Powiem Wam kiedy po raz pierwszy pomyślałam, że może założenie bloga nie jest aż takim głupim pomysłem. To było prawie rok temu a konkretnie 17 września 2019 roku. Dzień po trzeciej rocznicy ślubu (cywilnego), z okazji której otrzymałam od męża przepiękny wiecheć złocistych chryzantem. Kwiatuszki obfotografowałam, opisałam i rzuciłam (z odpowiednim opisem) w social media na pożarcie. Post zrobił furorę (na Facebooku, bo na Instagramie przecież i tak nikt opisów nie czyta), przy moich skromnych, prywatnych zasięgach wyciągnęłam 48 komentarzy. Część stanęła w obronie Księcia, część złapała się za głowę, zgodnie krzycząc “brawo, Jasiu!”, a część stwierdziła, że ja to jednak potrafię pisać. Pozwólcie, że zaprezentuję, w polskim tłumaczeniu (w końcu w polskiej telewizji* zostałam przedstawiona jako tłumaczka…):

Często jestem pytana o to, czy w moim małżeństwie borykam się z różnicami kulturowymi. Oczywiście, że tak! Ale w najbardziej nieoczywiste sposoby. Przykładowo: dopiero co obchodziliśmy naszą trzecią rocznicę, mój mąż, po latach tresury, wie już, że okazje tego typu wymagają kwiatów. Pamięta nawet, że moje ulubione to piwonie i jakoś tak ostatnio nauczył się je identyfikować. Ale oczywiście rozumiem, to nie sezon na piwonie. Mój mąż wie również, że róże to zazwyczaj bezpieczna opcja. Nuda, ale róże to róże. A mimo to na naszą rocznicę zdecydował się przynieść mi chryzantemy. Poprosił azjatyckiego sprzedawcę, żeby ten dał mu najświeższe kwiatki… W niektórych azjatyckich kulturach chryzantemy to kwiaty królewskie, przeznaczone dla cesarzy. Brzmi dobrze? W Polsce to właśnie te kwiaty zanosimy na groby na Wszystkich Świętych. Nie umarłam. Święta też nie jestem… Co więcej – ich zapach przypomina mi cmentarz (co nie jest znowu takie złe, Wszystkich Świętych to moje ulubione święto w roku, ale jednak…) Więc tak. DOŚWIADCZAMY różnic kulturowych.

*Jeśli nie wiecie: zostałam niedawno zaproszona do polskiej śniadaniówki. Wydawało mi się, że miałam tam opowiadać o moim blogu i mającej ukazać się na jesieni książce “Pakistańskie wesele”, ale okazało się, że zostałam zapowiedziana jako “prawdziwa księżniczka”, przedstawiona jako tłumaczka i wypytana tylko i wyłącznie o moje małżeństwo. Jeśli macie ochotę obejrzeć jak to wyglądało, to bardzo proszę, oto LINK. Ale to może później, na razie wróćmy do tematu posta.

Zrobić prezent i przeżyć

Przede wszystkim, zanim zaczniemy nabijać się z Jego Książęcej Mości i jego wysiłków na polu prezentowym, musicie wiedzieć jedno. Robienie mi prezentów to trochę rosyjska ruletka, ale w wersji utrudnionej – zamiast jednego naboju, jedna jest pusta komora. W pozostałych naboje siedzą i tylko czekają na możliwość rozchlapania mózgu ryzykanta na ścianie. Bo to już nawet nie jest kwestia tego, że mi się prezent może nie spodobać. Prezent może doprowadzić mnie do łez a wręcz do histerii.

Normalny człowiek, kiedy dostaje prezent, który mu się nie podoba, uśmiecha się szeroko, mówi “ojej, jakie to cudowne, zawsze o tym marzyłem” po czym sprzedaje fant na allegro, odkłada na kupkę prezentów do przekazania dalej, oddaje na aukcję charytatywną, wyrzuca do śmieci i nie myśli o tym więcej. Ewentualnie, jeśli prezent jest na przykład od teściowej, albo ukochanej babci, jest chowany w czeluściach domowych schowków i wyciągany raz na jakiś czas celem zrobienia ofiarodawczyni przyjemności. Ofiarodawcy zwykle mają to w nosie i nawet nie pamiętają co komu sprezentowali. Przepraszam za generalizowanie płciowe, ale napisałam “zwykle”, nie “zawsze”.

W przypadku “obcych” ludzi czasami mi się to nawet udaje, natomiast z prezentami od ludzi, których kocham – w ogóle. Od razu zaczynam myśleć o tym, jak się starali, jak bardzo chcieli sprawić mi przyjemność a jak kompletnie im nie wyszło i zaczynam ryczeć. Rodzina od razu się irytuje, ja z kolei ze stanu rozpaczy wpadam w coś pomiędzy histerią a złością, no bo jak to, to oni nie potrafią zrobić mi dobrego prezentu, wydają fortunę na coś, co nie miało prawa mi się spodobać, sprawiają, że czuję się winna i jeszcze się na mnie wkurzają? No bez przesady!

Klątwa urodzinowa

Najgorzej sprawa wygląda z prezentami urodzinowymi i urodzinami w ogóle. Płacz w urodziny to u mnie norma i to bynajmniej nie dlatego, że smuci mnie starość. Zmarszczek i siwych włosów prawie u siebie nie stwierdzam, botoks i farba to na razie zaledwie plany na przyszłość a z przyznaniem się do wieku nigdy problemów nie miałam. Urodziny kojarzą mi się z potworną presją – wszyscy starają się uczynić dla mnie ten dzień wyjątkowym a ja wszystko psuję i… i w ryk. Z całego serca współczuję mojej Rodzinie, ogólnie nie jestem łatwym człowiekiem, ale w ten jeden dzień w roku zmieniam się w potwora, w dodatku takiego z bombą przyczepioną do ogona. Kochani Rodzice, kochana Babciu – przepraszam Was. Kocham Was najbardziej na świecie i naprawdę nie robię tego specjalnie! Od niedawna współczuję również mojemu mężowi, oczywiście trochę słabiej, bo po pierwsze: wiedział na co się pisał, po drugie on nawet nie próbuje! Bydlak jeden. Dobrze mu tak. Wiecie, że raz nawet zapomniał o moich urodzinach? Poważnie!

Urodziny 2019… A zagadkowy obrazek na samej górze, to Gardaland i urodziny 2018.

W zeszłym roku obchodziłam pierwsze urodziny po przeprowadzeniu się do Nowego Jorku. Było naprawdę strasznie, awanturę zrobiłam w kilka minut po tym, jak mój biedny mąż wrócił z pracy, wybiegłam z domu trzaskając drzwiami i krzycząc “nawet nie myśl o tym, żeby za mną iść” (oczywiście, że powinien był to zrobić i oczywiście, że tego nie zrobił!), poszłam na kilkukilometrowy spacer nad Narrows i przemokłam kompletnie, bo akurat złapała mnie letnia, nowojorska ulewa. Po powrocie do domu usłyszałam, że jestem nierozsądna i może się uspokoję i pójdziemy na pizzę do knajpki za rogiem. Poszliśmy. I co z tego, że od dłuższego czasu mówiłam, że chciałabym na urodziny pójść do meksykańskiej restauracji na manhattańskim dachu? Mój mąż nie lubi jeździć na Manhattan w czasie wolnym. Jestem w stanie to zrozumieć, ale to były moje urodziny! Co za sens obchodzić je w restauracji, do której chodzimy bez okazji? A prezent? Naprawdę chcecie wiedzieć? Chciałam depilator IPL. Dostałam. W ramach prezentu urodzinowego…

Prezentowe kity

To skoro już o prezentowych wtopach mowa… Zacznijmy od kitów. Nie tylko tych z okazji urodzin. Podczas wywiadu dla ofeminin (który możecie przeczytać TU) wspomniałam o kubku. Ktoś, kto komentował ten wywiad bardzo się zdziwił, że o co mi w ogóle chodzi, no bo co jest złego w kubku? Teoretycznie nic, kubki są super, uwielbiam kubki, w kubkach pije się herbatę a herbata to życie. Ale jeśli kubek jest prezentem dla ukochanej żony z okazji pierwszych walentynek po ślubie, sprawa nabiera trochę innego wymiaru, nie sądzicie? Jeśli chcielibyśmy otrzymać komplet seksownej bielizny, spodziewamy się biżuterii lub perfum a otrzymujemy kubek, kubek okazuje się czymś więcej niż kubkiem. Okazuje się symbolem katastrofy. W dodatku symbolem malowanym ręcznie w serduszka – żeby chociaż był ładny, albo zabawny, albo z kotem. Nie, był to kubek, który w ogóle mi się nie podobał. No i nie był seksowną bielizną. Moja korektorka Kasia (chwilowo na urlopie, stąd większa ilość błędów w moich ostatnich wpisach) zasugerowała wtedy, żebym w kubku zasadziła rosiczkę. Nie uczyniłam tego, kubek odesłałam na aukcje charytatywne, jego obecność w moim otoczeniu bardzo mnie irytowała.

Kiedyś zasugerowałam, że może mój ukochany mógłby mi kupić jakiś wisiorek, charmsa takiego, żeby było małe, dyskretne i żebym mogła nosić choćby codziennie, myśląc z tęsknotą o moim chłopaku. Chłopak wygooglował frazę charms shop, wyskoczyła mu Pandora (której to firmy bardzo, ale to bardzo nie lubię) i kupił mi tam serduszko. Potem postanowił mnie uszczęśliwić większą ilością charmsów, aż kiedyś w sklepie Pandory, gdzie pani sprzedawczyni mi tłumaczyła, że powinnam kupić dwa (próbowałam wybrać jak najmniejsze zło), bo “przecież na to zasługuję” wybuchłam i w końcu wyjaśniłam, że nie cierpię Pandory i nie chcę ani jednego charmsa więcej.

Stałym problemem prezentowym u mojego męża jest podejście pt. “Przecież masz kartę, kup sobie, co tylko chcesz”. Nie chcę. Przecież w ogóle nie o to chodzi… W ten sposób odechciewa mi się prezentów całkowicie a mój mąż uważa, że skoro ja sama nie wiem, czego chcę, to po co robić mi prezenty… A kiedy powiem, co bym chciała, to słyszę “no to sobie kup/zamów”.

Kubek niezgody.

Prezentowe hity

Oczywiście to nie jest tak, że Książę w ogóle nie potrafi! Gdybym miała być obiektywna (całe szczęście nie muszę, to MÓJ blog i MOJE zasady), musiałabym stwierdzić, że więcej ma na liście wygranych niż spektakularnych porażek w stylu chryzantem, czy kubka. I wiele z tych wspaniałych prezentów było całkowicie bez okazji.

Być może z ostatniego wpisu pamiętacie o maskotkach, wcześniej pisałam o tym, jak wydrukował wszystkie nasze maile wymieniane na trzecim roku i narysował do tego mój portret na okładkę. Na czwartym roku, kiedy akurat byliśmy pokłóceni i przynajmniej ja rozważałam zerwanie, dostałam ot tak, po prostu śnieżną kulę (pierwszą z wielu), bo akurat zobaczył w sklepie a przypomniał sobie, jak kiedyś mówiłam, że mi się podobają. Po latach również od niego dostałam, chyba na święta, najpiękniejszą kulę w mojej kolekcji – z dwoma białymi tygrysami, wysadzanymi małymi diamencikami, do tego z pozytywką.

Na trzecim roku, kiedy po raz pierwszy przyjeżdżał do Polski, przywiózł mi śliczną bransoletkę na kostkę i do tego charmsa z dzwoneczkiem. Biegał za tym z obłędem w oczach po całym Londynie, próbując znaleźć coś takiego u jubilera. Bo miał być payal (indyjska bransoletka na kostkę), ale w wersji europejskiej.

Najromantyczniejszym prezentem, który od niego dostałam był kalejdoskop – kupił go dla mnie w londyńskim muzeum, bo wiedział, że to moja ulubiona zabawka z dzieciństwa. Ale to nie wszystko – to był właściwie zestaw do zbudowania własnego kalejdoskopu, więc nie dostałam go od razu. Książę zaczął go składać, kiedy znowu byliśmy pokłóceni (kłócimy się dosyć często a on dopiero od niedawna nauczył się, że należy mi natychmiast ustąpić i nie doprowadzać do eskalacji) – siedział z furią w oczach i majstrował przy koralikach. Kiedy skończył, wręczył mi kalejdoskop, w którym nic się nie obracało, za to widziałam w nim księżyc i gwiazdy – powiedział wtedy, że kiedyś w żartach (po usłyszeniu jakiejś bollywoodzkiej piosenki) zażądałam od niego gwiazd i księżyca na dowód miłości – i on mi właśnie ten dowód daje.

Pewnego razu w Polsce, kiedy wracaliśmy późnym, zimowym wieczorem z Gdańska, w przejściu podziemnym stała staruszka z całkowicie zwiędniętymi różyczkami. Kupił wszystkie. Żeby nie musiała dłużej marznąć. Przez całą drogę do Gdyni dawał mi je po jednej.

Pierwsza kula śnieżna w kolekcji. Ale to nie ona wywołała efekt, nomen omen… kuli śnieżnej.

I jeszcze więcej prezentów

Oczywiście były też normalne prezenty, mój wymarzony strój do tańca od Eman Zaki, na który mnie wtedy nie było stać, bo kosztował prawie tyle, co moja wypłata, perfumy – zarówno takie, które mówiłam, że chciałam, jak i takie, o których istnieniu nie miałam pojęcia a Książę wybrał je doskonale, moje pierwsze saree, piękna biżuteria… W obliczu tego wszystkiego naprawdę można wybaczyć depilatory, kubki i chryzantemy, ale po co! Lepiej zapisywać i wypominać raz na jakiś czas, prawda?

Historia pewnej sukienki

Ten rok, przynajmniej jeśli chodzi o prezent urodzinowy, zdecydowanie należy do kitów. Ale to bardzo długa historia a właściwie dwie osobne, które splotły się ze sobą w kulminacyjnym momencie. Zacznijmy od tej pierwszej. O sukience.

W lutym 2019 zakochałam się. Poznałyśmy się na instagramie. Była długa, zwiewna, ciemnoszara, wyszywana w różowe cekinowe kwiatki. Godna elfickiej królowej. I całkowicie poza moim zasięgiem. Przynajmniej tak sobie wmówiłam, bo wydanie równowartości nowego samochodu na sukienkę, której i tak nie miałabym gdzie założyć, byłoby delikatnie mówiąc nierozsądne.

W maju przyjechałam do Nowego Jorku, miasta w którym niemożliwe staje się jak najbardziej osiągalne. I rzeczywiście, po jakimś czasie dowiedziałam się, że projektantka będzie miała wyprzedaż sampli w październiku. Czym prędzej umówiłam się z moją najstarszą szwagierką, entuzjastką takich wyprzedaży. Przez dwie noce przed wyprzedażą nie mogłam spać (nigdy nie twierdziłam, że jestem normalna) oglądając zdjęcia tej jedynej i zastanawiając się, czy będzie nam dane się spotkać. W głowie ustalałam kwotę, do której pozwolę sobie na zakup, jeśli jakimś cudem ona tam będzie…

Wszyscy jesteśmy tu gejami

Była. To Kiran wypatrzyła ją pierwsza w zachwycającym, wzburzonym morzu tiulu, piór i cekinów. “Bhabhi!!! (żono brata) To chyba ta!!!” Tak. To była ta. Była tam. Na wieszaku z sukienkami w całkiem rozsądnych (pojęcie względne) cenach. Chwyciłam ją w objęcia. I zaczęłam rozglądać za przymierzalnią. Zapytałam ekspedienta, który powiedział, że przymierzalni nie ma, przymierza się po prostu, na środku sklepu (wtedy dopiero zobaczyłam stado roznegliżowanych kobiet w różnym wieku i w różnych rozmiarach) i mam się absolutnie nie martwić, bo oni wszyscy są gejami. Skoro moja muzułmańska szwagierka się nie przejmowała (znalazła sobie śliczną biało-czarną sukienkę), ja też nie zamierzałam i już chwilę później stałam przed lustrem podziwiając to dzieło sztuki na sobie. Była idealna.

Niestety, okazało się, że wisiała na złym wieszaku a jej rzeczywista cena była dziesięciokrotnie wyższa niż ceny innych sukienek. Plus podatek. Ale dodawali do tego pelerynkę… No cóż. Pelerynka mnie nie przekonała, udało mi się zachować resztki zdrowego rozsądku, ale serce pękło mi na pół. Mojego samopoczucia nie poprawił widok starszej, kurduplastej babki, która mierzyła ją po mnie. Była zdecydowana kupić ją na bar mitzvah, planowała ją skrócić (ała!!! NIEEEE!!!) i uzyskany materiał użyć do zmniejszenia dekoltu (HEREZJA!!!). Umarłam dziewięć razy.

Przez kolejne miesiące raz na jakiś czas sprawdzałam, czy nie pojawia się gdzieś w internecie. Pojawiała się, zawsze droższa niż na tej wyprzedaży…

Aż pewnego dnia…

Przez jakiś czas przestała się pojawiać w ogóle. Wpadłam w panikę. To się nie mogło tak skończyć! Przecież to niemożliwe. Przecież my byłyśmy sobie pisane! Mijały dni, tygodnie (przestałam jeść i spać… Tak. Jasne.) a ja coraz rzadziej szukałam jej w internecie. Aż nadszedł ten dzień! Pojawiła się znowu. W cenie takiej, jak na pamiętnej wyprzedaży. Zapisałam się na newsletter tego butiku. Już po paru dniach przyszła informacja, że z okazji Dnia Niepodłegości, na sukienki obowiązuje dodatkowa zniżka, 60%. Byłam pewna, że kod nie zadziała, zadziałał. Poinformowałam męża, że ma niepowtarzalną okazję pozbycia się problemu prezentowego na ten i cały następny rok. Mąż powiedział, żeby kupować. Kupiłam. Mama uznała mnie za idiotkę. Trudno, prawdziwa miłość często spotyka się z brakiem zrozumienia.

Po paru dniach, które spędziłam czatując na kuriera, sukienka pojawiła się u nas w mieszkaniu. Z szaleństwem w oczach pobiegłam do sypialni ją mierzyć. Leżała jak szyta na miarę. Dumna, niemal lewitując nad podłogą, pojawiłam się w salonie. Czekając aż mąż padnie z zachwytu do mych stóp. Nie doczekałam się. Mąż przyjrzał mi się z zainteresowaniem i spytał, gdzie dokładnie mam zamiar to założyć.

Nie będę Wam opisywać tego, co działo się dalej, bo nie świadczy to o mnie najlepiej. W każdym razie sukienkę odesłałam. I wcale nie jestem pewna, czy była to dobra decyzja.

Ta druga historia

Nie wiem, czy wiecie, ale miłościwie nam (w sensie nam – im Amerykanom) panujący król słońce solarium postanowił wesprzeć swój cierpiący z powodu COVID-19 lud i w swej wielkiej łaskawości wysłał nam wszystkim jednorazowe czeki. W normalnych okolicznościach zapewne przeznaczyłabym swój czek (o dziwo ja też się załapałam) na jakiś bardziej szczytny cel, ale akurat moja ulubiona firma biżuteryjna przez wywołany koroną kryzys, oferowała największą wyprzedaż w historii swojego istnienia. Jestem tylko człowiekiem, mam swoje słabości, uległam. Wybaczcie kolokwializm, ale inaczej się tego nazwać nie da, przeputałam cały czek na błyskotki. Przynajmniej w teorii – w praktyce musiałam poprosić Rodziców o pożyczenie mi pieniędzy, ponieważ nie mogłam zrobić przelewu z amerykańskiego konta. Pożyczkę miałam oddać przy najbliższym pobycie w Polsce.

Moment kulminacyjny

Kilka dni przed moim wyjazdem do Polski (podczas którego miałam obchodzić moje urodziny) mój mąż zapytał, co bym chciała dostać w prezencie. Poinformowałam go, że nic mi nie przychodzi do głowy, zasadniczo mam wszystko, niczego mi nie potrzeba. Mam pomyśleć, bo jednak chciałby mi coś dać. Sucho poinformowałam, że chciałam sukienkę, wszystko inne będzie na siłę, nie sprawi mi przyjemności i to będą wyrzucone pieniądze. Mąż pomyślał. I wymyślił… Że może w takim razie uznamy tą biżuterię za mój prezent urodzinowy. Zgodziłam się, niech sobie uznaje, jeśli dzięki temu ma poczuć się lepiej. A ja wolę w sumie myśleć, że to prezent od męża, nie od Trumpa…

To wróćmy na chwilę do urodzin

Jedne z najfajniejszych urodzin ostatnich lat – 2018, Gardaland.

Jak widzicie ten post jest dosyć chaotyczny. Być może dlatego, że piszę go pod wpływem jet lagu, trochę też pod presją czasu, bo nie chcę nawet myśleć, co byście mi zrobili, gdybym ogłosiła, że się nie wyrobiłam i w tę środę wpisu nie będzie. W każdym razie zdaję sobie sprawę, że za ten strumień świadomości najwyższej oceny za kompozycję utworu bym nie otrzymała, ale żywię ogromną nadzieję, że nie wpływa to specjalnie na Wasz komfort czytania.

Jeśli śledzicie mojego Facebooka i Instagrama, wiecie, że w tym roku do urodzin podeszłam wyjątkowo spokojnie, bez dramatów i bez poczucia, że cokolwiek muszę. Chyba dojrzewam. Jestem w fajnym miejscu w życiu i dla odmiany postanowiłam cieszyć się tym dniem. W szczególności, że mogłam go spędzić z Rodzicami i Babcią, których nie widziałam od stycznia. No i mój mąż na odległość miał mniejsze szanse mnie zdenerwować. Ogólnie moje 33-cie urodziny przebiegły bezboleśnie a wręcz przyjemnie. Do tego na zbiórkach facebookowych udało mi się zebrać, również dzięki Wam, kochane Czytelniczki, ponad 2000zł na Fundację Ostatnia Przystań, która oferuje dom psim seniorom. Same powody do świętowania!

Najcudowniejsze urodziny

Nie były to jednak pierwsze udane urodziny w ostatnich latach. Mam wrażenie, że Książę w tym wpisie głównie obrywa (i bardzo dobrze, inaczej nie byłoby tak zabawnie!) a ja jakieś tam resztki przyzwoitości czasami przejawiam. Dlatego też czuję się w obowiązku zaznaczyć, że najlepsze urodziny ostatniej dekady spędziłam właśnie z nim – dwa lata temu, we Włoszech. Dzień był idealny od samego początku – o północy otworzyliśmy moje ulubione fragolino (nie mylić z tym czymś co można kupić w polskim dyskoncie) a rano wyruszyliśmy do… wesołego miasteczka.

Gardaland było cudowne! Oczywiście tamtejsze rollercoastery nie mogły się równać z tymi, które znajdują się w amerykańskich Six Flags, czy nawet podlondyńskim Thorpe Park’u, ale samo miejsce było magiczne. I było to jedyne wesołe miasteczko, w którym można było zjeść naprawdę dobry obiad (oczywiście pizzę, ale we Włoszech pizza jest dobra nawet na stacjach benzynowych). Zamiast tortu urodzinowego dostałam loda-jednorożca. Pod wieczór złapała nas cudowna ulewa, która po prawie 40-stopniowym upale stanowiła prawdziwe ukojenie, biegaliśmy w deszczu, śmiejąc się i raz na jakiś czas szukając schronienia. Zostaliśmy w parku aż do zamknięcia a w hotelu w Mediolanie dostaliśmy z okazji moich urodzin upgrade do cudownego apartamentu. Włochy to całkiem niezłe miejsce na świętowanie urodzin… I w ogóle fajny kraj. Kiedyś Was tam zabiorę, ale dzisiaj, skoro ma być urodzinowo, proponuję Wam przewodnik po… amerykańskich wesołych miasteczkach.

Coney Island, Brooklyn

O Coney Island wspominałam już w poście o moim ślubie w Nowym Jorku, dlatego będzie krótko – to nie jest typowy, współczesny amerykański park rozrywki. To bardziej wspomnienie z przeszłości – nie porwie Was tu prędkość, wysokość nie przyprawi o zawrót głowy, ale za to może Was zachwycić czar minionych lat. Płaci się za poszczególne atrakcje, nie za wstęp.

Six Flags, różne lokalizacje

Kingda Ka, Six Flags
Dwoje na huśtawce Kingda Ka. 10 sierpnia 2019, właściwa celebracja urodzin.

Najczęściej jeździmy do najbliższego i jednocześnie jednego z najlepszych Six Flags – Great Adventure w Jackson, New Jersey. Znajduje się w nim najwyższy (139 m) i zarazem drugi najszybszy (206km/h) rollercoaster świata – Kingda Ka. Za każdym razem mam na nim zamknięte oczy – pęd powietrza jest tak silny, że udaje mi się je otworzyć tylko na kilka sekund na samej górze – zwykle tego później żałuję. I zawsze wracam. Cudowny jest też El Toro – według mnie najbardziej ekscytujący rollercoaster, na jakim byłam. Nie polecam w ulewie – przy prędkości 110km/h krople próbują oskalpować twarz i wybić oczy. I wreszcie Nitro, jeden z najdłuższych (1644 m, jazda trwa 2:20) rollercoasterów, na jakich byłam i prawdopodobnie mój ulubiony. Oczywiście atrakcji jest dużo więcej, dlatego zawsze chętnie tam wracamy.

Dodatkowo w parku znajduje się safari (nie jestem fanką takich atrakcji, więc nie korzystałam) a tuż obok, również należący do Six Flags aquapark. Idealne kombo na letni dzień – poranek i wczesne popołudnie w wodzie a reszta dnia, aż do późnego wieczora na rollercoasterach. Jeśli planujecie wizytę w więcej niż jednym parku, lub chcielibyście skorzystać również z wodnych atrakcji, opłaca się kupić Season Pass, którego cena w ofertach często wynosi tyle samo, co pojedyncze wejście.

Uwaga: w przeciwieństwie do europejskich parków, te w Ameryce są nastawione na maksymalne wyciągnięcie pieniędzy od klientów – mimo że za wejście do parku zapłacicie sporo pieniędzy, to nie koniec opłat. Na rollercoastery nie możecie wnieść absolutnie nic (często kwestionują nawet rzeczy schowane do kieszeni na zamek), musicie skorzystać z dodatkowo płatnych szafek. W aquaparku szafki również nie są w cenie wejścia.

Universal Studios, Orlando

Kilka lat temu wybraliśmy się na dłuższą przejażdżkę: Nowy Jork – Floryda (Orlando, Key West, Miami, Tampa) – Nowy Orlean – Nowy Jork. Sama wycieczka była wspaniała, może kiedyś o niej napiszę, ale dzisiaj istotne jest to, że w programie znalazły się dwa parki: Universal i Tampa Gardens.

Universal był absolutnie genialny, zapewniał zupełnie inny rodzaj rozrywki, niż Six Flags i naprawdę z powodzeniem przenosił na plany znanych filmów. Jest to pozycja absolutnie obowiązkowa dla fanów Harry’ego Pottera (tak, wiem, że mnie czytasz) – znajdą tam oni ulicę Pokątną, Hogsmeade, Hogwarts Express, bank Gringotta, będą uciekać smokom, polecą na motocyklu Hagrida i doświadczą wielu, wielu innych atrakcji. Nawet ja, nie będąc specjalną fanką serii (chociaż bardzo lubię, czytałam i oglądałam z przyjemnością) byłam wniebowzięta!

Busch Gardens, Tampa

Świetna sprawa dla fanów rollercoasterów. I Afryki. Poszczególne obszary parku inspirowane są różnymi afrykańskimi krajami, między innymi Marokiem, Nairobi i Egiptem. W dodatku park jest połączony z azylem dla dzikich zwierząt (nie mylić z safari) w tym także pięknych dzikich kotów. Polecam rollercoaster gepardzi (Cheetah Hunt) – nie jest aż tak szybki, jak kolejki w ofercie Six Flags, ale jest niezwykle przyjemny.

Oczywiście parków w Stanach jest znacznie więcej, jak choćby Cedric Point, który słynie konkretnie z rollercoasterów. Niestety, jeszcze tam nie dotarłam. Na podstawie doświadczeń mogę stwierdzić jedno – amerykańska obsesja na punkcie wszystkiego, co duże zdecydowanie bardzo dobrze sprawdza się w przypadku theme parków! I doskonale się składa, ponieważ ja wesołe miasteczka kocham od dziecka.

A jeszcze informacja bonusowa: Książę na rollercoasterach był po raz pierwszy w życiu ze mną. Nigdy wcześniej na nich nie jeździł. Swoje pierwsze doświadczenie nabył w Thorpe Park’u pod Londynem, gdzie w pierwszej kolejności zabrałam go na wieżę ze swobodnym spadkiem. Po tym już wszystko mu się podobało a ja bardzo się cieszyłam, że jesteśmy pod tym względem kompatybilni. Związek ma naprawdę większe szanse powodzenia, kiedy obydwie strony lubią adrenalinę.

To już wszystko na dziś. Mam nadzieję, że spodobała Wam się ta urodzinowo-prezentowa emocjonalna przejażdżka. Ja wracam do redakcji książki a potem muszę się dobrze zastanowić, o czym Wam opowiem w przyszłym tygodniu. Oczywiście możecie wyrazić swoje sugestie w komentarzach, obiecuję je rozważyć!

Jeszcze bonus, bo trochę muszę się Wam pochwalić. W tym roku postanowiłam wyjątkowo zrobić prezent samej sobie. O pomoc poprosiłam znaną już Wam chyba Emilię z CLStudio, poniżej jeden z efektów naszej wspólnej sesji. W końcu podobno jestem prawdziwą księżniczką, a to zobowiązuje, prawda?

kobiec sesja zdjęciowa na urodziny
Urodzinowa księżniczka. Względnie khaleesi, matka smoków, które jak zwykle gdzieś wywiało.
Fot. CLStudio.eu