Stałam kiedyś w piękny, słoneczny dzień z bratem na przystanku autobusowym w Warszawie. Czekaliśmy spokojnie na zwykły, polski autobus, numer, bodajże 218, kiedy nagle na przystanek zajechał londyński double-decker, wysiadło z niego stado polskich stewardess niemieckich linii lotniczych, następnie stado rozdało oczekującym przystankowiczom chińskie ciasteczka z wróżbą. Wróżba zasugerowała, że mamy skorzystać z nowej promocji owych niemieckich linii i polecieć do Indii. Brat bez zbędnej kontemplacji stwierdził, że oto zajechała globalizacja i dała mu w pysk. Nie pozostało mi nic innego, jak pokornie się z nim zgodzić. Mnie globalizacja dała w pysk trochę wcześniej…

Od pierwszego obejrzanego przeze mnie odcinka Czarodziejki z Księżyca, pragnęłam jechać na studia do Japonii i koniecznie związać się z mężczyzną pięknym niczym Masaya Kato (obłędnie przystojny aktor wypatrzony w filmie Takeshiego Kitano), tylko może ciut młodszym. Wyszło z tego tyle, że w Japonii studiowałam raptem pół roku w ramach wymiany studenckiej, a tak na dłużej to w walijskim Cardiff, za to od razu japonistykę i hispanistykę, bo skoro mój tata od niedawna mieszkał w Chile, to stwierdziłam, że warto przy okazji nauczyć się hiszpańskiego. 

Od razu pozwolę sobie na pewną refleksję, jeśli którakolwiek z Was, drogie Czytelniczki, ma w planach gorący romans z Latynosem, to naprawdę nie warto uczyć się castellano. Moje zadurzenie z wakacji między liceum a pierwszym rokiem studiów minęło jak ręką odjął w momencie, kiedy mogłam się z moim niedoszłym absztyfikantem porozumieć i boleśnie sobie uzmysłowiłam, że w mężczyznach jednak bardzo mocno pociąga mnie intelekt. Jego brak działa na mnie gorzej niż mężczyzna przystępujący „do dzieła” w skarpetkach. 

Wracając do weryfikacji moich planów z ery Sailor Moon, nie dość, że Japonię zastąpiła smętna, deszczowa Walia, to miejsce przy moim boku, zamiast seksownego yakuzy, zajął pakistański Książę. Tego algorytm zdecydowanie nie przewidział. A już tym bardziej w życiu bym nie wpadła na to, że rozpoczynając niezobowiązujący, studencki romans z rozpuszczonym do granic możliwości adonisem (ja nawet nie lubiłam przystojnych facetów!) wiele lat później skończę na duńskiej, niemal bezludnej wyspie, gotowa do zamążpójścia i wyprowadzki do Nowego Jorku. 

Jeśli chcecie się dowiedzieć jak wygląda miłość na przekór strefom czasowym, jak wyjść za mąż za cudzoziemca i nie zwariować oraz co idealny mąż daje w prezencie ukochanej żonie na walentynki, rocznicę ślubu czy urodziny, zapraszam do lektury mojego bloga. Trolli, szczególnie polskich smalców alfa głęboko wierzących, że wychodząc za mąż za cudzoziemca splugawiłam naród polski i what not, nie zapraszam, ale oczywiście, jeśli bardzo chcecie, czytajcie – to bardzo rozwijająca i poszerzająca horyzonty aktywność. 

Co Was czeka? Chaotyczna relacja udowadniająca, że związki na odległość są do obronienia, że miłość może kwitnąć wbrew różnicom kulturowym, a co ważniejsze geograficznym. No i te strefy czasowe… W ogromnym skrócie: jestem, jak już się domyśliliście, z Polski, mój mąż z Pakistanu, poznaliśmy się na studiach w Cardiff, stolicy Walii. Krótko po tym, jak “zaczęliśmy ze sobą chodzić” (czyt. nie tylko spacerować), wyjeżdżałam akurat na pół roku do kraju hiszpańskojęzyczego (padło na Chile, konkretnie Viñę del Mar i Valparaíso) i na kolejne pół do wymarzonej Japonii studiować w Tokio. Czwarty rok studiów udało nam się spędzić razem, tylko po to, żeby po uroczystym wręczeniu dyplomów i kilkudniowej randce w Londynie rozstać się (ale tylko geograficznie) na czas nieokreślony. Księcia sytuacja rodzinna zmusiła do powrotu do Pakistanu, ja postanowiłam rozpocząć studia podyplomowe (pozwolę sobie tu podziękować moim najcudowniejszym Rodzicom za umożliwienie mi tego całego studiowania!), decydując się na prestiżowy program studiów politycznych (przez dłuższy czas marzyła mi się kariera w dyplomacji) oferowany przez Amerykańsko-Europejskie Konsorcjum Uniwersyteckie. Oznaczało to mnie więcej tyle, że każdy semestr dwuletnich studiów mogę spędzić na innym uniwersytecie. 

magnesy z podróży, ilustracja naszego związku

Zaczęłam od angielskiego Bath, następnie przeniosłam się do Pragi, pod same Hradczany, jak na szanującą się księżniczkę przystało, a podczas trzeciego semestru odkrywałam uroki Hiszpanii, studiując na uniwersytecie w Madrycie. W tym samym czasie mój mężczyzna przeprowadził się do Nowego Jorku, co w przeciwieństwie do Pakistanu, dawało pewne nadzieje na wspólną przyszłość. Czwarty semestr miałam przeznaczyć na pisanie dyzertacji, wybierałam tylko uniwersytet, dla którego chcę ją napisać, ale mieszkać, myśleć i pisać mogłam, gdzie chciałam. Wróciłam do Polski, napisałam wybitną pracę, a następnie (znowu dziękuję Rodzicom!) spakowałam walizkę i pojechałam na dwa miesiące do Nowego Jorku. Spotkaliśmy się wtedy po raz pierwszy po półtorarocznej przerwie. Półtora roku! Wyobrażacie sobie? Normalni ludzie w tym czasie zmieniają kilka razy partnerów, zaręczają się, czasami nawet ogarniają błyskawicznie wesele (może korzystając z rezerwacji sali poczynionej z poprzednim partnerem, nie wiem), a w skrajnych przypadkach do tego wszystkiego poczynają potomstwo. My tymczasem trwaliśmy w zawieszeniu. Tak, jakby ktoś przełączył nas w tryb uśpienia. Parafrazując Marię Pawlikowską-Jasnorzewską, widać dało się przeżyć bez powietrza. 

Nie bałam się tego spotkania, byłam raczej zaciekawiona, jak to w ogóle będzie wyglądało. Przez półtora roku ludzie się zmieniają, może on też się zmienił? Tymczasem w momencie, kiedy, wybaczcie harlekinową wstawkę, nasze usta spotkały się na lotnisku w Newark, wszystko wróciło do normy. Było tak, jak powinno być. Jakbyśmy nigdy nie rozstali się nawet na tydzień. Po dwóch miesiącach umownej sielanki (akurat trafiłam na moment, kiedy w Nowym Jorku szalał huragan Sandy, więc nie obyło się bez przygód) musiałam wracać do Europy, odebrać dyplom, znaleźć pracę… Przez kolejne kilka lat spotykaliśmy się w różnych miejscach, czasami to ja leciałam do Stanów, czasami Książę odwiedzał Polskę, raz spotkaliśmy się w Stambule, kiedy wracał akurat z Pakistanu ze ślubu siostry. W końcu zaręczyliśmy się w Puerto Rico, pobraliśmy najpierw w Nowym Jorku, potem w Danii, pojechaliśmy w sumie w trzy podróże poślubne i dodatkowo na wesele kuzynki do Pakistanu (ostateczny test charakteru mojego męża, nie ukradł mi paszportu i nie zamknął w piwnicy!) i wreszcie, po prawie trzech latach małżeństwa, zamieszkaliśmy razem na Brooklynie. I jakoś to funkcjonuje. Chcecie wiedzieć więcej? Zaglądajcie! I obserwujcie mnie na Instagramie!