Słuchajcie, ja wiem, że nikt nie ma czasu na czytanie, jutro Wigilia! Trzeba pierogi lepić! Dlatego ustalmy, że ja ten post piszę dla siebie. A może akurat, jak już będziecie zalegać na kanapie przygnieceni nadmiarem pysznego świątecznego jedzenia w żołądkach, zapragniecie poczytać “coś takiego”. Jakiego? Jeszcze nie wiem. 

Ciocia Teresa

– Mamo, weź mi powiedz jeszcze raz, jak to było z ciocią Teresą! – ciocia Teresa to była najstarsza siostra mojej ukochanej Prababci. Niby wiem o jej istnieniu, niby wiem, że dzięki niej, w wieku czterech miesięcy jadłam pierwsze kinderki, że ta piękna turkusowa kurteczka to od niej… Ale co ja tak naprawdę wiem o cioci Teresie? Albo w ogóle rodzeństwie mojej Prababci? Jakoś zawsze więcej się rozmawiało o siostrach i braciach Pradziadka… A przecież Prababci od tylu lat z nami nie ma – dlaczego nigdy nie spytałam o jej rodzeństwo? Pozostają mi wspomnienia Mamy i Babci…
– Ciocię Teresę wywieźli w trakcie wojny do Niemiec…
– Ale dlaczego?
– Na roboty! No co Ty, głupia jesteś? Nie wiesz, że Polaków wywozili do Niemiec na roboty?
– No wiem…

– I ona tam została… Poznała jakiegoś Niemca, w ogóle bardzo dobrego człowieka…
– To ciocia Teresa była panną? Przecież była starsza od Prababci, a Prababcia już wtedy była po ślubie…
– Nie, jej pierwszego męża zabili, chyba jeszcze we wrześniu trzydziestego dziewiątego… W każdym razie ona tam została i Babcia pierwszy raz od wojny widziała ją chyba w siedemdziesiątym, jak do niej pojechała.

– I od tamtej pory dostawaliście te słynne paczki!
– Tak. Wiesz, to nie były jakieś duże paczki, takie może wielkości pudełek po butach. Ale zawsze były tam marcepany, te takie czekoladki obsypane kolorowymi-tymi, zawsze mi się teraz z tym kojarzą, później jak się urodziłaś to właśnie kinderki… I one zawsze były tak pięknie zapakowane. I jak tylko Babcia dzwoniła, że przyszła paczka z Niemiec, to się rzucało wszystko i jechało do Babci oglądać paczkę. Nikt z niej nic nie brał, szkoda było. Po prostu zachwycaliśmy się tym, jak to wszystko pięknie wygląda.

Słyszałam też historie, jak starannie otwierane były te prezenty, żeby nie uszkodzić “zagranicznych” papierów i móc je jeszcze wykorzystać. Kiedy ciocia Teresa się o tym dowiedziała, zaczęła wysyłać nam jeszcze więcej samego papieru – wcześniej chyba nie wiedziała, że papier do pakowania może sprawiać komuś taką frajdę. 

Trochę jak hanami

Jak słusznie zauważyła moja Mama – te całe przygotowania do świąt, szczególnie pakowanie prezentów, przypomina trochę japońską tradycję podziwiania kwitnących kwiatów wiśni. Tyle się na to czeka, tyle się te prezenty pakuje… Pamiętacie, jak pisałam, że Mama ma prezenty przygotowane dla wszystkich? Przecież tego nie pakują anonimowe skrzaty, tylko właśnie moja dzielna Mamusia, naczelna Elfka. I zaczyna gdzieś w listopadzie, żeby ze wszystkim zdążyć. A potem? Potem ktoś, może nawet nie zwracając uwagi na małe dzwoneczki i bombkę doczepione do idealnie dopasowanej kolorystycznie kokardy, rozerwie papier w ciągu sekundy…

Jako dziecko miałam obsesję na punkcie przemijania. Kiedy dostałam mojego pierwszego kota, Puszysława, przez wiele dni nie chciałam na niego spojrzeć – bałam się go pokochać, bo wiedziałam, że kiedyś umrze. I tak było – pokochałam go nad życie i do tej pory, jak o nim myślę, zdarza mi się płakać. 

Przerażały mnie wszystkie oznaki upływającego czasu. Z tego względu nie lubiłam Świąt Bożego Narodzenia – czeka się na nie cały rok, przygotowuje całymi dniami, żeby nie rzec – tygodniami, a kończą się właściwie zanim tak naprawdę zaczną – po nocy wigilijnej. 25. i 26. grudnia to właściwe Święta, ale to już nie to samo co Wigilia. Cały rok czekania dla kilku ulotnych godzin. I ta wewnętrzna presja, żeby każdą cenną minutę wykorzystać w pełni, bo kolejna okazja dopiero za rok, a za rok wszystko może już być inaczej.

Za to z perspektywy czasu zauważam, że najpiękniejsze, najbarwniejsze wspomnienia wiążą się dla mnie właśnie z okresem przedświątecznym. Z ciepłym światłem bijącym z wystaw przy pokrytej śniegiem ulicy Świętojańskiej (przy której kiedyś faktycznie były sklepy, a nie tylko banki), z kupowaniem choinki – jeśli tylko Tata był w domu, robiliśmy to we dwoje, a Mama czekała w domu, gotowa wszystko zakwestionować, z karpiem pływającym w wannie, z pierwszymi samodzielnie kupowanymi prezentami, “Lulajże, Jezuniu” granym na flecie… 

Tradycyjne kupowanie choinki z Tatą. W tym roku trochę poszaleliśmy i z uwagi na słuszny wzrost drzewka, musiałam wracać do domu w bagażniku. Na leżąco. (Samochód Taty to nie SUV. Ani nawet kombi.)

Świąteczne tradycje

W pewnym momencie niechęć, a może nawet lęk przed Świętami ustąpiły miejsca czemuś innemu. Jakiejś pełnej nostalgii umiejętności doceniania tego, co się powtarza. Oczywiście, wiele się zmienia, ale są pewne punkty stałe. Jak puste miejsce dla gościa przy stole – swoją drogą moja ulubiona polska tradycja świąteczna. 

Na przykład choinka. Kupujemy ją zwykle na ostatnią chwilę, a ubieramy dosłownie dzień przed Wigilią. Wiem, że są ludzie, którzy wolą przystroić drzewko wcześniej, choćby w listopadzie i dłużej się nim cieszyć. Mnie to nie przekonuje. Bałabym się, że przez wcześniejszą “premierę” choinka straciłaby do Świąt swoją wyjątkowość. Później może stać do woli. Odkąd w miarę ogarniam świat, ubieram choinkę sama i od niepamiętnych czasów robię to przy dźwiękach… kasety świątecznej od Kelly Family. Tak. Kasety. Dopiero w zeszłym roku musiałam pogodzić się z przejściem na bardziej nowoczesną technikę. 

A skoro już o muzyce mowa. Przy samej Wigilii niezmiennie towarzyszą nam kolędy śpiewane przez zespół Mazowsze. Zawsze w określonej kolejności, odzwierciedlającej tę z kasety. Dlatego zaczynamy zawsze od “Bóg się rodzi” – podobno mój Pradziadek przychodząc na Wigilię zaczynał śpiewać tę kolędę od progu. I tak zostało. Odkąd Rodzice mieli własne mieszkanie, Wigilia była organizowana u nas. Kiedy tylko przychodzili Dziadkowie, włączaliśmy kasetę. Nawet kiedy zamieszkaliśmy wszyscy razem i nadchodziła pora wieczerzy, Mama zawsze mówiła: “Maja, idź poprosić Dziadków na Wigilię”. Wtedy wchodziłam do drugiej części domu, należącej do rodziców mojej mamy, prosiłam ich do nas i szybko wybiegałam przed nimi, żeby w locie zdążyć nastawić kasetę, a później płytę (z zachowaną kolejnością!) Mazowsza. Dla mnie Wigilia zaczyna się właśnie od dźwięków “Bóg się rodzi”. W kolejne dni świąt jest już różnie, słuchamy między innymi świątecznych piosenek śpiewanych przez Bocellego, czy też moich ulubionych – hiszpańskich. Ale w Wigilię muszą być polskie kolędy. 

Kolejną tradycją jest przedwigilijna kłótnia. Inaczej Święta będą nieudane – spróbowaliśmy raz obyć się bez awantury i naprawdę było bardzo dziwnie. Z jednej strony trochę żartuję, ale z drugiej ma to pewien sens. Kłótnia pozwala wyładować nagromadzone emocje i potworne zmęczenie spowodowane przeciągającymi się przygotowaniami. Dzięki temu opłatkiem dzielimy się już pogodzeni, pozostawiwszy wszystko co złe za sobą. 

Oprawa

Pisałam Wam już, że moja Mama jest mistrzynią dekoracji. Właściwie, jeśli o tym pomyśleć, Święta to moja Mama. Gdyby nie ona, jej starania i zarwane noce, nasze Święta nie byłyby nawet w połowie tak spektakularne. Nie ma mowy o tym, żeby obrus był niewykrochmalony i niewymaglowany, podobnie jak serwetki. Wszystko zawsze wygląda perfekcyjnie i nieważne, że moja Babcia “zhańbi” śnieżną biel obrusu w ciągu kilku pierwszych minut wieczerzy – właściwie i tak wszyscy na to czekamy. Chodzi o to, żeby przez tę chwilę, zanim to nastąpi, było nieskazitelnie. Nie tylko stół musi wyglądać idealnie – my również. Co z tego, że spędzamy Wigilię w domu, w gronie najbliższych, samych domowników. Do kolacji siadamy ubrani jak do filharmonii na koncert. Kiedy jeszcze żył mój Dziadek, na tę okazję zawsze zakładał swój mundur – tak ważna była dla niego ta noc. I skłamałabym mówiąc, że nie przebieramy się później w świąteczne piżamki i papcie, ale sama wieczerza musi być uroczysta. 

Czasami oglądając zdjęcia z Wigilii innych osób na mediach społecznościowych, zastanawiam się, jak możliwy jest tak nonszalancki stosunek do Świąt. Jak można nie położyć obrusu, nie zapalić chociaż jednej świeczki? Czym różni się wtedy ta noc od innych? Tym, że jest fajnie, bo będą prezenty i można będzie się najeść? I wtedy dociera do mnie, że naprawdę jestem szczęściarą. 

Mamuś, dziękuję za cudowne święta. Każdego roku!

I co z tego wynika?

Właściwie to nic. Ostrzegałam, że to będzie post prywatny, pisany z wewnętrznej potrzeby. Teraz lubię Święta. I chociaż czasami są takie bardziej smutne, bo kogoś zabrakło przy stole, jest to mimo wszystko magiczny czas, podczas którego jesteśmy razem. I razem możemy wspominać tych, którzy fizycznie już z nami nie usiądą, ale w ten jeden, magiczny wieczór, ich obecność jest wyjątkowo silnie odczuwalna. Podczas sięgania po kompot z suszu, czy słuchania ich ulubionych kolęd. Wspominamy, że Prababcia zawsze robiła najlepszy makowiec, a Dziadek zawsze brał dokładkę karpia i odmawiał rozpakowania prezentów, żeby się z nami trochę podroczyć. To dobrze, że ich pamiętamy i za nimi tęsknimy. Miejsca w sercach, w przeciwieństwie do tych przy stole, zajmuje się na zawsze.

Wiem, że ten rok był dla wielu osób wyjątkowo ciężki. Dlatego chciałabym Wam życzyć spokojnych i zdrowych Świąt, a także tego, żeby nikt z Was i Waszych bliskich nie musiał spędzić ich samotnie. Mam nadzieję, że nawet jeśli pandemia pokrzyżowała Wam plany i nie spędzicie jutrzejszej nocy w domach rodzinnych, będziecie mieli przy sobie chociaż jedną kochaną osobę. 

Przesyłam moc świątecznych uścisków i idę lepić pierogi!

Maja