Ślub w Nowym Jorku

Zwykle od zaręczyn do ślubu mija przynajmniej rok. Rok na to, żeby do przyszłej pary młodej dotarła powaga podjętej decyzji, rok, żeby ochłonąć, rok, żeby zmienić zdanie i dać nogę. My wyszliśmy z założenia, że czasu na rozmyślenie się mieliśmy aż nadto, poza tym młodość ucieka, a my nadal żyjemy w zawieszeniu, usychając z tęsknoty i braku regularnego seksu. Innymi słowy, im szybciej załatwimy wszelkie formalności, a ja dostanę zieloną kartę, tym prędzej będziemy mogli zacząć żyć jak normalna para, kłócąc się o porozrzucane skarpetki, pozycję deski toaletowej i plany na weekend. Dlatego też pierwszy ślub, muzułmański, konkretnie ceremonię nikkah, braliśmy już na początku czerwca, niespełna cztery miesiące od pamiętnych oświadczyn. Moje “pierwsze zamążpójście” miało miejsce w Nowym Jorku, towarzyszyli mi moi cudowni Rodzice, wujek wariat, przypadkowo znajdująca się w tym czasie w NYC wieloletnia przyjaciółka rodziny i moja absolutnie niesamowita, niezrównana, najcudowniejsza przyjaciółka z dzieciństwa, która na wieść o tym, że w końcu wychodzę za mąż zarezerwowała sobie lot, pokój i powiedziała, że nie ma mowy, żeby mnie nie wspierała w tym arcyważnym dniu.

Jej wsparcie okazało się nieocenione, ponieważ ślub ślubem, ale czekała mnie dodatkowa atrakcja, zdecydowanie bardziej stresująca. Mianowicie dopiero kilka dni przed ślubem ja i moi Rodzice poznaliśmy wreszcie mamę, trzy siostry i szwagra mojego Księcia (mój przyszły teść jest postacią nieco zagadkową, pojawia się i znika i tak naprawdę poznałam go dopiero trzy lata po ślubie, ale podobno się nie wtrącał i nie czepiał, co bardzo doceniam). Spotkanie było okrutnie niezręczne, wszyscy patrzyliśmy na siebie jak na kosmitów, najlepiej czuł się chyba szwagierek, który bardzo usilnie starał się popisać swoją wiedzą i zrobić przed publicznością wrażenie intelektualisty, oraz mój Tata, który na tym etapie był już całkowicie wyluzowany, a poza tym z zachwytem raczył się różnorodnością przygotowanych przez moją przyszłą Teściową dań. Ja nie miałam nawet szans ich spróbować, ponieważ nie było ani jednego dania wegetariańskiego, nawet szpinak zepsuła kurczakiem, z kolei moja Mama, zdeklarowana miłośniczka mięsa, prawie dostała zapaści przez to, jak ostre były wszystkie przyprawy. Beznadziejność sytuacji potęgował fakt, że jedliśmy i staraliśmy się rozmawiać przy włączonym telewizorze, na którym leciał Harry Potter, najmłodsza (czyt. 18-letnia) szwagierka trzymała cały czas kurczowo rękę Teściowej, a najstarsza załamywała się beznadziejną jakością moich nie pakistańskich włosów i przekonywała mnie, żebym przed ślubem zainstalowała sobie doczepki.

Po tym cudownym pierwszym spotkaniu wytoczyłam się niczym pijana na ulicę, poprosiłam Tatę o papierosa (musiałam wyglądać naprawdę koszmarnie, bo nie zaprotestował) i dygocząc jak w febrze zaciągałam się raz po raz dymem. Następnie odwieźliśmy moich Rodziców do apartamentu, a sami pojechaliśmy na przejażdżkę. Wydaje mi się, że stanęliśmy przy punkcie widokowym pod mostem Verrazzano, ale pamiętam to jak przez mgłę. Doskonale sobie za to przypominam, że powiedziałam ukochanemu, że chyba to był błąd, nie mogę za niego wyjść, bo nie dam rady być częścią jego rodziny. Odbyliśmy wtedy bardzo, bardzo poważną rozmowę, mój narzeczony pierwszy raz, odkąd go znam, sprawiał wrażenie autentycznie przerażonego. W końcu udało mu się wmówić mi, że omnia vincit amor i musimy spróbować. Że on zawsze będzie po mojej stronie, że zawsze będzie tak, jak będę chciała, nic nie będzie wbrew mojej woli, na pewno nigdy nie będę musiała z jego rodziną mieszkać, będziemy ich widywać tylko wtedy, kiedy będę chciała i że ślub mam wziąć z nim, nie z nimi. Przekonał mnie, ale tę noc spędzaliśmy osobno.

Następnego dnia w Nowym Jorku pojawiła się moja przyjaciółka i nie wykluczam, że to ona uratowała mój związek. Pozwolicie mi na chwilę prywaty?

Aniu! Dziękuję za to, że od ponad dwudziestu lat jesteś dla mnie i mojej rozchwianej psychiki najcudowniejszym wsparciem! Za to, że mnie rozumiesz, koisz i karmisz wiarą we własne siły. Nie wiem, jakim cudem zasłużyłam sobie na tak wspaniałą przyjaciółkę, pewnie coś z poprzedniego wcielenia, bo z punktów karmicznych nabytych w tym obecnym raczej by mnie nie było stać na Ciebie 😀

przyjaciółki w Central Parku
z Anią w Central Parku

Koniec prywaty, ale jeszcze dwa słowa o Ani. Ania zawsze była spokojna, niezłomna, pełna optymizmu i gotowości do niesienia innym pomocy. Zdecydowanie dowód na to, że przeciwieństwa się przyciągają. Pamiętam nasze wspólne próby pisania musicalu na lekcje angielskiego, wspaniałe przyjęcia urodzinowe i to, jak kiedyś popłakałam się w trolejbusie żaląc się jej na tematy rodzinne. Miałyśmy wtedy może z 10 lat. Ania powiedziała, że wysiadamy, bo ludzie na mnie patrzą jak na wariatkę, wytargała mnie na zewnątrz, spojrzała głęboko w oczy i kazała wierzyć, że będzie dobrze. Tym razem było podobnie, po prawdzie bez scen w komunikacji miejskiej, ale zaatakowana kanonadą narzekań, wątpliwości i obaw, Ania ze stoickim spokojem przypomniała mi dlaczego w ogóle znalazłyśmy się w Nowym Jorku, podkreśliła, że jestem bohaterką jednej z najpiękniejszych współczesnych historii miłosnych i zasadniczo mam przestać histeryzować.

Moja przyjaciółka miała też szansę poznać rodzinę mojego męża, kiedy zostałyśmy zaproszone do domu Teściowej na malowanie rąk henną – pakistańskie panny młode poddają się temu rytuałowi przed ślubem, ma to zapewnić związkowi pomyślność, a tak się akurat złożyło, że moja najmłodsza szwagierka jest bardzo uzdolnioną artystką. Podczas spotkania zamówiłyśmy pizzę, a atmosfera była zdecydowanie luźniejsza. Mama Księcia ofiarowała mi ślubną biżuterię, która od ponad stu lat przechodziła w jej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Prezent naprawdę wyjątkowy, a sama biżuteria zupełnie inna niż wzory pojawiające się w hinduskich i pakistańskich katalogach mody ślubnej. Nic dziwnego, że Ania odebrała pozytywnie moją przyszłą rodzinę i stwierdziła, że pierwsze negatywne wrażenia musiały być spowodowane tym, że obydwie strony były bardzo przejęte i zestresowane. Trochę racji musiałam jej przyznać. Jak zwykle.

Tego wieczoru, kiedy brałam prysznic, mój narzeczony zabrał mój “żeton”, a kiedy wróciłam do pokoju, klęknął i jeszcze raz zapytał, czy zostanę jego żoną, tym razem nakładając na mój palec piękną gwiazdę z pięciu diamentów. Pierścionek zamówiony w Izraelu dotarł, a ja mogłam raz jeszcze, tym razem odpowiednio wzruszona, przyjąć oświadczyny. Po czym natychmiast zażądałam zwrotu żetonu, bo już do niego przywykłam, a poza tym co dwa pierścionki zaręczynowe, to nie jeden. Rich bitch.

Suknia ślubna

Wreszcie nadszedł dzień zero. Zanim opiszę dokładnie, co się działo, należałoby wspomnieć o tym, co dla każdej panny młodej najważniejsze. Nie, nie pan młody. Suknia. Teściowa na wieść o zaręczynach poprosiła, żebym zgodziła się rozważyć założenie sukni, którą ona mi kupi. Brzmi niezbyt dobrze, prawda? Przyznajcie Dziewczyny, która z Was byłaby gotowa się aż tak poświęcić? Próbowałam przekonać, że już mam piękną lehengę (tradycyjny strój, konkretnie spódnica z dodatkami, zakładany chętnie przez panny młode na subkontynencie), którą mój przyszły małżonek kupił mi kiedyś w Pakistanie. Co więcej, z jakiegoś względu wymyśliłam wtedy, że ma być ona szmaragdowozielona i udało mu się bezbłędnie zidentyfikować ten kolor. Z rozmiarem też o dziwo trafił, chociaż na pytanie o wymiary wskazał na manekin i powiedział, że takie, tylko większe cycki. Zapomniał wprawdzie dodać, że ramiona, wyhodowane przez lata spędzone na treningu pływackim też ciut większe, ale ogólnie tunika leżała zadowalająco, pakistańskim damom i tak nie wypada wymachiwać łapami, a ja byłam skłonna pogodzić się z umiarkowanym zakresem ruchu. Spódnica była piękna, ze szmaragdowego brokatu zdobionego srebrnym wzorem, do tego srebrna brokatowa tunika z krótkimi, zielonymi, szyfonowymi rękawkami. Prawdziwe arcydzieło stanowiła przezroczysta, bogato zdobiona srebrną nicią i kamieniami w kolorze ametystu, długa kamizela. Teściowa oglądając zdjęcia stwierdziła, że wyglądam pięknie, ale ona zamówi dla mnie coś jeszcze piękniejszego. Jeśli mi się nie spodoba, oczywiście mogę założyć to, co już miałam.

Teoretycznie spytano mnie nawet o preferencje kolorystyczne, zasugerowałam lodowy błękit, lub blady, pastelowy róż. Książę spytał, czy nie chciałabym mięty łączonej ze złotem, w końcu miętowy to mój ulubiony kolor. Ależ oczywiście! Na samą myśl zmieniłam kompletnie nastawienie i nie mogłam doczekać się rezultatu pracy pakistańskich krawców i wyszywaczy. Niestety, kiedy kilka dni przed ślubem dostałam swoje wdzianko, mina mi trochę zrzedła. Strój był zasadniczo złotawy. Składał się z lehengi (spódnicy), satynowej krótkiej bluzki (wymiennie, na mniej ważne okazje dostałam do tego satynową tunikę i szarawary, wszystko w kolorze ciemnego beżu), przezroczystej, złotawej narzutki z długim rękawem i upiornie ciężkiej dupatty (szalu) z identycznego materiału. Zarówno siateczkowa narzutka, jak i dupatta były bogato zdobione złotą nicią i przypominającymi brązowe topazy kamieniami. Kolor pojawiał się tylko na spódnicy, na której i tak przeważały złote wzory, ale w tym wypadku działało to na korzyść, ponieważ nie było tam ani grama mięty. Przy dobrych chęciach kolor można było określić jako blado pistacjowy, a patrząc obiektywnie, był raczej groszkowy. Do tego wszystkiego dostałam torebkę z tego samego co spódnica materiału oraz mnóstwo bransoletek bengalek. Te ostatnie na szczęście były dosyć duże, ponieważ już wcześniej ostrzegłam, że nie będę sobie łamać kości próbując przecisnąć malutkie bransoletki przez dłonie. Od razu sprostowanie, nie mam dłoni wielkości grabarskich łopat, ale albo Pakistanki naprawdę lubią zadawać sobie ból, albo mają drobniejsze kości. Na domiar złego, mimo że podałam swoje dokładne wymiary, bluzka smętnie zwisała, wyglądała jak świecący T-shirt i była zabudowana do granic możliwości. Wyglądałam w niej delikatnie mówiąc niekorzystnie, na szczęście złota narzutka ratowała sytuację. Pomijając niefortunne zderzenie moich wyobrażeń z rzeczywistością, efekt końcowy wyszedł naprawdę ładnie.

Nikkah – małżeństwo w islamie

Wracając do samego ślubu. Rano, do naszego apartamentu przyszła Ania, zjedliśmy razem śniadanie, w składzie ja, Ania, moi Rodzice (mój Tata robi najlepszą jajecznicę na świecie) i wujek. Następnie, zupełnie zrelaksowana, w papilotach i mini sukience z Grumpy Cat’em zaczęłam robić makijaż Mamie, Ani i dopiero na koniec sobie. Tak, jestem panną młodą, która w dzień ślubu malowała świadkową i Mamę. Mało tego, nikomu nie wydłubałam oczu i efekt końcowy był zachwycający. Ania w złotawym makijażu, długiej, czerwonej sukni i biało-złotym szalu wyglądała nieziemsko! Kiedy spokojnie zaczęłam pacykować własną twarz, Mama nerwowo miotała się po pokoju, twierdząc, że nie zdążymy. Spokojnie poinformowałam ją, że Książę, który miał po nas przyjechać i tak się spóźni, więc nie ma co panikować. Mój narzeczony wychodził z założenia, że nie ma mowy o spóźnieniu, jeśli bez nas ceremonia i tak by się nie odbyła. Mój spokój wynikał jednak głównie z tego, że cały potencjał nerwowy wyczerpałam dzień wcześniej. Od samego rana mieliśmy problemy, najpierw na Moście Brooklyńskim wjechał we mnie naćpany rowerzysta, zdzierając mi skórę z ręki i niemal łamiąc żebra. Wieczorem mieliśmy iść całą polską grupą i moim narzeczonym na Broadway, jednak godzinę przed spektaklem mój ukochany zadzwonił, że miał wypadek samochodowy, jemu na szczęście nic się nie stało, jednak samochód bardzo ucierpiał i nie było szans, żeby Książę zdążył do nas dołączyć. Wpadłam w lekką histerię, na szczęście “Upiór w Operze” zdołał ukoić moje skołatane serce. W każdym razie stwierdziłam, że limit pecha został wyczerpany i w dzień ślubu miałam w zasadzie na wszystko wylane.

Nie dostałam furii nawet wtedy, kiedy dopiero w drodze do meczetu mój przyszły mąż dzwonił zarezerwować restaurację na “obiad weselny”. Fakt, że w tym temacie już się wykrzyczałam znacznie wcześniej, kiedy rozważaliśmy różne opcje i w pewnym momencie padł pomysł, że wynajmiemy salę w meczecie (konkretnie centrum kultury tureckiej), zamówimy sushi i jakieś mięso, a jeść będziemy na jednorazowych talerzykach. Bez białego obrusu, świec i kwiatów. Chcieliście słyszeć o różnicach kulturowych? Oto one. Jednorazowe talerzyki i take out w charakterze uroczystego obiadu. Chciałabym wierzyć, że to kwestia chromosomów, a nie kultury, niestety wyjazd do Pakistanu pozwolił mi zweryfikować poglądy.

Mój anielski spokój przydał się, kiedy podjechaliśmy pod meczet i dopadła mnie moja najstarsza szwagierka z okrzykiem: Pozwól, że cię naprawię! Spodziewałam się raczej standardowego, uprzejmościowego “jak pięknie wyglądasz, Mashallah”, ale jak już wspomniałam, byłam bardzo zen. Naprawianie polegało na odpowiednim przyczepieniu koralików odchodzących od kolczyków i niezwykle profesjonalnym zamontowaniu dupatty. Muszę dziewczynie oddać, że naprawdę wiedziała co robi i upiornie ciężki welon z wdziękiem i pozorną lekkością spływał z moich papilotowych loków, zakręcając się urokliwym łukiem przy pasie lehengi. Zajęło jej to mniej niż minutę. Po ostatnich poprawkach nadszedł czas na niekończące się zdjęcia. Wraz z Anią znalazłyśmy również czas, żeby przestudiować raz jeszcze mój kontrakt ślubny. Przezorny zawsze ubezpieczony, wolałam się upewnić, że od momentu, kiedy czytałam kontrakt po raz pierwszy, nie wprowadzono do niego żadnych zmian (jeśli któraś z Was kiedykolwiek będzie planowała wydawać się za mąż za muzułmanina, pamiętajcie, że macie wpływ na to, jak wygląda kontrakt! Można w nim na przykład zawrzeć klauzulę, że mężczyzna może posiadać tylko jedną żonę, jeśli złamie ten warunek, macie prawo do natychmiastowego rozwodu i alimentów), na szczęście po gruntownym przestudiowaniu dokumentu upewniłyśmy się, że nikt nic nie dopisywał. Jak widzicie, mimo że przyjechaliśmy, zgodnie z przewidywaniami spóźnieni, imam (muzułmański ksiądz) jeszcze się nie zjawił. Książę zrezygnował z lokalnego imama i zdecydował się, głównie pod kątem moich Rodziców, na zatrudnienie wykładowcy z Columbia University.

Facet wyglądał jak Morgan Freeman, miał niesamowite poczucie humoru i wygłosił przepiękne kazanie o tym, jak cudownie jest być świadkiem połączenia dwóch pięknych, bogatych kultur. Że zupełnie jak stop dwóch metali, razem będziemy silniejsi. Kiedy podkreślał moje chrześcijańskie pochodzenie, czułam się, jakby sam Filip II z całą potęgą chrześcijaństwa stał za mną trzymając mi dłoń na ramieniu. Biorąc pod uwagę, że w kościołach bywam tylko na ślubach i pogrzebach i moje poglądy religijne oscylują gdzieś w okolicach agnostycyzmu i Garfielda, było to nie lada osiągnięcie. Żaden ksiądz nigdy nie wzbudził we mnie tak silnego poczucia tożsamości kulturowo-religijnej. Szalenie krótkotrwałej, ale jednak.

Na ceremonii zjawili się liczni koledzy mojego męża, na szczęście ten nie wyraził zgody, żeby pojawiły się też wszystkie koleżanki mojej Teściowej. Tego moglibyśmy nie znieść. Koledzy, muzułmanie byli raczej nieszkodliwi, bo niby przyszli świętować ślub kolegi, ale osoba panny młodej bardzo ich peszyła i starali się na mnie nie patrzeć i do mnie nie odzywać. Świadkami zostali najlepszy przyjaciel mojego męża (już oswojony ze zwyczajami panującymi na rozpustnym, barbarzyńskim Zachodzie i zdecydowanie bardziej uspołeczniony), moja Ania i środkowa siostra pana młodego. Dlaczego tak? Ponieważ w islamie kobieta liczy się jako pół świadka. Zanim ktokolwiek z Was się oburzy i uzna to za dowód na to, że islam jako religia (nie mówię o zasadach panujących w arabskich społeczeństwach, zapewniam Was, że w Koranie nie ma słowa o tym, żeby zabraniać kobietom kierowania samochodu, choćby z tego względu, że w czasach objawienia Koranu samochody nie istniały! Jakiekolwiek rozważania typu, czy żona Mahometa prowadziła samochód są owszem zabawne, ale absurdalne.) dyskryminuje kobiety, krótka dygresja. Pamiętajmy, że w czasach proroka nie było nie tylko pojazdów mechanicznych, ale również żadnych innych środków szybkiego transportu. W tamtych czasach kobiety po wyjściu za mąż opuszczały dom rodzinny i przeprowadzały się do rodziny męża, czasami bardzo daleko. Mężczyzna był w tym przypadku bardziej rzetelny jako świadek, ponieważ przez całe życie mieszkał w tym samym miejscu i gdyby jego zeznania były potrzebne, wiadomo było, gdzie go szukać. Z kobietami było ciężej, dlatego dla bezpieczeństwa do świadkowania potrzebnych ich było więcej. Gdyby ta religia powstawała w dobie Instagrama i Facebook’a, pewnie wyglądałoby to inaczej. Goście zachowywali się godnie, może poza szwagrem mojego męża, który dłubał sobie między palcami u stóp i toczył kulki z tego, co wydłubał. Pamiętacie dialogi z Króla Lwa? Pozwólcie, że przypomnę: “W każdej rodzinie taki się trafi. W mojej nawet dwóch! Udaje im się zepsuć każdą uroczystość…” Kiedy już ustanowiono nas mężem i żoną w świetle muzułmańskiego prawa (co oznaczało, że wreszcie możemy bezgrzesznie uprawiać seks), zamiast znanego w kulturze zachodniej pocałunku, mieliśmy nawzajem się nakarmić pakistańskimi słodyczami, które – od razu powiem – są absolutnie obrzydliwe. Zrobiliśmy jeszcze trochę zdjęć po czym udaliśmy się na nie tak bardzo uroczysty obiad w śródziemnomorskiej restauracji Sahara.

Na sam obiad najchętniej opuściłabym zasłonę milczenia. Pomijając już to, że będąc wystrojona jak choinka wzbudzałam w restauracji niezdrową sensację, to falafel i hummus nie były moim wymarzonym pierwszym posiłkiem po wstąpieniu w związek małżeński. Jakieś ostrygi, szampan, homar może, ale nie falafel! Jedyne, co uznałam za rzeczywiście warte uwagi, to autentycznie więdnące uszy (takie jak w kreskówkach) szwagierka. Popełnił jeden błąd. Chciał zaimponować intelektualnie Ani i spytał, czy coś studiowała. Ania robiła akurat doktorat na jakimś strasznie skomplikowanym kierunku mającym coś wspólnego zarówno z matematyką jak i biologią. Zanim skończyła swoją odpowiedź, uszy szwagra zabawnie opadły i wyglądał, jakby uszło z niego całe powietrze. Do końca obiadu się nie odzywał. Jeden zero dla nas!

I tak oto zakończyła się oficjalna część mojego pierwszego ślubu. Piszę pierwszego nie dlatego, że w dalszej części historii będę się rozwodzić i wymieniać męża na młodszy model, po prostu nie mogliśmy skorzystać z opcji ichniejszego ślubu konkordatowego i załatwić nikkah razem ze ślubem cywilnym, ponieważ wzięcie ślubu cywilnego w Stanach z rezydentem amerykańskim (wtedy jeszcze nie obywatelem) na wizie turystycznej oznaczałoby złamanie prawa imigracyjnego, czy jakoś tak. W związku z tym postanowiliśmy pobrać się cywilnie w Polsce. Chcecie dowiedzieć się, dlaczego mi się to nie udało? Koniecznie przeczytajcie kolejny post, a tymczasem zapraszam Was na subiektywny

Przewodnik po stolicy wszechświata, czyli co warto zobaczyć w Nowym Jorku

Wbrew powszechnym przekonaniom nie jest to miasto dla każdego. Są osoby, dla któych wycieczka do Nowego Jorku to szczyt marzeń i rzeczywiście, po przyjeździe z miejsca się w nim zakochują, ale innych czeka gorzkie rozczarowanie. Pierwszy raz przyjechałam tutaj pod koniec studiów magisterskich, już po oddaniu pracy dyplomowej. Mieszkałam tu wtedy przez dwa miesiące i starałam się zwiedzić miasto jak typowa turystka. Przemierzając dzielnice Nowego Jorku szybko stwierdziłam, że to nie jest miejsce dla mnie. Nie ma duszy, tak jak europejskie miasta, geometryczne rozplanowanie ulic niemal całkowicie pozbawia możliwości zagubienia się w przestrzeni i przypadkowego odkrycia interesujących zakątków. Niemal. Bo te jednak wciąż się zdarzają, co więcej jest kilka miejsc ogólnie znanych i popularnych, które okazują się naprawdę magiczne.

Amfiteatr Forda na Coney Island
Amfiteatr Forda na Coney Island

Zanim przedstawię Wam krótko mój optymalny plan na błyskawiczne zwiedzenie tego miasta, chciałabym opisać trzy miejsca, które lubię najbardziej. Moje własne, prywatne top 3:

1. Coney Island

Najsłynniejsza plaża Nowego Jorku i wesołe miasteczko z najstarszym działającym drewnianym rollercoasterem Cyclone otwartym od 1927 roku. Starszy był oczywiście rollercoaster w Budapeszcie, niestety już od wielu lat nie działa. Przejażdżka dostarcza wyjątkowych wrażeń nie dlatego, że jest super szybko, czy stromo, ale sama świadomość tego, jak stara i delikatna jest konstrukcja kolejki, dostarcza więcej adrenaliny niż Kingda Ka (o której jeszcze kiedyś napiszę!). Wesołe miasteczko nie ma jednak na celu zapewniać wrażeń porównywalnych z tymi doświadczanymi w Six Flags, czy Disneylandzie. Jest to pewnego rodzaju relikt minionej świetności tego miejsca, które w dawnych czasach cieszyło się ogromnym powodzeniem wśród miejscowej ludności. Dzisiaj wszystko jest trochę wyblakłe, trochę podniszczone, trochę zapomniane, chociaż latem nadal zjawiają się tu tłumy. Ja najbardziej lubię Coney Island poza sezonem, kiedy sprawia wrażenie miasta widma nawiedzanego przez duchy starych Rosjan wciąż rozgrywających tę samą partię szachów. Uwielbiam amfiteatr Forda, który jest jednym z najciekawszych budynków z tamtej epoki. Zbudowany w 1923 roku na modłę “hiszpańskiego stylu odrodzenia kolonialnego” wygląda trochę jak wyciągnięty z dna morza pałac Neptuna. Początkowo służył jako ogromna restauracja, później został przerobiony na fabrykę cukierków (serio!), wreszcie opuszczony popadł na lata w ruinę, aby w końcu zostać wykupionym i wyremontowanym przez Forda.

To właśnie na Coney Island znajdziecie również słynną sieciówkę z hot dogami Nathan’s, która organizuje coroczny konkurs jedzenia hot dogów i prezentuje nazwiska zwycięzców ze wszystkich lat na zewnętrznej ścianie budynku – widać to już z daleka, chwilę po wyjściu z metra (mimo że Coney Island mieści się na brooklyńskim końcu świata, dojazd do niej jest dosyć prosty, ponieważ jest również stacją końcową czterech docierających na Brooklyn linii metra: F, D, N i Q). Nie zachęcam Was do obżerania się hot dogami, ale jeśli akurat traficie tam poza sezonem i unikniecie ponad godzinnych kolejek (nowojorczycy KOCHAJĄ kolejki miłością patologiczną – kiedy cronutsy, takie połączenie pączków i croissantów, biły rekordy popularności, ludzi stojących w wielogodzinnej kolejce po zakup nie zniechęciły nawet siedzące na ławce obok ludzkie zwłoki. Oni naprawdę chcieli zjeść swoje cronutsy.) zapoznajcie się z ofertą morską – Nathan’s ma wyjątkowo dobre lobster rolle i inne pyszności. Większość jest oczywiście zapanierowana i uduszona w skwierczącym tłuszczu, ale znajdzie się kilka bardziej fit opcji. Uwaga: NIGDY, ale to NIGDY nie kupujcie napoi, frytek, czy czegokolwiek innego w wersji large. Tutejsze small jest odpowiednikiem polskiej dużej porcji, więc jeśli zamówicie dużą “domową” lemoniadę (której samej w sobie też nie polecam, cukrzyca gwarantowana) dostaniecie ją we wiadrze.

Na Coney Island w wydaniu bez opalania możecie poświęcić 1-2 godziny. Wystarczy przejść się drewnianym deptakiem, wejść na molo, napić się drinka w obskurnym barze, który pozwala sobie wyobrazić, że przenieśliście się gdzieś do zapomnianego, biednego miasteczka na Karaibach, skonfrontować się z Cyklonem – przez chwilę zapomnieć, który to rok i pozwolić magii tego miejsca zadziałać. Potem możecie wrócić do rzeczywistości.

2. Roosevelt Island

Kolejnym miejscem, za którym przepadam, głównie dlatego, że pozwala mi się wyciszyć i zapomnieć, że mieszkam w “Centrum Wszechświata” jest Roosevelt Island. Możecie się tam dostać zwyczajnie, metrem F, albo skorzystać z NYC tramway – takiej powietrznej gondolki, która zabierze Was na krótką podróż nad ulicami Nowego Jorku i nad East River, a następnie wypluje na maleńkiej wysepce między Manhattanem i Queens. Obecnie mieści się tam uniwersytecki kampus, wcześniej nie było tam nic z wyjątkiem parku Roosevelta i ruin starego szpitala, w którym bardziej izolowano, niż faktycznie leczono osoby chore na ospę. Ruiny robią doskonale mroczne i upiorne wrażenie i nawet w piękny, słoneczny dzień możecie liczyć na zimny dreszcz. Z wyspy rozciąga się absolutnie bajeczny widok na Manhattan z jednej strony i Queens drugiej, ale jest cicho, spokojnie i sielsko. Można się poopalać na trawie, poczytać książkę na jednej z urokliwych ławeczek i dosłownie nabrać dystansu do zgiełku miasta, które przecież jest tak blisko, na wyciągnięcie dłoni. Nie bywam tam często, ale zawsze wracam stamtąd zrelaksowana i bardziej wyrozumiała dla świata.

Wyspa Roosevelta
Widok na Manhattan z wyspy Roosevelta

3. Biblioteka

Jeden z najsłynniejszych, najbardziej kultowych budynków w Nowym Jorku, jednak często pomijany przez turystów. Bo są bardziej obowiązkowe punkty programu. Jeśli wychodzicie z tego samego założenia, to zweryfikujcie program przed wyjazdem. To miejsce jest magiczne i jeśli Nowy Jork ma jakikolwiek zalążek duszy, to najprędzej odnajdziecie go w tym budynku. Po prostu wejdźcie na 5, 10 minut. Dajcie temu miejscu szansę.

Przewodnik bardziej turystyczny

Oczywiście rozumiem, że nie po to jeździ się do Nowego Jorku, żeby od niego uciekać, więc bardzo krótko przedstawię Wam propozycję “porządnego” zwiedzania samego Manhattanu. Naturalnie, jeśli przyjeżdżacie na więcej dni, warto zajrzeć na Brooklyn, przejść się po parku brooklyńskim, zrobić kolejne zdjęcie na Dumbo z Manhattan Bridge w tle, albo zapuścić się na Dekalb Market, gdzie znajdziecie stanowiska z najlepszym jedzeniem w Nowym Jorku, od polskich pierogów, poprzez pakistańską interpretację burgerów aż po kultowe pastrami z Katz. Szczerze mówiąc nie odradzam też wyprawy na Green Point – znajdziecie tam kapsułę czasu, a w niej Polskę z lat 70, w tym także kawiarnię Riviera, w której podają taki makowiec, jaki robiły nasze prababcie i, co zaskakujące, jedne z najlepszych makaroników w Nowym Jorku.

Tymczasem Manhattan można po prostu przejść, jeśli ma się odpowiednio wygodne buty. Warto podzielić sobie wcześniej odpowiednio mapę i załatwiać wszystko partiami, zaczynając na przykład od Downtown, poklepać byka z Wall Street po jajkach (ponoć przynosi to finansową pomyślność), zajrzeć na samo Wall Street (zwróćcie uwagę na fragmenty “tytułowego” muru widoczne w chodniku), a następnie udać się do 9/11 Memorial. Jest on niezwykle piękny, prosty i chwytający za serce. Naprawdę trudno byłoby oddać hołd ofiarom tego zamachu w bardziej przejmujący i duszoszczypatielny sposób. W środku ogromnego basenu z wodą jest dziura, do której wpada woda – z brzegu nie widać dna, nie wiemy, co dzieje się dalej. Woda po prostu znika.

Jeśli od World Trade Centre wrócicie do Broadway i pójdziecie dalej na północ, miniecie nowojorski ratusz i wejście na Brooklyn Bridge (uwaga na krwiożerczych rowerzystów!). Kilka przecznic dalej traficie już na pogranicze słynnego Chinatown. I tu, nie wiem jakim cudem, ale naprawdę można się pogubić! Ale zróbcie to, wedrzyjcie się w ten mały świat, pooglądajcie różności na straganach, obłędne wystawy sklepów z biżuterią, spróbujcie absurdalnych smaków lodów w The Original Chinatown Ice Cream Factory. Jeśli zgłodnieliście, zaryzykujcie lunch, obiad, kolację w jednej z wielu autentycznych chińskich, tajskich, wietnamskich i malezyjskich restauracji. Jeśli wolicie dobrą pizzę, droga wolna – jesteście dosłownie kawałek od Little Italy. Zwiedzanie dolnych rejonów Manhattanu proponuję zakończyć mniej więcej na wysokości Washington Square – chociaż kawałek wyżej, po lewej stronie znajdziecie Greenwich Village a w niej apartament, w którym mieszkała Carrie Bradshaw, bohaterka “Seksu w Wielkim Mieście”.

Kolejny etap zwiedzania proponuję zacząć od słynnego żelazka – Flatiron. Stamtąd udać się na lewo, dojść do wspaniałego High Line – parku zbudowanego na dawnych torach kolejowych. Miejsce bardzo interesujące, zwłaszcza, że znajdziecie tam stale zmieniające się instalacje różnych artystów. Parkiem dojdziecie do relatywnie nowego miejsca na nowojorskiej mapie Hudson Yards i stojącego w nim absurdalnego ula – Vessel. Jedynym logicznym wytłumaczeniem dla istnienia tego czegoś jest zapewniania kontentu na Insta. Owszem, budynek jest interesujący, robi wrażenie, ale i tak blednie w porównaniu z tym, co dzieje się pod nim. Dziewczęta i kobiety, w różnym wieku, różnej rasy i tuszy wdzięczą się tam w najbardziej absurdalnych pozach i stylizacjach do obiektywów aparatów trzymanych najczęściej przez zmaltretowanych partnerów, albo niecierpliwie czekające na swoją kolej koleżanki. Warto zobaczyć.

Kiedy już nasycicie oczy widokiem absurdu i szaleństwa, możecie powoli potuptać z powrotem na wschód, zejść do wysokości 34tej i tuż za Penn Station traficie na Macy’s – jeden z największych domów towarowych. Możecie sobie śmiało odpuścić, chyba że akurat znajdziecie się tam pod koniec listopada, lub w grudniu. Wtedy możecie nie tylko podziwiać wystawy świąteczne, tak jak w większości większych sklepów na Manhattanie, ale jeśli uda Wam się trafić na ostatnie piętro (szukajcie staro wyglądających, wąskich schodów ruchomych, tylko one zabiorą Was we właściwe miejsce!) znajdziecie się w samym środku magii świąt. Ponad połowa piętra jest zaanektowana na rynek dekoracji świątecznych, jest mnóstwo choinek i każda jest udekorowana inaczej – są choinki podróżnicze, są choinki morskie, psie, mroczne, szkolne, księżniczkowe, co tylko chcecie! Kawałek za Macy’s stoi kultowy Empire State Building – jeszcze nie byłam na dachu i szczerze mówiąc nie zamierzam. Byłam na wystarczającej ilości dachów, żeby wiedzieć, że widoki specjalnie się od siebie nie różnią. Jeśli jednak się zdecydujcie, pamiętajcie, że bilety trzeba kupić z wyprzedzeniem!

Jeśli po minięciu Empire State dojdziecie do Madison i skręcicie w lewo, dotrzecie do Konsulatu RP – warto zobaczyć przepych panujący w środku. Stamtąd traficie też do Grand Central (warto zobaczyć dworzec w środku) i budynku Chryslera. Znowu możecie skręcić na zachód i po dotarciu do Broadway, podążyć nim na północ, a już kawałek dalej wessie Was mikrokosmos Times Square. Zależy od preferencji, jeśli nie lubicie smrodu, tłumu i hałasu, uciekajcie jak najszybciej na północ do Rockefeller Centre, ale jeśli Times Square Wam niestraszny, pozwiedzajcie absurdalne sklepy, Disney’a, M&M’s i wszystkie inne.

Wreszcie do zwiedzenia pozostanie stanowczo przereklamowany Central Park i Metropolitan Museum. Sam park jest ogromny, rzeczywiście robi wrażenie tym, że w ogóle istnieje w tak zatłoczonej metropolii, ale nie spodziewajcie się niczego na miarę madryckiego Retiro, przynajmniej nie pod względem estetycznym. Z kolei MET jest rzeczywiście warte odwiedzenia, ogromne, podzielone na sekcje tematyczne. W pawilonie azjatyckim znajdziecie między innymi wiernie odwzorowaną replikę szanghajskiego ogrodu YuYuan. Warto wiedzieć, że cena za wstęp jest tylko rekomendowana, pracownicy na pewno Was o tym nie poinformują, ale muzeum można zwiedzić za cenę dobrowolnej dotacji, w wysokości choćby jednego dolara. Inaczej sprawa wygląda z MoMA, ale tam z kolei wstęp jest wolny w wybrane dni w tygodniu o konkretnej porze, podobnie jak w Muzeum Historii Naturalnej.

Parada smoków na Chinatown
Chinatown nigdy nie zawodzi

Jeśli planujecie dłuższy wyjazd, chcielibyście zobaczyć coś więcej, albo dowiedzieć się, gdzie najtaniej kupić buty od Manolo, piszcie, z chęcią odpowiem na wszystkie Wasze pytania i postaram się jak najlepiej doradzić! Aczkolwiek jeśli chodzi o buty i szeroko pojęty shopping, jestem niemal pewna, że znajdę jakiś pretekst, żeby napisać o tym na blogu 😉 Odwiedzajcie mnie jak najczęściej i nie zapomnijcie zaobserwować na Instagramie i FB!