Wymarzone wakacje

Na wakacje życia pojechaliśmy z Księciem w maju 2014 roku. Z uwagi na ich wyjątkowość, zajmą kilka kolejnych postów i, co gorsza, pozwolę sobie na absurdalnie długi wstęp. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie.

Przede wszystkim pierwsza połowa 2014 roku to był dla mnie bardzo specyficzny okres – w grudniu 2013 porzuciłam – z lekkim żalem i ogromną satysfakcją – swoją pierwszą pracę, która miała w założeniu otworzyć przede mną drogę do spełnienia marzeń o dyplomatycznej karierze, a de facto kazała mi zweryfikować moje zawodowe aspiracje. I przy okazji wpędziła mnie w lekką nerwicę, ale z tym tematem zmierzę się przy innej okazji.

W momencie rzucania nie miałam za bardzo pomysłu co dalej, aczkolwiek żywiłam nieśmiałą nadzieję, że może ze znalezieniem kolejnej posady będzie ciut łatwiej – miałam już w końcu jakieś dobrze-wyglądające-w-CV doświadczenie. Niestety kolejne miesiące pokazały, że byłam w błędzie. To był ciekawy czas, podczas którego zostałam między innymi zaproszona na rozmowę w dosyć znanej międzynarodowej firmie, słynącej z tego, że chętnie zatrudniali osoby ze znajomością języków obcych. Firma owa uznała, że z moją znajomością hiszpańskiego i japońskiego, będę wprost wymarzoną kandydatką na posadę wymagającą operowania językiem… szwedzkim. Dostałabym słownik. A znam trochę niemiecki? Znam, jeśli akurat zaciekawi mnie jakiś artykuł w niemieckim Vogue’u, w przeciwnym razie nie. 

Plany wakacyjne

Równolegle, żeby nie zwariować i nie wpaść przypadkiem na pomysł nauki szwedzkiego, zaczęłam wraz z ukochanym snuć plany wymarzonych wakacji – takiej objazdówki po Europie. Na pewno już Wam o tym wspominałam, ale nie zaszkodzi raz jeszcze: Książę żyje w przeświadczeniu, że Europa to w sumie taki jeden mały kraj i po Europie się nie lata – jeździ się po niej. Bardzo długo próbowałam wytłumaczyć mu, że czas należy w pełni wykorzystywać, a nie marnować na staniu na autostradach. Kiedy już wydawało się, że przegram i zaczęłam nawet tworzyć prezentację multimedialną obejmującą wszystkie możliwe etapy trasy, czas przejazdu, dodatkowe przystanki i oczywiście miejsca docelowe, zdarzyło się, że miałam wypadek. Nic poważnego, ja się zamyśliłam, a bardzo sympatyczna pani wjeżdżająca na skrzyżowanie przede mną się z kolei rozmyśliła. Ja w owym zamyśleniu rozmyślenia nie zakonotowałam i w efekcie pysk mojego saaba wylądował pod tyłkiem prowadzonej przez niezdecydowaną panią Kii. 

Można powiedzieć, że pozornie najbardziej ucierpiał saab, który do tej pory wydawał mi się wozem pancernym, ale jakoś średnio twarzowo wyglądał po tej penetracji podwozia. Niestety prawda jest taka, że znacznie większy uszczerbek poniosła moja psychika i ego kierowcy. Do tamtej pory cierpiałam na syndrom “młodego kierowcy”, przekonanego o własnej potędze. Wypadki? Przecież nie mi, nie z moim refleksem! A tu okazuje się, że kilka promyczków słońca, lekkie zmęczenie i rozleniwiające dźwięki Buena Vista Social Club wystarczyły, żeby doprowadzić do niegroźnej, ale jednak stłuczki. A gdybym tak nie zauważyła człowieka? Albo gorzej, zwierzątka? Mimo że nie bałam się później jeździć i dosyć szybko wróciłam za kółko, wyraziłam stanowcze veto dla podróży przez Europę samochodem. I ułożyłam absolutnie bezbłędny masterplan lotniczy: Gdańsk – Paryż – Mediolan – Amsterdam – Murcja (stamtąd transportem lądowym przez Madryt do Barcelony) – Gdańsk. Byłam z siebie szalenie dumna, Książę podchodził do wszystkiego dosyć sceptycznie, ale argument o mojej nadwyrężonej samochodowo psychice zrobił swoje. 

Wiza 

Zanim jednak sfinalizowaliśmy nasze plany, decydując się na formę transportu i – przede wszystkim – daty, Książę, wciąż dyskryminowany posiadacz pakistańskiego paszportu, zaczął już składać podanie o wizę. Nauczeni przykrymi doświadczeniami z jego pierwszych przygód z polskim konsulatem, postanowiliśmy tym razem spróbować szczęścia z Konsulatem Niemiec. Miało to sens o tyle, że Książę planował lecieć Lufthansą lub LOTem, które zwykle zakładają przesiadkę w Niemczech, czyniąc je tym samym krajem wjazdowym. A ja jakoś tak głupio założyłam, że Niemcy będą mieli do tematu luźniejsze podejście…

Błąd. Jak być może wiecie, cudzoziemiec, który ubiega się o wizę Schengen musi przedstawić m.in. bilety lotnicze w obydwie strony i rezerwacje zakwaterowania na cały czas pobytu. Alternatywą dla tego drugiego jest oficjalne zaproszenie, ale przez wcześniejsze trudności w tym zakresie, właśnie tego staraliśmy się uniknąć. Mój Tata załatwił dla swojego przyszłego zięcia rezerwacje lotnicze na termin “pi-razy-drzwi”, zarezerwowaliśmy również pokój w jakimś pensjonacie, w którym można było anulować pobyt choćby dzień przed przyjazdem. I chyba nawet nie wymagali płatności z góry. Założyliśmy, że wiza Schengen jest przecież ważna przez trzy miesiące i termin “pi-razy-drzwi” nie będzie obowiązujący. Nic bardziej mylnego! 

Zdjęcie poniekąd historyczne 🙁

Przygoda z wizą c.d.

Okazało się, że Konsulat Niemiec wyznaje prawdziwie niemieckie zasady i Książę dostał wizę ważną tylko i wyłącznie w terminie “pi-razy-drzwi”. Średnio nam to było na rękę, ponieważ okazało się, że bardziej nam pasuje termin przesunięty o tydzień do przodu. Co oznaczało, że albo skrócimy wakacje o tydzień (o nie!), albo mój ukochany stanie się straszliwym przestępcą, który bezprawnie przedłużył sobie pobyt w Unii Europejskiej i tym samym nigdy nie dostanie amerykańskiego obywatelstwa. Ani kolejnej wizy Schengen. 

Dobrze zmotywowana zwykłam się wspinać na wyżyny kreatywności, a zarówno wizja skróconych wakacji jak i przestępczej przyszłości mojego wtedy-pewnie-już-nigdy-nie-męża okazały się dosyć solidnymi czynnikami motywującymi. Nie będę Was zanudzała szczegółami mojego genialnego planu, skupię się jedynie na dodatkowych rozrywkach, które nam (łącznie z moją Mamą) zagwarantował. I stwierdzeniu, że jakkolwiek miał pewne wady, w jego rezultacie nie musieliśmy skracać wakacji, a mój mąż jest Amerykaninem. 

Ciąg jeszcze dalszy

Rozrywki obejmowały zabranie mojego wykończonego podróżą lubego prosto z lotniska do Urzędu do Spraw (bynajmniej nie ochrony) Cudzoziemców. Urząd o dziwo nie był przesadnie przerażający, raczej tak w sam raz, a do tego po raz pierwszy mogłam się wcielić w rolę profesjonalnej tłumaczki. Kiedy już byliśmy na wakacjach (o ile dobrze pamiętam, akurat w Neapolu), do urzędu musiała się z kolei udać moja Mama (za co Ci Mamuś po raz kolejny, tym razem na forum publicznym dziękuję!), której czas oczekiwania starała się wynagrodzić czarująca scenka rodzajowa. Scenka obejmowała pewnego Brazylijczyka, który dopytywał pani urzędniczki, czy na zdjęcie (pobranie?) odcisków palców musi się stawić osobiście. Pani urzędniczka zblazowanym głosem odparła, że oczywiście nie musi, może sobie w zależności od preferencji wszystkie palce obciąć i wysłać pocztą. Brazylijczyk ponoć pozieleniał, ale Mamusia doceniła aspekt rozrywkowy. 

Mniej radosnych rozrywek doświadczał z kolei Książę, już w drodze powrotnej do Stanów. Jakkolwiek uzyskaliśmy w drodze moich makiawelicznych (no, może trochę przesadzam, ale tak mi ten przymiotnik akurat podpasował, tu Książę, tam Książę) machinacji zaświadczenie, które stwierdzało, że ten konkretny obcy pobyt na terenie UE przedłużył całkowicie legalnie, było ono po polsku, a strefę Schengen wyżej wspomniany delikwent opuszczał znowu przez Niemcy. Na szczęście oficerzy imigracyjni/emigracyjni, czy jak ich tam zwał, okazali się znacznie bardziej elastyczni niż pracownicy konsularni i po odpowiednim przesłuchaniu wypuścili obcy element na amerykańską wolność. A skoro mamy już i początek i niewątpliwy happy end, przejdźmy do środka, czyli do tytułowych europejskich wakacji. Konkretnie pierwszej ich odnogi. 

Zakochany Paryż

Przecież nie mogliśmy zacząć inaczej, prawda? Podobno pierwszy raz Paryż należy zobaczyć z mężczyzną, który zawsze będzie nas kochał. Dlatego ja na wszelki wypadek – chociaż jeszcze nieświadoma tego przesądu – udałam się tam (a właściwie zostałam zabrana) już w wieku ośmiu lat, z Tatusiem i Mamusią. Przyznam szczerze, że wtedy najbardziej interesował mnie Eurodisneyland, ale później jeszcze zdarzało mi się w różnym towarzystwie do Paryża wracać i w pewnym momencie nawet bardzo się w tym mieście zakochałam. I to taką miłością niezrównoważonej emocjonalnie nastolatki, która jest święcie przekonana że to Ten Jedyny (w tym wypadku To Jedyne) – planowałam naszą (moją i Paryża) wspólną przyszłość, oczami duszy widziałam jak podczas jesiennego semestru na Sorbonie spędzam ciemne deszczowe wieczory w jakiejś przytulnej kawiarni nad Sekwaną.

Z czasem zmądrzałam, ognista młodzieńcza miłość przerodziła się w nostalgiczny sentyment, ale było dla mnie oczywiste, że mój ukochany mężczyzna musi zobaczyć “mój” Paryż. Nie wzięłam niestety pod uwagę, że od mojej ostatniej wizyty trochę lat minęło i pewne rzeczy się pozmieniały…

Buzi? Bisous bisous?

Pokłóceni w Paryżu

Książę przetrwał wizytę w Urzędzie ds Cudzoziemców, przetrwał uroczy lot WizzAirem, przetrwał lądowanie gdzieś w szczerym polu (Beauvais owo pole się chyba nazywało), paskudną podróż autokarem z lotniska, przejażdżkę metrem i dojście do hotelu. W hotelu na widok typowych warunków francuskich trochę mu nerwy puściły. Niestety podczas tego wyjazdu zakwaterowaniem zajmowałam się głównie ja (na szczęście z wyjątkami), a musicie wiedzieć, że mam strasznego węża w kieszeni, bez względu na to, czy chodzi o moją kieszeń, czy cudzą – jeśli mogę cokolwiek zaoszczędzić – robię to! Z moich poprzednich doświadczeń z Paryżem wynikało, że dobre hotele są naprawdę, naprawdę drogie, a skoro hotel jest do spania, a nie do mieszkania, wystarczy znaleźć coś w dobrym miejscu i z łazienką. Książę niestety należy do tych bardziej wybrednych i kapryśnych, do tej pory nie wiem jakim cudem przetrwał w liceum obóz pod namiotem. 

Po zobaczeniu klitki z wątpliwej świeżości kocem na prześcieradłach, Księcia, delikatnie mówiąc, szlag trafił i nasze wspólne paryżowanie zaczął od tego, że się na mnie śmiertelnie obraził. Stanowiło to pewien problem, ponieważ w Mieście Zakochanych mieliśmy spędzić raptem dwa pełne dni, a mój ukochany potrafi się obrażać na troszkę dłużej. W przeciwieństwie do mnie – ja dążę do szybkiej eskalacji konfliktu, szkoda mi czasu na smętne dąsy. 

Paryż się zmienia

Na szczęście tym razem Jego Wysokość doszedł do słusznych wniosków, stwierdzając najwyraźniej, że nie będzie psuł nam wycieczki przez głupi hotel. Innymi słowy, wyraził chęć współpracy. I super. Niestety Paryż również miał w tym temacie coś do powiedzenia. Wyobraźcie sobie, że miasto pod moją, fakt – dosyć długą, nieobecność ośmieliło się zmienić. W sposób bynajmniej mi nie odpowiadający.

Poszliśmy na moje ulubione lody nad Sekwaną, przechadzaliśmy się, docelowo romantycznie, nad rzeką, leżeliśmy przytuleni na Polach Marsowych, ale coś było nie tak. Ukochanej przeze mnie Dzielnicy Łacińskiej praktycznie nie rozpoznałam. W pewnym momencie zaczęłam się gubić, kompletnie miasta nie poznając – że fajnie? Że mogłam je odkryć na nowo z ukochanym mężczyzną u boku? A gdzie tam. Paryż zdziadział. Nawet moje (wybaczcie te wszystkie zawłaszczenia, już tak mam, że jak coś mi się spodoba, to stwierdzam, że jest moje. Książę na przykład.) Montmartre dało się oszpecić typowym dla każdej stolicy europejskiej sklepom z tandetnymi pamiątkami. Próżno było szukać cudownego sklepu z porcelanowymi lalkami, w którym kiedyś, przecież wcale nie tak dawno, kupowałam dwie najpiękniejsze lalki do mojej kolekcji…

– Przecież możesz tyle o Paryżu napisać!

– powiedział Książę, zapytawszy tradycyjnie, jaki jest temat najnowszego wpisu na blogu. Czyżby? A co? No… że hotel był beznadziejny i o tych facetach, co nas zaatakowali…

Nie ma co. Cudne wspomnienia z Paryża. Brzydki hotel i banda rozjuszonych przeze mnie kryminalistów… A było to tak: 

Schodziliśmy właśnie w dół od Sacré-Cœur, kiedy podeszło do nas kilku mężczyzn, oświadczyli że są z Afryki i robią takie czarodziejskie bransoletki. Mój mąż jest człowiekiem szalenie miłym i uprzejmym, więc zamiast ich zignorować, z uroczym uśmiechem oświadczył, że nie, nie jesteśmy zainteresowani. Afrykańscy artyści uznali uśmiech za zachętę, mimo że teoretycznie mój wyraz twarzy powinien był temu zapobiec dosyć skutecznie i zaczęli nas otaczać. Powiedziałam bardzo stanowczo, że nic nie chcemy i mają nam dać spokój, niestety w tym czasie jeden z nich chwycił Księcia za rękę i próbował zapleść na niej afrykańsko-artystyczną bransoletkę. 

Zareagowałam szybko, wyrwałam książęcą rączkę z bransoletkowej opresji. Artysta wpadł w furię, doskoczył do mnie, Książę poniewczasie trochę, ale jednak zdał sobie sprawę z powagi sytuacji i stanął w mojej obronie. Byliśmy sami, wokół ani żywej duszy. Zrobiło się nieciekawie, dowiedziałam się, że jestem gównianą białaską, Książę chyba próbował deeskalować sytuację, ale nie do końca wiedział jak… Na ratunek przyszła klasyka polskiego kina (w tłumaczeniu oczywiście) – “odpierdol się, bo zawołam policję” – wysyczałam nie tracąc kontaktu wzrokowego z głównym przeciwnikiem. Nasi nowi koledzy nie wpadli na to, żeby powiedzieć, że to oni są policją i o dziwo zaczęli się niespiesznie oddalać, bluzgając jeszcze trochę pod nosem.

Chwilę szliśmy w milczeniu, każde na swój sposób kontemplując zaistniałą sytuację. Pierwszy odezwał się Książę:

– Ej, a czemu nie chciałaś, żeby mi zawiązali tę bransoletkę?
– No jak to? Przecież to był pretekst, żeby odwrócić naszą uwagę i nas okraść…
– Ach! A ja myślałem, że to jakiś magiczny rytuał voodoo i chciałaś mnie przed tym uratować!
– …

Ale to przecież Paryż…

No dobrze. Nie było tak zupełnie, do końca beznadziejnie. Przecież to mimo wszystko Paryż. Nie można się nie poddać jego urokowi w ciepłe majowe wieczory… Nie zmienia to jednak faktu, że wbrew moim pocżątkowym obawom – że zaplanowałam zbyt krótki pobyt w stolicy Francji – 2 dni w Paryżu okazały się w sam raz. Powiedziałabym, że opuszczaliśmy miasto bez żalu, ale to nie do końca prawda. Obydwoje byliśmy rozczarowani – Książę tym, jak naprawdę wygląda słynny Paryż, a ja tym, jak bardzo się on zmienił od mojej ostatniej wizyty. 

Na szczęście kolejny etap podróży miał nam to wszystko wynagrodzić. Lecieliśmy do Włoch! Cokolwiek by nas tam nie czekało, to przecież kraj, w którym wynaleziono pizzę i pastę! Musiało być dobrze! I było. Ale o naszej włoskiej przygodzie opowiem Wam za tydzień!