Say yes to the dress. Albo i nie.

Wspomniałam, że nawet kobiety nie cierpiące na obsesję zamążpójścia mają zwykle skrystalizowane wymagania co do sukni ślubnej. Nawet jeśli nie wiedzą jeszcze dokładnie jaka suknia ślubna wchodzi w grę, czy będzie to rybka, litera A, czy (uwielbiam to określenie!) suknia o kształcie księżniczki. Sukienka ślubna musi być zjawiskowa, wyjątkowa, oszałamiająca (oraz, jak twierdzi wiele panien młodych, podobać się gościom). Ja swój pierwszy szkic (zdarzało mi się w przeszłości rysować) sukni ślubnej wykonałam w wieku lat trzynastu. Była to prosta suknia, taka w stylu elfiej królowej, odcinana w biodrach, z rozkloszowanymi rękawami.

Czas, jak to ma w zwyczaju, zweryfikował moje preferencje (fakt, że moja dorosła anatomia przypominała bardziej kształty Salmy Hayek, niż zwiewnej i eterycznej elfki, mógł także przyczynić się to zmiany poglądów) i w końcu stwierdziłam, że moją optymalną, wymarzoną, najbardziej pożądaną suknią ślubną byłaby głośna kreacja Zuhaira Murada, którą Miley Cyrus miała na sobie na 81. ceremonii wręczania Oskarów. Sukni towarzyszył mały skandal w świecie mody, ponieważ przynajmniej jej dolna część do złudzenia przypominała Junon zaprezentowaną w jesienno zimowej kolekcji 1949/1950 przez Christiana Diora. Junon miałam okazję podziwiać z bliska w MET dokładnie dzień przed nowojorskim ślubem (więcej o moim ślubie w Nowym Jorku przeczytacie tu). Z tego co pamiętam, Murad wyparł się plagiatu, stwierdził, że każdy projektant inspiruje się dziełami poprzedników, moda wraca, itd. Inna sprawa, że rozwiązanie góry u Murada podobało mi się znacznie bardziej. Poza tym pałałam do tego projektanta gorącym uczuciem od czasów szarej koronkowej sukienki, którą miała na sobie Serena z “Gossip Girl”. Tak, jestem starym człowiekiem, który swojego czasu pochłaniał hurtowo odcinki tego kultowego nowojorskiego serialu, bardzo mnie smuci to, że wiele z moich młodszych czytelniczek nie ma pojęcia o co chodzi, ale zachęcam do nadrobienia zaległości – nie tyle ze względu na fabułę, co na niesamowitą rewię mody serwowaną przez każdy sezon serialu.

Suknia Christian Dior Junon z kolekcji AW 1949/1950 w muzeum MET Nowy Jork
Christian Dior Junon

Wracając do wymarzonej sukienki, oczywiście była poza moim zasięgiem, podobnie jak suknie typowo ślubne tego projektanta. Zresztą, mając do wyboru wydać kilkadziesiąt tysięcy na suknię, którą założę raz (dwa, licząc sesję zdjęciową), a fajny samochód, wolę jednak samochód. Albo jeszcze lepiej: kilka podróży poślubnych. W związku z czym zaczęłam szukać sukni zbliżonej krojem do jednej z kreacji ślubnych Murada – moja nowa idealna suknia ślubna miała mieć dopasowaną, koronkową warstwę spodnią, a do tego nakładaną na tył i boki bioder wielowarstwową spódnicę. W kolejnych latach ten model stał się bardzo popularny, niestety w tamtym czasie znalazłam tylko jedną sukienkę na podobnej zasadzie i niestety nie była do zaakceptowania.

Do samego procesu poszukiwania sukni ślubnej przystąpiłam krótko po zaręczynach, ale wciąż łudząc się jeszcze, że może znajdę coś obłędnego w Nowym Jorku. Niestety poza piękną suknią Rochasa, z białej jedwabnej tafty z nadrukiem i zdobieniami w postaci rajskich ptaków, której cena była równie bajeczna jak wygląd, nie znalazłam absolutnie nic. Po powrocie do Polski w czerwcu temat stał się dosyć nerwowy, ponieważ planowaliśmy wstępnie ślub cywilny we wrześniu.

Chciałam od razu zaznaczyć, że w temacie sukni ślubnych świat oszukał mnie w każdy możliwy sposób. Po pierwsze: znakomita większość sukni w salonach jest po prostu brzydka, w porywach wręcz paskudna. Ciężko znaleźć nawet takie neutralne, a nie oszukujmy się, żadna panna młoda nie marzy o neutralnej, nudnej sukience. Przykładowo, cytując moją przyjaciółkę, która teraz właśnie jest na etapie poszukiwań (M&M! Ściskam Was bardzo, bardzo mocno i nie mogę się doczekać Waszego ślubu! Lavya both!) z sukienkami jest masakra, wszystkie mają tyle cekinów, wyglądają jak te kule dyskotekowe z lat 80tych i omal ataku padaczki nie dostała (tekst poprawiony pozbawiony dużej ilości powtórzeń i wykrzykników świadczących o wysokim wzburzeniu). Suknie, które można byłoby rozważać, ale jeszcze nic nie urywające zaczynają się od 5 tysięcy w górę. Moja Mama nie roniła łez wruszenia oglądając swoją jedynaczkę w bieli. Do tego w ponad połowie salonów, do których wybrałam się w tamtym okresie, a także już po własnym ślubie doradzać koleżankom, panie ekspedientki są po prostu niemiłe. Oczywiście można też trafić gorzej, na przykład na agresywne, bezczelne, niedoprane babsztyle rodem z najgorszych czasów w historii powojennej Polski.

Krótko po liceum wybrałam się z przyjaciółkami na spływ Czarną Hańczą. Gdzieś w okolicach miejscowości Sejny (w której zresztą ponad dwadzieścia lat wcześniej moja Mama mierząc za małe buty usłyszała: “żarła, żarła i tak se nogę rozpasała”. Gwoli ścisłości – moja rodzicielka ważyła wtedy niewiele ponad 50kg i najbardziej rozpasaną częścią jej jestestwa była właśnie miłość do butów…) wybrałyśmy się do malutkiego wiejskiego sklepiku, robiłyśmy dosyć ciężkie zakupy. Pani przy kasie zapakowała nam wszystko do jednej siatki, kiedy wzięłam ją do ręki, stwierdziłam, że nie ma opcji, przerwie się na pewno. Spytałam:

– Przepraszam, czy mogę prosić o jeszcze jedną siatkę? – Nie oceniajcie mnie, to było lata temu, byłam nieuświadomiona, teraz w sklepach krzyczę, żeby mi nic nie dawali, bo mam własną torbę!
– Nie.
– Byłam przekonana, że pani kasjerka nie odpowiada na moje pytanie, tylko na jakieś, które musiał jej zadać następny klient. -Dlatego ponowiłam prośbę.
– Przecież mówię, że nie!
– Ale to się przerwie.
– Nie przerwie!


I ja to moi drodzy szanuję, doceniam jako najwyższą formę lokalnego kolorytu. Stanowcza odpowiedź w pełni mnie usatysfakcjonowała, chwyciłam opasłą siatę w objęcia i w radosnym nastroju przeszłam tak trzy kilometry dzielące mnie od pola namiotowego.

Niemniej jednak był to malutki spożywczak na głębokiej Suwalszczyźnie. Od pań w trójmiejskich salonach sukni ślubnych spodziewałabym się jednak trochę innego podejścia do klienta.

Moi męscy czytelnicy raczej nie mają takich doświadczeń, ale Dziewczyny, powiedzcie, oglądałyście kiedyś jakikolwiek program, polski lub zagraniczny, o wyborze sukien ślubnych? Pamiętacie te kanapy, kieliszki szampana i cudownie cierpliwe i wyrozumiałe pracownice sklepów? Z takimi oczekiwaniami zaczęłam rajd po trójmiejskich, i nie tylko, salonach. Mam wrażenie, że w każdym mieście istnieje swoiste zagłębie sukien ślubnych, w przypadku Gdyni była to wtedy ulica Wielkopolska. Dlatego postanowiłyśmy spędzić z Mamą jeden dzień odwiedzając tyle sklepów przy tej ulicy, ile się da, zrobić wstępne rozeznanie, zobaczyć, czy w którymkolwiek salonie jakakolwiek suknia mi się spodoba i wtedy dopiero umawiać się w konkretnych miejscach na mierzenie.

Sklep SALON sukni ślubnych

Na pierwszy ogień poszedł znajdujący się na samym dole Wielkopolskiej salon, który miał szansę okazać się najlepszym wyborem, ponieważ prowadził między innymi sprzedaż sukienek Pronovias i Rosa Clara. Uwielbiam hiszpańskie suknie ślubne, byłam niemal pewna, że zdecyduję się na suknię jednej z tych marek. Izraelska Berta i turecko – nowojorski Tarik Ediz również wpisywali się w moje upodobania estetyczne, ale czułam, że pozostanę wierna hiszpańskiej estetyce. Tego dnia ubrałam się wyjątkowo efektownie, nauczona doświadczeniem, że choćby się miało miliony na koncie i czarną kartę, panie ekspedientki do osób ubranych na luzie odnoszą się z pogardą. Lepiej założyć podróbki z gigantycznym logo Dolce & Gabbana na sztucznym biuście, niż jeansy McQueena i trampki. Taki mamy klimat. Po prawdzie podróbek D&G (ani innych) nie posiadam, ale wciągnęłam na grzbiet mój szalenie efektowny, złoty, skórzany trench Burberry upolowany na wyprzedażach w Madrycie. W połączeniu z białą koszulą i mocno opaloną skórą powinnam robić wrażenie dzianej dziewczyny zagranicznego mafiosa. Niestety. Logo jednak by się przydało, poza tym zabrakło tipsów i doklejonych rzęs.

Chwile po wejściu do sklepu nie zapowiadały miłej wizyty, ale nie zwiastowały też katastrofy. Pani, która niechętnie otworzyła przed nami drzwi miała na sobie bardzo nieświeży, poplamiony T-shirt, przetłuszczone włosy i mord w oczach. Spytała, czy byłyśmy umówione. No nie byłyśmy. Westchnęła ciężko i kazała czekać, po czym wróciła do dwóch mężczyzn siedzących na kanapie. Delikatnie ruszyłam w stronę wieszaków, rzucając tylko, że chciałam zobaczyć, jakie suknie mają w salonie, żeby wiedzieć, czy się umawiać na mierzenie.

– Jak to obejrzeć?!
– No przejrzeć sukienki, które ewentualnie będę chciała zmierzyć.
– To sobie może oglądać w katalogu.
– Oczywiście, mogę również w internecie, ale chciałam obejrzeć je na żywo.-
– Nie ma takiej możliwości!
– Ale jak to, przecież tu wiszą.
– I co sobie wyobraża, że będzie je tak oglądać?
– No… tak…
– Nie ma takiej możliwości.
– Ale jeśli bym się umówiła na mierzenie, to przecież musiałabym obejrzeć suknie, które chcę zmierzyć. Skąd inaczej miałabym wiedzieć, które mi się podobają.
– Ja wtedy przynoszę i proponuję!
– Ale przecież to nie ma sensu…
– To jest salon, a nie sklep!
– Rozumiem… Wie pani co? Ja już jednak pójdę.
– Tak, proszę natychmiast wyjść!

Do tej pory nie rozumiem, co tam się właściwie stało. Zostałyśmy z Mamą niemal wykopane za drzwi. W następnym salonie na wszelki wypadek na wejściu spytałam, czy mimo że nie jestem umówiona na mierzenie, mogę się rozejrzeć i czy nie ma problemu, żebym pooglądała sukienki. Panie były o dziwo całkiem sympatyczne, sprawiały wrażenie smutnych, że akurat nie mogą mi zaoferować mierzenia i chętnie pozwoliły poprzeglądać sukienki. Był to salon, który teoretycznie oferował suknie Ediza, jednak na miejscu znalazłam tylko jedną, reszta to była przygnębiająca ilość upiornie sztywnych koronek (takich, co jak się je postawi, to utrzymają same pion) bardzo bogato zdobionych cekinami.

Pozwolicie mi na kolejną dygresję? Jeśli bardzo ich nie lubicie, omińcie ten akapit. Dla wielu dziewczyn pierwsza wprawka do tego, co czeka je podczas polowania na idealną suknię ślubną, jest kupowanie sukienki na komunię. Oczywiście wtedy w dużo większej mierze polegamy na zdaniu naszych mam, ale przynajmniej z mojego doświadczenia wynika, że sytuacja jest bardzo podobna. Odwiedzamy liczne salony i wśród morza falban i cekinów próbujemy znaleźć to, co najbardziej odpowiada naszym ośmioletnio-dziewczyńskim marzeniom. Mi udało się znaleźć idealną sukienkę we Wrzeszczu, prosta, literka A z białej tafty jedwabnej, z ozdobnym wyszywanym perełkami i różyczkami pasem i bolerkiem. Kosztowała jak na tamte czasy fortunę, ale satysfakcjonowała zarówno mnie, jak i moją Mamę. Żadnych falban, cekinów, czy koła (wiecie ile dziewczynek mieści się w kościelnej ławce? 7 normalnych, lub 5 w sukniach z kołem. True story.). Moi Rodzice, którzy zawsze byli bardzo cool, jeździli wtedy sprowadzonym ze Stanów, pięknym, czerwonym Nissanem 240SX. Kiedy w dzień Komunii pojawiłam się pod kościołem usłyszeliśmy szepty: “Jeżdżą takim drogim samochodem, a dziecku taką ubogą sukienkę kupili…” Koniec dygresji.

Nie zrozumcie mnie źle, zupełnie tak jak Harley Quinn ja również cierpię na dość zaawansowaną formę sroczyzmu, uwielbiam cekiny i wszystko, co się świeci, zresztą ta wymarzona suknia Murada była wyszywana chyba toną kryształów, ale w cekiny trzeba umieć. Nie trzeba się od razu w tym temacie doktoryzować, ale minimalne wyczucie jest wskazane. Większość sukienek wręcz boleśnie prezentowała jego brak.

Byłam rozczarowana. Brzydotą sukienek, brakiem szampana i brakiem perspektyw. W pracy coraz bardziej apatycznie przeglądałam strony różnych salonów, właściwie bez nadziei na to, że znajdę coś, co mi się spodoba. O dziwo znalazłam sukienkę o takim fasonie, na jakim mi zależało w Starogardzie Gdańskim. To już spora wyprawa (chociaż wciąż łapie się w Google pod wyszukiwanie “salon sukni ślubnych Trójmiasto” i “salon sukni ślubnych Gdańsk”, więc nie może być aż tak daleko, prawda?), dlatego zadzwoniłam, umówiłam się na mierzenie i pojechałam. I szczerze mówiąc było to najbliższe moim wyobrażeniom doświadczenie. Salon Bianka był ładny, przestronny, zaproponowano nam napoje, moja Mama dostała nawet ulubioną herbatę (earl grey), a panie z obsługi niesamowicie wręcz miłe i to nie w sztuczny sposób. Przymierzyłam sukienkę, dla której tu przyjechałam, okazała się niewypałem, poprosiłam o jeszcze jedną, która również spodobała mi się na ich stronie, była dużo lepsza, ale trochę za grzeczna. Potem panie same zaczęły przynosić mi mnóstwo sukni i cierpliwie pomagały mi je zakładać. Zmierzyłam chyba ze dwadzieścia różnych modeli, niektóre w więcej niż jednej wersji kolorystycznej i właściwie to ja pierwsza miałam dosyć. Panie były gotowe tkwić tam ze mną do zamknięcia salonu, ani przez chwilę nie sprawiały wrażenia zniecierpliwionych i namawiały do mierzenia wszystkiego, żebym wiedziała, w jakim fasonie będę najlepiej wyglądała.

Niestety, wszystko przemawiało za syrenką, a ja od początku mówiłam, że tego fasonu na pewno nie biorę pod uwagę. Nie chciałam na własnym ślubie wyglądać jak seksbomba. Oczywiście, miało być kobieco, bynajmniej nie nobliwie, zwłaszcza, że nie czekał mnie ślub kościelny, ale nie jak Jessica Rabbit! Jednak w każdym salonie to właśnie w syrenkach, lub trąbkach wyglądałam najlepiej. Swoją drogą, jak wiecie, syrenka jest bardzo wymagającym fasonem, niby kobieca figura jest przy niej atutem, ale obcisły krój jest bezlitosny dla jakichkolwiek mankamentów. Zabawna sytuacja miała miejsce w jednym z salonów w centrum Gdyni, kiedy to ekspedientka w rozmiarze 42 twierdziła, że jakiejś sukienki nie mam nawet co mierzyć, bo jestem za gruba na taki fason, ale zachwycała się tym, jak wyglądałam w syrence. Nie wiem, czy panie pracujące w takich miejscach zdają sobie z tego sprawę, ale żadna przyszła panna młoda nie chce słyszeć, że jest za gruba, nawet jeśli nosi rozmiar 36. Co ciekawe, ta sama babka obsługując panny młode plus size była podobno przemiła i wspierająca. W każdym razie nie pocięłam się, nie odwołałam ślubu i nie rozpoczęłam dożywotniej głodówki. Szukałam dalej.

Suknia ślubna jak z bajki

I znalazłam. Świętego graala w postaci malutkiego, nieistniejącego już niestety salonu Langoria w kamienicy starego Wrzeszcza. Znajdowało się tam zaledwie kilka sukni na krzyż, ale wśród nich piękne kreacje polskiej firmy Agora. Nigdy wcześniej o niej nie słyszałam, ale zachwyciła mnie nie tylko pięknymi fasonami, ale również niepowtarzalnymi, naprawdę oryginalnymi materiałami. Niestety, suknia z ekspozycji, którą mierzyłam nie była dokładnie tą, którą chciałam (podobała mi się jej siostra, z tego samego materiału, o tym samym kroju dołu, ale z inną górą), a na uszycie nowej nie było już niestety czasu. Spóźniłam się.

błękitna suknia ślubna i tiara

Rozgoryczona stwierdziłam, że mam dosyć, ślub może będzie, ale ja w sukni ślubnej nie wystąpię. Nie muszę. Nie ma przepisu, który mówi, że jak panna młoda nie jest odpowiednio ubrana, to ślub jest nieważny. Moje perypetie zapewniały wszystkim rozrywkę na spotkaniach towarzyskich, a ja żaliłam się każdemu, kto tylko chciał słuchać. W końcu korzystając z okazji, że zostałam akurat zapytana o przygotowania do ślubu przez moją koleżankę z Madrytu, cudownie rozpieszczoną i odrealnioną Saudyjkę, zaczęłam narzekać i żalić się również jej. I tak oto w akcie desperacji ustaliłyśmy, że ja przestaję się zamartwiać, a ona korzystając z nadmiaru wolnego czasu odwiedzi madryckie outlety. Powiedziałam tylko, że chyba rzeczywiście chcę syrenkę, wysłałam kilka zdjęć poglądowych i określiłam budżet. Niecały tydzień później sukienka była już w drodze do Polski. Absurdalne? Owszem.

Do tej pory nie wiem, jak osoba tak silnie uzależniona od mody, jak ja w tamtych czasach mogła choćby pomyśleć o tym, żeby nie wybierać własnej sukni ślubnej. Zwłaszcza po doświadczeniach związanych z suknią od Teściowej. Jednak tym razem miałam nie żałować decyzji. Lila stanęła na wysokości zadania. Znalazła mi idealną suknię, całą z koronki lekko zdobionej cekino – koralikami, które tworzyły iluzję, jakby suknia była utkana ze skrzącego się na słońcu mrozu. Fason bardziej trąbki niż syrenki opinał mnie bardzo ściśle aż do połowy pośladków, ale stamtąd sukienka trochę się rozszerzała, więc nie eksponowała zbyt nachalnie mojego latynoskiego tyłka. Wysoko zabudowany amerykański dekolt kończył się półgolfikiem, ale od górnej linii biustu koronka nie była niczym podszyta, dzięki czemu suknia zachowywała lekkość. Największą ozdobą sukni był krótki tren i piękny, sięgający talii dekolt na plecach. I o dziwo leżała prawie idealnie, wymagała jedynie nieznacznej poprawki w biuście, z którą krawcowa poradziła sobie w błyskawicznym tempie.

Czy polecam komuś takie rozwiązanie? Absolutnie nie. Nawet jeśli lubicie życie na krawędzi, to ryzykujecie zbyt wiele. Ślubna wróżka ma za dużo na głowie, żeby jeszcze czuwać nad szaleńcami. Co w takim razie proponuję? Poniżej znajdziecie kilka bardzo subiektywnych rad, których udzieliłabym najbliższej przyjaciółce.

Zanim wyruszycie na łowy, musicie być świadome tego, ile kosztuje suknia ślubna. I ile jesteście gotowe na nią przeznaczyć. Tak naprawdę ceny zaczynają się już od poniżej tysiąca złotych (sukienki nowe, ale z ekspozycji, po sesjach lub sprzed kilku sezonów), ale górnych limitów właściwie nie ma. Na przykład sukienki ślubne Murada to ok 12000-15000 EUR, a kreacje Krikora Jabotiana zaczynają się od 13600 EUR, a pamiętajmy, że arabskie księżniczki zdecydują się zapewne na kreacje haute couture być może zdobione prawdziwymi diamentami. Najdroższa suknia ślubna świata, stworzona przez Renee Straussa we współpracy z Martinem Katzem i ozdobiona w sumie 150 karatami diamentów, została wyceniona na 12 mln dolarów. Podobno nikt się na nią nie skusił. Nieznane mi są za to losy sukni zaprojektowanej przez Yumi Katsurę, która ozdobiła swój projekt między innymi 1000 pereł i zielonym diamentem o masie 8,8 karatów. Przy takiej konkurencji pół miliona dolarów, które Kim Kardashian wydała na suknię ślubną od Givenchy przestaje robić jakiekolwiek wrażenie. Wracamy do rzeczywistości?

Jak kupić idealną suknię ślubną i nie zbankrutować

  1. Pamiętacie, co się dzieje, jeśli nie umówicie się na mierzenie i chcecie sobie tylko pooglądać? No właśnie, to nie sklep, to salon moje Drogie, bądźcie poważne.
  1. Przede wszystkim zacznijcie szukać jak najszybciej. Niektóre suknie mają termin realizacji do sześciu miesięcy.
  1. Zróbcie research online, zobaczcie które marki mają sukienki, które Wam się podobają, w których salonach je oferują, ale nie dyskryminujcie nieznanych Wam marek, któraś z nich może okazać się strzałem w dziesiątkę. Umówcie się w kilku salonach na mierzenie, ale pamiętajcie, żeby spytać, czy mierzenie jest darmowe. Może trudno w to uwierzyć, ale w bardzo wielu salonach trzeba płacić za mierzenie sukni. Kwota ta jest odejmowana od ceny sukienki, jeśli zdecydujecie się na zakup. Ale czuć się zmuszonym do wyboru sukni, tylko po to, żeby nie stracić 100 zł nie jest optymalnym rozwiązaniem.
  1. Kiedy już to ustalicie, mierzcie ile wlezie. Nie nastawiajcie się na konkretny fason, czy kolor, może się okazać, że najlepiej będziecie wyglądały w czymś, czego z początku w ogóle nie brałyście pod uwagę.
  1. Nigdy nie podawajcie prawdziwej daty ślubu. Większość salonów przygotuje wtedy sukienkę na parę dni przed ceremonią. Jeśli nie wywiążą się z czegoś, nie będziecie nawet miały czasu reklamować.
  1. Zwróćcie uwagę na materiał, z którego jest uszyty model pokazowy i porównajcie go podczas pierwszej przymiarki z tym, z którego szyta jest Wasza suknia. Jeśli miała być z delikatnej, miękkiej koronki, a teraz przypomina poliestrową firanę z gabinetu dyrektora małomiasteczkowej podstawówki, to znaczy, że ktoś próbuje Was oszukać i nie musicie się na to godzić (stąd warto podać znacznie wcześniejszą datę ślubu, nikt Was wtedy nie postawi pod ścianą i nie powie, że albo bierzecie to, co jest, albo idziecie do ślubu w samej bieliźnie – pan młody mógłby docenić, przyszła teściowa i ksiądz niekoniecznie)!
suknia ślubna, koronkowa syrenka
Ta jedyna
  1. Jeśli zależy Wam na oszczędnościach, a macie w miarę standardową budowę ciała, jak już upatrzycie sukienkę, sprawdźcie w historii aktualności, lub postów na stronie salonu, w jakim miesiącu prowadzą wyprzedaż sukienek z ekspozycji i po sesjach zdjęciowych. Jeśli Wasza wymarzona sukienka nie jest z bieżącej kolekcji, możecie ją kupić ze sporą zniżką! Nie traćcie trzeźwości umysłu, oczywiście macie wyglądać pięknie, ale pomyślcie, co możecie zrobić zaoszczędzając kilka tysięcy na sukience. Gdzie możecie pojechać, co zobaczyć, jakie marzenia spełnić.
  1. Dodatkowo w temacie oszczędności – pamiętajcie o tak zwanym cross-sellingu. Kiedy tankujecie samochód, stacja benzynowa nie zarabia tylko na sprzedaży paliwa, ale też na kawie i batonikach, które filuternie puszczają do Was oko przy samej kasie. A w momencie, kiedy będziecie decydować się na zakup sukni ślubnej, nagle okaże się, że pięknie wygląda do niej pasek z cyrkoniami, te cudne kryształowe kolczyki, które pani da Wam założyć do sukni, żebyście mogły sobie wyobrazić całą stylizację, oczywiście welon, a czasami nawet koło… Od razu powiem, że jeśli chcecie zrezygnować z koła, a wybrałyście sukienkę o obfitym dole, będziecie tego prawdopodobnie żałować. Koła są upiorne, dodatkowo utrudniają i tak trudną dla panien młodych wizytę w toalecie, ale pełnią funkcję nie tylko estetyczną – odbijają obfitą spódnicę od nóg, sprawiają, że nie wejdzie Wam ona między dolne kończyny i się w niej nie zaplączecie. Innymi słowy, przy niektórych sukienkach są naprawdę niezbędne. Ale nie muszą kosztować ponad dwustu złotych, podobnie jak pasek, nie wspominając już o welonach za prawie tysiąc. Koła można kupić w internecie poniżej 50zł, piękne paski z cyrkonii, których ceny w salonach zaczynają się od 250zł i tak są sprowadzane z Chin, więc mając zapas czasowy można ich poszukać na AliExpress. Z welonami sprawa wygląda podobnie, mało który salon oferuje koronki Chantilly, zresztą ich cena byłaby wtedy znacznie wyższa, zatem możecie śmiało uznać, że welon, który w salonie kosztuje na przykład 900zł też trafił tam z Chin, a cena producenta, to ok 100-200zł. W USA na przecenach można nawet kupić oryginalny welon Very Wang za mniej niż 50 dolarów.
  1. Wracając do samej sukienki – na mierzenie weźcie osoby Wam życzliwe, ale szczere. Nie ma mowy o potencjalnie zawistnych koleżankach, które spróbują Wam dyskretnie wbić szpilę, ale ciocie, którym podobacie się we wszystkim, bo wy takie piękne i młode też zostawcie w domu. Chyba, że naprawdę nie interesuje Was zdanie innych i jedziecie w towarzystwie tylko po to, żeby napompować swoje ego. To też nie jest złe rozwiązanie, bo przede wszystkim to Wy macie się sobie podobać.
  1. Ostatnia rada, a może raczej prośba! Piękne suknie naprawdę istnieją, tylko trzeba ich poszukać. Dlatego błagam Was, macie wybór, nie musicie być kolejnymi pannami młodymi w sukni bezie (ok, księżniczce) z gorsetem. Dobrze, jest to fason, w którym większość z nas wygląda dobrze, ale jeśli macie ładne figury, to naprawdę możecie zaszaleć i odważyć się założyć coś oryginalnego!

A co jeśli macie nieograniczone fundusze i marzycie o tym, żeby wydać GDP małego państwa na sukienkę? To postarajcie się chociaż, żeby było warto! Nie kupujcie sukienek, jakich pełno, lećcie choćby na Filipiny, spotkajcie się z Leo Almodalem w jego atelier i pozwólcie, żeby wyczarował coś specjalnie dla Was! Albo lepiej, kupcie suknię w second handzie i zaoszczędzone pieniądze przeznaczcie na biedne zwierzątka!

To tyle jeśli chodzi o moje złote rady dotyczące doboru sukni. A Wy, drogie mężatki, jakie macie doświadczenia związane z poszukiwaniem tej jedynej? Było łatwo? Opowiedzcie mi o swoich przeżyciach! Ja niedługo wrócę do Was z opowieścią o dniu, w którym założyłam swoją cudem zdobytą suknię, ale zanim to nastąpi pójdziemy razem na wojnę do Urzędu Stanu Cywilnego, ponieważ ślub z cudzoziemcem to fanaberia dla wytrwałych. Zaglądajcie koniecznie – pamiętajcie, nowy post pojawia się w każdą środę o godzinie 10:15 (czasu środkowoeuropejskiego).