Rocky road – słodkie trudne początki

Pod pierwszym postem jedna z Was napisała, że kiedy go czytała, zaczęła wierzyć w przeznaczenie. Jak każda historia, nawet taka opowiadana urywkami, czasami od środka,  czasami od końca, nasza również ma swój początek. Jeśli będziemy pracować z hipotezą przeznaczenia, naszego początku upatrywałabym w liceum. 

Zachowanie nieodpowiednie

Powiedzieć, że nie byłam ulubienicą nauczycieli, to jak nie powiedzieć nic. Z jakiegoś względu, od czasu ukończenia podstawówki, działam bardzo wielu przedstawicielom gron pedagogicznych na nerwy. I wzajemnie, kiedy tylko wyczuję od nowo poznanej osoby nauczycielski vibe, od razu stroszę kolce i tylko czekam, aż właściciel vibe’u dostarczy mi pretekstu do ataku. Aczkolwiek to akurat może być rezultat gimnazjalno-licealnej antagonizacji. W liceum osiągnęła ona apogeum, jedna z nauczycielek, ewidentnie z wieloma nieprzepracowanymi problemami, postawiła sobie za cel doprowadzenie do mojej anihilacji (przyznała się później do tego szkolnej psycholog) i to za co? Za nic. Cytując: do niczego nie można się przyczepić, ale widać, że Maja, mimo że grzeczna i uprzejma, traktuje wszystkich z góry. Oczywiście, żeby doprowadzić do totalnej anihilacji kogoś takiego jak ja, potrzeba znacznie więcej niż mogła wykrzesać z siebie niedomyta anglistka, nawet ze wsparciem ponad 90% rady nauczycielskiej. Niemniej jednak jej działania miały pewne przełożenie na moje losy. Po pierwsze, jako jedyna skończyłam wtedy to prestiżowe liceum z zachowaniem nieodpowiednim i przeszłam do szkolnej legendy. Po drugie, nie dostałam się na wymarzony Oksford. Już tłumaczę jak to się zadziało.

Jak dostać się na studia w Wielkiej Brytanii

W tamtych (zamierzchłych) czasach, kiedy “aplikowało się” na brytyjskie uczelnie, nauczyciele mieli za zadanie wystawiać tak zwane predicty czyli przewidywane oceny maturalne z danego przedmiotu. Na podstawie tych predictów (i szeregu innych rzeczy), uniwersytety decydowały, czy przedstawić kandydatowi ofertę, czyli obietnicę,  że zostanie przyjęty w poczet studentów, jeśli na maturze osiągnie określoną minimalną średnią. I nie miało znaczenia, czy na prawdziwej maturze dostanie się znacznie wyższe oceny – jeśli nie miało się oferty, wystawianej na podstawie ocen przewidywanych, było pozamiatane. I w tenże sposób nie dostałam się na Uniwersytet Oksfordzki i nie chodziłam na randki z facetami gustującymi w sweterkach w serek. Pozostałe uniwersytety, na które aplikowałam musiały na podstawie mojego listu motywacyjnego dostrzec jednak przebłysk geniuszu i zaproponowały mi u siebie miejsca. Do tego z żenująco niską wymaganą średnią, co oznaczało, że maturą w ogóle nie musiałam się stresować. O moim wyborze zadecydowało położenie geograficzne – życzyłam sobie studiować nad morzem, albo innym dużym zbiornikiem słonowodnym. Rzeki i jeziora mnie nie urządzały.  Zatoka Cardiff Bay mnie zadowalała, a uniwersytet cieszył się dość dobrą renomą – był wtedy najlepszy w kraju jeśli chodziło o studia językowe. 

Moje życie to pasmo rozczarowań

W wakacje między liceum a studiami wyjechałam na dwa miesiące do Chile. Mój Tata tam wtedy pracował, więc jeździłyśmy do niego z Mamą zawsze, kiedy tylko miałyśmy taką możliwość. To właśnie w Chile dostałam wiadomość o tym, jaki akademik został mi przyznany. I wpadłam w szał. Przyjmując ofertę z Cardiff, wypełniałam mnóstwo dokumentów, w tym druk określający moje preferencje jeśli chodzi o zakwaterowanie. Do wyboru było chyba około dwudziestu akademików, jako pierwszy zaznaczyłam taki, który znajdował się tuż przy budynku Szkoły Biznesu, w której miały odbywać się zajęcia z japonistyki. Nie przyznali mi go. Ośmielili się zakwaterować mnie w akademiku, który zaznaczyłam jako drugi (na ok. 20 – przypomina moje rozsądne alter ego). Zaczęłam histeryzować, miotać się po całym apartamencie, rzucać wszystkim, co wpadło mi w ręce i krzyczeć, że nic, absolutnie nic mi się w życiu nie udaje, nawet nie mogę dostać tego akademika, który chciałam. Pamiętajcie, że w sumie byłam wtedy jeszcze przez chwilę nastolatką, w dodatku od zawsze mam zapędy do bycia drama queen, więc tak naprawdę nie było w tym nic dziwnego. Teraz odrobinę lepiej panuję nad emocjami. Przynajmniej przez większość część czasu. Przez tę mniejszą jest równie tragicznie jak było.

Nowe życie, nowa ja

Oprócz aspektów geograficznych, chciałam iść na studia tam, gdzie nie byłoby nikogo z mojego liceum. Bynajmniej nie dlatego, że nie lubiłam mojego licealnego towarzystwa, absolutnie ich uwielbiałam! Wymyśliłam sobie po prostu, że będę dorosła, niezależna i nikt nie będzie się mną opiekował, a większość moich przyjaciół z liceum miała w stosunku do mnie zapędy opiekuńcze. Pilnowaliby mnie. Bronili dostępu. Utrudniali szaleńcze studenckie romanse. I nie wiem, co jeszcze. Oczywiście później tęskniłam straszliwie, poza tym moja niezależność skończyła się na pierwszych zajęciach z japońskiego, kiedy poznałam moją najlepszą (i chyba jedyną) przyjaciółkę ze studiów, na drugim roku również współlokatorkę. M. wydawała się całkowicie pozbawiona instynktów macierzyńskich, a jednak w stosunku do mnie natychmiast zaczęła przejawiać zapędy opiekuńcze. I karmić mnie ciastkami rocky road i frappuccino, bo po lekcjach pracowała między innymi w Starbucksie, żeby później przepuszczać wszystkie wypłaty w All Saints i we Flannelsie. Razem pomieszkiwałyśmy w kinie (miałyśmy karty nieograniczonego wstępu do kina, oglądałyśmy wszystko – kiedy miałyśmy dość po pierwszych trzech minutach Teksańskiej masakry… , wychodziłyśmy i wchodziłyśmy na salę obok, żeby po raz setny obejrzeć Diabeł ubiera się u Prady), szukałyśmy najbardziej tłustych i satysfakcjonujących lodów w ofercie Ben&Jerry, polowałyśmy na okazje ciuchowe, szydziłyśmy ze wszystkich ludzi i imprezowałyśmy do rana w najbardziej obskurnym klubie na St Mary Street. No dobrze, wiem, to nie miał być post o pięknej kobiecej przyjaźni, tylko o tym, jak poznałam przyszłego męża…

Cardiff Castle
Nie, to nie jest nasze pierwsze wspólne mieszkanie.

Nasze pierwsze wspólne mieszkanie

Kiedy wprowadziłam się do mieszkania akademickiego (w sumie akademik był położony najlepiej ze wszystkich, więc trafiłam dużo lepiej, niż gdybym została zakwaterowana w mojej pierwszej opcji), od razu poznałam większość współlokatorów: obleśnego (chociaż w UK był pewnie uznawany za niezłe ciacho) Walijczyka, który w przyszłości miał zostać lekarzem, a póki co nie zamykał drzwi od pokoju, żeby jak najszybciej wszystkich poznać i brzdąkał nieudolnie na gitarze; szalenie imprezowego Anglika o twarzy psychopatycznego mordercy i blond loczkach cherubinka (nie, nie było to atrakcyjne); super fajną dziewczynę z Wysp Kanaryjskich; bardzo miłą i szalenie drętwą Niemkę; Malezyjczyka, który próbował mnie nauczyć prasowania koszul (moich własnych, po prostu uważał, że robię to zupełnie nie tak); dziwnego człowieka widmo, który do nikogo się nie odzywał, a później nagle zniknął (jego miejsce zajmowały kolejne dziwolągi, ten konkretny pokój musiał być przeklęty), jedną małą Brytyjkę (o której kompletnie zapomniałam i przypomniałam sobie dopiero przeglądając zdjęcia do zilustrowania tej historii) i… i okazało się, że nie przyłożyłam się specjalnie do liczenia, gdyż byłam przekonana, że znam już wszystkich. A może nie wiedziałam po prostu ile w tych mieszkaniach jest pokoi. (W moim akademiku każdy pokój miał własną łazienkę, natomiast lokatorzy jednego “mieszkania” dzielili kuchnię. W której można było na przykład prasować i być krytykowanym za to, że robi się to zupełnie nie tak.)

Kuchenny Adonis

W każdym razie, kiedy tego feralnego dnia wchodziłam rano do kuchni, nie spodziewałam się w niej zastać nikogo spoza wymienionej powyżej listy. Widok najseksowniejszego, faceta, jakiego do tej pory widziałam na żywo, opierającego się o kuchenny blat i pijącego mleko prosto z butelki był więc dla mnie dosyć sporym zaskoczeniem. Dlatego przez chwilę tak staliśmy bez ruchu, ja w drzwiach, gapiąc się jak sroka w gnat, on zastygły z mlekiem w ręku i znakami zapytania w pięknych migdałowych oczach. I ja bym tak jeszcze pewnie stała, ale mnie się to esktraorydynaryjnie piękne cudo spłoszyło, speszyło, czy kto go tam wie, uśmiechnął się więc czarująco (bogini… jaki on ma uśmiech!) i rzucił “hi”. 

Całe szczęście to wystarczyło, żeby wyrwać mnie ze stanu kompletnego odrętwienia, zmyć z mojego oblicza wyraz tępej bezmyślności (jak się miało później okazać, błędnie zinterpretowany przez Adonisa jako wrogość) i przystąpić do szalenie emocjonującego dialogu, który skończył się tak, że umówiliśmy się na wspólne wyjście do związku studenckiego, celem wyrobienia legitymacji, a ja pobiegłam do pokoju i zaczęłam błyskawicznie wyszukiwać w internecie informacji o Pakistanie. Bo to właśnie stamtąd mój przystojny współlokator teleportował się do naszej wspólnej kuchni. Moja wiedza na temat tego państwa była bardzo ograniczona. Wiedziałam, że sąsiaduje z Indiami i że się nie lubią. Wstępny research mnie przeraził, na 90% to kuchenne cudo było muzułmaninem, a ja o islamie wiedziałam tylko tyle, że powinien budzić we mnie grozę. Groza grozą, ale czegoś tak przystojnego jak żyję nie widziałam, więc czym prędzej przebrałam się w bardziej wyjściową odzież (po latach okazało się, że mój drugi outfit nie został zapamiętany wcale, bo obiekt moich starań zafiksował się na różowym sweterku, który miałam na sobie w kuchni i który podobno całkiem nieźle podkreślał moje atuty) i pospieszyłam na umówione spotkanie podekscytowana jakbyśmy co najmniej szli na randkę.

Książę

Wieczorem opowiadałam Mamie i przyjaciółce o napotkanym w kuchni Pakistańczyku, który wyglądał zupełnie jak arabski książę z okładki harlekina, którego czytałyśmy z moimi dziewczynami na głos na spływie kajakowym Czarną Hańczą. A ponieważ w chwili spotkania mój mózg był całkowicie wyłączony i absolutnie odmówił zarejestrowania najważniejszych informacji poza tymi z gatunku estetycznych, nie wiedziałam jak Adonis miał na imię, więc roboczo nazwałyśmy go Księciem. Przyjęło się. A ponieważ, spoiler alert, o tym jak naprawdę ma na imię dowiedziałam się dopiero ponad rok później. Tak… wiem… ale tak jakby przegapiłam moment, w którym mogłam go jeszcze raz spytać o imię, a z każdym miesiącem znajomości coraz głupiej było mi pytać… Zwłaszcza, że on moje, nienajprostsze dla cudzoziemców imię (w przeciwieństwie do mojego blogowego aliasu, moje prawdziwe imię skłąda się z czterech sylab… A od razu ciekawostka – Maya w urdu/hindi oznacza miraż i ułudę…) zapamiętał od razu… Dlatego też do tego czasu zawsze mówiłam o nim Książę, a do niego… cóż. Albo ej ty, albo bezosobowo. A okazji do zwracania się do siebie trochę mieliśmy…

Znamy się (nie) tylko z widzenia…

Pierwszy rok znajomości z Księciem to dużo przypadkowych spotkań, czasami w bardzo dziwnych okolicznościach. Wyobraźcie sobie na przykład, że wpadliśmy na siebie podczas spotkania zapoznawczego studenckiego kółka teatralnego. Ja marząca o powaleniu na kolana studenckiej publiki moją mroczną charyzmą, on kontynuujący swoją działalność na backstage’u – już w Pakistanie anagażował się w projekty realizatorskie. 

Ja obraziłam się śmiertelnie, kiedy powiedziano mi, że za udział w przesłuchaniach trzeba płacić (chyba ty…) i nie zostałam najlepszą Tytanią w historii inscenizacji Snu nocy letniej, a mój przyszły mąż zrealizował Jasia i magiczną fasolę. Ponoć planował mnie zaprosić na premierę, tak w ramach romantycznych podchodów, ale zmienił zdanie, kiedy w “sztuce” pojawiły się rasistowskie żarty o Polakach. Rzeczywiście, mogłabym ich nie docenić, miło, że dbał o moje uczucia. 

Spotykaliśmy się oczywiście też w kuchni, często wymyślając różne preteksty do kolejnych spotkań, ot na przykład Książę wiecznie potrzebował mojej ładowarki, która nawet mu do telefonu nie pasowała. Spotykaliśmy się na stołówce, zwykle wtedy siadając razem. Przy okazji jednej z przypadkowych wspólnych wizyt na stołówce odkryłam, że ten barbarzyński Pakistańczyk jest pierwszym mężczyzną, który w UK otwiera przede mną drzwi. Ostatni dżentelmen… 

Cardiff City Hall
Cardiff, urząd miasta

… a jednak lubimy się trochę

Ewidentnie podobaliśmy się sobie nawzajem. Książę był wyraźnie zainteresowany. Dużo później dowiedziałam się, że wszyscy jego koledzy wręcz mu dokuczali, że zachowuje się jak nieszczęśliwy bohater bollywoodzkich filmów, obserwuje mnie z oddali i nic z tym swoim wzdychaniem nie robi. A ja… Przede wszystkim nie wiedziałam, że tak wzdycha. Poza tym zupełnie szczerze mówiąc, był dla mnie za ładny i za… bajkowy. Zbyt doskonały, a jednocześnie zbyt obcy. Ja nawet nie wiedziałam jak się z nim witać! Żadnych buziaczków w policzek, uścisków, ba, nawet uścisków dłoni (no dobra, to byłoby dziwne), bo przecież jak on muzułmanin, to mogłoby go to urazić. Uwielbiałam jego towarzystwo, uwielbiałam nasze rozmowy i co tu ukrywać, jestem estetką, wprost kochałam na niego patrzeć. Swoją drogą moje zamiłowanie do pięknych rzeczy raczej nie przekładało się na zainteresowania romantyczne – miałam słabość do interesujących brzydali, a Książę brzydalem zdecydowanie (wtedy) nie był. Trochę wmawiałam sobie, że zakochałam się w moim chilijskim romansie (pfff… przeszło, jak nauczyłam się hiszpańskiego i zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Szybko przeszło.), podobał mi się taki jeden Portugalczyk, a do tego na zajęciach z hiszpańskiego pojawił się bardzo brzydki i bardzo arogancki Francuz, który oczywiście natychmiast wpadł mi w oko.

Wszędzie tłok

O tym wszystkim Książę oczywiście nie wiedział, ale nie dało się nie zauważyć, że łaził za mną jak pies taki jeden, którego wraz z M. ochrzciłyśmy mianem Wietrznego (od wiecznego studenta). Wietrzny był strasznie stary, stał już niemal nad grobem, miał bowiem 30 lat i wymyślił sobie w tak podeszłym wieku studiować. Przystojny był okrutnie, wysoki na kilka metrów, bosko zbudowany, jak ktoś sięgnął wzrokiem tak wysoko, to nawet w oddali majaczyło, że przystojny. Głupi był przy tym niesłychanie, ale poczciwy i ciężko było się go pozbyć. Książę prawdopodobnie zorientował się również, że przez parę dni nocował u mnie kolega – nic romantycznego, właściwie całkowita odwrotność, był to eks chłopak mojej przyjaciółki, który przyjechał błagać mnie o wstawiennictwo, coby znowu być aktualnym chłopakiem. Wstawiennictwa nie udzieliłam, ale przenocowałam, przez co przez kilka dni zza drzwi mojego małego pokoiku w nocy wydobywały się na korytarz odgłosy zdecydowanie męskiego chrapania. Książę stwierdził wtedy podobno, że za duża konkurencja.

A skoro już o konkurencji mowa, ja również nie miałabym zbyt łatwego zadania! Opinię o prowadzeniu się potencjalnego obiektu moich zainteresowań wyrobiłam sobie bardzo szybko. W brytyjskich akademikach nagminną praktyką są próbne alarmy przeciwpożarowe w środku nocy. Dokładnie w połowie między powrotem z imprezy, a budzikiem inicjującym proces zmartwychwstania przed porannymi wykładami. Z jakiegoś względu bardzo często odbywały się w nocy ze środy na czwartek, co było absolutnie fatalne, ponieważ środa była wtedy najlepszym dniem imprezowym – na miasto wychodzili wtedy studenci medycyny, a ci naprawdę potrafili dobrze się bawić, więc razem z M. trafiałyśmy do łóżek bardzo późno i bardzo zmęczone. W czwartek z kolei miałam bardzo beznadziejne wykłady z bardzo beznadziejnym wykładowcą. Niemniej jednak wtedy jeszcze szanowałam regulaminy i kiedy około 4 w nocy rozlegał się piekielny odgłos alarmu, wraz z innymi zaspanymi studentami wylegałam na zewnątrz, z dumą prezentując światu infantylną różową piżamkę z Hello Kitty. Księcia nigdy wtedy nie widziałam, więc naturalnie założyłam, że noce spędza poza akademikiem. Zapewne w łóżku z jakąś smagłonogą pięknością. Założenie okazało się błędne, on po prostu nie uznawał za stosowne opuszczać swojego pokoju podczas alarmu, a czasami alarm nie był nawet w stanie go obudzić.

Co nie zmienia faktu, że uganiały się za nim pakistańskie dziedziczki fortun hotelowych i indyjskie miss piękności. Tylko, że ja o tym nie wiedziałam. A nie ponieważ nie znałam jego imienia, nie mogłam go wtedy stalkować na Facebooku. 

Pójdziemy do kina?

Podczas jednego z przypadkowych spotkań przed akademikiem, Książę zapytał, czy pójdę z nim do kina. Kiedy? Teraz. Zaraz, natychmiast, kiedykolwiek. A na co? Na Borata. … Nie. Serio? Na Borata?! Ten człowiek w ogóle nie ma gustu. Pomyliłam się co do niego. Ale jak on na mnie patrzy… No nie, nie mogę tak po prostu pogonić. Może nie sprawdzał repertuaru i kojarzy tylko, że Borata puszczają…Dobrze, cudny Adonisie, do kina z Tobą nie pójdę, ale może chcesz iść na spacer? Na spacer? Tak. Ale w jakim sensie spacer? Gdzie mielibyśmy iść? Bez różnicy, po prostu spacer. Ale on nie rozumie… I wtedy dowiedziałam się, że w Pakistanie nie chodzi się na spacery. Może ewentualnie udawać się na przejażdżki. Ale przecież nie chodzić! I to bez celu. 

Namiastka Stonehenge

I tak oto zaczęłam tego przystojnego kosmitę uczyć różnych “normalnych” rzeczy. Na pierwszy spacer zabrałam go do małych Ogrodów Alexandra na tyłach Urzędu Miasta. Była wiosna, w ogrodach zakwitły wszystkie możliwe drzewa, pachniało upojnie i chyba było trochę romantycznie. Ale żadne z nas nie przejawiało inicjatywy. Książę kontemplował zasadność chodzenia bez celu, ja kontemplowałam fakt istnienia ludzi, którzy nie wiedzą co to “spacer”. I tak oto przetekontemplowaliśmy nasz moment, chwilę później przyszły egzaminy (na pierwszym roku uparłam się oprócz japonistyki i hispanistyki studiować jeszcze włoski, co oznaczało, że podczas sesji zmieniałam się w tego biednego pomyleńca z “Imienia róży” Umberto Eco). I jakoś tak się stało, że widywaliśmy się w przelocie znacznie rzadziej. Raz mi mignął, kiedy przyjechali po mnie Rodzice, zabrać mnie do domu. Tutaj czas na małą dygresję: Rodzice zawozili mnie i odwozili na studia samochodem (DZIĘKUJĘ!!!) co pozwoliło mi na zabieranie odpowiedniej ilości ciuchów, ulubionej puchowej kołdry, a także… dwóch porcelanowych lalek z mojej kolekcji. Swoją drogą lalki te stanowiły podobno obiekt drwin angielskiego i walijskiego współlokatora (ładna dziewczyna, tylko strasznie dziwna! Widziałeś te lalki?!), a Księcia z kolei zafascynowały i sprawiły, że zainteresował się mną jeszcze bardziej… W każdym razie! Kiedy mi tak mignął przy Rodzicach, odwróciłam się do Mamy i wysyczałam: 

– Widziałaś?! To właśnie…
– …twój pakistański książę, trudno się nie domyślić. – dokończyła rezolutnie Mama. 

To już koniec?

I to był ostatni raz, kiedy go widziałam. Dwa dni później wracałam do Polski. Nie miałam okazji się z nim pożegnać, życzyć miłych wakacji, wymienić się numerami telefonów… albo chociaż dopytać go o to cholerne imię!!! Cardiff nie jest metropolią, ale w następnym roku nie mieliśmy mieszkać w tym samym akademiku (akademiki są tylko dla pierwszorocznych, później trzeba sobie radzić samemu, ja zamieszkałam z M., która była najlepszą współlokatorką świata!), studiowaliśmy na różnych wydziałach, nigdy nie spotkaliśmy się na żadnej imprezie. Wyglądało na to, że mój orientalny romans skończył się, zanim miał jakąkolwiek szansę się zacząć. No cóż, nie ma co płakać nad rozlanym lassi. Przynajmniej brzydki, arogancki Francuz postanowił rzucić studia we Francji i zacząć normalnie studiować w Cardiff. I to na moim wydziale!

W następnym odcinku…

Jak to się stało, że nasze drogi jednak znowu się skrzyżowały? Bo przecież musiały się skrzyżować, skoro 14 lat później mieszkamy razem… I czy od razu po ponownym spotkaniu zostaliśmy parą? A co z Francuzem, córkami pakistańskich milionerów i indyjskimi miss piękności? A może na horyzoncie pojawił się ktoś jeszcze? Niestety, tego wszystkiego dowiecie się dopiero za tydzień. Nie! Nie robię tego specjalnie! Ale podobno mam zachowywać chociaż minimalny umiar w długości postów a przecież muszę Wam opowiedzieć jeszcze chociaż trochę o samym Cardiff. Czas oczekiwania jak zwykle będę starała się Wam osłodzić na instagramie i facebooku, może nawet uda mi się znaleźć jakieś zdjęcia z pierwszego roku.

A teraz Cardiff!

Ogrody Alexandra, na zdjęciach w internecie wyglądają lepiej…

Albo, jeśli ktoś woli po walijsku, to Caerdydd. Swoją drogą, jestem niby poliglotką, a nigdy, ale to nigdy, nie odczułam nawet cienia pokusy, żeby próbować nauczyć się walijskiego. Dlaczego nie? Nie wiem. Może przez Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch. Co to? Prawdopodobnie najdłuższa nazwa miasta na świecie. Po walijsku właśnie. I bynajmniej nie jest to zbitek przypadkowych liter, to nawet ma swoje znaczenie! Konkretnie? Proszę bardzo: Kościół Świętej Marii nad stawem wśród białych leszczyn niedaleko wodnego wiru pod czerwoną pieczarą przy kościele św. Tysilia. Jako lingwistka musiałam o tym wspomnieć, ale zostawmy już język walijski w spokoju. Zajmijmy się walijską stolicą.

Przyznajcie się. Kto z Was przed przeczytaniem tego posta wiedział, co jest stolicą Walii? Niby kraj europejski, a jednak jakoś mało znany, egzotyczny wręcz. Nic dziwnego, że tam smoki przetrwały. Lata spędzone na uniwersytecie sprawiły, że za każdym razem, po odpowiedzi na pytanie gdzie studiuję, dodawałam: to stolica Walii… Jak się okazuje nie ja jedna. Najlepsza historia przypadła jednak w udziale M., która kiedyś próbowała kupić bilet z Wrocławia do Cardiff, a zniecierpliwiona pani powiedziała: Do Karwii to sobie pani przecież pociągiem może pojechać. Tak w zasadzie to chyba nawet nie, w jakiś PKS trzeba by się było przesiadać. 

Cardiff University

Uniwersytet w Cardiff został założony w 1883 roku, obecnie jest jednym z dziesięciu największych uczelni w Wielkiej Brytanii. Swojego czasu należał do jednych z najbardziej prestiżowych uczelni w kraju, szczególnie jeśli chodzi o kierunki humanistyczne. W czasach kiedy studiowaliśmy tam z Księciem, uniwerek prowadził zarówno w kategorii studiów językowych jak i inżynierii, więc obydwoje trafiliśmy bardzo dobrze. Główny budynek uniwersytetu, w którym zajęcia mają studenci nauk przyrodniczych (ja humanistka zostałam skazana na chyba najmniej atrakcyjne wizualnie budynki campusu, nawet inżynierowie studiowali w ciekawszym gmachu) został ukończony w 1909 roku i zbudowany w stylu “wrenowskim” (od Christophera Wrena, jednego z najsłynniejszych architektów w historii brytyjskiej). Dlatego jeśli kiedyś jakimś cudem zdecydujecie się odwiedzić Cardiff (może w drodze do Stonehenge?) warto ten budynek obejrzeć. 

Muzeum w Cardiff 

Kolejnym punktem wartym odwiedzenia jest mieszczące się niemal przy samym campusie muzeum sztuki. Wstęp, jak w większości muzeów w Wielkiej Brytanii, jest darmowy a kolekcja, chociaż skromna, zawiera kilka prawdziwych perełek, w tym Spadające gwiazdy Jean-François Millet’a. Przepiękny obraz, który kompletnie zawładnął moją wyobraźnią i sprawił, że stałam się częstym bywalcem muzeum. Obraz ukazuje przeklętych kochanków Paolo i Francescę, których losy wspomniane zostały m.in. w dantejskiej Boskiej komedii. Oczywiście w muzeum znajdziecie też obrazy bardziej znanych artystów a oprócz tego, będziecie mogli podziwiać kolekcję porcelany, a nawet odwiedzić dział archeologiczny. Nie jest to Prado, ale zajrzeć na pewno warto! 

Zamek…?

W Cardiff znajduje się również zamek. W sumie budowla całkiem groteskowa, na przestrzeni wieków hodująca kolejne części. De facto duża część tego, co widać z zewnątrz (zamek stoi w samym centrum miasta) to nie jest zamek właściwy. To mur, zbudowany niemal z klocków lego, całkiem niedawno, bo na początku XX wieku. Natomiast schowany w środku normański donżon został zbudowany dziewięć stuleci wcześniej. W każdym razie wypada rzucić okiem, ponieważ budowla należy do jednych z głównych atrakcji Walii.

Zamek, widok z Bute Park

Parki i nie tylko

To, co naprawdę może w Cardiff zachwycać, to parki. Wspomniane wcześniej Ogrody Alexandra to jeszcze nic – prawdziwą atrakcją jest ciągnący się przez dużą część miasta Bute Park (a właściwie Bute Park przechodzący w Blackweir Fields, przechodzący w Pontcanna Fields, przechodzące w Llandaff Fields, przechodzące w…), pełen uroczych zakamarków i różnych skarbów. Wiosną, już od momentu kiedy zakwitną pierwsze magnolie i pola żonkili (narodowy kwiat Walii), park zmienia się w bajkową krainę wróżek i jest idealnym miejscem na pikniki. Jeśli podobnie jak ja lubicie piękne cmentarze, polecam przejść się po Cathays Cemetery. Może traficie na mój ulubiony grób (no dobrze, nie zabrzmiało to zbyt normalnie), u podnóża którego nad spokojem właścicieli czuwa mały posążek kota. 

Cardiff Bay

Wreszcie Cardiff Bay. A właściwie Mermaid Quay. (Tak! Znowu syrenki!) Taki Sopot. Chociaż nie. Cardiff Bay nie jest położone daleko od centrum, ale w czasach kiedy tam studiowałam spacer przez dzielące te dzielnice Butetown nie należał do przyjemności. Na samym Cardiff Bay znajdziecie słynne Millennium Centre, promenadę, sporo fajnych restauracji (również takich bardziej snobistycznych) i ogólnie atmosferę miejscowości nadmorskiej, kompletnie nieodczuwalną w pozostałych dzielnicach.  

W przyszłym tygodniu zaprezentuję Wam przewodnik bardziej praktyczny (choć nie wiem na ile aktualny) czyli opowiem o tym gdzie zjeść, gdzie zrobić zakupy, gdzie pójść na koncert, a gdzie na “dobrą” brytyjską imprezę. Do zobaczenia! 

OGŁOSZENIA DROBNE

A po zdjęcia mikroskopijnej akademickiej celi, a także yours truly z tamtego okresu (miałam szalenie twarzową grzywkę) zapraszam jak zwykle na instagrama!

W niedzielę 9 sierpnia obchodzę urodziny. Jeśli macie ochotę sprawić mi przyjemność, zachęcam do wzięcia udziału w facebookowej zbiórce na rzecz Fundacji Ostatnia Przystań.