Dania wyspy ślubne

U południowych wybrzeży Danii, konkretnie w cieśninie Mały Bełt, leży maleńka (88,1 km2) wysepka, na której celebruje się miłość. Bez względu na płeć, narodowość i dowolne ich kombinacje. Love is love. Wszyscy są mili, nikt nikomu się nie dziwi, wyspa jest bajecznie piękna, miasteczka na niej mogłyby stanowić ilustrację do definicji sielskości. Mowa o Ærø – ulubionym europejskim kierunku dla tych, którzy z jakiejś przyczyny nie mogą się pobrać w swoim kraju, lub po prostu marzyło im się romantycznie uciec i wziąć ślub tylko we dwoje, lub w bardzo kameralnym gronie, unikając konieczności informowania i zapraszania wszystkich żyjących krewnych i znajomych z pracy. Takie Las Vegas, tylko zupełnie inne. Ciche, spokojne, czyste, kojące, romantyczne. Europejskie.

Kłótnie przedmałżeńskie

Zanim wyruszymy w podróż do Las Vegas Europy, omówmy krótko temat kłótni, bo to ważne. Zdarzają się w prawie każdym związku, prawda? U nas dosyć często, ponieważ osobiście uwielbiam epickie dramaty, histerie i rzucanie przedmiotami (do tego kiedyś wrócę). W moim związku zwykle wygląda to tak, że we mnie dojrzewa przez dłuższy czas potrzeba ognistej konfrontacji, potrzeba w końcu wybucha, na ogół w najmniej oczekiwanym momencie i atakuje ofiarę, czyli najczęściej Księcia, z zaskoczenia. Ofiara długo próbuje wykazywać cierpliwość świętego, rozładowywać starannie przeze mnie budowane napięcie i ogólnie łagodzić sytuację. Ma to oczywiście efekt odwrotny, moja żądza krwi rośnie wprost proporcjonalnie do książęcych wysiłków pokojowych, w końcu Książę wybucha, ja jestem już właściwie usatysfakcjonowana wyprowadzeniem strony przeciwnej z równowagi i mogłabym awanturę kończyć, ale wtedy jest już za późno, bo Dr Jekyll zmienił się w pana Hyde’a i nie zamierza odpuszczać. Dochodzi więc do scen absolutnie dramatycznych, z mojej strony zwykle są to groźby natychmiastowego rozstania (zanim ze sobą zamieszkaliśmy manifestowałam je głównie pakowaniem walizki, teraz ostentacyjnie ustawiam sobie łóżko w salonie) i od ostatnich czterech lat, rozwodu (ty będziesz się tłumaczył przed swoją mamą!), z jego okrutna, lodowata obojętność. W końcu on ustępuje. Musi, mamy to w niepisanym kontrakcie.

W każdym razie, zmierzam do tego, że niewiele brakowało, by ślub się nie odbył. Kilka dni przed przyjazdem Księcia do Europy potężnie się pokłóciliśmy, ja jak zwykle kiedy nie mogę doprowadzić do natychmiastowej kapitulacji przeciwnika, sięgnęłam po drastyczniejsze środki przekazu i poinformowałam ukochanego, że może się w ogóle nie fatygować i nie przyjeżdżać. Przeciwnik był już tak rozjuszony, że stwierdził, że nie ma problemu, on się nigdzie nie wybiera. Zimna wojna trwała przez trzy dni, w końcu mój narzeczony stwierdził, że jestem potworną jędzą, ale jednak jego jędzą, więc owszem, zamierza tą swoją jędzę poślubić. Przyjechał.

Kolejna kłótnia miała miejsce sekundy po tym, jak wyszliśmy z domu i wsiedliśmy do samochodu. Po sprawdzeniu wielu opcji, wyszło na to, że najłatwiej dotrzeć na Ærø samochodem i promem. Owszem, możnaby lecieć do Kopenhagi, lub nawet Hamburga i stamtąd jechać wynajętym samochodem, ale po rozważeniu wszystkich za i przeciw, postanowiliśmy cały dystans pokonać samochodami, z jednym noclegiem po drodze, już w pobliżu przystani promowej. My jako para jechaliśmy jednym, a moi Rodzice (pełniący również rolę świadków) z wujkiem drugim. Logiczne wydawało mi się, że to ja powinnam prowadzić samochód przynajmniej do polsko – niemieckiej granicy, bo najzwyczajniej w świecie znałam drogę, nie musiałam korzystać z nawigacji, a i tak plan zakładał, że w pewnym momencie się zmienimy. Od razu zaznaczę, że mój mąż lubi, kiedy prowadzę, nigdy nie ma problemów z oddaniem mi kierownicy, co więcej spokojnie zasypia na fotelu obok, co przy innych osobach raczej mu się nie zdarza. Tym razem jednak uparł się, że to on poprowadzi. Na nic zdały się wszystkie logiczne argumenty. W dodatku wziął popsuty kabel do ładowania swojej komórki, co oznaczało, że istnieje ryzyko, że po przekroczeniu polskiej granicy się pogubimy. Pierwsze co zrobił po wyjechaniu spod domu, to spytał mnie o drogę. Wpadłam w szał. Po paru minutach stanęliśmy gdzieś po środku pola, wysiedliśmy z samochodu i zaczęliśmy na siebie wrzeszczeć. W końcu postanowiliśmy jednak jechać do tej Danii, a ja przejęłam kierownicę. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać dopiero za Berlinem.

Na szczęście była to nasza ostatnia kłótnia przed ślubem, a cała reszta podróży przebiegła w bardzo miłej atmosferze. Noc spędziliśmy w Sønderborgu, a następnego dnia rano wjechaliśmy w Fynshav na prom płynący na ślubną wyspę. Ærø przywitało nas przepiękną pogodą, mimo połowy września temperatura przekraczała 20 stopni, a słońce panoszyło się na bezchmurnym niebie. Wyglądało na to, że dzień ślubu będzie równie idealny. Krótko po zakwaterowaniu się (ja, Książę i Rodzice zajęliśmy jeden apartament z dwoma sypialniami, niecałe 10 minut od Ærøskøbing, z kolei mój wujek, który zdecydował się być częścią wycieczki już po tym, jak zrobiłam rezerwację, musiał zadowolić się pokojem w szalenie urokliwym domku w miasteczku Marstal. Wspominam o tym, ponieważ różne miejsca zakwaterowania doprowadziły do całkiem zabawnej sytuacji, ale do tego jeszcze dojdziemy.

Ærøskøbing – Las Vegas Europy

Po zostawieniu bagaży pojechaliśmy do Ærøskøbing, gdzie dzień przed ślubem mieliśmy dopełnić ostatnich formalności w Danish Island Weddings – wspaniałej firmie zajmującej się umożliwianiem pobrania się przypadkom beznadziejnym, takim jak my. Prowadzą ją trzy siostry, Louise, Yuki i Anna, wspaniałe, niesamowicie życzliwe i ciepłe kobiety, do których od razu zapałałam ogromną sympatią. Złożyliśmy kilka podpisów i aż do następnego dnia byliśmy wolni. Zaczęliśmy się leniwie przechadzać po przepięknym miasteczku, które wyglądało trochę tak, jakby stało się ofiarą klątwy snu, jak w Śpiącej Królewnie. Prawie nie widzieliśmy mieszkańców, a większość sklepów była pozamykana, przez co kolorowe, bajkowe domki sprawiały jeszcze bardziej nierealne wrażenie. Naprawdę, bez względu na to, czy macie problemy z wzięciem ślubu, czy nie, powinniście choć raz w życiu pojechać na Ærø. Nie bez powodu wyspa ta trafiła na bucket list magazynu Cosmopolitan, jako jedno z 55 miejsc, które trzeba odwiedzić, a także doczekała się wzmianki w Vogue’u.

buty ślubne
Pantofelki Kopciuszka łapiące szczęście na parapecie

Do wieczora wałęsaliśmy się po wyspie, chłonąc relaksującą i uspokajającą atmosferę. Nigdzie nam się nie spieszyło, pogoda w dalszym ciągu była łaskawa, cieszyliśmy się lekką nadmorską bryzą i pysznymi rybami w barku Røgeri. Cudownie było nic nie musieć, nie martwić się organizacją wesela, gośćmi, urzędnikami, po prostu niczym. Podejrzewam, że jako jedna z bardzo nielicznych panien młodych spałam tej nocy spokojnie i głęboko. Wcześniej postawiłam nasze ślubne buty na parapecie, podobno w nocy przez okno wchodzi w nie szczęście, a to się przecież zawsze przyda.

Następnego dnia wstaliśmy dość wcześnie, ceremonia miała odbyć się kwadrans po jedenastej (a czytałam gdzieś, że śluby o niepełnej godzinie przynoszą pecha… widać szczęście z butów zneutralizowało), zjedliśmy śniadanie i zaczęliśmy się szykować. Znowu malowałam i czesałam nie tylko siebie, ale również Mamę. Uzbroiłam się w całą masę amuletów (nieistotne, czy jestem przesądna, czy nie, uwielbiam te wszystkie ślubne tradycje) i oczywiście tradycyjnie miałam na sobie coś starego, coś nowego, coś pożyczonego i coś niebieskiego. Stary był pierścionek mojej ukochanej Prababci, który dała do zrobienia jubilerowi z kolczyka – jedynego, który się ostał z pary, drugi musiała sprzedać w czasie wojny, żeby mieć za co kupić dzieciom jedzenie. Piękny turkus otoczony diamentami nieudolnie zalanymi żywicą przez niekompetentnego rzemieślnika. Pożyczona była zwyczajna wsuwka do włosów, podobno pożyczać należy od kogoś, kto sam jest szczęśliwy w małżeństwie, więc padło na młodszą kuzynkę mojej Babci. Jeśli chodzi o niebieskości, wiedziałam, że założę ukochane spinki z małymi, niebieskimi, kryształowymi motylkami, które kupiłam sobie jeszcze na początku podstawówki i jakoś przetrwały ze mną do dzisiaj.

Nowe poza suknią (swoją drogą biorąc pod uwagę, że nie udało nam się zorganizować ślubu w Polsce i nie mieliśmy nawet uroczystego obiadu po ceremonii, byłam jeszcze bardziej zadowolona z wyboru – moja sukienka na ślub cywilny była wprost idealna) i majtkami były oczywiście buty – z początku rozważałam espadryle, ale nie byłam pewna pogody, więc stanęłam przed prawdziwym wyzwaniem. Nie wiedzieć czemu, buty ślubne dostępne w Polsce są po prostu brzydkie. Rozumiem, że w większości przypadków nie widać ich spod sukienki, ale to nie usprawiedliwia ich odpychającej estetyki. Bielizny też nie widać, a jednak miło, jak jest ładna! Gdybym wyprawiała wesele na pewno kupiłabym po prostu buty taneczne, do standardu, albo do łaciny – są zdecydowanie ładniejsze i zgrabniejsze niż to, co oferują zwykłe sklepy i “salony” ślubne, a przynajmniej miałabym gwarancję, że wytrzymam w nich całą noc. Pamiętam, że na studniówce w pewnym momencie przebrałam ozdobne czółenka na swoje buty taneczne i jako jedna z nielicznych wytrzymałam na obcasach całą noc – wszak trza być w butach na weselu (i studniówce). W każdym razie mimo że nie planowałam wesela, opcję butów tanecznych rozważałam jako rozwiązanie awaryjne. Na szczęście krótko przed naszym wyjazdem do Danii, Tata był służbowo w Singapurze – jeśli ktokolwiek z Was czytał “Bajecznie bogatych Azjatów” (jeśli nie, to polecam bardzo szybko nadrobić! Kevin Kwan jest moim pisarskim guru!), zapewne wie, że to Singapur jest prawdziwą mekką wielbicielek mody. Tata niestety na modzie się nie zna, ale telefon z aparatem posiada i czasami wykazuje dobre chęci. Dzięki temu udało mi się dostać buty, jakich pozazdrościłby mi sam Kopciuszek.

Mój już wkrótce w pełni legalny mąż miał być gotowy wcześniej i pojechać po mojego wujka, ja w tym czasie miałam założyć sukienkę, dokończyć przygotowania i wraz z Rodzicami pojechać na miejsce. Przy okazji mieliśmy małą awarię – Tata zapomniał zabrać ze sobą spinek do mankietów (próbował obwiniać o to Mamę, w końcu mogła mu przypomnieć, że koszula na spinki wymaga… spinek…), na szczęście Anna z Danish Island Weddings (DIW) zapewniła, że coś znajdzie i rzeczywiście czekała na nas z trzema kompletami do wyboru. Wracając do spotkania pod urzędem (a właściwie pod Old Merchant’s Court, gdzie firma organizowała kameralne ceremonie), pamiętacie jak pisałam, że różnice w geograficznym położeniu naszych kwater doprowadziły do zabawnej sytuacji? Książę wraz z moim wujkiem dojechali na miejsce jako pierwsi i razem, elegancko ubrani, czekali pod umownym urzędem. Przypadkowi turyści, przekonani, że to para homoseksualna bierze ślub zaczęli im gratulować i robić zdjęcia. Kiedy dotarłam na miejsce mój ukochany wyraźnie odetchnął… A następnie zadał mi pytanie – czy chcę zrobić wielkie wejście? Dziewczyny od DIW, z którymi już się przywitał, spytały, czy wejdziemy razem, czy życzę sobie, żeby on czekał na mnie już w środku, żebym mogła zrobić wielkie wejście. Nie miałam ułożonej choreografii na taką okoliczność, więc łaskawie pozwoliłam narzeczonemu wejść wraz ze mną.

Fast wedding

Cała ceremonia razem z następującym po niej piciem szampana trwała w sumie 15 minut. Moja Mama wreszcie uroniła kilka łez wzruszenia, złożyliśmy podpisy, wymieniliśmy się obrączkami, które dostaliśmy w prezencie ślubnym od mojej Babci (w naszej kulturze kwestie tego, kto kupuje obrączki reguluje tradycja – jest to pan młody, ale ponieważ w pakistańskiej kulturze obrączki nie są nawet popularne, to mieliśmy całkowitą dowolność, a Babcia bardzo chciała kupić nam prezent ślubny, więc wydawało się to optymalnym rozwiązaniem) i wreszcie staliśmy się mężem i żoną. Po 8 latach związku, powitaniach i pożegnaniach na różnych lotniskach, po licznych perypetiach – wreszcie nasza wspólna przyszłość miała szanse powodzenia. Zawsze irytuję się, kiedy słyszę, że dzień ślubu to najważniejszy i najszczęśliwszy dzień w życiu, nadal się z tym nie zgadzam, ale nie ukrywam, że byłam w tamtym dniu naprawdę wyjątkowo szczęśliwa.

Prosto z ceremonii udaliśmy się do rzekomo najlepszej (ja się z tą opinią nie zgadzam, jedzenie było zaledwie poprawne) restauracji na wyspie – MUMM. Niestety dowiedzieliśmy się, że otwierają dopiero po czwartej, więc zarezerwowaliśmy stolik na obiad weselny na późniejszą godzinę. Kolejne godziny spędziliśmy krążąc po uliczkach Ærøskøbing i później w okolicach latarni morskiej, pozując do zdjęć. Mimo że ani moja Mama, ani na wpół ślepy wujek do najlepszych fotografów nie należą (w dodatku półślepemu wujkowi trafił się lepszy aparat, a Mama, która czasami zrobi naprawdę fajne zdjęcia korzystała z jakiegoś zabytku), bardzo lubię efekty tej amatorskiej sesji, na większości zdjęć oboje jesteśmy beztrosko uśmiechnięci, o co w moim przypadku jest dosyć trudno, bo uważam, że kiedy próbuję się uśmiechać, wyglądam jak nieślubne dziecko Jacka Nicholsona i hamburgera. Kiedyś nawet szukałam porad w internecie, żeby nauczyć się uśmiechać jak człowiek, ale jedyne, do czego mój mały research doprowadził, to stwierdzenie, że nie jestem jedyna i wiele osób nienawidzi swoich twarzy w wersji uśmiechniętej. Na zdjęciach z Ærø wyglądam o dziwo całkiem znośnie.

sesja ślubna na plaży
Bardzo lubię to zdjęcie, ale zdradzę Wam, że w tle (prawa strona przy krawędzi) leżały ubrane na czerwono zwłoki, które w magiczny sposób załapywały się na każde ujęcie.

Po zapełnieniu kart pamięci zdjęciami różnej jakości, udaliśmy się wszyscy do naszego apartamentu – Mama zadbała wcześniej o zakup rabarbarowego (kocham rabarbar!!!) placka, który pełnił funkcję tortu i który jako młoda para razem pokroiliśmy. Kiedy przyszedł czas zarezerwowanej obiado-kolacji, żadne z nas nie miało już ochoty stroić się w ślubne umundurowanie i pojechaliśmy w wersji sportowej – w moim przypadku była to bluza z królikiem i szorty. Podejrzewam, że gdybym uruchomiła procesy myślowe przed wyjazdem, zabrałabym ze sobą jakąś sensowną sukienkę na przebranie, ale pech chciał, że oprócz sukni ślubnej wzięłam ze sobą tylko szarawary na podróż, kilka topów, szorty i bluzę. Kiedy weszliśmy do restauracji, kelnerka obrzuciła nas zdezorientowanym wzrokiem i zapytała, gdzie jest młoda para. Na szczęście pozwoliła nam usiąść i złożyć zamówienie.

Zgubiona obrączka

Następnego dnia rano obudziłam się obok mężczyzny w obrączce. Było to bardzo dziwne przeżycie. Kiedy wszyscy już się zebrali, ruszyliśmy znowu do Ærøskøbing, gdzie mieliśmy zjeść śniadanie przed wyjazdem do przystani promowej. Siedząc na fotelu pasażera przypominałam sobie poranek i to, w jaką konsternację wprowadził mnie widok żonatego mężczyzny w moim łóżku. Mimowolnie spojrzałam na dłoń mojego męża i… nie miał obrączki!

– Kochany mężu, gdzie masz obrączkę?
– Nie wiem, Ty mi powiedz – uśmiechnął się głupkowato i wyciągnął rękę, jakby naprawdę wierzył, że mu ją zabrałam. Ogarnęło mnie przerażenie. Pal licho symbol małżeństwa, przesądy i inne głupoty, ale przecież to prezent ślubny od mojej Babci!
– Nie mów, że ją k***a zgubiłeś!
– Nie masz jej?!

Na sygnale wróciliśmy do hotelu, chwilę po nas moja rodzina i wszyscy zaczęliśmy gorączkowo przeszukiwać pokoje, hol, schody, ogromny żwirowy parking. Bez powodzenia. Właścicielka obiektu powiedziała, że mamy się nie martwić, ona będzie szukać z wykrywaczem metalu, aż do skutku. My już nie mieliśmy czasu, musieliśmy zdążyć na prom. Wściekła zadzwoniłam od razu do jubilera i poprosiłam o zamówienie duplikatu. Przyspawam mu. Albo poproszę Teściową, żeby trzymała w sejfie. Swoją drogą pani dotrzymała słowa i już wkrótce poinformowała nas, że odnalazła obrączkę na parkingu, pomysł z wykrywaczem metalu faktycznie miał sens. Krótko potem odesłała ją do Polski i odmówiła przyjęcia pieniędzy za przesyłkę. W podziękowaniu wysłaliśmy jej kwiaty, a ja do tej pory jestem zszokowana życzliwością i gościnnością mieszkańców tej małej wysepki.

Kiedy późną nocą wróciliśmy do domu, zastaliśmy bajkowy widok. Babcia udekorowała dom i ogród, zmieniając je w bajkową krainę rozświetlonych lampionów. Chwilę później wylatywaliśmy w podróż poślubną na Lanzarote – prezent ślubny od moich rodziców (podróż, nie wyspa).

Ærø – informacje praktyczne

okno starej kamieniczki
Urok starych kamieniczek Ærøskøbing

Jeśli z jakiegokolwiek względu rozważacie ślub w Danii, a tym bardziej na tej wyspie, całym sercem polecam zgłosić się do Danish Island Weddings – bez względu na to, czy interesuje Was pakiet podstawowy, czy marzycie o bajkowych zaślubinach w nieszablonowym miejscu, na przykład latarni morskiej, Louise, Anna i Yuki zrobią wszystko, żeby było idealnie. Widać, że ta praca to ich prawdziwa pasja i mimo że zorganizowały już tysiące ślubów (wg informacji na ich stronie – 2700), do każdego klienta podchodzą indywidualnie, nie robią nic na odczepnego.

Ślub w Danii – dokumenty

Jak już wspomniałam, będzie Wam potrzebny paszport. I tyle. Możecie zabrać ze sobą skrócony akt urodzenia (wersja skrócona zawiera tłumaczenie na język angielski, nie będzie problemu z tłumaczeniem). Ale jeśli to pominiecie, nic złego się nie stanie.

Jeśli chcecie po prostu zwiedzić naprawdę piękne miejsce, mam nadzieję, że przydadzą Wam się poniższe wskazówki:

Na wyspę najłatwiej dostać się promem z Fynshav (jeśli jedziecie samochodem od strony Niemiec) lub z Faaborg/Svendborg/Rudkøbing (jeśli zamierzacie dolecieć do Kopenhagi i dopiero stamtąd jechać samochodem) – nie jest to specjalnie drogie, bo na przykład za przewóz samochodu i czwórki pasażerów w obydwie strony zapłacimy 72 EUR. Bilety można kupić z wyprzedzeniem w internecie. Na wyspie warto mieć samochód lub rower, można wtedy dotrzeć we wszystkie jej zakątki. W razie czego jeżdżą też autobusy.

Z czystym sumieniem polecam kompleks apartamentów, w którym się zatrzymaliśmy, są nowoczesne, przestronne i naprawdę pięknie położone: Damgaarden Apartments, Borgnaesvej 4, Aeroskobing, Aero 5970 Dania. Jednak bez względu na to, gdzie się zatrzymacie, i tak wszędzie będziecie mieli blisko! Jeśli nie jesteście snobami, zdecydowanie polecamy bar rybny Røgeri! Koniecznie spróbujcie lokalnych wypieków, w tym tarty z rabarbarem 😉

Dużo fajnych wskazówek znajdziecie też na stronie Danish Island Weddings, jeśli zamierzacie spędzić na wyspie trochę więcej czasu, warto zerknąć.

Jak wybrać obrączki ślubne?

W poprzednich postach celowo pominęłam temat obrączek, mimo że rozważałam poruszenie go przy okazji polowania na suknię ślubną, ponieważ o dziwo stopień trudności jest dosyć zbliżony. Miałam jednak na uwadze to, że w tej historii obrączki odegrają rolę zgoła dramatyczną, więc poświęcę im tu odrobinę więcej uwagi.

Na oglądaniu obrączek w internecie spędziłam wiele godzin, dostawałam oczopląsu oglądając obrączki złote (chociaż w kulturze muzułmańskiej mężczyzna nie może nosić złota, ale popatrzeć sobie mogłam), obrączki srebrne, obrączki tytanowe, z platyny, z palladu… aż w końcu udało mi się zawęzić wybór. Niestety, nikt mnie nie uprzedził, że w salonach typu Kruk, czy Apart termin realizacji wynosi nawet 5 tygodni. One does not simply buy wedding rings… Rozumiem, że grawer może chwilę zająć, ale byłam święcie przekonana, że obrączki się po prostu kupuje. Na miejscu. Bez oczekiwania. Świat jak zwykle zweryfikował moje poglądy. Zupełnym przypadkiem trafiłyśmy jednak na jubilera Wielochę w Gdyni – miejsce z naprawdę piękną i nietuzinkową biżuterią, a także bardzo ładnymi obrączkami, zarówno produkcji własnej, jak i Breuninga (tą markę wybrałam), Saint Maurice oraz Alfieri & St. John. Czas oczekiwania był krótszy niż dwa tygodnie, a obsługa w sklepie szalenie miła.

Obrączki ślubne – wzory

Jeśli chodzi o sam wybór – pamiętajcie, że obrączki z żółtego złota, czy nawet ze złota w ogóle nie są obowiązkowe. Jeśli jesteście tradycjonalistami, to będzie jedyny element biżuterii, który będziecie nosić każdego dnia przez całe życie (ja zakładam, jeśli mam taki kaprys i pasuje mi to do stroju i pozostałych akcesoriów, mój mąż nie nosi w ogóle, obydwie jego obrączki, ta odnaleziona i ta domówiona leżą w sejfie), więc wypadałoby, gdyby Wam się one podobały. Możecie wybierać nie tylko wśród surowców (każdy kolor złota, srebro, platyna, ale też tytan i bardzo atrakcyjny pallad), ale też wzorów i zdobień. Na przykład moja wewnętrzna sroka zażyczyła sobie więcej diamentów, więc moją obrączkę, oprócz ciekawego trójwymiarowego szlifu, zdobią trzy malutkie diamenciki. Dziewczyny, weźcie też pod uwagę, że obrączka nie powinna się gryźć z pierścionkiem zaręczynowym, nawet jeśli, tak jak ja, będziecie ją nosić na drugiej ręce. Panowie – trochę czasu minie zanim przyzwyczaicie się do krążka na palcu, ale postarajcie się stłumić sobie odruch wykręcenia obrączką kilkuset kilometrów, bo to może się źle skończyć, możecie na przykład zgubić ten symbol wiecznej miłości w ciągu niecałej doby po ślubie, a nie każda żona jest tak cudownie, anielsko wyrozumiała jak ja…

Mam nadzieję, że wytrwaliście ze mną do tego momentu i chcecie dalej towarzyszyć mi w moich już nie ślubnych (chociaż…) przygodach! Po więcej zdjęć zapraszam Was na mojego Instagrama!