałam dlaczego ludzie zachwycają się marokańską kuchnią!

Po tajine nastał czas na naszą ulubioną rozrywkę – wałęsanie się bez celu. Chaouen jest obłędnie piękne. Samo w sobie jest warte podróży do Maroka. Swoją drogą, teorii na temat tego, dlaczego miasto jest pomalowane na niebiesko jest całkiem sporo. Nie będę ich tu wszystkich przytaczać, od tego macie Wikipedię, mnie najbardziej przekonuje ta o nakazie pomalowania miasta celem przyciągnięcia turystów. Zadziałało? Owszem! Wyobraźcie sobie gdyby tak pomalować Pruszcz Gdański na kolor magenty… A wracając do bardziej egzotycznego Szafszawanu – oprócz doznań wizualnych mogliśmy się tu też cieszyć rześkim, górskim powietrzem. Labirynty uliczek wypluwały nas raz na jakiś czas przy głównym placu (zawsze z najmniej spodziewanej strony!), gdzie siadaliśmy w ogródku tej samej restauracji zamawiając herbatę. I po prostu siedzieliśmy chłonąc niesamowitą atmosferę tego miejsca. A potem znowu zagłębialiśmy się w niebieski krwiobieg miasta. W jednej z małych uliczek zamówiliśmy pyszne soki owocowe, w innej trafiliśmy na małe malarskie studio, gdzie kupiliśmy ręcznie malowane magnesy do kolekcji Księcia i mojej Mamy. 

Po kilku godzinach kręcenia się w kółko po tych samych uliczkach (i odkrywania coraz to nowych wspaniałości!), stwierdziliśmy, że pora na kolację i spać. Tym razem udało nam się znaleźć Cafe Clock, w którym akurat ktoś na gitarze grał flamenco. Z każdą chwilą Szafszawan podobał mi się coraz bardziej. Wracając do riadu, raz jeszcze wstąpiliśmy na herbatę, a ja wypisałam kartki – zainspirowana wyjątkowością otaczającego mnie miejsca, pierwszy raz od bardzo dawna postanowiłam powysyłać pocztówki z wakacji. 

Kolejka jest!

Następny dzień przed ruszeniem w dalszą trasę upłynął nam pod znakiem zdjęć. Pierwszy raz w życiu stałam w prawdziwej kolejce do zrobienia sobie insta zdjęcia – na słynnych niebieskich schodkach z kolorowymi doniczkami. Kolejka była już dosyć spora, ponieważ schody okupowała przybierająca fantazyjne pozy, wystylizowana, wschodnioeuropejska nimfa. Jakaś inna, zawistna zapewne, zaczęła w końcu krzyczeć, że halo, paniusiu, piękna jesteś, wszyscy to widzą, ale schody też są piękne, więc może jednak dasz innym je sfotografować?! O dziwo nimfa się lekko speszyła (tak bez przesady, ale jednak troszkę tak) i szybko zwolniła schody. My weszliśmy w komitywę z dwójką starszych Azjatek, które po tym jak Książę zrobił mi zdjęcia solowe, zaczęły nalegać, że zrobią nam zdjęcia wspólne i zaczęły nam mówić jak mamy pozować. Właściwie to pokierowały sesją, niczym dyrektorki artystyczne Vogue’a. I co z tego, skoro mój mąż miał na sobie zimową kurtkę, szorty i klapki? Ja z kolei miałam tego dnia ubrane aż 3 różne bluzki (jedną dwuwarstwową) i płaszcz. Co zrobić, nie byliśmy gotowi na tak niskie temperatury.

W okolicach schodków trafiliśmy na kolejną pracownię artystyczną, gdzie kupiliśmy jeszcze piękniejsze magnesy. Ceramiczne, ręcznie lepione i malowane, przedstawiające fronty lokalnych domów, poprosiliśmy jeszcze tylko o dopisanie nazwy miasta. Książę i moja Mama byli zachwyceni. 

Niedawno na IG wspominałam o nowej współpracy artystycznej, a tu możecie podziwiać jej efekty! Przepiękny obraz tworzony techniką cyfrową. Jego autorka, Ola Ołów, to mieszkająca w San Francisco Pani Naukowiec, która przy okazji jest też szalenie zdolna artystycznie – na moim instagramie będziecie mogli podziwiać więcej prac Oli, ale najlepiej odwiedźcie po prostu jej stronę! www.olaolowart.com

Przed wyjazdem z Chaouen wypadało jeszcze coś zjeść, zwłaszcza, że w końcu odkryłam czar marokańskiej kuchni. Tym razem zdecydowaliśmy się na drugą z rekomendacji hiszpańskiej właścicielki riadu – Cafe Sofia. Zdecydowanie jest to miejsce warte polecenia, ale wymagające optymalnej pogody – stoliki ustawione są na tarasie, nie ma miejsc w środku, więc komfort cieszenia się posiłkiem w tym miejscu zależy w dużej mierze od pogody. A jest się czym cieszyć – jako tajinowa neofitka zamówiłam to danie w wersji rybnej i byłam absolutnie zachwycona. Podobnie jak samym Chefchaouen. Podsumowując, wrażenia estetyczne, akustyczne i kulinarne – 10/10. Kolejne miasto na liście nie miało szans.

W Tangerze jest inaczej

Wymyśliliśmy, że z Chefchaouen pojedziemy do Tangeru. Nie mam pojęcia, co nam strzeliło do głowy. Pojechaliśmy. Na parkingu starym zwyczajem dorwał nas miejscowy biznesmen, który po chwili rozmowy po hiszpańsku stwierdził, że on mi udowodni, że Tanger jest najlepszym miastem w Maroku, w ogóle nie ma nic wspólnego ze złodziejskim Marrakeszem, mieszkają tu sami altruiści i pomocne dusze, większość mieszkańców to w ogóle Hiszpanie, Tanger to wprost raj na ziemi. Był tak zaangażowany w przekonywanie mnie, że Tanger spodoba mi się o wiele bardziej niż Marrakesz, bo w Marrakeszu to sami oszuści i złodzieje, że zaprowadził nas do daru, uniósł honorem i powiedział, że tu za pomoc nikt nigdy nie każe sobie płacić. Książę szalenie rozbawiony próbował mu jednak coś wcisnąć, ale chłopak faktycznie był honorowy.

Sam Tanger okazał się dość specyficzny. Na ulicach było pełno osób pod wpływem narkotyków i alkoholu. Część z nich była agresywna. Jeden mężczyzna szedł za nami ponad dziesięć minut – nie odchodził ani po dobroci (Książę), ani po… niedobroci (ja), ani po bardzo stanowczej i trochę strasznej niedobroci (zirytowany Książę). W końcu się po prostu znudził, wcześniej obiecując nam jednak, że trafimy do piekła. Mój mąż stwierdził, że to wszystko moja wina, bo chodzę po mieście w tym kretyńskim płaszczu i wyglądam, jakbym miała pieniądze. Później jednak docenił. 

Pamiątki z wakacji

Pochodziliśmy po ulicach medyny, a ja w cudownej perfumerii Hariri kupiłam przepiękne jaśminowe perfumy (olejek). Bardzo fajna pamiątka, chociaż trzeba uczciwie zaznaczyć, że większość olejków zapachowych nie jest pozyskiwana w Maroku – są sprowadzane, między innymi z Indii. Z pamiątek lokalnych na uwagę zasługuje oczywiście olej arganowy, do którego swoją drogą można dodać olejek zapachowy, np. różany. Obydwoje z Księciem kupiliśmy takie na prezent dla naszych mam. Kupując olejek arganowy, nie starajcie się głupio oszczędzać. Sprawdźcie obecne “ceny rynkowe” w internecie – jeśli gdzieś znajdziecie olejek o połowę tańszy, prawdopodobnie nie jest on dobrej jakości, a najpewniej nie jest też w 100% arganowy. Książę, zadeklarowany fan szachów, kupił sobie piękną szachownicę. Nie wiem po co, ma ich już z pięć, ale skoro go to cieszyło, to czemu nie. 

W ogóle zakupy w Tangerze nie są najgorszym pomysłem – wybaczcie wyjątkowo niestosowne porównanie, ale sprzedawcy przypominają tu opite kleszcze. Zaspokojeni krwią przypływających tu tłumnie turystów z Hiszpanii nie atakują desperacko wszystkich obcych. Przyglądają im się leniwie, kiedy ci buszują po sklepach, czasami od niechcenia rzucą jakąś uwagę, żeby nie onieśmielić zupełnie potencjalnych nabywców. Można z nimi również dojść do porozumienia jeśli chodzi o ceny. Istnieje duża szansa, że kupując pamiątki w Tangerze, a nie na przykład w Fezie, przepłacicie tylko trochę, albo wręcz wcale.

Tangerino

Rozochoceni pysznym jedzeniem w Chaouen poprosiliśmy pana z daru (ukrytego równie starannie jak wszystkie poprzednie, w sensie dar się ukrywał, nie pan, chociaż pan siłą rzeczy też, skoro był w darze) o rekomendacje. Recepcjonista długo się zastanawiał, w końcu polecił nam dwie, zaznaczając, że żadna z nich do tanich nie należy, a pierwsza jest wręcz bardzo droga: Tangerino i Rif Kebdani. Uznaliśmy, że droga jak na warunki marokańskie będzie oznaczała wydatek porównywalny z kupieniem burgerów w nowojorsko-pakistańskim BK Jani (mój mąż bardzo poleca), więc postanowiliśmy udać się na kolację do Tangerino. 

Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że restauracja jest jedną z najbardziej snobistycznych w mieście, wejścia pilnuje portier cerber, na stolik trzeba czekać i prawdopodobnie, gdyby nie mój ekscentryczno-fikuśny płaszczyk, nie dostalibyśmy się do środka. 

W Tangerino dominują akcenty morskie, wystrój przypomina interesujące skrzyżowanie statku pirackiego z brytyjskim pubem, kelnerzy są eleganccy i lekko zadzierający nosa, a goście bardzo zblazowani i bardzo udający, że są na luzie. Klimat miejsca ciekawy z socjologicznego punktu widzenia, natomiast na lokalne jedzenie raczej nie ma tu co liczyć. 

Książę wspomina naszą “drogą” (rzeczywiście zapłaciliśmy tyle co za normalny obiad w Nowym Jorku) kolację bardzo dobrze, ja mam mieszane uczucia. Jedzenie nie porywało, ale nie było też absolutnie niedobre. Po prostu przeciętne. Atmosfera fascynująca, ale w gruncie rzeczy pretensjonalna. Wolałabym tajine z kalmarami w obskurnym szawszawańskim Bab Ssour. Drugiego dnia byliśmy w Rif Kebdani, które znacznie bardziej przypadło mi do gustu – znowu pochłonęłam przepyszne, aromatyczne tajine. 

Grobowiec Ibn Battuty w Tangerze

Ibn Batouta, oddaj mi buty!

Książę był podekscytowany. W mieście znajdował się grobowiec Ibn Battuty, należało koniecznie go znaleźć! Jak to? Nie wiecie kto to jest Ibn Battuta? (Michale P., milcz, while I’m making my point!) Każde dziecko na subkontynencie to wie! A teraz dowiecie się i Wy.

Muhammad Ibn Battuta to był taki trochę Sindbad. Przynajmniej Książę tak twierdzi. De facto Ibn Battuta był największym arabskim podróżnikiem okresu średniowiecza. Przemierzył około 120 tysięcy kilometrów (w XIV wieku!), odwiedzając większość krajów muzułmańskich, a także Chiny i Indonezję. Przez 8 lat mieszkał w Indiach, pełniąc w Delhi funkcję sędziego – stąd jego popularność na subkontynencie. O tym urodzonym w Tangerze podróżniku wie każde dziecko z Indii i Pakistanu. No dobrze, nie tyle “wie o nim”, co kojarzy jego imię. Dlaczego? Przez tą piosenkę:

Kiedy mój mąż zaczął mi ją “nucić” (nie znam wielu równie upośledzonych wokalnie osób jak mój mąż, a pochodzę z wybitnie amuzykalnej rodziny. Zresztą jest to bardzo dziwne, bo w rodzinie Księcia jest dużo doskonałych śpiewaków, w tym również jeden bardzo znany wokalista rockowy), zrozumiałam tylko, że coś tam buty i stwierdziłam, że na pewno chodzi o to, że Ibn Battuta ma mi oddać moje buty. Oczywiście tekst wspomina o butach w zupełnie innym kontekście, ale przepadło. Ja już zawsze będę myśleć, że zabrał mi moje buty. 

W butach czy bez, do grobowca trzeba było się udać. Dzięki temu weszliśmy głęboko w prawie nieuczęszczane przez turystów, wąskie uliczki – grobowiec nie znajdował się na cmentarzu, tylko w gąszczu splątanych zaułków między budynkami mieszkalnymi. Przy grobowcu wylegiwał się na schodkach kot.

Tangerskie puzzle

Z naszej wizyty pamiętam również figowiec bengalski (znany, lub nieznany również jako banian, lub akszajawata) w ogrodach Mendoubia, do których trafiliśmy zupełnie przypadkiem. Ogrodów nie pamiętam praktycznie wcale, ponieważ banian pochłonął moją uwagę bez reszty. Miał wiele pni, połączonych gałęziami. Zresztą, sami zobaczcie jakie toto dziwne!

Pamiętam też fragment amerykańskiej historii na marokańskiej ziemi – amerykańskie poselstwo w Tangerze, upamiętniające relacje między Stanami a Królestwem Maroka. Za ciekawostkę możemy uznać to, że jest to pierwsza amerykańska nieruchomość publiczna poza terytorium państwa. Jeśli życzycie sobie więcej kontekstu historyczno-kulturowego, to spieszę z informacją, iż budynek został sprezentowany Stanom w 1821 roku przez sułtana Sulajmana. Przez 140 lat mieścił poselstwo i konsulat amerykański i jeśli wierzyć oficjalnym danym, jest to najdłuższy okres czasu, przez jaki delegacja amerykańska zajmowała jeden budynek. Dalszych nudnych informacji szukajcie w innych częściach internetu. Ja tylko dodam, że budynek jest piękny, dobrze ukryty, a w okolicznych zaułkach marokańscy chłopcy grali w piłkę i słychać było piękną muzykę. 

Trafiliśmy w tamte okolice w drodze na piękny stary cmentarz żydowski. Na cmentarzu towarzyszył nam jego opiekun wraz z cudownym owczarkowatym psem, który co chwilę łapał mnie pyskiem za rękę i prowadził między nagrobkami, podczas gdy jego dwunożny przyjaciel opowiadał “nam” po francusku historię tego miejsca. Wiecie co jest najbardziej szokujące? Ja go rozumiałam i byłam w stanie przynajmniej część przetłumaczyć mężowi. Nigdy wcześniej i nigdy później mi się to nie zdarzyło (w sensie tak dobrego rozumienia mówionego języka francuskiego) – tylko na żydowskim cmentarzu w Tangerze. Nasz samozwańczy przewodnik nie był nachalny, nie żądał od nas pieniędzy – zapłaciliśmy mu sami, dziękując mu za opiekę nad tym wyjątkowym miejscem. 

Każdy ma tyle pni, na ile sobie zasłużył… tudzież ile sobie zapuścił. Figowiec bengalski w ogrodach Mendoubia w Tangerze

Błagam, znajdźmy jakiś normalny hotel…

Ostatnim miastem na naszej marokańskiej trasie był Rabat, stolica Maroka. Żadne z nas nie miało chyba specjalnych oczekiwań w stosunku do tego miasta, ale moja znajoma, którą przed wyjazdem prosiłam o rekomendacje, powiedziała, że do Rabatu można “wstąpić”, bo ma ładną starówkę. 

Zakwaterowanie w Rabacie wybieraliśmy bardzo długo i bardzo starannie, upewniając się, że riad, czy inny dar, na który się zdecydujemy będzie poza murami medyny. Marzyło nam się podjechać pod sam hotel, zaparkować normalnie. Takie kaprysy ekstrawaganckie i kretyńskie. No. To sobie wybraliśmy.  W samym Kasbah des Oudaias. Jeśli kiedykolwiek byliście w Rabacie, to wiecie co to oznacza. Jeśli nie macie pojęcia, to szybko wytłumaczę: medyna jest zwykle ogrodzona murem, ale do środka prowadzi wiele otwartych bram. Do Kasbah można było wjechać jedną, którą na noc zamykano. Zresztą nie było nawet po co wjeżdżać, przez Kasbah przechodziła raptem jedna w miarę zdatna do samochodowego użytku uliczka, na której i tak obowiązywał zakaz ruchu. Policjanci z kasbowego posterunku, których od razu zapytałam, czy możemy zostawić samochód zaparkowany w środku Kasbah pokiwali głowami, ale wyszliśmy z założenia, że chyba nie do końca nas zrozumieli, a tłumaczyć się później, że “tamci nam pozwolili” nie chcieliśmy. Wyjechaliśmy rakiem za bramę, porzuciliśmy samochód tuż przed (nie było zakazu, ale jestem prawie pewna, że nie wolno tam było parkować) i ruszyliśmy na poszukiwania daru. Google Maps szalało. Co chwilę pokazywało nam coś innego. Znaleźliśmy nawet uliczkę, przy której dar miał się znajdować. Znaleźliśmy ją zresztą w kilku różnych miejscach, ale nigdzie w kombinacji z takim numerkiem, jaki był nam akurat potrzebny.

Tu mieszka król

Znowu musieliśmy dzwonić do recepcjonisty, tłumaczyć gdzie jesteśmy, przy czym posterunek policji o dziwo nic recepcjoniście nie mówił. Ciężko nam się współpracowało. W końcu jednak udało nam się odnaleźć, recepcjonista pokierował nas na odpowiedni parking, gdzie skasowano nas jak za zboże, a potem bardzo krętymi ścieżkami zaprowadził nas do pięknie położonego daru. Wyposażył nas również w mapkę, pokazał gdzie, co i jak, nakłaniał gorąco do wizyty w Sale (autorka już w tym wpisie wspomnianego bloga Jedno Oko na Maroko porównuje relację Rabatu i Sale do Budy i Pesztu) i ogólnie zaproponował nam zwiedzania na kilka dni, zamiast kilka godzin. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Rabat jest najlepszym i najbezpieczniejszym miastem do robienia zakupów. Mieszka tu król, całe miasto jest patrolowane przez policję, która pilnuje między innymi zasad przestrzegania uczciwego handlu i bezpieczeństwa. 

Nakarm mnie! Nie mogę, nie stać mnie…

Opuściliśmy, tym razem pieszo, mury Kasbah i udaliśmy się w stronę obiecującej, również jedzeniowo, starówki. Byliśmy głodni! Niestety, mieliśmy też pewien problem. Od początku wycieczki staraliśmy się nie wypłacać pieniędzy z bankomatu, tylko wymieniać dolary. Z gotówki wymienionej w Tangerze nie zostało nam praktycznie nic, w okolicy nie widzieliśmy nie tylko żadnego kantoru, ale nawet bankomatu. Z tęsknotą oglądałam menu mijanych barków ulicznych i liczyłam, czy może starczy nam drobnych na jeden kawałek pizzy i dwa soczki. Książę mnie wyśmiał i uparł się znaleźć czynny kantor. Przecież to stolica! Godzinę później wypłacaliśmy pieniądze z bankomatu, a następnie poszliśmy na wyjątkowo podłe jedzenie do pierwszej napotkanej knajpki. Zamówiłam zwykłą margaritę, mój mąż dziwnego smażonego kurczaka. I kogo dopadła klątwa faraona? No kogo? Dwa dni później wracałam do Stanów wymęczona, ciągle przeziębiona, skupiająca resztki siły woli na kontroli wnętrzności i do tego dopadł mnie akurat ten czas miesiąca… Być kobietą, być kobietą… 

Zanim jednak nastąpiły te wszystkie dantejskie sceny i inne ponure zdarzenia, w tym ja błagająca męża, żebyśmy kończyli już te wakacje i wracali do domu, zwiedziliśmy jeszcze Rabat (na Sale niestety nie starczyło czasu). Najpierw wałęsając się po już zamkniętym targu późną nocą (spotkaliśmy dobrze wypasionego szczura) i przechadzając malowniczym brzegiem wody (ciężko określić co to dokładnie była za woda, czy jeszcze rzeka, czy może delta, a w sumie chyba zatoczka, ale czy to się nazywało zatoczką? Może to już ocean był? Dlatego nazwijmy to po prostu wodą…) z widokiem na majestatyczne, podświetlone mury Kasbah. Potem, po cudownym śniadaniu na tarasie daru (widok był nieziemski!) przeszliśmy się po medynie raz jeszcze, tym razem kupując magnesy i inne pamiątki, ale też podziwiając przepiękne obrazy w lokalnych galeriach. Marokańskie malarstwo jest super! W Rabacie odważyłam się też w końcu spytać o ceny takchit (przypominam, że to te ozdobne, dwuwartswowe kaftany), okazały się znacznie niższe, niż się spodziewałam, więc zaczęłam szukać takiej, która by mi się podobała najbardziej. Niestety, kiedy już okazało się, że mogę sobie jedną kupić, żadna nie zachwyciła mnie jak te wszystkie poprzednie, które widziałam kiedy jeszcze myślałam, że mnie na nie nie stać. Kobiecy mózg… W końcu znalazłam jedną, miętową, całkiem piękną, ale byłam już tak zmęczona i zakatarzona, że kiedy mąż stwierdził, że mam przemyśleć zakup, nie byłam w stanie tego zrobić. Do teraz żałuję. I oczywiście obwiniam męża, dzięki temu jest mi łatwiej.

Kasbah nocą, Rabat

Dość już tych wakacji

Po niekupieniu takchity ruszyliśmy w drogę powrotną do Marrakeszu. Tym razem nie zbliżaliśmy się nawet do upiornych murów medyny. Wynajęliśmy pokój w willi blisko lotniska. Próbowaliśmy jeszcze znaleźć myjnię samochodową, ponieważ nasz samochodzik wyglądał na taki troszkę po przejściach, a wypożyczalnia domagała się czyszczenia (kiedy braliśmy samochód, byliśmy świadkami, jak para Hiszpanów, która akurat oddawała swój, prawie spóźniła się na samolot, bo musieli jeździć i szukać myjni). Niestety, wszystkie myjnie były zamknięte. Podobnie następnego dnia (niedziela) rano. Postanowiliśmy zaryzykować i w razie czego się kłócić. Żeby jeszcze było z kim… Człowiek pracujący w wypożyczalni nie spieszył się do pracy, na zewnątrz rosła kolejka zestresowanych pasażerów, przerażonych, że nie zdołają zwrócić aut przed odlotem. Zdołali. A facet, może świadomy tego, że sam trochę zabarłożył o myjnię się nie czepiał. 

Udało nam się odlecieć. Przesiadkę w Casablance przeczekaliśmy w loży, gdzie z braku jakichkowiek potraw wegetariańskich pochłaniałam pyszne owocowe babeczki. 

Wreszcie wsiedliśmy w samolot z Casablanki do Nowego Jorku. Do domu. Tak, wtedy po raz pierwszy pomyślałam o Nowym Jorku jak o domu. Podróż do Maroka miała dodatkowe plusy. 

Widok do śniadania, Rabat

I na tym czas zakończyć naszą marokańską przygodę. Które z miast odwiedzilibyście najchętniej? A może już w niektórych z nich byliście? Jakie macie doświadczenia? Jak zawsze czekam na Was na instagramie! Poza tym zachęcam Was do zajrzenia na bloga w piątek – szykuje się kolejna część zOrientowanych!