Oszukać przeznaczenie

W ostatnim odcinku Miłości w czasach strefowych, główna bohaterka i przyszła heroina romansu, Maja wyjechała z Cardiff, nie mając nawet szansy pożegnać się z przystojnym, egzotycznym Księciem. Co gorsza, nie wiedziała nawet, jak jej współlokator ma na imię. Szanse na to, że ich losy splotą się ponownie były, delikatnie mówiąc, znikome. Innymi słowy, wszystko wskazywało na to, że uda im się oszukać przeznaczenie i nie komplikować sobie aż tak kolejnych dziesięciu (ponad) lat życia. A w sumie, powiedzmy sobie wprost – całej reszty życia. Książę mógłby sobie dalej randkować z subkontynentalnymi pięknościami i w odpowiednim momencie wyrazić (lub nie) zgodę na aranżowane przez mamę małżeństwo z Pakistanką z odpowiedniej rodziny. Maja mogłaby z kolei spędzać dnie na zastanawianiu się, kto z pierwszego roku japonistyki podoba jej się najbardziej – arogancki Francuz, który jak może pamiętacie z poprzedniego odcinka, przeniósł się na drugim roku na dobre do Cardiff, a może jego kolega z roku, niewiarygodnie śliczny pół-Japończyk, pół-Brytyjczyk, którego na potrzeby bloga nazwiemy Genzō. 

Ale po kolei…

Wspominałam, że większość akademików jest przeznaczona dla zagubionych pierwszoroczniaków. Zakłada się, że podczas pierwszego roku studenci nawiążą jakieś tam więzy społeczne, pozwalające na uformowanie kilkuosobowych zespołów, które następnie wynajmą sobie wspólnie mieszkania. 

Bardzo szybko stało się oczywiste, że wprowadzę się do domu, w którym mieszkała M. – czteroosobowego szeregowca z malutkim ogródkiem w dzielnicy Roath. Przecznicę od naszej ulubionej japońskiej restauracji i dwa domy od wokalisty popularnego wtedy brytyjskiego zespołu the Automatic (to ci od piosenki Monster, z tańczącą małpą). M. okazała się zresztą najcudowniejszą współlokatorką pod słońcem – przynosiła kawę, robiła makijaż (miała kolekcję ponad 100 cieni MACa mieszkających w salonie w pudełkach po butach) a kiedy wracałam po pobycie w domu, dbała o to, żeby czekały na mnie lody i nowy numer brytyjskiego Vogue’a. Poza tym pożyczała mi swoje przepiękne ciuchy i biżuterię, chodziła ze mną do kina i na imprezy, wprowadzała na prywatne wyprzedaże znanych projektantów. Uwielbiałam ją nad życie. Jedyny problem polegał na tym, że w domu zwolniły się trzy miejsca, nie jedno. M. podjęła się znalezienia pozostałych dwóch współlokatorów i tym samym zamieszkałyśmy z helmutami.

Helmuty

Helmuty były parą Niemców. Ona bardzo rozpełznięta przestrzennie, sprawiająca wrażenie niedomytej, ale głęboko przekonana o swoim seksapilu – on, chudziutki kogucik z mordą amorka. Na początku nic nie zwiastowało katastrofy. Helmuty były miłe, nawet chwilami całkiem pomocne a na ogół niekłopotliwe. Sielanka trwała może miesiąc, potem zaczęły się różne dziwne historie. Helmuty uparły się na przykład trzymać wypełnioną olejem (bo przecież olej należy oszczędzać, a nie co chwilę wymieniać na świeży) frytkownicę w salonie i kilka razy prowokacyjnie taplali w niej jedwabne szale M., za to, że M. ośmielała się zostawiać część ubrań w salonie. Kąpieli w oleju doświadczyli między innymi Alexander McQueen i Valentino. Były też awantury o ogrzewanie – helmucica upierała się nawet głęboką zimą eksponować swoje kształty i rozkręcała ogrzewanie na maksa, podczas gdy my wychodziłyśmy z założenia, że grzać owszem trzeba, ale nie do tropikalnych temperatur, zimą należy chodzić po prostu w cieplejszych ubraniach. Jednak to wszystko były raptem drobne niedogodności – prawdziwy cyrk wynikał z tego, że nasze helmuty przejawiały iście mało helmutowskie temperamenty. I nie, nie chodzi mi o głośny seks. Kłócili się nagminnie, oczywiście po niemiecku a cherlawe helmuciątko przejawiało nawet chęć bicia swojej samicy. Oczywiście nigdy jej przy nas nie uderzył, ale raz biegał wkurzony po mieszkaniu, ja zamknęłam się w pokoju, helmucica podobnie, a on poleciał wyważać swym cherlawym barem drzwi do jej komnaty. Zadzwoniłam do M., która akurat była w pracy, a M. do naszego landlorda, przekonana, że zaraz helmucik zacznie wyważać moje drzwi i mnie mordować. Nie wyważył, nie zamordował, ale połamał mi mój bardzo stylowy czajniczek do herbaty. Tego bydlakowi nie daruję.

Żyrandol, Marquez i leżaczek

Niemniej jednak mieszkało mi się tam cudownie, helmuty przez większość czasu były ignorowalne, M. arcykochana, pokój znacznie większy niż w akademiku a na dodatek landlord zgodził się zawiesić mi w nim kryształowy żyrandol. Na tyłach domu był troszkę zarośnięty ogródek a w ogródku leżaczki, na których doskonale czytało mi się Sto lat samotności, jadło lody, a czasami nawet uczyło. W dodatku nie było tak daleko od szkoły, do centrum miasta trochę dalej niż kiedyś, ale przynajmniej wypady do kina i na zakupy łączyły się z dłuższymi spacerami “dla zdrowotności”. Nowe lokum miało, jak się później okazało, jeszcze jeden, zupełnie nieoczywisty plus, ale zanim do tego dojdziemy, jeszcze chwilę się ze mną pomęczycie. Muszę poukładać wszystkie elementy na swoim miejscu, dopiero później przejdę do pięknej, romantycznej historii o przeznaczeniu…

Pierwszoroczni

Dzisiaj w ramach urozmaicenia będę Was częstować m.in. zdjęciami z Bath i Bristolu. Nie jest to tak całkowicie pozbawione sensu, bo nawet o tych miejscach króciutko w tym poście wspomnę.

Wspomniałam już o Francuzie i Genzō. Tak się złożyło, że wraz z nimi na pierwszy rok japonistyki trafił Radek, Polak, znajomy M. z pracy. Później zresztą, zupełnie niechcący, Radek odegrał w mojej miłosnej historii rolę nieomal kluczową. Chociaż takich kluczy było mnóstwo. Ewidentnie jakaś siła wyższa uparła się, że muszę być z Księciem, nie robiąc sobie nic z tego, czy którekolwiek z nas wierzyło w przeznaczenie… W każdym razie, zanim Radek odgrywał role kluczowe, uprzejmie i sam z siebie przekazywał M. różne bardziej i mniej użyteczne informacje dotyczące pierwszoroczniaków. Dzięki niemu dowiedziałyśmy się, że mam wśród pierwszorocznych mały fan klub, na którego czele stoją zupełnie dzicy na moim punkcie Francuz i jakiś-chyba-pół-Japończyki-a-pół-Grek? Chodziło oczywiście o Genzō, ponieważ po japońsku Anglik to igirisujin, a Igirisu może się pomylić z Greece, logiczne. Nie wiem na ile to była prawda, ale samo podejrzenie, że Genzō może być “dziki” na moim punkcie wprawiała mnie w doskonały nastrój. Żebyście wiedziały (l.mn. r.ż., bo męscy Czytelnicy mogą nie zrozumieć) jakie on miał oczy!!! Japońsko skośne, ale w kolorze płynnego miodu. Sama się rozpłynniałam, jak na nie patrzyłam. Do tego zaczął przychodzić na wykłady drugiego roku i siadać ze mną.

Ponowne spotkanie

Jak jednak wiecie, blog jest o moim związku z pakistańskim Księciem, a nie o niedoszłym romansie z przesłodkim, pół-japońskim MC (tak, to cudo rapowało, z pięknym londyńskim akcentem). Krótko po rozpoczęciu nowego roku szkolnego, przeznaczenie wzięło sprawy w swoje ręce i zabrało się za korygowanie sytuacji. 

Szłyśmy z M. na imprezę. Wylaszczyłam się okrutnie, założyłam mega obcisłą, czarną ołówkową spódnicę (miałam w planie mini, ale M. powiedziała, że nie zamierza spędzać wieczoru na opędzaniu mnie od zboczeńców), czarną, jeszcze bardziej obcisłą bluzkę, obcasy i czarną skórzaną kurtkę z efektownym kołnierzem. M. jak zawsze zrobiła mi fenomenalny makijaż. To był jeden z tych razów, kiedy patrząc w lustro naprawdę nie miałam się do czego przyczepić. Zdarza mi się to niezmiernie rzadko. Ale wtedy właśnie się zdarzyło. 

Na imprezie straszliwie się z M. pokłóciłyśmy, o totalną pierdołę, zwykłe nieporozumienie, ale M. zareagowała bardzo emocjonalnie, a ja postanowiłam wrócić do domu. O jakiejś kompletnie bezsensownej godzinie, kiedy jest już za późno, żeby po prostu wracać do domu, a za wcześnie, żeby wracać z imprezy. W drodze do domu mijałam pobliskiego SPARa – całodobowy spożywczak, z którego w tej samej chwili wychodził… Tak. No oczywiście, że tak. Książę. I nagle kłótnia z M. przestała się liczyć, staliśmy w świetle okropnych neonów i szczerzyliśmy się do siebie, żadne z nas nawet nie próbowało ukryć zadowolenia. Książę nie mieszkał w pobliżu. Po prostu uczyli się z kolegą do testów (Książę uczył się niezmiernie rzadko) i zabrakło im Red Bulli – SPAR był najbliżej. Tym razem nie ryzykowaliśmy – Książę wleciał do sklepu po kartkę i długopis i wymieniliśmy się mailami – wtedy, przed erą Facebookowego messengera, korzystało się z MSN – messengera od Microsoftu, w którym kontakty wyszukiwało się po adresach mailowych. Wraz z adresem mailowym poznałam też imię mojego byłego współlokatora, a zarazem przyszłego męża. 

Gdyby kózka nie skakała…

Pisał codziennie. Odpisywałam raz na jakiś czas, czasami z przyjemnością, czasami ze zniecierpliwieniem. Raz przypadkowo wpadliśmy na siebie w sklepie – akurat nienawidziłam wszystkich ludzi (zdarza mi się raz na jakiś czas taki napad potężnej, gargantuicznej wręcz niechęci do całego świata), więc kiedy dostrzegłam go kątem oka, próbowałam się dyskretnie wycofać. Zauważył mnie i przybiegł, szczęśliwy jak szczeniak. I weź takiemu powiedz, żeby sobie poszedł, bo to się może źle skończyć… Nie da się. Pierwszy raz bardzo mocno starałam się nie być dla kogoś niemiła. Wyszło chyba trochę sztucznie, a kontakty na msn nieco osłabły. 

W końcu nadeszła przerwa świąteczna, podczas której wraz z grupą znajomych z liceum pojechałam na narty na Słowację. Myślę, że opisy różnych dziwnych rzeczy, które działy się podczas tego wyjazdu możemy sobie spokojnie darować, zwłaszcza, że większość uczestników jest obecnie dorosła. W sensie naprawdę dorosła, nie tylko PESELowo – mają żony, mężów, dzieci, poważne stanowiska i w ogóle wyrośli na szanowanych obywateli. 

No dobrze. To zdjęcie musiało się tu znaleźć.

Grunt, że w wyniku zaistniałego splotu okoliczności, z nart wracałam ze złamaną nogą. Nie zagłębiając się w szczegóły, chciałam tylko podziękować mojej koleżance Asi, która jako jedyna zachowała w tamtych ciężkich chwilach przytomność umysłu i wybrała mi najprzystojniejszego ratownika, który następnie zwoził mnie z czarnego szlaku w saneczkach i nosił na rękach. Dziękuję również Oli, która bez żalu porzuciła tego dnia tatrzańskie stoki i pojechała zwiedzać ze mną słowackie nemocnice. Dziękuję też wszystkim tym, którzy w tym czasie nosili mnie na rękach i ciągnęli na saneczkach i pożyczali spodnie dresowe, w które mieścił się gips. Minęło już ponad 10 lat, ale nigdy Wam tego nie zapomnę! 

Dodam jeszcze tylko, że bardzo ważną rzeczą w życiu jest pojemny pęcherz. Przydaje się na przykład wtedy, kiedy pociąg z Zakopanego do Gdyni jedzie 17 godzin, a gips sięgający od stopy do pośladka w pewnym stopniu utrudnia(łby) korzystanie z pociągowej toalety. 

To również.

Areszt domowy

Ogólnie całą przygodę ze złamaniem nogi wspominam bardzo dobrze, pośmialiśmy się, było wesoło, nie zdarzyło się to pierwszego dnia, więc trochę pojeździłam, co więcej, zabawę sylwestrową kończyłam jako jedna z ostatnich (śniadaniem o 8). Nogę złamałam dopiero 2go stycznia. To był cudowny wyjazd. A kolega mi jeszcze później pomalował cały gips na różowo, więc nawet stylowo było. Jedynym minusem tej całej imprezy (poza tym, że przestałam tak chętnie biegać w szpilkach) było pewne opóźnienie w powrocie do szkoły – pomijając już logistykę przemieszczania się po campusie o kulach, lot samolotem przed zdjęciem gipsu był po prostu zbyt ryzykowny.

Dłuższy pobyt w domu sam w sobie nie byłby taki zły, ale przepadał mi w tym czasie jeden egzamin z hiszpańskiego. Kiedy złożyłam podanie o zdawanie egzaminu w sesji wiosennej, mój prowadzący z japońskiego zaoponował i stwierdził, że lepiej będzie, jeśli będę powtarzała rok. Gdyby postawił na swoim, wszystko mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Ale o powtarzaniu roku nie było nawet mowy! Niby z jakiej racji?! Ja sobie nie poradzę?! Ja nie nadrobię? Przecież byłam najlepsza na roku! I z japońskiego i z hiszpańskiego! Też coś… Nie wiem czy Wam kiedyś wspominałam, ale jestem całkiem niezła w pisaniu skarg. Tym razem również udowodniłam swoją skuteczność. 

Przez cały ten czas, kiedy siedziałam w domu ze złamaną nogą, Książę pisał, dopytywał się o stan mojej kończyny i po prostu zabawiał rozmową. Rozmawialiśmy wtedy o wszystkim. O filmach, o fotografii, o koniach, o jego rodzinie. W tym czasie stwierdziłam, że jest tak wspaniały, że naprawdę szkoda byłoby, gdyby się zmarnował – planowałam wyswatać go ze swoją przyjaciółką. Tak. Dobrze przeczytaliście! Planowałam odstąpić Księcia komuś innemu!

Powrót z tarczą, ale o kulach

Do Cardiff poleciała ze mną Mama, która została ze mną przez jakiś czas próbując się upewnić, że jej kulawa córka da sobie radę. Po ekspresowej rehabilitacji (ten ból zapamiętam do końca świata) z każdym dniem radziłam sobie lepiej, ale z konieczności szpilki zamieniłam na baletki.

Na wykładach z japońskiego przekonałam się, że podczas mojej nieobecności Genzō przestał chodzić na zajęcia z drugiego roku. Tymczasem Książę stale deklarował chęć pomocy (z perspektywy czasu, wiedząc jak bardzo zorganizowany jest mój mąż, zastanawiam się, na czym ta pomoc miałaby niby polegać…). Kiedy Mama wróciła do Polski, zaczęliśmy się spotykać, chodzić razem do kina i na długie spacery, podczas których starałam się w pełni odzyskać władzę nad krnąbrną kończyną. Niestety na razie nie było mowy o powrocie do tańca towarzyskiego, który w tamtym czasie trenowałam, ale spotkania z przystojnym eks-współlokatorem skutecznie odciągały mnie od umartwiania się nad sobą. 

Po naszych spotkaniach Książę zawsze troskliwie odprowadzał mnie pod drzwi, nigdy nie próbując się do mnie zbliżyć, czy wytargować zaproszenie do środka. Kiedy rozmawiałam o tym z koleżanką, nie do końca wiedząc co o tym wszystkim sądzić, Mary stwierdziła, że widocznie trafił mi się niezwykle rzadki okaz mężczyzny inteligentnego, który woli poczekać, niż wszystko zepsuć. Pasowało mi to. Kompletny brak romantycznej inicjatywy z jego strony zaczynał mnie paradoksalnie pociągać. O oczach Genzō nie myślałam już wcale. No. Prawie wcale. 

Wejdziesz na drinka?

Któregoś razu, kiedy wracaliśmy z długiego spaceru (poszliśmy aż do Mermaid Quay), Książę zaproponował, żebym wpadła do niego na drinka. Szlag mnie trafił kosmiczny, stwierdziłam, że skończyło się rumakowanie, a Książę okazał się takim samym osłem, jak wszyscy. Kiedy oschle odmówiłam, osioł stulił uszy po sobie i i tak odprowadził mnie do domu. Po drodze mętnie tłumaczył, że miał urodziny (taaa… w listopadzie, a my mówimy o marcu), dostał dużo alkoholu i może akurat lubię… Serio?

Notka z perspektywy czasu: Książę nie wiedział specjalnie jak zabrać się za podrywanie Polki, a podobno gdzieś w internecie przeczytał, że my, Polki, lubimy pić. Więc zrobił spore zakupy na dziale alkoholowym i czekał na cud. Jaki z tego morał? Nie wierzyć wszystkiemu, co czytamy w internecie.

Intermission

Po tym niefortunnym wydarzeniu, Książę więcej kretyńskich pomysłów nie sygnalizował, więc sprawy szybko wróciły na prawidłowe tory, sytuacja zaczęła rozwijać się w pożądanym kierunku. Smsy nabrały ciekawszych odcieni, zaczynały kwitnąć magnolie i zaczynał kiełkować zalążek romansu. I w takim właśnie momencie, w bollywoodzkich filmach następuje jakaś spektakularna klapa, a po niej intermission, podczas którego widzowie mogą skorzystać z toalety lub wyjść na papierosa. Do palenia Was nie zachęcam, wręcz odradzam, w sprawy między Wami, a Waszymi pęcherzami się nie wtrącam, ale jeśli macie ochotę na drugi kubek herbaty, to to jest dobry moment.

Gdzieś w Brystolu.

Nieoczekiwany zwrot akcji

Zgodnie z planem przyjeżdżała do mnie moja przyjaciółka z liceum. Osoba szalenie intensywna i cudownie rozrywkowa. Poinformowałam Księcia, że przez kilka dni będę poza radarem i rzeczywiście, przez ten czas praktycznie do siebie nie pisaliśmy. Wraz z Alunią zwiedzałyśmy Cardiff, Bristol i Bath (nawet nie podejrzewałam wtedy, że kiedyś będę w Bath mieszkać), robiłyśmy setki zdjęć (m.in. Aluni na niebieskiej świni) i zaśmiewałyśmy się do łez z każdej głupoty. A ja powoli uświadamiałam sobie, że chyba się zakochałam.

Kiedy Alunia wyjechała, wysłałam do Księcia sms’a. Coś w stylu, już jestem wolna. W odpowiedzi dostałam jakąś totalnie kretyńską wiadomość, coś lekko zahaczającego o “to nie ty, to ja”, ale bardziej skomplikowanego. Zaczynało się od tego, że jestem dobrą dziewczyną (czy jest coś mniej seksownego niż dobra dziewczyna?), a on nie chce mi niszczyć życia, poza tym jego pokój śmierdzi teraz perfumami innej i on nie może spać. 

Ten teatr stał się dramatyczny!

Nie. Nie złamał mi serca. Raczej totalnie mnie zszokował i zniesmaczył. Może lekko rozbawił. Przecież nie deklarowałam swoich uczuć, poinformowałam tylko, że moja przyjaciółka wyjechała i możemy wznowić naszą rutynę. Poza tym, nie przypuszczałam, że z niego taki drama king. Perfumy innej? Poeta od siedmiu boleści. No nic, widać nawet kumplować się nie będziemy, o romansie nie wspominając. Zresztą, drugi rok się kończy, zaraz sesja, a na trzecim wyjeżdżam do Chile i do Japonii. 

I tak mogła się skończyć moja przygoda z pakistańskim gamoniem. Kretyńskim sms’em. Ale przypominam, że pracujemy na założeniu, że to wszystko było nam przeznaczone, a przeznaczenie nie przejmuje się specjalnie gamoniowatością ludzką, a męską to już w ogóle.

Kroplą deszczu…

Pamiętacie Radka? Nie radził sobie chłopak z japońskim a ja na prośbę M. pomagałam mu w przygotowywaniu się do egzaminów. Spotykaliśmy się w świetlicy tuż przy stołówce mojego pierwszego akademika. Testowałyśmy ją na pierwszym roku z M., tam też upiłam się kiedyś trzema puszkami Red Bulla i zaczęłam histerycznie śmiać z trzech podobnie brzmiących japońskich czasowników. W każdym razie to właśnie tam spotykałam się z Radkiem na regularnych lekcjach. W ramach wdzięczności, Radek, który był informatykiem, podjął się naprawy mojego laptopa. Tego pamiętnego dnia oddawał mi właśnie mój komputer. Pech chciał, że pogoda przypomniała sobie, że jesteśmy w Walii. W ciągu kilku minut bezchmurne, wieczorne niebo postanowiło zalać nas biblijną powodzią. Kiedy wychodziłam ze świetlicy, trzymając laptopa w objęciach pod lekkim wiosennym płaszczykiem, wpadłam na Księcia. Dom, który wynajmował stał tuż obok, a on postanowił wyjść na zewnątrz na papierosa…

Było zupełnie inaczej niż podczas spotkania pod SPARem. Tym razem wpatrywaliśmy się w siebie w niezręcznej ciszy. Każde z nas czekało na reakcję tego drugiego. On lekko speszony, ja wrogo nastawiona. I już bardzo zmoknięta. W końcu wycedziłam, że bardzo miło go widzieć, żywego, zdrowego i w ogóle, ale ja już sobie jednak pójdę, bo mój komputer tego nie przeżyje. Książę zaproponował parasolkę. Warknęłam, że wzięłabym z przyjemnością, ale wtedy nie daj bogini musielibyśmy się spotkać, żebym mu tę parasolkę oddała, a przecież nie będziemy ryzykowali, że zniszczymy mi życie (no dobrze, nie był to mój najlepszy popis). Książę przemyślał sprawę i stwierdził, że może w takim razie po prostu mnie z tą parasolką odprowadzi.

Utrata czujności

Odprowadził. Przy okazji opowiedział łzawą historię o jakiejś dziewczynie, z którą nie może być, bo ich rodziny się na to nie zgadzają. Ona nie może się z tym pogodzić, ale nie ma dla nich nadziei. Na koniec stwierdził, że jest mu smutno i czy bym mogła go przytulić.

Po powrocie do domu spędziłam około pięciu minut zastanawiając się, jak mogłam być tak głupia i myśleć, że Książę na mnie leci, skoro on przeżywał właśnie szalenie dramatyczną historię miłosną. Kolejnych kilka dni spędziłam nieomal płacząc nad losem nieszczęśliwych kochanków, których podłe rodziny skazują na tak ogromne cierpienie. A może, gdyby tak gdzieś uciekli? Może do Polski? Kto by ich w Polsce szukał?

Totalnie przeprogramowałam mózg, zapomniałam o jakichkolwiek romantycznych uczuciach i starałam się być po prostu jak najlepszym kumplem dla mojego cierpiącego przyjaciela. Chociaż szczerze mówiąc tego cierpienia za bardzo po nim nie było widać. Z każdym spotkaniem sprawiał wrażenie coraz szczęśliwszego, oglądaliśmy razem filmy (już w jego pokoju, bo przecież skoro kocha inną to ryzyko żadne), on proponował mi herbatę (raz nieopatrznie się zgodziłam – okazało się, że pobiegł wtedy szybko do stołówki i kupił obrzydliwą herbatę z mlekiem z automatu) i kupował na nasze seanse filmowe moje ulubione lody. Co tu dużo mówić, kompletnie straciłam czujność, chociaż M. ostrzegała, że ta cała łzawa historia to prawdopodobnie tylko nowy sposób na podryw. 

I tak któregoś razu zasnęliśmy przy oglądaniu filmu. A kiedy rano, przerażona (tego dnia miała do mnie przylecieć na kilka dni z Edynburga kolejna przyjaciółka ze swoim chłopakiem, miałam po nich wyjechać na lotnisko) próbowałam go obudzić, zostałam uciszona w wyjątkowo skuteczny sposób… Było to 22 maja 2008 roku.

Też w Brystolu. W tym czasie Książę dochodził do wniosku, że zerwie ze mną znajomość.

I jakoś tak wyszło…

Tego samego dnia Książę skończył swój nieszczęśliwy romans i zaczęliśmy ze sobą “chodzić”. Koledzy Księcia wiwatowali – po prawie dwóch latach w końcu udało mu się zdobyć wymarzoną dziewczynę. Ja z kolei zastanawiałam się, w co właściwie się wpakowałam. Z wyjścia z kolegami do salonu gier przytargał mi ogromną ilość maskotek, które wyciągnął dla mnie z maszyn. Pamiętał, że chciałam maskotkę z kotem z Alicji w Krainie Czarów, nie znalazł, kupił innego kota. Dalej chodziliśmy na długie spacery, dosłownie nosił mnie na rękach, aż raz pojechaliśmy na piknik za miasto. Siedzieliśmy przytuleni na głazie po środku rzeki, jedliśmy owoce granatu i obserwowaliśmy nietoperze. Nie pamiętam już jak do tego doszło, o czym dokładnie rozmawialiśmy, ale mój chłopak w pewnym momencie stwierdził, że i tak “mógł mieć każdą”. Zdenerwowałam się okrutnie i… zerwałam. Teoretycznie dla żartu, ale im mniej poważnie ten bałwan traktował moją deklarację o rzuceniu go, tym bardziej zacięta się stawałam. W efekcie nadal spędzaliśmy ze sobą czas, ale romantyczne zapędy bałwana były bardzo chłodno ucinane. Z tego co pamiętam, “rozstanie” trwało kilka dni. Na tyle długo, że do Księcia dotarło, że nie żartuję. I zaczął się starać.

Niestety, było to raptem kilka dni przed moim powrotem do Polski. A na trzecim roku nie wracałam do Cardiff… Miałam go spędzić pół na pół na dwóch różnych krańcach świata, podczas gdy Książę, którego studia również były 4-letnie, miał mieć w tym czasie praktyki w fabryce L’Oréal (co miało ogromne plusy!) Byliśmy parą dwa tygodnie, z czego na kilka dni się z nim rozstałam. Nie było najmniejszych szans na to, że ten związek (to za dużo powiedziane) przetrwa, nie było nawet sensu się łudzić. Zresztą lojalnie uprzedziłam, że ma na mnie nie czekać, bo ja nie zamierzam. 

To ostatnia noc

W ostatnią noc przed wyjazdem do Polski zaprosiłam mojego Księcia na romantyczną kolację w ogrodzie. M. zaoferowała, że wyczyści meble ogrodowe (kiedy czyściła, zwaliło się do domu stado helmucich znajomych, z czego jeden, nie wiedząc, że M. po niemiecku mówi równie dobrze jak po angielsku, zdziwiony powiedział do helmuta: a mówiłeś, że ona nigdy nie sprząta?), a ja, z braku obrusu nakryłam stoliczek gustowną zasłonką, zapaliłam świece i ugotowałam przywiezione przez Mamę pierogi. Ogródek oświetlony tylko blaskiem świec wyglądał szalenie romantycznie, mój Książę w niebieskiej koszuli niezwykle ponętnie, a wieczór zakończyliśmy na romantycznym pokolacyjnym spacerze. I rozstaliśmy się na pół roku.

Rocky road a przeznaczenie

O tym co było dalej, jeszcze kiedyś Wam opowiem. Na razie poznaliście przynajmniej sam początek, który był jak Rocky Road – moje ulubione starbucksowe ciastko z tamtych czasów – bardzo słodki, ale cholernie wyboisty. Gdybym miała podsumować – bardzo wiele rzeczy musiało się wydarzyć, żebym poznała Księcia. A jeszcze więcej, żebyśmy w końcu zaczęli być parą: nie dostałam się na wymarzony Oxford, wymyśliłam sobie, że chcę studiować nad morzem, a potem jeszcze nie dostałam tego akademika, na którym mi zależało. Potem musiałam się pokłócić z M. i wracać o głupiej porze z imprezy, przechodząc obok jednego z bardzo niewielu sklepów całodobowych w mieście. Książę musiał się akurat uczyć, czego zwykle nie robi. Musiałam złamać nogę, ale jednak uprzeć się na kontynuowanie nauki. Wreszcie, musiałam w strugach deszczu i z laptopem w ramionach pojawić się przy studenckiej świetlicy, akurat wtedy, kiedy Jego Wysokość wyjątkowo postanowił palić na świeżym powietrzu, zamiast w domu… Ewidentnie jakaś bliżej niesprecyzowana siła wyższa (albo niższa) desperacko próbowała nas ze sobą zeswatać, a skoro to jej (tej, onej sile) zależało, a nie nam, to mogliśmy być spokojni, że pomoże nam przetrwać rozstanie. Logiczne. 

A teraz obiecane rekomendacje z Cardiff. Nie będzie ich dużo, ale myślę, że na krótki pobyt wystarczy…

Gdzie zjeść?

W tekście wspominam o mojej ulubionej restauracji sushi, konkretnie Tenkaichi. Ulubione miejsce spotkań studentów japonistyki i nie tylko. Jest tam po prostu przepysznie a rainbow sushi miało mistrzostwo świata. Tenkaichi (co po japońsku oznacza pierwszy pod niebiem i całkiem słusznie, pod walijskim niebem na pewno nie miało sobie równych) mieści się przy City Road – miejscowym zagłębiu fajnych restauracji. Znajdziecie tam również Mirchi, z autentycznym pakistańskim jedzeniem (rasizm na bok, ale Książę zamawiając tam dla mnie szpinak musiał zaznaczać, że musi być łagodny “jak dla białego człowieka”) i wiele innych. 

Jeśli szukacie bardziej lokalnego jedzenia, typu “fish&chips”, a przy okazji macie ochotę posiedzieć w interesujących wnętrzach i zwiedzić absurdalne toalety, to gorąco polecam Prince of Wales, szczególnie ten przy St. Mary’s Street.

Gdzie się napić (i poimprezować)

St. Mary’s Street to jedna z głównych arterii imprezowych miasta. To głównie tam powstawały upiorne zdjęcia Cardiff After Dark Macieja Dakowicza, ukazujące tragikomiczne sceny z nocnego życia studentów. I tak, to właśnie tam najczęściej można trafić na młode dziewczyny w rozmiarze 50 przebrane w lateksowe stroje króliczków.  I to właśnie tam mieści się The Philharmonic – bar, w którym pracowała M., mówiąc, że “heaven ain’t close in a place like this” (niebo nie jest zbyt blisko w takich miejscach jak to – fragment piosenki the Killer “Somebody told me”). I to tam najczęściej imprezowałyśmy, szczególnie na pierwszym roku. Niezbyt godnym polecenia, ale wartym wspomnienia jest też Tiger Tiger (wymawiany jako Tege Tege) – “za moich czasów” najbardziej popularny klub wśród modnych i pretensjonalnych studentów i stałych, pomarańczowych bywalczyń solarium. Zwykle na zewnątrz ciągnęła się przynajmniej godzinna kolejka i obowiązywała ostra selekcja. Pracował tam znajomy Księcia, więc ten jeden raz kiedy postanowiłam się przekonać, jak tam jest w środku, nie musiałam się upokarzać stojąc i czekając na zewnątrz. Ale w środku też mi się nie podobało.

A to już chyba nawet Cardiff. Na pewno w Cardiff takie rosły w każdym razie.

Shopping

W Cardiff mieści się trzecie “najruchliwsze” centrum handlowe w Wielkiej Brytanii. Znajdziecie tam mniej więcej to samo, co w każdym innym centrum handlowym na świecie, ale są też ciekawe sklepy, brytyjskich marek, w tym moje ukochane AllSaints Spitalfields – miłością do tej marki zaraziła mnie M. Sklepy tej marki teoretycznie pojawiły się już w Polsce, ale tylko we Wrocławiu i w Warszawie. 

Po rzeczy z wyższej półki można wybrać się do Flannels i House of Fraser. Warto też zajrzeć do TK Maxx – w UK, przynajmniej wtedy, kiedy studiowałam, zawsze znajdowałam tam prawdziwe perełki, podczas gdy w Polsce zdarzało mi się to bardzo rzadko. Kawałek poza miastem jest dość spore centrum outletowe, ale według mnie szkoda czasu.

Poza tym zachęcam do zanurzania się w liczne pasaże w centrum miasta – trafiają się tam naprawdę przyjemne małe butiki z nietuzinkowymi rzeczami. Jeśli tak jak ja kochacie ekstrawaganckie buty, to poszukajcie marki Irregular Choice – główny sklep tej marki w Londynie przypomina szybką wycieczkę do Krainy Czarów – w Cardiff aż tak dobrze nie ma, ale buty Irregular Choice znajdziecie w wielu sklepach obuwniczych. 

Niestety wielu miejsc, które polubiłam na studiach już po prostu nie ma – zniknął na przykład Shot in the Dark – moja ulubiona kawiarnia z przepyszną białą czekoladą, zniknęła Ambala – restauracja, która serwowała najlepsze briyani z krewetkami, jakie w życiu jadłam. Na pewno powstało też dużo nowych restauracji, kawiarni, pubów i sklepów, których nie znam. Książę co jakiś czas mówi, że ma ochotę jechać do Wielkiej Brytanii w podróż sentymentalną. Jeśli tak się zdarzy, na pewno będę aktualizowała ten wpis o nowe rekomendacje.

Lubicie wracać po latach w miejsca, w których spędziliście kiedyś dużo czasu? Ja mam zawsze mieszane uczucia. Z jednej strony lubię ożywiać wspomnienia, z drugiej trochę mnie boli, że wszystko się zmienia, podczas gdy ja przecież się nie starzeję! I co to za zmiany podczas mojej nieobecności! Świat powinien zamierać i czekać na mój powrót… No dobrze. Wy do następnej środy zamierać nie musicie (chyba! Przyznam bez bicia, że nie mam jeszcze nawet wybranego tematu na przyszły tydzień, a o rozpoczęciu pisania nawet nie wspomnę! Nie wiem jak to się skończy…), wystarczy, że odwiedzicie mnie na instagramie.