Było już o świętach muzułmańskich, było o polskich weselach. Teraz pora na polskie święta! Zwłaszcza, że na Facebooku pojawiają się już pierwsze w tym roku udostępnienia Last Christmas, Netflix dodaje coraz to nowe świąteczne pozycje, a ja martwię się tym, co komu kupić na prezent pod choinkę.

Świąteczna lista przebojów

Odkąd związałam się z moim pohańcem sprośnym, co roku, w okolicach świąt Bożego Narodzenia, kiedy Mariah Carey i George Michael opanowują stacje radiowe, nuciłam sobie, że all I want for Christmas is you. W końcu po co mieć chłopaka, jeśli nie po to, żeby romantycznie spoglądać sobie w oczy pod jemiołą? (A musicie wiedzieć, że u nas w domu jemioła jest zawsze bardzo imponująca, aż grzech, że się marnuje!) Albo Blue Christmas! Jakim trzeba być sadystą, żeby coś takiego w radiu puszczać?! Przez te wszystkie lata związku na odległość tęskniłam straszliwie, ale stabilnie. Poza okresem świąt – wtedy tęsknota się nasilała i chwilami naprawdę ciężko było wytrzymać.

Tylko się całować!

Świąteczny Książę

Ale najpierw dygresja. Właśnie odkryłam, że w 2017 roku powstały dwa filmy: Świąteczny książę i Książę na Gwiazdkę. Oczywiście jest też Bajkowe Boże Narodzenie (a w dosłownym tłumaczeniu: Księżniczka na święta), Świąteczny rycerz, kolejne odcinki Świątecznego księcia (o ślubach i dzieciach), przynajmniej dwa filmy świąteczne o Kopciuszku… Niestety, obawiam się, że ten post średnio się wpisze w netfliksowe (i nie tylko) trendy.

Pierwszego, nieśmiałego posmaku świąt Książę doświadczył już podczas pamiętnej wizyty w Polsce w 2008 roku. Po prawdzie przyjechał tuż po Bożym Narodzeniu, ale załapał się jeszcze na dekoracje (moja Mama jest mistrzynią w tym temacie – nieskromnie powiem, że na żywo nie widziałam jeszcze równie pięknie udekorowanego domu), choinkę i świąteczny jarmark w Krakowie. A co za tym idzie, również na grzane wino – pierwsze w życiu. I nie miał chłopak wyjścia – zakochał się w magii świąt.

Książę na gwiazdkę

Wymarzonego “prezentu pod choinką” doczekałam się po raz pierwszy w 2017 roku. 

Rok wcześniej też w sumie spędzaliśmy ze sobą Święta, ponieważ dzień po Wigilii wylatywałam do Pakistanu, ale wtedy skupiliśmy się na nie-naszym-wielkim-pakistańskim-weselu, a nie na Bożym Narodzeniu – chyba nie będzie specjalnym zaskoczeniem, jeśli powiem, że w Pakistanie żadne choinki nie rzuciły mi się w oczy. Chyba że tym mianem określimy wszystkie panie w obłędnie błyszczących kreacjach… 

W każdym razie, rok później mój mąż przyleciał do Polski z walizką prezentów, jak na Gwiazdora z Ameryki przystało. I natychmiast odnalazł się w świątecznej rzeczywistości. Podobnie jak mój Tata (i wiele innych polskich sierściuchów) w dzień Wigilii nie robił praktycznie nic, poza okazjonalnym plątaniem się pod nogami i narzekaniem, że jest głodny. I pytaniem, czy naprawdę musi się ładnie ubierać. Musiał.

Kiedy nadeszła pora wieczerzy, podzielił się ze wszystkimi opłatkiem, a następnie zasiadł do stołu i zaczął ze mną konkurować o to, kto zje więcej pierogów. Musicie wiedzieć, że moja Babcia, chociaż stara się pierogów nie lepić częściej niż raz w roku (czasami daje się ubłagać poza świętami, ale jest temu niechętna), robi to GENIALNIE. Z tego powodu, w okresie świątecznym żywię się tylko i wyłącznie pierogami i tatarem z łososia. Nowy pierogożerca przy stole oznaczał ryzyko braków prowiantowych. W mojej Rodzinie zawarliśmy milczące porozumienie – pierogi Babci dla innych są do posmakowania, nie do jedzenia! Pozostało mieć nadzieję, że w pozostałe dni świąt predator skorzysta z opcji mięsnych. 

Pierwsza gwiazdka

Pamiętacie jak to było w dzieciństwie? U nas kwestia prezentów ewoluowała: kiedyś prezenty przynosił Gwiazdor. A konkretnie mój wujek przebrany za Gwiazdora. Pomysł chyba się nie sprawdził, bo mimo bardzo młodego wieku, byłyśmy z kuzynką dość rezolutne i Gwiazdora zdemaskowałyśmy. Nie pamiętam szczegółów, ale wydaje mi się, że ja spytałam, czemu ma tak samo odstające uszy jak mój wujek.

Na dalszym etapie Rodzina się wycwaniła, wysyłała pod nadzorem dorosłego, najczęściej Dziadka, na spacer z psem, szukać pierwszej gwiazdki. Bo prezenty pojawiają się razem z pierwszą gwiazdką. Czasami gwiazdek nie było, ale Dziadek mówił, że o, tam coś mruga. I rzeczywiście! Po powrocie prezenty już czekały pod choinką! Magia!

Szczególnie pamiętam jedne święta, które spędzałam tylko z Rodzicami, na statku. Choinkę ozdobiłyśmy z Mamą cukierkami Quality Street, a kiedy się ściemniło, Tata zabrał mnie na pokład szukać pierwszej gwiazdki. Gwiazdki! Tam było całą drogę mleczną widać! W mojej głowie rozmigotane gwiazdy ułożyły się w kształt sań Świętego Mikołaja i już byłam pewna, że przyjechał! Znalazł mnie, mimo że nie było mnie w domu! Specjalnie dla mnie przyleciał na środek oceanu! I rzeczywiście! Po powrocie do kabiny znalazłam pod słodką choinką wymarzone prezenty. Miałam dowód na istnienie Gwiazdora!

Potem jakoś tak zaczęłam dorastać, czytać komiksy o Lobo (który zabił Świętego Mikołaja na zlecenie Zajączka Wielkanocnego) i kupować prezenty dla Rodziny. A skoro sama wkładałam coś pod choinkę, pomagałam też z układaniem pozostałych. Tych, które “magicznie” zawsze pojawiały się same, wraz z pierwszą gwiazdką…

Za dekorowanie choinki od lat jestem odpowiedzialna ja – i od lat upieram się, żeby była cała biała

Dziecko pod choinką

Ewoluował też mój stosunek do odpakowywania prezentów. Kiedyś z trudem wytrzymywałam przy stole, co tam pierogi! Gdzie ta pierwsza gwiazdka?! Możemy już sprawdzić? Może już jest? Skąd wiecie, że jeszcze nie…?

Potem podchodziłam do tematu spokojnie, udawało mi się nawet coś zjeść i wypić wodę ze śledzia (tak z kuzynką mówiłyśmy na kompot z suszu, który kiedyś wydawał mi się absolutnie obrzydliwy, a teraz już nie mogę się go doczekać), żeby potem z zachowaniem pozorów godności zanurkować pod choinkę. W końcu to dzieci mają szukać prezentów!

Tak, dzieci. Mimo mocno osadzonej trzydziestki na karku, nadal ode mnie oczekuje się pierwszego “zanurzenia”. I szczerze mówiąc, już dawno zrozumiałam o co chodzi! Mam wrażenie, że na pewnym etapie większą radość odczuwa się z obserwowania reakcji innych na prezenty od nas, niż z odpakowywania własnych. Prawdopodobnie wynika to z tego, że kiedy dorastamy, sami możemy sobie wszystko kupić, a sprawienie szczęścia ukochanej osobie jest bezcenne. Dlatego nurkuję, a przy okazji wyławiam prezenty pozostałych członków Rodziny i staramy się otwierać w miarę sprawiedliwie, po kolei. Najgorsza jest Babcia, której zawsze “szkoda, bo tak ładnie zapakowane”. Potrafi nas trzymać w napięciu jeszcze przez kilka tygodni po świętach.

Książę pod choinką

I nagle w Rodzinie pojawił się “zięć muzułmanin”, który z ogromnym entuzjazmem przyjął na siebie rolę dziecka. Księcia nie trzeba namawiać, Książę nurkuje pod choinkę i dzielnie stara się zidentyfikować, który prezent może odpakować, a który podać ukochanej żonie, lub teściom. Czasami jest trudno – uwielbiamy z Mamą ukrywać podpisy, w końcu jesteśmy trochę zołzowate, ale Książę walczy. Często w asyście naszych psów. I znajduje.

Niesamowicie wzrusza mnie to, że dostaje prezenty nie tylko od domowników. Jak już pewnie wyczytaliście między wierszami bloga, kocham moją Mamę bezgranicznie. Jedna z rzeczy, które w niej uwielbiam, to sposób w jaki celebruje święta. Rozdaje prezenty, choćby najdrobniejsze (ale zawsze pięknie opakowane!), prawie wszystkim osobom, z którymi ma w tym okresie kontakt – ekspedientkom w sklepach, farmaceutkom, krawcowej, pani, która przywozi nam jajka z gospodarstwa… Z osobami, z którymi jesteśmy bliżej, np. z naszym wspaniałym fizjoterapeutą, czy kochaną Panią Moniką (która jest jedyną fryzjerką, która nie upiera się, że moje pióra trzeba cieniować) wymieniamy prezenty rodzinnie – każdy członek obdarowywanej rodziny coś dostaje. I od momentu, kiedy Książę mnie poślubił, został automatycznie dopisany do tych wszystkich prezentowych list!

A wracając do prezentów od najbliższych, zdradzę Wam sekret – moja Rodzina uwielbia świąteczne sweterki i tym podobne. Mam w swojej kolekcji sweter z bałwankiem, bluzę polarową – również z bałwankiem, bluzę choinkę (z kapturem zwieńczonym złotą gwiazdką – klasa) i moją ukochaną bluzę ze świątecznym Grumpy Cat (Ho Ho No). Przed pierwszymi książęcymi świętami, Mama – z lekką dozą niepewności, ale jednak -zainwestowała, w prezencie dla swojego zięcia, w cudownej urody sweterek z lampkami i melodyjką. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Mój mąż, który uwielbia lampki, lampeczki, ledy i ogólnie wszystko co się świeci, był wniebowzięty. 

Euforię pogłębiła wizja podróżowania w owym sweterku. Wyobrażacie sobie brązowego chłopaka w okablowanym sweterku podczas kontroli na lotniskach? Ej!!! Co to za kable?! Co to jest?! Co trzymasz w ręku???!!! Jingle bells, jingle bells… Uspokajam – nawet my mamy na tyle zdrowego rozsądku, żeby nigdy tego nie próbować. Ale pomarzyć można!

Na fali powodzenia w następnych latach Książę dostał jeszcze drugi sweterek ze światełkami (a co za tym idzie z kabelkami) i okablowaną czapeczkę. 

… jedyny wyjątek stanowią kolorowe ozdoby robione ręcznie przez mojego Pradziadka. Piękne, prawda?

Świąteczne dolce far niente

Jakkolwiek zwalczył wewnętrzną pokusę lansowania się w terrorystyczno-świątecznej odzieży podczas wojaży, z ochotą zakłada swoje sweterki w pierwszy i drugi dzień świąt, dopasowując się tym samym idealnie do reszty mojej Rodziny. Zresztą, nawet odkładając na bok aspekty wizualne i wybory odzieżowe – Książę jest wprost stworzony do celebrowania polskich świąt! 

“To takie cudowne, że nie trzeba nic robić, tylko jeść, pić wino, i się relaksować…” – tak mój mąż postrzega święta. I rzeczywiście, jako urodzony kanapowiec, zalega razem z nami, wcina kaczusię robioną przez moją Mamę i rozpija się z moim Tatą. Ale o dziwo dosyć chętnie chodzi też na rodzinne spacery z psami, co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Pełne świąteczne udomowienie.

A po świętach zaczyna mędzić. 

Świąteczne podróże

Mój ukochany mąż zwykł popadać w Europie w lekki szał. Nie może przyjechać na święta i cieszyć się pobytem w Polsce. On by coś pozwiedzał. Tak, możemy pojechać do Gdańska, ale on by gdzieś jeszcze… Najlepiej na drugi koniec Europy i najlepiej samochodem. 

No ewentualnie może być coś bliżej i innymi środkami transportu. W ramach kompromisu odbyliśmy z Księciem dwie podróże poświąteczne – w 2017 do Wilna a rok później do Budapesztu. W dzisiejszym poście nie będzie typowych przewodników po tych miastach, wolałabym raczej podzielić się z Wami wspomnieniami z tych dwóch wyjazdów, dorzucając do tego kilka rekomendacji na krzyż.

Wilno

Wilno było na mojej liście miejsc do zobaczenia od dawna. Dlatego, kiedy mój małżonek uparł się, że musimy gdzieś pojechać, szybko znalazłam tanie loty z Gdańska i ruszyliśmy na podbój kolejnej europejskiej stolicy. 

W pierwszej kolejności zachwyciło nas lotnisko – klimatem przypominające bardziej stary, urokliwy dworzec. Śmiesznie tanim Uberem dojechaliśmy do hotelu – Książę zarezerwował nam przepiękny pokój w butikowym Shakespeare Hotel. Pomijając już świetną lokalizację, obłędny wystrój, niesamowity klimat i gigantyczną wannę – nigdzie, w żadnym hotelu nie jadłam tak pysznych śniadań. Nawet mój mąż, który zwykle gardzi porannym posiłkiem i woli dłużej pospać, wstawał ze śpiewem na ustach! Bajgle z łososiem, jajka w poszetkach z kawiorem, sałatki owocowe, szampan – wszystko podane w przepięknej sali, pełnej książek i stylowych mebli. Jeśli kiedyś będziecie się wybierali do Wilna, spróbujcie zarezerwować tam pokój – na pewno nie pożałujecie! Zwykle nie przywiązuję wagi do tego, gdzie się zatrzymujemy – wystarczy, żeby było czysto i z łazienką – ale w tym miejscu się zakochałam!

Już pierwsze wyjście na miasto nas zachwyciło. Wilno wciąż celebrowało Boże Narodzenie, bajkowego klimatu nie psuł nawet akordeonista z zapałem wygrywający Despacito. Pod Katedrą nadal rozstawiony był jarmark świąteczny, pełen pyszności, rozświetlony kopułą z białych i różowawych sznurów lampek świątecznych rozchodzących się od czubka przepięknej choinki. 

Wilno

Kolejne dni przyniosły nam jeszcze więcej zachwytów. Odwiedziliśmy Ostrą Bramę, załapaliśmy się tam nawet na koncert polskich kolęd w kościele. Niesamowite przeżycie! Książę towarzyszył mi wszędzie z ochotą, Ostra Brama i związana z nią historia bardzo go zafascynowała. Podobnie różnorodność wileńskich świątyń. Zbuntował się i zaczął narzekać dopiero, kiedy zażyczyłam sobie odwiedzić cmentarz na Rossie. Ale poszedł. Cmentarz swoją drogą również polecam, chociaż po wizycie miałam dosyć mieszane uczucia. Z jednej strony byłam nawet nieco wzruszona, z drugiej przygnębiona – tym jak bardzo został zaniedbany i opuszczony. 

W Wilnie spędziliśmy również sylwestra. W ostatniej chwili zapragnęłam iść na koncert noworoczny, niestety, zgodnie z przypuszczeniami, bilety były już dawno wyprzedane. Postanowiliśmy przywitać Nowy Rok pod Katedrą, na jarmarku. Niestety, bez szampana – okazało się, że po 20.00 nie można w sklepach kupić alkoholu! Toast o północy wznosiliśmy grzanym winem i dopiero potem napiliśmy się szampana w barze, w pobliżu naszego hotelu.  

Wspominałam o rekomendacjach, prawda? W liczbie mnogiej… Jeśli lubicie piękne zapachy, niekoniecznie w wydaniu perfumowym, polecam Wam sklep lokalnej marki o zachwycającej nazwie Smells like Spells. Czarodziejki znajdą tam niezwykłe kadzidełka, świeczki, olejki oraz zapachy do domu o różnych magicznych właściwościach. Na przykład, w celu obudzenia w sobie talentu, odnalezienia inspiracji, rozwinięcia intuicji twórczej, należy sięgnąć po Bragi. Eir, stworzone ku czci nordyckiej bogini zdrowia, zadba o odporność i zdrowie fizyczne. Dla spragnionych romansów idealna będzie Freya, a Hag uchroni od złych uroków. Moim ulubieńcem jest Mimir – strażnik mądrości, który dodatkowo pomaga osiągnąć spokój i harmonię wewnętrzną – w sam raz dla neurotyczki. Oczywiście kadzidła są tworzone w optymalnych dla swojego działania fazach księżyca. A poza tym w sklepie urzęduje przepiękny husky, więc nawet jeśli jesteście nieczuli na magię i upajające zapachy, to warto zajrzeć choćby dla pięknookiego ekspedienta. Do Smells like Spells trafiłam nieprzypadkowo. Kiedyś mój kolega z pracy dał mi Mimir w prezencie urodzinowym, uzależniając mnie od niego (Mimira)  na dobre. Oczywiście z podróży do Wilna przywiozłam spory zapas. 

Sylwester w Krakowie

Rok później, po świętach i kolejnym sweterku z kabelkami, wyruszyliśmy w starannie przeze mnie zaplanowaną podróż do Budapesztu. Najpierw pendolino do Krakowa, gdzie spędzaliśmy sylwestra. Przy okazji załapując się na koncert Quebonafide. Postanowiłam się przyznać – ryzykując, że zostanę przez Was bezlitośnie wyśmiana – lubię Quebonafide. I mój mąż chyba też lubi. Krzyczał sobie później od czasu do czasu, że Madagaskar. 

Następnego dnia na dosyć uczciwym kacu kupowaliśmy pod sukiennicami szachy, bo przecież kupowaliśmy tam szachy też podczas pierwszego pobytu w tym mieście. Za trzecim razem pewnie też kupimy. Potem czekaliśmy stanowczo zbyt długo na pizzę w Pizza Hut, bo najwyraźniej nie tylko mnie na kacu nosi na kilkucentymetrową warstwę roztopionego sera na grubym cieście. Zapobiegawczo pizzę zabrałam też ze sobą – do autokaru, którym jechaliśmy przez zaśnieżoną Słowację do celu naszej podróży. Książę wspomina tę podróż jednocześnie z zachwytem i ogromnym żalem. Przespał prawie całą, budził się raz na jakiś czas, na moment i w półśnie zachwycał się widokami za oknem. Podobno do tej pory jest na siebie zły, że nie udało mu się powstrzymać od spania.

Budapeszt

Budapeszt
Budapeszt

Do Budapesztu dojechaliśmy jakoś strasznie późno. Na dworcu autobusowym okazało się co następuje: 

  1. W Budapeszcie nie ma Ubera
  2. Jest MyTaxi (czy jak to się tam teraz nazywa), ale internet w komórce mojego męża, do tej pory niezawodny, ma tak słaby sygnał, że nie da się ściągnąć aplikacji
  3. Zwykłe taksówki nie przyjmują płatności kartą, a my nie mamy lokalnej gotówki 

Dwójka doświadczonych podróżników okazała się kompletnie nieprzygotowana do zajęć. Spodziewałam się, że kiedyś przez naszą niefrasobliwość napytamy sobie biedy, ale nie myślałam, że wydarzy się to w europejskiej stolicy. I jakoś miałam nadzieję, że dopadnie nas w jakimś cieplejszym miejscu – było naprawdę cholernie zimno!

Oczywiście jeszcze raz nam się jakoś udało, chociaż łatwo nie było. Jeszcze musieliśmy czekać na człowieka od Airbnb, bo sierściuch wymyślił, że on tym razem by chciał w jakimś ciekawym mieszkanku, a nie w hotelu. W związku z tym za tę samą cenę, za którą wynajęlibyśmy super komfortowy pokój w przyzwoitym hotelu, zamieszkaliśmy w bardzo dziwnym miejscu, w którym nie do końca działało ogrzewanie. I jeszcze, żeby zakończyć tę część, w której narzekam i skupić się na tym, jak w Budapeszcie jest pięknie, chciałabym Wam powiedzieć, że brunch w À la Maison Grand wcale nie jest taki super, jak mogą próbować Wam wmówić! Takie ą, ę, a zaserwowali mi zimne jajka i tosty! Wstyd.

Ale tu cudownie!

Koszmarne mieszkanko okazało się być całkiem nieźle położone – w żydowskiej dzielnicy, rzut kamieniem od słynnego pubu Szimpla Kert – puby w ruinach to w Budapeszcie prawdziwy must see. Gdzieś w tych okolicach znaleźliśmy też cudowny pasaż między budynkami, a w nim mnóstwo malutkich knajpek i barów. Dokładnej lokalizacji niestety nie pamiętam.

Zdecydowanie najwspanialszym wspomnieniem z tego wyjazdu była wizyta w łaźniach. W Budapeszcie jest ich mnóstwo, my zdecydowaliśmy się na Széchenyi Fürdő, które miały ogromne baseny na zewnątrz. To był cudowny wybór! Spędziliśmy tam kilka godzin, głównie właśnie w części zewnętrznej. Nie przeszkadzało mi nawet to, że nasze ręczniki szybko zamarzły i pokryły się kryształkami lodu. Już sam dojazd do łaźni był niesamowicie urokliwy. Jechaliśmy historyczną linią metra – której cały “pociąg” jest długości jednego wagonu nowojorskiego metra. Mina Księcia, kiedy to maleństwo wjechało na peron – bezcenna: a gdzie reszta?!

Przy łaźniach znajduje się stare wesołe miasteczko, a w nim, już niestety nieczynny, jeden z najstarszych rollercoasterów na świecie. Zbudowany w 1922 Hullamvasut, o którym od zawsze opowiadała mi Mama. Miałam nadzieję, że uda mi się nim przejechać, niestety, “trochę” się spóźniłam. Z kolei po kąpieli poszliśmy na spacer po okolicy i trafiliśmy na cudny, lekko upiorzasty zamek Vajdahunyad. 

A skoro już o zamkach mowa – Buda. Buda jest niewiarygodnie piękna, tajemnicza i bajkowa, szczególnie po zmroku. Przy zamku udało nam się zgubić i przez jakiś czas z zachwytem błądziliśmy wsród jego murów. Później zmarznięci, ale szczęśliwi i kompletnie oczarowani magią tego wyjątkowego miejsca, rozgrzewaliśmy się pijąc grzane wino. Podziwialiśmy widok na Peszt, w tym charakterystyczny budynek Parlamentu. A przy Baszcie Rybackiej trafiliśmy na uliczną śpiewaczkę, która miała najpiękniejszy głos na świecie. Tak niesamowicie przenikliwy i dźwięczny, że będę ją wspominała jeszcze przez bardzo długie lata…

Buda, widok na Parlament

Święta 2020

Z oczywistych względów, w tym roku niestety nigdzie świątecznie nie pojedziemy – wygląda na to, że mój mąż nie zdecyduje się nawet przylecieć na Święta do Polski. Mam nadzieję, że nadrobimy w 2021. Macie jakieś pomysły, gdzie wtedy powinniśmy się udać w kilkudniową podróż poświąteczną? Dajcie znać koniecznie!