Oświadczenie na dobry początek:

Powyższe zdjęcie zrobiła cudowna Emilia z CLstudio i przedstawia ono moją ukochaną nauczycielkę tańca – niezrównaną Martę Nowicką. Wybrałam je nie tylko dlatego, żeby było pięknie, ale też jako przeciwwagę do moich mało popularnych poglądów. Wiem, że wielu z Was może się ten post po prostu nie spodobać. Jest dla mnie niezwykle ważne, żebyście wiedziały, że nie napisałam go po to, żeby oceniać, czy krytykować osoby o poglądach innych, niż moje. Szanuję kobiety, które decydują się zostać matkami i w wielu przypadkach naprawdę dostrzegam piękno macierzyństwa. Po prostu z pełną świadomością stwierdzam, że nie jest to droga dla mnie. 

Dziecioo(d)porna

Znacie książki Emily Giffin? Jest autorką między inny “Czegoś pożyczonego” i “Czegoś niebieskiego”. Bardzo lubię jej twórczość, jest to typowa babska literatura, która jednak często porusza dość trudną tematykę. W jednej ze swoich książek, o cudownym tytule Dziecioodporna (Baby proof) opisuje historię pary, która zgodnie stwierdziła, że nie chce mieć dzieci. Potem mężczyźnie się odmieniło, co doprowadziło do rozpadu związku. “Na szczęście” kobieta później zmądrzała i stwierdziła, że jednak posiadanie słodkiego dzidziusia z mężczyzną, którego się kocha to szczyt szczęścia i wszystko skończyło się happy endem. Nie dla mnie. Mnie zakończenie osobiście ubodło i poczułam się przez pisarkę oszukana. Zwłaszcza, że wcześniej pisała bardzo mądrze, na przykład wprowadzając rozróżnienie między childless (określenie, które może sugerować, że osoba, bądź para jest wybrakowana przez nieposiadanie dzieci), a childfree (implikujące z kolei, że brak dzieci wiąże się z wolnością, a także delikatnie sygnalizujące, że dziecko może być czymś szkodliwym – w końcu określenia x-free zwykle używa się, żeby zareklamować czystość produktu – na przykład wolny od SLSów, lub glutenu). 

Niestety cały ten cudowny, lingwistyczny wywód został zepsuty przez zakończenie, które, przynajmniej dla mnie, sugeruje, że posiadanie dzieci jest stanem naturalnym, więc to osoba, która ich nie chce powinna zmienić swoje podejście. Oczywiście jest to zrozumiałe, jeśli skupimy się na argumentach stricte biologicznych i ewolucyjnych – jeśli choćby zerkniemy na emocjonalne aspekty tej kwestii, sprawa znacznie się komplikuje. Jak już się na pewno zorientowaliście, ten post będzie trochę cięższy niż poprzednie. Niewykluczone, że duża część internetu będzie chciała, jak ostrzega Kasia, odgryźć mi głowę. Próbujcie.

Ponieważ ten post będzie nie tylko rozrywkowy (bo tego przecież nie może zabraknąć), ale też chwilami bardzo poważny, trochę emocjonalny i refleksyjny, chciałabym zaprosić do współpracy moją wyjątkową przyjaciółkę, doktor seksu (konkretnie doktor nauk społecznych ze specjalizacją w seksualności, ale doktorat z seksu brzmi lepiej, prawda?) Marię Woźniak. Chciałabym, żebyście posłuchali co w temacie macierzyństwa, ciąży, a także jej zapobiegania ma do powiedzenia specjalistka. Być może ktoś z was będzie chciał skorzystać z jej rady lub wsparcia, a wydaje mi się, że dr Marysia z chęcią jej udzieli, bo jest cudownym, empatycznym człowiekiem, który walczy o prawa i zdrowie młodzieży.  Naszą rozmowę możecie przeczytać TUTAJ.

Zanim przejdę dalej, od razu zaznaczam, że nie zamierzam w tym tekście rozwodzić się nad “madkami” i “bombelkami”. Nie chciałabym też, żeby dyskusja w komentarzach przerodziła się w festiwal hejtu pod adresem młodych mam, bez względu na ich techniki wychowawcze. Owszem, temat „madek” jest bardzo nośny, można by pisać i pisać, na pewno byłoby nam wszystkim wesoło, część zyskałaby więcej argumentów, żeby mi odgryźć głowę, lub zamiennie, wbić na pal, ale wierzę, że i tak będzie ciekawie, a domorośli naśladowcy Vlada Tepesa już i tak mają dość powodów, żeby mi nawrzucać. Ot, choćby mojego pakistańskiego męża (w tym wypadku powinni się jednak cieszyć, że nie planuję kalać krwi polskiej). W każdym razie rozrywek typu awantura o świeżaki szukajcie gdzie indziej. Ja napiszę o tym, czemu ja nie chcę mieć dzieci i co na to NATO. 

Jeszcze jedno wyjaśnienie: nie krytykuję moich znajomych i przyjaciół, którzy zdecydowali się rozmnożyć, jest to ich wybór. Od niedawna nawet toleruję część dzieci, a (jeszcze mniejszą) część lubię. Podejście zaczęło mi się zmieniać dzięki Ani – mam nadzieję, że pamiętacie moją wspaniałą świadkową – która jak się wkrótce po moim nowojorskim ślubie okazało, przeleciała dla mnie pół świata będąc w pierwszych tygodniach pierwszej ciąży. Teraz jest wspaniałą matką dla dwóch chłopców. Do tego moja przyjaciółka z liceum, wcześniej przeciwniczka posiadania dzieci, również zdecydowała się sobie jedno sprawić (i biorąc pod uwagę temperament jej latorośli, chyba na tym jednym się skończy) i tym samym zyskałam Szatanicę, nazwa w pełni zasłużona. I jakkolwiek moja Szatanica mnie zachwyca, kiedy terroryzuje otoczenie, wbija swojej mamie kły w szyję, wyje potępieńczo, rysuje ludziom po rękach pentagramy i cieszy się złowieszczo na mój widok, sama bym takowej posiadać nie chciała. W dużym uproszczeniu możemy stwierdzić, że jestem na to zbyt wygodna. 

Moja decyzja

Oczywiście sprawa jest dużo bardziej skomplikowana. Nigdy nie chciałam mieć dzieci, nie bawiłam się lalkami wożąc je w wózku, nie marzyłam o dużej rodzinie. Kiedy Skrzetuski zapowiadał Helenie, że będą mieli trzynaścioro dzieci, dostawałam mdłości i jeszcze silniej kibicowałam Bohunowi. Kiedy w książkach, lub filmach jakaś para doczekiwała się potomstwa, traciłam zainteresowanie i zaczynałam do bohaterów podświadomie odczuwać niechęć. Ilekroć śniło mi się, że jestem w ciąży, budziłam się z krzykiem, całkowicie zlana potem i nierzadko wymiotowałam. Samo wyobrażenie, że mogłabym mieć dziecko sprawia, że wpadam w kompletną panikę. Nie wiem z czego to wynika, pamiętam, że kiedy mając 8 lat dostałam pięknego kota – moje pierwsze zwierzątko, przez wiele dni nie chciałam na niego nawet spojrzeć (mimo że o nim marzyłam) – potwornie bałam się odpowiedzialności, a także tego, że on kiedyś umrze. Na pewno z dzieckiem miałabym podobne obawy. Ale przede wszystkim przeraża mnie to, że w momencie przyjścia na świat dziecka, zmieniłaby się moja rola. Stałabym się matką. Nie byłabym już po prostu sobą. Trochę tak, jakbym musiała odstąpić komuś rolę pierwszoplanową w moim filmie. Zanim powiecie, że brzmię jak potwór, zastanówcie się, co jest lepsze. Moje realistyczne, samokrytyczne podejście i świadome stwierdzenie, że nie chcę być matką, czy zrobienie sobie dziecka celem pokazywania go w różnych stylizacjach na Instagramie? A po sesji oddawanie go pod opiekę babci, żeby móc w tym czasie imprezować, robić sobie rzęsy, paznokcie, makijaże permanentne i setki selfie. 

Wreszcie kwestia tego, w jakich czasach żyjemy. Wygląda na to, że najlepsze co możemy zrobić dla planety to właśnie rezygnacja z dzieci. To raz. A dwa: kiedy ja chodziłam do szkoły, dzieci były okrutne. Wyśmiewały się z innych, potrafiły zaszczuć tak, że ich ofiary przestawały chodzić do szkoły. I to wszystko nie mając do dyspozycji internetu, instagrama, youtube’a… W dzisiejszych czasach, żeby mieć pewność, że dziecko sobie poradzi, trzeba wychować je na bezwględnego potwora, szczególnie, jeśli jest dziewczynką. Ja się tego nie podejmuję. 

Do tego, jak już pisałam nie raz, mam naprawdę cudownych Rodziców. Rodzice moi na perspektywę zostania dziadkami reagują z podobnym entuzjazmem jak ja na perspektywę zostania matką. Uwielbiam ich miny, kiedy wścibscy znajomi pytają, kiedy wreszcie zostaną dziadkami. A jeszcze bardziej uwielbiam miny wścibskich znajomych, kiedy Mama przerażona odpowiada: oby nigdy!  Ale jak wiemy, jestem teraz również częścią pakistańskiej rodziny. A w Pakistanie dzieci to szczyt szczęścia i spełnienie każdej kobiety – zaraz, to chyba tak jak w Polsce? W dodatku jestem żoną syna pierworodnego, jedynego potomka płci męskiej, bo reszta rodzeństwa to siostry. No i nie da się ukryć, że przekroczyłam już 30stkę i komórki jajowe w nieskończoność czekać nie będą. 

Piękna kobieta w ciąży
Celem uprzyjemnienia Wam lektury, kolejne zdjęcie pięknej Marty, autorstwa równie pięknej Emilii z CLstudio.eu

Dziecko teściowej 

Zacznijmy od tego, że mój mąż też nie chce mieć dzieci. Kiedyś chciał, ale mu przeszło, mam nadzieję bezpowrotnie. Wprawdzie raz spytał, czy mi się nie odmieni, czy nie ma na to szansy, ale oczywiście nie teraz, tylko za kilkanaście lat, jakbyśmy oboje zmienili zdanie. Nie wiem, czy wspominałam, mój mąż jest szalenie inteligentny. Jest jednym z najinteligentniejszych facetów, jakich znam. Ale jest to inteligencja wybiórcza, biologii nie obejmująca. Wytłumaczyłam, że w trupa mogą się rozmnażać mężczyźni, u kobiety termin przydatności do rodzenia kończy się trochę wcześniej. Zaakceptował i więcej głupich pytań nie zadawał. Ja natomiast długo żyłam w strachu, że prędzej czy później Teściowa nie wytrzyma i zacznie naciskać. Ale jest to niesamowicie taktowna, elegancka i dyskretna kobieta, której chyba by to przez usta nie przeszło. Zwłaszcza, że powiedziałam kiedyś mimochodem siostrom Księcia, że nie zamierzam mieć dzieci. Nie spotkało się to z negatywną reakcją, a najstarsza szwagierka, która jest po ślubie dłużej niż my, też nie planuje mieć (przynajmniej na razie) potomstwa. A kiedy wścibskie pakistańskie ciocie się wypytują, kiedy zdecyduje się na dziecko, odpowiada im czarująco:

– Jak przestanę wychowywać dziecko mojej teściowej.

Kiedy to usłyszałam, stwierdziłam, że dziewczyna ma większe jaja, niż podejrzewałam. Tekst spodobał mi się okrutnie, czekam na sposobność, żeby móc go wykorzystać. Nie mam złudzeń, że będę musiała. Po pierwszej wizycie w Pakistanie mogę z całą pewnością stwierdzić, że większość naszych cioteczek o takcie nigdy nie słyszała i przy następnym spotkaniu (prawdopodobnie z okazji ślubu środkowej szwagierki) opadną mnie jak sępy i będą żądać informacji dotyczących moich dni płodnych. Książę powiedział, że w ostateczności zawsze mogę mówić, że jest impotentem. Myślę, że to doskonały pomysł, bo nie dość, że utnie temat dzieci, to jeszcze wyjdę na bohaterkę, która odrzuciwszy nie tylko własne potrzeby seksualne (do których porządna pakistańska żona przyznawać się i tak nie powinna), ale także możliwość spełnienia się w roli matki, tkwi przy tym wybrakowanym samczym egzemplarzu. Cudownego mam męża, prawda? Raz przetestowałam wersję złagodzoną na wyjątkowo upierdliwej koleżance przyjaciela mojego męża. Kiedy nie udawało mi się jej spławić, spojrzałam na nią załzawionymi oczami i drżącym głosem wyszeptałam: “próbowaliśmy… tyle razy… my nie możemy… proszę, nie bądź okrutna, twoje pytania sprawiają mi ból.” Widząc przerażenie na jej twarzy, wybuchnęłam perlisto-szatańskim (tak, ja tak potrafię) śmiechem i powiedziałam, że ma nie być wścibska, bo ja wścibskich ludzi nie lubię. Porzuciła temat.

Pakistańska kultura, a dzieci

Wróćmy do samego Pakistanu – czy naprawdę można nie mieć tam dzieci? 

To zależy. 

Pakistan jest tak niesamowitym i pełnym sprzeczności krajem, że odpowiedź na to pytanie mogłaby sama w sobie stanowić treść doktoratu z socjologii. Zacznijmy od tego, że jest to kraj teoretycznie muzułmański (chociaż stworzony został jako kraj otwarty dla wyznawców każdej religii, stąd również nazwa, która oznacza “czystą krainę”, czystą między innymi od systemu kastowego i prześladowań religijnych. W praktyce, w dzisiejszych czasach wygląda to trochę inaczej.). W islamie zarówno antykoncepcja, jak i nawet aborcja (oczywiście w ramach rozsądku) są przyzwolone – zdziwieni? Pamiętam, jak pisząc pracę magisterską o muzułmankach w Europie chodziłam na seminaria do madryckiego meczetu i spędzałam godziny w uniwersyteckiej bibliotece studiując prawa kobiety w islamie. Bardzo wiele informacji było dla mnie prawdziwą niespodzianką, wśród nich zdecydowanie te dotyczące przerywania ciąży. Aborcja jest więc w Pakistanie legalna, ale jednocześnie jest społecznie stygmatyzowana.

Jeśli chodzi o samą antykoncepcję – jest oczywiście dostępna, co więcej, Indie i Pakistan są jedynymi krajami na świecie (przynajmniej z tego, co wiem), gdzie jest dostępna pozbawiona hormonów, nie zawierająca sterydów i nie wywołująca efektów ubocznych tabletka antykoncepcyjna – Saheli (w hindi – przyjaciółka). W dodatku nie trzeba jej zażywać każdego dnia. Marzenie kobiet Zachodu. Mało? Pakistańskie szpitale oferują zabiegi sterylizacji dla kobiet. Często są one wręcz proponowane kobietom, po którymś z rzędu porodzie, żeby nie musiały zachodzić w kolejną ciążę, jeśli taka jest ich wola. Innymi słowy, jeśli nie chcesz mieć dzieci, masz dostęp do wszystkich możliwych środków, żeby ich nie mieć. 

A jednak, w obecnym roku szacunkowo na każdą kobietę w wieku rozrodczym przypadnie 3.6 narodzonych dzieci. Nie jest to najwyższy wynik na świecie, Pakistan znajduje się raptem na 40 miejscu, zaraz po większości krajów afrykańskich i Afganistanie, gdzie dostęp do antykoncepcji, o aborcji nie wspominając, jest ograniczony. Czyli albo kobiety chcą posiadać gromadki dzieci, albo żyją pod tak silną presją społeczeństwa. 

Wydaje mi się, że w grę wchodzi kombinacja tych dwóch czynników. O ile kobiety z niższych warstw społecznych mogą być stłamszone i zmuszane do rodzenia przez rodzinę męża i wścibskie sąsiadko-ciotki, to młode przedstawicielki wyższych klas, nierzadko kończące zagraniczne uczelnie i posiadające prace, mogą zwykle liczyć na wsparcie rodziny, która do pewnego stopnia będzie w stanie ochronić je przed ostracyzmem społecznym, pozostawiając im możliwość wyboru. Jak już wspomniałam, korzysta z niego (przynajmniej na razie) moja najstarsza szwagierka, która robi karierę w nowojorskim hedge fundzie. Czy podjęłaby podobną decyzję mieszkając w Pakistanie? Ciężko mi stwierdzić. Z tego co wiem, prawie wszyscy znajomi Księcia (przychodzi mi do głowy jeden wyjątek), którzy są już po ślubie dochowali się przynajmniej jednej sztuki potomstwa. Nawet jego młodziutka kuzynka, na której ślubie byliśmy krótko po własnym, dorobiła się już syna. I była to wyłącznie jej decyzja, ponieważ zarówno jej rodzina, jak i rodzina jej męża bardzo mocno namawiała ją do pójścia na uniwersytet. Nie wykluczam, że w dużej mierze jest to kwestia wygody. Nie chciałabym generalizować, ale spora część pakistańskich kobiet z wyższych sfer jest po prostu szalenie wygodna, a wręcz leniwa. Siedzenie cały dzień w domu, wypełnione oglądaniem pakistańskich telenoweli (nie polecam) i ploteczkami z koleżankami to dla nich wymarzony styl życia.

Wygodne macierzyństwo?

Ale jak to? Jakie oglądanie telenoweli, jakie ploteczki, przecież bycie matką to praca na 4 etaty! Oczywiście wiem! Widziałam na własne oczy, słyszałam na własne uszy. Ale tu właśnie dochodzą do głosu różnice kulturowo-społeczne. W Polsce matka jest najczęściej sama. Zwykle to kobieta bierze urlop macierzyński, ojciec siłą rzeczy dnie spędza poza domem i nie jest w stanie odciążyć młodej mamy. A nawet gdyby był, podejrzewam, że niejedna kobieta zastanowiłaby się dziesięć razy, zanim powierzyłaby dziecko opiece mężczyzny. Mnie mój tata prawie utopił w wannie, a poza tym nie rozumiał dlaczego jestem mało komunikatywna. Postanowił poczekać, aż będzie mógł ze mną jeździć na nartach, wcześniej byłam dla niego średnio atrakcyjnym towarzystwem. Oczywiście, są babcie. Ale te babcie już wychowały przynajmniej jedno dziecko i opieka nad kolejnym nie należy do ich obowiązków. Mogą pomóc, oczywiście, ale nie przejmą, a przynajmniej nie powinny, roli matki. 

To jak to wygląda w Pakistanie? Dziecko rodzi się w rodzinie. Stanowi własność i obowiązek rodziny. Od momentu powrotu ze szpitala do domu jest otoczone masą kobiet w różnym wieku. Matka ma szczęście, jeśli uda jej się chociaż na chwilę wyrwać latorośl ze szponów troskliwych cioteczek. Trochę jak w nadgorliwej komunie. Kiedy wspomniana wcześniej kuzynka Księcia rodziła, moja Teściowa, wraz z dwiema córkami poleciały specjalnie do Pakistanu z Nowego Jorku, żeby pomóc przy dziecku. Dzieci naprawdę traktowane są tam jak ósmy cud świata i chętnych do opieki nigdy nie brakuje. Faktycznie, nic tylko rodzić, rodzić i rodzić. 

Miejcie jednak na względzie, że mówimy o ludziach uprzywilejowanych. W biednych rodzinach, gdzie każdy stara się zarobić chociaż kilka rupii na życie, nikt nie ma na to czasu. Co więcej, te kilka rupii czasami nie wystarczy nawet na wyżywienie powiększającej się rodziny. Historie o ojcach popełniających samobójstwo (czasami po uprzednim podaniu dzieciom zatrutego mleka), ponieważ nie byli w stanie wyżywić rodziny są niestety dosyć powszechne. Paradoksalnie, jak już wspomniałam, to właśnie w biedniejszych rodzinach kobiety rzadziej mogą decydować o tym, czy chcą zostać matkami. 

Z tą refleksją chciałabym Was na dzisiaj zostawić. Razem z Dr Marią Woźniak zachęcamy Was również do przeczytania naszej rozmowy o instynkcie macierzyńskim, oczekiwaniach społecznych i metodach antykoncepcyjnych. Mam nadzieję, że nikogo powyższym postem nie uraziłam, ponieważ nie leżało to w mojej intencji. Jestem szczerze ciekawa Waszych poglądów na temat macierzyństwa, dzieci i wszystkiego, co się z tym wiążę, dlatego mam nadzieję, że dacie się zaprosić do dyskusji w komentarzach. A ponieważ skończyliśmy dość poważnie, dla rozweselenia w tym tygodniu na Instagramie będę publikować nasze (Książę też się załapie!) zdjęcia z dzieciństwa!