Krótko po nabyciu szwagra, a właściwie szwagra mojego męża, zapytałam kolegi z pracy do czego właściwie służy szwagier, bo ten mój jakoś zupełnie nie przypadł mi do gustu.

Wojciech zamyślił się chwilę, po czym stwierdził, że szwagier służy do majsterkowania i do picia wódki. I tu mamy pewien problem. Z “moim” szwagrem wódki się nie napiję, a coś mi mówi, że przy majsterkowaniu wymądrzałby się jak w każdym innym temacie. W takiej sytuacji lepiej, żebym nie trzymała w mojej delikatnej, kobiecej rączce młotka. Oczywiście moja twórczość zyskałaby wtedy wymiar kryminalny, ale wydaje mi się, że sławą pisarską lepiej się jednak cieszyć na wolności. 

Tak. Szwagier zdecydowanie mi się nie udał, chyba, że ktoś lubi takie gutki kalaputki. Na szczęście jest dobrym mężem dla mojej szwagierki, więc jakoś się pogodziłam z jego egzystencją. 

Dzisiejszy post nie będzie wbrew temu, co sugeruje tytuł rozwinięciem “Satyry na bożą krówkę”. Chciałabym spróbować opisać moje relacje z najbliższą rodziną Księcia.

Trzy siostry

Co jako pierwsze przychodzi Wam do głowy na hasło: jedyny syn i trzy siostry? Scenariusze jak z Kopciuszka? Ja byłam przygotowana na najgorsze. Instytucja teściowej w Pakistanie cieszy się równie złą sławą jak w Polsce, a do tego trzy kolejne baby, które na pewno będą starały się uczynić moje życie koszmarem. Na łagodną owieczkę nie trafiło, przewidywałam solidny, soczysty konflikt zbrojny.

Tymczasem okazało się, że zamiast trzech młodych nemezis zyskałam trzy siostry. I to takie z gatunku wielkodusznych i troskliwych, co podzielą się ostatnią kostką czekolady i pożyczą swoją ulubioną sukienkę bez mrugnięcia okiem. Ostatnio najstarsza szwagierka dała mi do spróbowania pudełko lodów Van Leeuwen o smaku earl greya – lodów, którymi nie dzieli się nawet ze swoim mężem i które dosyć ciężko podczas pandemii dostać. Sama jestem rozpuszczoną jedynaczką, nienawidzę się dzielić i bronię swojej własności do ostatniej krwi. Takie zachowania są dla mnie niezwykłe. W każdym razie pozwólcie, że przedstawię Wam moje trzy siostry:

Kiran 

Najstarsza (27 lat), żona szwagierka. Uwielbia modę, szpilki, makijaż i… brunche. Aktualnie, w czasie szalejącejgo pandemii najbardziej brakuje jej właśnie brunchy w snobistycznych knajpkach na Manhattanie. Mieszka z mężem na Upper East Side, narzeka na metraż mieszkania, ale przynajmniej droga do pracy w hedgefundzie zajmuje jej 5 minut. To właśnie ona przy pierwszym spotkaniu skrytykowała moje włosy i stwierdziła, że absolutnie muszę mieć doczepki. Bardzo szybko zorientowałam się, że to nie była próba uczynienia mi afrontu. Kiran po prostu jest bardzo bezpośrednia, nie traciła czasu na przyswajanie nowej sytuacji – skoro miałam poślubić jej brata, to znaczy, że jestem już rodziną, nieważne, że znamy się od 5 minut, rodzina to rodzina, rodzinie się pomaga, nawet wtedy, kiedy nie wiedzą, że potrzebują naszej pomocy. Jest bardzo intensywna i dominująca, ale przy tym niesamowicie troskliwa i wesoła. Ma najśmieszniejszy śmiech na świecie. Idealna kompanka na łażenie po sklepach i polowanie na okazje. Jako jedyna nie zwraca się do mnie po imieniu, tylko per “bhabi” – żono brata.

Maria

O rok młodsza jest kompletnym zaprzeczeniem Kiran. Spokojna, opanowana, nie lubiąca się wtrącać w sprawy innych. Jako jedyna z sióstr nosi hijab i nie przykłada wagi do tego, co na co dzień ubiera, za to bez hijabu, w makijażu i pięknym stroju wygląda jak najprawdziwsza księżniczka. Według mnie jest najpiękniejsza z trzech sióstr, chociaż podobno nie według standardów pakistańskich. To z nią czuję się najswobodniej, najlepiej mi się z nią rozmawia i spędza czas. Oczywiście nie potrafiłabym powiedzieć, że to ją lubię najbardziej, bo uwielbiam każdą z nich, ale to z Marią mam największy kontakt. Pracuje jako informatyczka i w portfolio ma jedne z największych amerykańskich firm. Odrzuciła kiedyś ofertę pracy w Google, czego do tej pory nie potrafię zrozumieć.

Fahra 

Młodziutka, raptem 21-letnia Fahra to największy oryginał w całej rodzinie. Z jednej strony chorobliwie nieśmiała w stosunku do obcych, z drugiej wykazuje nastawienie niczym prawdziwy brooklyński gangsta, bro! Ma bardzo specyficzne, ale świetne wyczucie stylu, jest bardzo uzdolniona artystycznie (pamiętacie moje przepiękne mehendi?) i fenomenalnie tańczy. Spędza również po kilka godzin dziennie nagrywając Tik Toki. Długo miałam wrażenie, że mnie specjalnie nie lubi, a potem zaskakiwała mnie zbierając pieniądze (wyciągane od pozostałych członków rodziny) na prezent urodzinowy dla mnie, pożyczając mi sukienki, czesząc moje włosy, czy po prostu dotrzymując mi towarzystwa przy stole, żebym nie musiała jeść w samotności. Taka moja malutka siostrzyczka, która jeszcze dojrzewa. Z całej trójki ma najlepsze poczucie humoru. 

Portret namalowany przez Milenę Tkachenko

Uwaga techniczna: Ponieważ chciałabym uszanować prywatność rodziny mojego męża, postanowiłam nie publikować ich zdjęć. To z kolei oznacza, że ten post (i kolejny) mógłby być dosyć ubogi pod względem graficznym. Na szczęście udało mi się zaprosić do współpracy dwie arcyzdolne arystki. Jedna z nich to niesamowicie utalentowana, a przy tym przeurocza i bardzo skromna Milena Tkachenko, która podjęła się namalowania portretu (uwielbiam robić za muzę!) przedstawiającego mnie w rynsztunku pakistańskiego gościa weselnego. Moje zaproszenie przyjęła również bezczelnie zdolna ilustratorka (a do tego świetna fotografka) Marta Adamska. Koniecznie zajrzyjcie na ich profile na IG! Dziękuję Wam Dziewczyny! Jesteście świetne!

Monster-in-Law aka Sposób na teściową 

Właściwie odkąd tylko zaczęłam spędzać z moim przyszłym mężem więcej czasu, nawet nie będąc jeszcze jego dziewczyną, często słyszałam o tym jaka jego mama jest cudowna. Piękna, mądra, dobra, wielkoduszna, całkowicie oddana dzieciom, najlepiej gotuje i robi najpyszniejsze ciasto marchewkowe, jest wszystkim życzliwa, a do tego wszystkiego skromna. Koszmar. Syneczek zakochany w mamusi. Przecież żadna kobieta nie może się równać z tak wyidealizowanym obrazem. W dodatku wyobrażacie sobie scenariusz, w którym okazuje się, że pod tą lukrową polewą czai się zatruty pączek? Prawdziwy demon? I nie wytłumaczysz facetowi, że jego wizja pani rodzicielki jest iluzją, że tak naprawdę jego matka to potwór i zło wcielone, nie! W takich przypadkach mężczyzna zawsze stanie po stronie matki! Oglądaliście Monster in Law? No właśnie! Byłam więcej niż pewna, zwłaszcza po tym, jak usłyszałam, że “miss piękności to ja nie jestem”, że matka mojego męża to pakistańska wersja bohaterki granej przez niezrównaną Jane Fondę, a ja nie jestem nawet w połowie tak cierpliwa i ugodowa jak Jennifer Lopez w tym filmie (nawet w tej części, w której postanowiła pokazać, że ma jakieś tam cojones). 

Obawiałam się, że w przypadku konfliktu zbrojnego między Polską, a Pakistanem, mój ukochany nie mógłby pozostać Szwajcarią. Niestety widziałam już zbyt wiele związków, które albo się rozpadały całkowicie, albo częściowo (pytanie, co gorsze) właśnie przez to, że mężczyzna był ślepo zapatrzony w swoją matkę. Nawet jeśli nie traktował jej jak chodzącej świętej. Nie wiem, czy zauważyłyście, drogie Czytelniczki (a Czytelników proszę o krytyczne spojrzenie w głąb własnej jaźni), że mężczyźni są bardzo defensywni, jeśli chodzi o ich rodzinę (czasami również przyjaciół). Tak jakby jakakolwiek krytyka pod adresem ich bliskich dotyczyła ich (facetów) bezpośrednio. Krytykując teściową, krytykujemy jej synka, więc synek, bez względu na to, czy będzie miał rację, czy nie, od razu ruszy do kontrofensywy. Co jest w sumie bezsensowne, bo rodziny nie wybierał, wybierał za to swoją partnerkę i to prędzej właśnie partnerka o nim świadczy. Cóż zrobić, mężczyźni kierują się własną pokrętną logiką (podobnie jak kobiety, ale o tym teraz przecież nie dyskutujemy). 

Na pewnym etapie związku zaczęliśmy rozmawiać wprost o moich obawach dotyczących tego, czy rodzina Księcia, a w szczególności Królowa Matka mnie zaakceptuje. Usłyszałam wtedy deklarację, że nawet, gdyby tak się nie stało, to mój ukochany jest skłonny całkowicie odciąć się od rodziny, byle tylko być ze mną. Z jednej strony trochę mnie to uspokoiło, z drugiej tak dramatyczny scenariusz mnie przeraził. Przecież nikt normalny nie chce, żeby jego ukochana osoba była zmuszona wybierać między nami, a bliskimi. Poza tym, zabrzmi to okrutnie, ale ja nie byłabym gotowa na takie poświęcenie, więc tym bardziej stawianie Księcia w takiej sytuacji wydawało się najgorszym możliwym posunięciem. Mimo wszystko, dzięki temu, że wiedziałam, że to ja jestem najważniejsza i że w razie jakiegokolwiek konfliktu stanie po mojej stronie, postanowiłam się postarać. Zamierzałam poznać jego rodzinę bez uprzedzeń, być miła i atakować tylko sprowokowana. Chociaż w tej ostatniej kwestii Książę prosił, żebym najpierw przychodziła na skargę do niego i dawała mu szansę na rozwiązanie problemu bez fatygowania mroczniejszej strony mojego charakteru. Jak się jednak okazało, te wszystkie rozważania były absolutnie bezcelowe.

Teściowa

Jeśli jesteście na bieżąco z moimi postami, trochę o mamie mojego ukochanego już przeczytaliście, chociażby w ostatnim poście o mojej przeprowadzce do Nowego Jorku. Pamiętacie może również z rozdziału o naszym nowojorskim ślubie jak niezręczne było nasze pierwsze spotkanie. Powiedziała wtedy moim Rodzicom, że będę dla niej jak córka, będzie dbała o mnie jak o własne dziecko i nigdy nie stanie mi się żadna krzywda. Miało to oczywiście efekt odwrotny od zamierzonego, ponieważ od razu zaczęłam węszyć podstęp. Po co takie deklaracje, jeśli nie ma wobec mnie żadnych złowieszczych zamiarów? Na pewno próbuje zmylić naszą czujność, ale nie ze mną te numery! Jednak czas mijał, ja zachowywałam czujność, a Teściowa traktowała mnie cały czas serdecznie, ze spotkania na spotkanie, w miarę jak się ze sobą oswajałyśmy i zaczynałyśmy czuć się swobodnie, mam wrażenie, że jej sympatia do mnie wzrosła, a ja powoli pozbywałam się nieufności. Wydaje mi się, że momentem przełomowym był mój wyjazd do Pakistanu, kiedy w dużej mierze byłam zależna od niej i jej rodziny, do tego jeszcze ciężko zachorowałam, a ona naprawdę zachowała się w stosunku do mnie jak matka. Troszczyła się o mnie, traktowała dokładnie tak, jak pozostałe trzy córki. Wtedy też przeszłam swojego rodzaju test – uczestniczyłam we wszystkich ceremoniach, nie gwiazdorzyłam, nie starałam się epatować swoją obcością, nie przynosiłam wstydu barbarzyńskim, zachodnim zachowaniem. 

Ilustracja autorstwa Marty Adamskiej

Od tamtej pory nasze relacje są wręcz cukierkowe, a ja na “obiady u teściowej” chodzę wręcz ze śpiewem na ustach. Co śmieszniejsze, Teściowa wychodzi z założenia, że powinna bronić mnie przed moim nieokrzesanym, nie troszczącym się o mnie wystarczająco mężem, który na pewno nie traktuje mnie tak, jak ja na to zasługuję. Nie kupuje mi prezentów, tylko ciągle coś dla siebie, nie karmi mnie, nie pomaga mi w pracach domowych. Tak! Taką mam pakistańską teściową! Kiedyś po dłuższym okresie niewidzenia się z nami, stwierdziła, że Książę schudł. Książę odparł, że możliwe, bo ja go w ogóle nie karmię (nieprawda, czasem mu nawet coś ugotuję!), a Teściowa odwróciła się do mnie z uśmiechem i powiedziała: DOBRZE! Bardzo dobrze! W efekcie Książę często się użala twierdząc, że moi rodzice są po mojej stronie, jego mama jest po mojej stronie, jego siostry są po mojej stronie, a kto jest po jego? Przypominam mu wtedy, że Fahra. Fahra rzeczywiście jest w niego zapatrzona i zawsze stanie po jego stronie. Wiem natomiast, że mimo tych utyskiwań, jest bardzo zadowolony z relacji, jakie mam z jego najbliższymi. 

Różnice kulturowe

Nie wykluczam, że wszystko, co napisałam powyżej, mogło w Was pozostawić pewien niedosyt. Przecież to mógłby być opis relacji rodzinnych w dowolnej kulturze, a ja wżeniłam się w rodzinę muzułmańską! Domyślam się, że wiele z Was ciekawi jak to jest być polską niemuzułmanką w pakistańskiej rodzinie i postaram się tę ciekawość w najbliższej przyszłości zaspokoić. Na razie chciałam podkreślić tę normalność. Zapytana o to, jak to jest być żoną muzułmanina, odpowiem: nijak. Religia nie definiuje ani mojego męża, ani jego rodziny. 

Jeśli zaś chodzi o tak zwane różnice kulturowe – nie odczuwam ich w żaden sposób, nigdy też nie zdarzyło nam się pokłócić przez międzykulturowe nieporozumienie. Jestem pewna, że mam z mężem więcej wspólnego niż z niejednym Polakiem. To prawda, że na lekcjach historii uczyliśmy się czegoś innego, że znamy na pamięć inne wiersze, że Książę nigdy nie zrozumie do końca filmów Barei, książek Chmielewskiej, czy tekstów piosenek Kazika. Ja nigdy nie będę mogła w pełni docenić kunsztu piszących w urdu poetów. Ale dzięki temu, że jesteśmy parą, każdego dnia uczymy się od siebie nowych, interesujących rzeczy. Mówiąc banalnie, poszerzamy horyzonty. Ja słucham muzyki qawwali i niesamowitych muzyków z Coke Studio, Książę zachwyca się muzycznie Korowodem Marka Grechuty i wytrzymuje ze mną na polskich koncertach. On tłumaczy mi o czym śpiewa Nusrat, ja staram się jak najwierniej przełożyć teksty polskich utworów. On wie o dywizjonie 303, a ja oglądam z nim filmy dokumentalne o historii Pakistanu. Na początku naszego związku obejrzał ze mną nawet Ogniem i Mieczem (no dobrze, może to nie był dobry film do pokazania muzułmańskiemu chłopakowi, ale chodziło o to, żeby wiedział, jaki typ mężczyzn mi się podoba – patrz Bohun), a ja zgodziłam się dać drugą szansę filmom Bollywood. On polubił urok europejskich starówek, ja pokochałam bez reszty architekturę mugalską. Wreszcie on mi opowiada o islamie i o dżinnach, a ja staram się w miarę możliwości wytłumaczyć mu o co chodziło w wielkiej schizmie wschodniej. 

Uzupełniamy się pod każdym względem, jak na związek humanistki z inżynierem przystało (swoją drogą, dlaczego nikogo nie ciekawi jak to jest żyć z inżynierem?). Te straszliwe, owiane mroczną sławą, różnice kulturowe sprawiają, że zawsze mamy ciekawe tematy do rozmowy, a z każdym wspólnie spędzonym dniem wiemy więcej, nie tylko o sobie nawzajem, ale też o świecie. Z mojego osobistego doświadczenia wynika, że związek z przedstawicielem innej kultury jest intelektualnie stymulujący i szalenie inspirujący. Bardzo zależało mi na tym, żeby Wam to uświadomić – w następnym poście postaram się przeanalizować nasze relacje rodzinne z uwzględnieniem różnic religijnych, opowiem trochę o muzułmańskich świętach, o ramadanie, o koncepcie halal i haram. Od razu zaznaczam, że moja wiedza na ten temat nie jest najgorsza (pisałam pracę magisterską o muzułmankach w Europie, więc siłą rzeczy musiałam spędzić trochę czasu na jej pogłębianiu, nie polegając jedynie na tym, co opowiadał mi Książę, bo głupio by to wyglądało w bibliografii), ale w żadnym wypadku nie pretenduję do miana ekspertki. Za tydzień przekonamy się, jak mi poszło. 

Mam nadzieję, że dzisiejszy post rzucił trochę światła na zagadnienie związków mieszanych. Wyobrażacie sobie być w związku z przedstawicielem/przedstawicielką innej kultury? Co według Was byłoby najtrudniejsze? Dajcie znać, jestem ciekawa Waszych przemyśleń.


Lubię myśleć, że ten tydzień między kolejnymi postami to dla Was prawdziwa katorga, która dłuży się wprost niemiłosiernie, dlatego dzisiaj postanowiłam spróbować na blogu czegoś zupełnie (dla mnie) nowego. Mianowicie pseudo recenzji filmowych. Dlaczego pseudo? Ponieważ ja nie piszę recenzji. Specjalizuje się w tym moja przyjaciółka Klaudia, o której wspominałam Wam w poprzednim poście i niniejszym gorąco jej recenzje polecam. Ja piszę swoje przemyślenia związane, czasami bardzo luźno z filmem. Wybrałam dla Was sześć pozycji, które traktują o związkach przedstawicieli różnych kultur bądź grup etnicznych (choć nie zawsze narodowości). Część z nich prawdopodobnie już widzieliście, ale jestem prawie pewna, że o jednym z nich nie słyszeliście w ogóle, a jest naprawdę wart obejrzenia. 

Za jakie grzechy dobry Boże (2014, Francja, org. Qu’est-ce qu’on a fait au Bon Dieu?)

Moim skromnym zdaniem najcudowniejsza komedia nakręcona w tym temacie. Zresztą, kto nie lubi francuskich komedii? Dla mnie są jak filmowy odpowiednik makaroników, a makaroniki, nie wiem, czy mówiłam już milion razy, czy tylko dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć razy, w którym to wypadku powtórzę – UWIELBIAM. Jeśli nie oglądaliście, to absolutnie polecam!!! Wydaje mi się, że sam krótki opis fabuły będzie wystarczającą rekomendacją: zamożna, bardzo wierząca i głęboko zakochana we własnym kraju para Francuzów ma cztery wyjątkowo piękne córki, które wychodzą kolejno za Chińczyka, Algierczyka i Izraelczyka (gwoli ścisłości, w praktyce wszyscy są Francuzami). Z każdym kolejnym ślubem państwo Verneuil podupadają trochę na duchu, więc kiedy najmłodsza córka oświadcza, że bierze ślub, pytają ją z trwogą, czy narzeczony jest katolikiem. Jest. Niestety nie takim, jakiego jej rodzice sobie wyobrażają. Za co kocham ten film? Za pełną wdzięku niepoprawność polityczną, która w każdej innej produkcji mogłaby śmiało zostać uznana za obraźliwą. Ale nie tu! 

I znowu zgrzeszyliśmy, dobry Boże! (2019, Francja, Qu’est-ce qu’on a encore fait au bon Dieu?)

Druga część wspomnianego powyżej filmowego makaronika. Znacznie słabsza, dużo bardziej przesadzona, ale nadal szalenie zabawna i przyjemna w oglądaniu. Niepoprawność polityczna i żarty oparte na stereotypach zostają rozszerzone o inne nacje. Poruszonych, chociaż oczywiście w sposób lekki i czarująco niedbały, zostaje kilka kolejnych zagadnień, między innymi tych związanych z imigrantami. Plus za wprowadzenie wątku LGBT – jest on poprowadzony nieco niezdarnie, ale cieszę się, że się pojawił. Jeśli spodobała Wam się część pierwsza, to jak najbardziej możecie obejrzeć i sequel.

I tak cię kocham (2017, USA, org. The big sick)

Biała Amerykanka i chłopak z tradycyjnej pakistańskiej rodziny. Rodzice obydwu stron nastawieni negatywnie. Do tego tytułowa ciężka choroba (angielsko-tytułowa oczywiście, zawsze zastanawiam się, co siedzi w głowach tłumaczy tytułów filmowych) już na samym początku związku. Scenariusz został napisany przez Emily V. Gordon i jej męża, świetnego komika Kumaila Nanjiani, który wcielił się również w rolę głównego bohatera. I ma to sens, ponieważ film de facto opowiada historię Emily i Kumaila. Nie jest to pozycja wybitna, jest w niej trochę dłużyzn (ale też kilka naprawdę zabawnych żartów sytuacyjnych), ale według mnie warto obejrzeć. Moja Mama po seansie stwierdziła, że tym bardziej podziwia moją Teściową. Jego niewątpliwą zaletą, poza tym, że jest oparty na “faktach autentycznych” (przepraszam, musiałam), jest to, że w pewnym stopniu pokazuje, jak wygląda życie pakistańskich społeczności w amerykańskich miastach. Starsze pokolenia kurczowo trzymają się tradycji, starając się odtworzyć chociaż namiastkę ojczyzny na obcej ziemi, podczas gdy młodzi mimo usilnych starań rodziców czują się Amerykanami. Ten sam motyw, ale w dużo lżejszy i znacznie bardziej cukierkowy sposób przedstawia nowy serial Netflixa – Jeszcze nigdy… (Never have I ever). 

Nazywam się Khan (2010, Bollywood, org. My name is Khan)

Pozostawiając w tyle wątek komediowy, ale nie popadając jeszcze w drugą skrajność przechodzimy do według mnie jednej z najlepszych bollywoodzkich produkcji wszechczasów. Film jest bardzo mocny, niesamowicie wzruszający, chwilami bardzo przykry, ale jakimś cudem udaje mu się mieć optymistyczny wydźwięk. Główny bohater to pochodzący z Indii i cierpiący na zespół Aspergera muzułmanin, który w dzieciństwie doświadczył prześladowań religijnych. Po przeprowadzce do Stanów poznaje hinduską rozwódkę samotnie wychowującą młodego syna. Film porusza wiele ważnych wątków: chorobę głównego bohatera, prześladowania religijne w Indiach, nienawiść w stosunku do muzułmanów, która wybuchła po 11 września, radykalizację i wreszcie postawę ludzką w obliczu kataklizmu. Jak na bollywoodzki hit przystało, oscyluje na krawędzi tandety, ale uważam, że jest to film niesamowicie wartościowy, a odtwórca roli głównej, Shah Rukh Khan pokazał, że jest naprawdę fenomenalnym aktorem.

W imię Boga (2007, Pakistan, org. Khuda Kay Liye)

To najcięższy i najbardziej drastyczny film w tym zestawieniu. Porusza podobne zagadnienia do tych z My name is Khan, ale bez jakiejkolwiek taryfy ulgowej, co w jakiś sposób pokazuje też różnice między kinem indyjskim, a pakistańskim. Niesamowicie mocny strzał między oczy. Główny wątek relacji międzyrasowych dotyczy Pakistańczyka i Amerykanki, którzy zakochują się w sobie studiując razem w Stanach muzykę. Jest też historia spotykającej się z Brytyjczykiem młodej pół-Pakistanki wychowanej w Wielkiej Brytanii, która zostaje przez ojca podstępnie zmuszona do małżeństwa z mieszkającym w Pakistanie zradykalizowanym fanatykiem. Ale to tylko elementy niesamowicie ponurej mozaiki. Film pokazuje najciemniejsze oblicza obu “stron” konfliktu między światem zachodnim, a islamem. Z jednej strony system, który nie dbając o dowody połyka i niszczy życia niewinnych ludzi, z drugiej gwałtownie postępująca radykalizacja pakistańskiej młodzieży. Ogromnym plusem filmu jest przejmująca muzyka. Naprawdę świetna pozycja – jeśli uda Wam się gdziekolwiek ten film znaleźć, nie pożałujecie. Ja oglądałam go bardzo wiele lat temu, ale do dziś siedzi mi w głowie. 

Zgadnij, kto przyjdzie na obiad (1967, Stany Zjednoczone, org. Guess who’s coming to dinner)

Wreszcie absolutny klasyk, nie wyobrażam sobie, żeby powyższa lista była bez tego kultowego filmu kompletna. Jeśli nawet już go oglądaliście, warto go sobie odświeżyć w świetle niedawnych wydarzeń w Stanach (ruch #BlackLivesMatter). Nie chciałabym tu odbijać w stronę dyskusji na temat rasizmu, ale muszę zaznaczyć, że przed przyjazdem do Stanów nie miałam pojęcia, czym tak naprawdę w praktyce jest rasizm. Byłam przekonana, że rasizm systemowy, osobne hotele, szkoły, a nawet toalety dla osób o innym kolorze skóry należą do przeszłości. Oczywiście, nadal można zostać w różny sposób zaatakowanym na tle rasowym (i nie tylko!), ale przez jednostki. Nie przez kraj. Przecież nawet w RPA polityka apartheidu dobiegła końca. Swoje poglądy zweryfikowałam już podczas pierwszej wizyty w Nowym Jorku, jednak sytuacja osób ciemnoskórych w USA nie przestaje mnie każdego dnia szokować. Wracając do samego filmu – zarys fabuły jest Wam pewnie znany – młodziutka biała Amerykanka bez uprzedzenia przyprowadza do domu rodziców swojego czarnoskórego narzeczonego. Jak sobie możecie wyobrazić, rodzice zachwyceni nie są. Film jest niezwykle ważny z dwóch względów: po pierwsze, jako jeden z bardzo niewielu filmów z tamtego okresu porusza tematykę małżeństw międzyrasowych. Po drugie, kiedy film powstawał, w wielu stanach Ameryki takie małżeństwa były nielegalne (w RPA było tak aż do upadku apartheidu w latach 90tych). Film warto obejrzeć i obejrzeć świadomie, właśnie mając na względzie panujące w tamtych latach realia.

Inne

Temat związków międzykulturowych jest dosyć popularny w wielu filmach i serialach. Oprócz wymienionych przeze mnie pozycji, jest na przykład głupiutka bollywoodzka produkcja Duma i uprzedzenie (Bride and Prejudice), czy Biała Masajka, której nie oglądałam, więc nie mogę się wypowiadać. Z uwagi na moje miejsce zamieszkania, muszę też wspomnieć o wątku Charlotte z kultowego serialu Seks w Wielkim Mieście. Bohaterka zakochuje się w żydowskim prawniku Harrym i przechodzi dla niego na judaizm. Jak przystało na prawdziwą neofitkę jest w swojej nowej wierze okrutnie nadgorliwa, co paradoksalnie, zamiast do małżeństwa prowadzi do rozpadu związku. Oczywiście, jak wszystkie fanki serialu wiedzą, para później schodzi się ponownie, co nie zmienia faktu, że serial zwraca uwagę na wiele związanych z podobnymi scenariuszami problemów. Jak choćby to, że w chwili złości Charlotte zarzuca swojemu ukochanemu, że dla niego “porzuciła Jezusa”. Historia ku przestrodze, chociaż z happy endem. 

Zastanawiałam się również, czy nie przemycić tu jednego z moich absolutnie ulubionych filmów ostatnich lat (chyba właśnie to czynię) – Bajecznie bogatych Azjatów na podstawie genialnej książki mojego pisarskiego guru – Kevina Kwana. Dlaczego? Ponieważ podobnie jak niegdyś Trędowata pokazuje doskonale, że nawet osoby tej samej rasy, narodowości i kultury mogą mówić o trudnościach tradycyjnie kojarzonych ze związkami mieszanymi. Czy to w wyniku nierówności statusów społecznych, czy różnic w wychowaniu. Czasami inna rasa i wyznanie są naprawdę mniejszym problemem. 

Powinnam już kończyć, zanim stwierdzę, że lista top 30 filmów o podobnej tematyce też nie jest wcale złym pomysłem. A Wy? Oglądaliście którąś z wymienionych pozycji? Podobały Wam się? A może chcecie coś dodać do tej listy?