Już niedługo w księgarniach pojawi się moja książka Pakistańskie wesele, w której będziecie mogli przeczytać wszystko o przygodach nieokrzesanej, barbarzyńskiej Polki na skromnej (co to jest 800 osób, raptem najbliższa rodzina), trzydniowej uroczystości w stolicy pakistańskiego Pendżabu. Zanim jednak zabiorę Was do świata pakistańskich imprez, interwencji policyjnych i bolesnych wizyt w salonach piękności, zanim pokornie przyznam się przed Wami do wszystkich popełnionych tam przeze mnie faux pas (Bhabi*, nie rób tak! To nie wypada!), omówmy sytuację odwrotną. Zastanówmy się jak poradził sobie Książę na weselach polskich…

*Bhabi – żona brata

Polskie wesela

Uwielbiam wesela! Oczywiście pod warunkiem, że są cudze. Własnego, jak już wiecie, nie miałam i całe szczęście. Preferuję imprezy, na których nie jestem główną atrakcją i mogę się z nich w każdej chwili ulotnić. Ale jeśli tylko gospodynią jest ktoś inny – jestem w siódmym niebie. Ba! Przyznam się Wam bez bicia, że zdarza mi się wzruszyć na ślubach! Oczywiście nie wtedy, kiedy po raz setny słyszę tę samą kościelną składankę – Hymn o miłości (przy którym wygodnie nie wspomina się, że jego autor był chyba jednym z pierwszych zadeklarowanych antyfeministów w historii Kościoła), cud w Kanie Galilejskiej, niezręczne aluzje do przyszłego pożycia seksualnego nowożeńców i wreszcie życzenia owocnej prokreacji. Wzruszam się tak ogólnie, kiedy widzę przepiękną i przeszczęśliwą pannę młodą i pana młodego czerwonego z przejęcia, jak nastolatek przed pierwszą randką. Rodziców pary młodej ukradkiem ocierających łzy. Przez tę jedną chwilę życie głównych bohaterów jest bajką. A że później bywa różnie… No cóż. Z jakiegoś względu większość filmów kończy się właśnie ślubem i enigmatyczną formułką “i żyli długo i szczęśliwie”. Czyt. nie należy drążyć tematu.

Z osobą towarzyszącą

Niestety, na większości wesel, na które byłam zaproszona, z osobą towarzyszącą zresztą, występowałam solo, a następnie przyczepiałam się do grup sparowanych znajomych. Taka piąta (lub ogólnie nieparzysta) Maja u wozu. Na jedno wesele poleciałam z Mamusią. W sumie też było bardzo fajnie, ale jestem niemal pewna, że nie taką osobę towarzyszącą mieli na myśli zapraszający. Niestety, Książę do Polski przylatuje rzadko i stara się to robić na święta – wtedy dostaje prezenty.

Tym sposobem byłam sama na weselach dwóch najlepszych przyjaciółek, a nawet na weselu siostry jednej z nich (w sumie, z rozpędu, mojej jakby też – Monia :*). I to właśnie na tym weselu najbardziej odczułam brak ukochanego sierściucha u boku. Wyobraźcie sobie taką scenę – światła lekko przygasają, pojawia się hiszpański saksofonista, zaczyna grać nastrojową melodię (jeśli dobrze pamiętam – Moon River), robi się tak jakoś intymnie, przytulone pary na parkiecie i ja, stojąca pod filarem i podglądająca tę przepiękną scenę. Trochę z podziwem, trochę zazdrośnie. W sumie Książę pewnie i tak by nie zatańczył, ale mógłby stać obok, prawda? Ach, jakże ciężko być heroiną romansu!

Oczywiście to nie ma być post o weselach, na których Księcia nie było, tylko wręcz przeciwnie! O tych, na których jednak się pojawił. A zatem, do rzeczy!

Przypadek pierwszy – wesele w Nowym Stawie

Drzewo genealogiczne mojej rodziny jest dosyć skomplikowane, dzięki czemu posiadam na przykład dalsze ciocie i wujka (a może wujków, wiem o jednym), którzy są ode mnie młodsi. Teoretycznie możnaby mówić, że to dalsze kuzynostwo, ale pokoleniami wychodzi, że jednak nie. Jakiś czas temu jedna z moich młodszych cioć postanowiła wydać się za mąż. Poinformowała nas o tym z dwuletnim niemal wyprzedzeniem, do tego wybrała termin w sierpniu, krótko po moich urodzinach. Książę mógł więc zaplanować urlop, wziąć udział w uroczystościach weselnych (wraz ze swoją małżonką, teściami i uwielbiającymi go ciociami) a przy okazji zabrać małżonkę w ramach prezentu urodzinowego do Włoch (o czym będzie w drugiej części wpisu). Tak też uczynił. 

Tureckie kazanie

Znacie to określenie – siedzieć jak na tureckim kazaniu? To o moim mężu, tylko na kazaniu polskim. Przyjechaliśmy do Nowego Stawu z odpowiednim marginesem czasowym (co jeśli będą korki?), zaparkowaliśmy, po jakimś czasie udaliśmy się do kościoła. Zapobiegawczo zajęliśmy miejsca tak bardziej z tyłu. Co nie przeszkadzało ludziom się dziwnie na nas patrzeć. Nie wykluczam, że mój mąż był pierwszym Pakistańczykiem, który przekroczył progi kościoła św. Mateusza. W pewnym momencie spojrzenia stały się jakby bardziej intensywne, do tego towarzyszyły im podejrzane szepty. Już się miałam z lekka zirytować, kiedy od strony szeptowiska przybiegła moja ulubiona ciocia i powiedziała, że bardzo przeprasza, że jej rodzina się tak patrzy, ale właśnie pytali jej kim są ci piękni ludzie. Udobruchało mnie to, pozwoliłam się dalej podziwiać. 

Wreszcie, panna młoda wpłynęła do kościoła, msza się rozpoczęła. A chwilę później kazanie, niezbyt porywające. Mój mąż grzecznie wstawał i siadał razem ze wszystkimi, a siedząc bawił się parasolką. Wreszcie stało się – oto Baranek Boży, oto pełna skupienia cisza… Oto huk spadającej na podłogę parasolki. I oczy wszystkich zebranych na nas. Z kamienną twarzą zabrałam parasolkę z bisurmańskiego zasięgu. Chwilę później obok rozległ się drugi huk – to mój Tata zaczął bawić się swoją.

Na szczęście obyło się bez większych skandali, z kościoła wyszliśmy dobrowolnie, razem ze wszystkimi, już po skończonej uroczystości. I udaliśmy się do sali weselnej.

Miłość w Zakopanem 

Czy wspominałam kiedyś, że mój mąż pała nienaturalną, obsesyjną wręcz chęcią wyjazdu do Zakopanego*? Bo pała. I to wszystko zaczęło się od tego przyjazdu do Polski, kiedy każda stacja radiowa upierała się pomóc nam zapamiętać, że miłość żarzy (w?) twoje oczy, a każdy zespół weselny podjął decyzję o włączeniu piosenki do swojego żelaznego repertuaru. Książę stwierdził, że Zakopane to musi być cudowne miejsce, skoro piosenka o nim jest tak sławna. A mogli grać Chałupy welcome to… Nie grali. Grali Zakopane. Również na pierwszym polskim weselu Księcia. 

*Korzystając z okazji, bardzo dziękuję Czytelnikom z Zakopanego – Wasze pojawienie się na blogowej mapce wprawiło mojego męża w szampański humor.

Element obcy

Jak się domyślacie, Książę swoją “egzotyczną urodą” budził pewne zainteresowanie, szczególnie wśród lokalnych kolegów pana młodego. Jeden postanowił być odważny, podszedł, spytał, czy Książę ma fire (ileż ja się musiałam przez te wszystkie lata natłumaczyć, że w Polsce to jest jednak fire, a nie light), na co mój mąż, który z niewiadomych mi powodów czasami tak robi, odpowiedział po hiszpańsku, że si. Młodzieniec, szalenie z siebie dumny, powiedział na odchodnym gracias. I tak, zupełnie nieświadomie, Książę ztrollował system – już nikt nie był pewny skąd “ten inny” jest.

Pojawił się też jakiś dżentelmen, który kilka kroków od nas pomruczał sobie, że w Polsce to się mówi po polsku. Na nieszczęście dla niego, mruczenie uskuteczniał mijając akurat moją Mamusię. Myślę, że szczerze żałuje werbalizowania swoich lingwistycznych mądrości.

Zupełnie innego rodzaju zainteresowanie mój mąż wzbudzał wśród przedstawicielek płci pięknej, szczególnie tych nieco od niego starszych. Nie mam pojęcia jak i kiedy, ale nagle stał się ulubieńcem mamy pana młodego, która obdarowała go domowej roboty nalewką. Jak na dobrego muzułmanina przystało, bardzo się ucieszył. Ale był na tyle przyzwoity, że się fantem podzielił. 

Pierwsze polskie wesele (wraz z poprawinami) mogliśmy zaliczyć do udanych.

Sanktuarium Madonna della Corona

Przypadek drugi – wesele w Dobrym Mieście

To miało być najbardziej epickie wesele, na jakie zostałam zaproszona. Jedna z najpiękniejszych polskich tancerek orientalnych jakiś czas temu została stewardessą i zamieszkała w Dubaju. W chmurach poznała młodego hinduskiego stewarda, który w wolnym czasie wyrabiał sobie licencję pilota (już wyrobił). Zakochali się, wzięli ślub cywilny w jakimś rajskim miejscu (chwilowo nie mogę sobie przypomnieć gdzie), a następnie zaplanowali wesele w Indiach i ślub kościelny z weselem w Polsce, konkretnie w Dobrym Mieście. Zaproszone były też moje ukochane bellyżanki. I chociaż miało się ono odbyć krótko po mojej przeprowadzce do Nowego Jorku, nie zamierzałam przegapić takiej imprezy! No bo jak to! Nalot subkontynentalno-bellydancowy w Dobrym Mieście beze mnie? Mowy nie ma. Jedziemy! A właściwie lecimy. Książę zniósł moją decyzję z pokorą i nawet nie próbował protestować. I całe szczęście – bez niego nie byłoby nawet w połowie tak zabawnie!

Księżniczka i kebab

Wbrew temu, co może sugerować powyższy podtytuł, nikt nikogo od kebabów nie wyzywał. Nie denerwujcie się. 

Nie raz wspominałam o tym, że w przeciwieństwie do mojego męża nienawidzę się spóźniać. Jeśli mam dojechać z Gdyni do Dobrego Miasta i ma mi to zająć 2,5 godziny, wyjadę 3,5 godziny wcześniej, w razie gdybym miała natrafić na korki. Książę pogardza marginesami. Ale jeśli jedziemy na wesele moich znajomych, może sobie co najwyżej ponarzekać, najlepiej pod nosem, żeby mnie nie wkurzać. 

Wyszliśmy zgodnie z planem. Korków nie było, dojechaliśmy na długo przed czasem, a Książę zaczął narzekać. Że w sumie jest głodny, przecież do wesela jeszcze tyle czasu, on nie jadł od stu lat i z głodu padnie. A skoro mamy jeszcze godzinę czasu… chodźmy na kebaba.

I teraz wyobraźcie sobie. Kebab w Dobrym Mieście, najpierw wchodzę ja – długa miętowa suknia, taka bardziej księżniczkowa, moje najpiękniejsze kolczyki, pełen mejkap, wyjątkowo jak na mnie uczesana. Za mną kroczy wygłodniały bisurmański najeźdźca. Zamawiamy kebaba. Dodam tylko, że był to kebab polski – w Dobrym Mieście chyba nie ma cudzoziemców. Pan, który przyjmował zamówienie zgłupiał totalnie, nawet nie wiedział w jakim języku ma do mnie mówić, mimo że ja do niego zwracałam się po polsku. Istnieje możliwość, że po tym wydarzeniu przestał pić. To już nie te czasy, żeby po alkoholu widywać niewinne białe myszki, teraz w pijackim widzie trzeba mierzyć się z brązowymi diabłami. 

Wesele

Samo wesele było, zgodnie z przewidywaniami, przecudowne. Para młoda wyglądała jak z bajki. Przyjechała mama z bratem pana młodego i jego przyjaciele. Pierwszy taniec był niesamowity – po części lirycznej para młoda błyskawicznie przeszła do układu bollywoodzkiego. A to był dopiero początek! Halinka z ARS DANCE porwała wszystkich gości do wspólnej choreografii latino, a później bollywood – jak na filmach. Polska gwiazda tańca cygańskiego, Rada Bogusławska zrobiła prawdziwe show, a wszystkie bellydancerki zatańczyły z panną młodą improwizację do Shik Shak Shok. 

Mój mąż w tym czasie siedział przy stole i pił z nowymi kolegami wódkę. Aż został porwany do pociągu. W pewnym momencie pociąg zamarł, a na sali rozległy się dźwięki poloneza. Mąż mojej przyjaciółki zaczął mojemu krnąbrnemu ukochanemu tłumaczyć co się dzieje:

– To jest polonez, to znaczy, że…
– Wiem, wiem. W Pakistanie też tańczymy czasem pociąg. 
– …! To żaden pociąg! To polonez! To tradycja…
– Aha. 

I tym sposobem mój pakistański mąż na polsko-hinduskim weselu zatańczył poloneza. Doceniam podwójnie, ponieważ do bhangry – tradycyjnego pendżabskiego tańca, nawet się nie podniósł. 

Co dalej?

Dwa wesela polskie, jedno (a właściwie dwa, ale niepełne, więc może 1 i 1/3) pakistańskie i jedno marokańskie (pakistańsko-nepalskie w Maroku) – tyle na razie mamy na naszym małżeńskim “weselnym koncie”. Mam nadzieję, że z czasem wspólnych imprez przybędzie, bo okazują się źródłem wspaniałych atrakcji. Przynajmniej dla mnie. Ale mam nadzieję, że Wam też się dobrze o nich czytało!

Kochankowie z Werony

Należy Wam się część podróżnicza. Teoretycznie mogłabym pisać o kebabie w Dobrym Mieście, albo opisać Nowy Staw, który jest bardzo urokliwym i ciekawym miasteczkiem (jest w nim na przykład opuszczony browar, bardzo fotogeniczny), ale zdecydowałam się zabrać Was do Włoch. Tam, gdzie spędzaliśmy moje trzydzieste pierwsze urodziny. Wspominałam już o tym przy okazji wpisu o urodzinach (prezentach i innych nieszczęściach), dzisiaj przyszła pora, żeby napisać trochę więcej. 

Za pierwszym razem, kiedy pojechaliśmy do Włoch, byliśmy w Wenecji, Florencji, Pizie, Neapolu i Rzymie (tylko kilka godzin). Na nasze drugie włoskie wakacje wybrałam Weronę i okolice jeziora Garda. 

Po pierwszym dniu spędzonym w upalnej Weronie, stwierdziliśmy, że na Julię i Romea się nie nadajemy – nie podobało nam się. Po prostu. Miasto jest prześliczne, ale nudziliśmy się w nim. Może to nie był nasz moment na Weronę. W każdym razie, po kilku godzinach bezcelowego włóczenia się od kawiarni do kawiarni, wsiedliśmy w nasz śliczny wypożyczony kabriolecik – Volskwagena Maggiolino (garbusek) i zaczęliśmy jeździć dookoła jeziora Garda. 

Balkon Julii w Weronie

Najlepsza pizza

W pewnym momencie obydwoje okrutnie zgłodnieliśmy, chwilę później, kierując się znakiem na drodze, odbiliśmy w górę, przejechaliśmy przez środek placu i zostawiliśmy samochód kawałek dalej, na wąskiej drodze. I weszliśmy na kompletnie pusty plac. Niczym kowboje z westernu, wchodzący po raz pierwszy do miasta na Dzikim Zachodzie. Przy placu znajdowała się Pizzeria Apollo – to do niej kierował znak ustawiony przy głównej drodze. Wspominam o niej, ponieważ zjedliśmy tam absolutnie najpyszniejszą pizzę z owocami morza w moim życiu. Jeśli kiedyś będziecie nad Gardą, spróbujcie koniecznie! 

Przez kolejne dni kręciliśmy się w okolicy, w nieskończoność objeżdżaliśmy jezioro, zatrzymywaliśmy się wszędzie, gdzie tylko nam się spodobało (i było gdzie zaparkować), odkrywaliśmy nowe restauracje i jedliśmy gelato. I absolutnie nic nie musieliśmy.

Wymarzony widok

Rok wcześniej znalazłam w internecie przepiękne zdjęcie sanktuarium na skałach. Od razu wysłałam ukochanemu, który odpisał tylko: zabierz mnie tam! Zaczęłam szukać co to w ogóle za miejsce. Okazało się, że Sanktuarium Madonna della Corona na masywie Monte Baldo, we Włoszech. Potem o tym zapomniałam i kompletnym przypadkiem wpadło mi znowu do głowy podczas jednej z naszych przejażdżek. Wcześniej nie miałam nawet pojęcia, gdzie dokładnie we Włoszech to jest, ale góry wznoszące się nad jeziorem jakoś tak mnie natchnęły. Okazało się, że byliśmy tuż obok!

Książę trochę narzekał na pomysł wspinaczki we włoskich upałach, ale wydaje mi się, że widok mu wszystko wynagrodził – był nieziemski! Polecam Wam jeszcze bardziej niż pizzę!

Historia tego niezwykłego miejsca sięga XV wieku, kiedy znajdowała się tam pustelnia. Pierwszy kościół zbudowano tam w 1530 roku, a niespełna wiek później zmieniono go w sanktuarium. Świątynia w środku jest bardzo ascetyczna, a jedną z jej ścian stanowi skała. Mimo obecności turystów, wokół panuje kojąca cisza, pozwalająca w pełni docenić górski majestat. Sama droga do sanktuarium jest przyjemna, chroniona przed słońcem przez gęste korony drzew. Znajdziecie na niej schowane wśród skał przystanki drogi krzyżowej. 

Welcome do Gardaland

Kiedy w dzień moich urodzin pojechaliśmy do Gardaland – włoskiego parku rozrywki, przywitały nas dźwięki tej piosenki. Została z nami na dłużej: Książę podśpiewywał ją jeszcze przez wiele dni. Ma to drugie dno – garda w urdu dosłownie znaczy kurz i jest to słowo używane na określenie haszu. Jak widzicie, całkiem niewinna piosenka nabrała zupełnie innego znaczenia. 

To teraz trochę o włoskiej krainie haszu. Rollercoastery nie mogą się równać z tymi amerykańskimi, ani nawet z tymi z brytyjskiego Thorpe Park. Sam park jest dużo starszy i ewidentnie dużo “tańszy”, ale jest… włoski! Oznacza to między innymi, że było to jedyne wesołe miasteczko, w którym zjadłam dobry obiad. Ale nic w tym dziwnego – we Włoszech nie ma chyba niedobrej pizzy. Może wyrabianie niedobrej pizzy jest prawnie karalne – nie znam włoskiego kodeksu karnego, ale dopuszczam taką możliwość na podstawie obserwacji.

Kiedy podczas naszej europejskiej objazdówki prosto z Włoch polecieliśmy do Amsterdamu, w jednej z ponoć lepszych tamtejszych restauracji Książę wymruczał: stacje benzynowe we Włoszech karmią lepiej niż wy… I miał rację.

Zamiast tortu urodzinowego dostałam jednorożcowe lody. Książę też sobie kupił. Próbował wynegocjować ze sprzedawczynią, żeby w różowo-błyszczącą masę nie wkładała lukrowanego rogu, ale była nieprzejednana. Lody były średnie, ale widok Księcia z jednym – bezcenny.

Pod wieczór złapała nas potworna ulewa, biegaliśmy w deszczu, śmialiśmy się, czasami chowaliśmy się w przypadkowych miejscach. Dzięki temu obejrzeliśmy pokaz żywiołów – przepiękne widowisko taneczne. Z parku wyszliśmy dopiero jak już zamykali i ruszyliśmy do Mediolanu.

Mediolańska klątwa

Już drugi raz mieliśmy nocować w Mediolanie i w ogóle nie zobaczyć miasta. Za pierwszym razem przedłużyliśmy nasz pobyt w Pizie, bo organizowali luminaria. Z hotelu w Mediolanie skorzystaliśmy właściwie tylko po to, żeby wziąć prysznic i zjeść śniadanie. 

Tym razem przyjeżdżaliśmy do tej stolicy mody dzień przed wieczornym wylotem i mieliśmy spędzić w niej prawie cały dzień. Ale tak nam się spodobało jeżdżenie nad jeziorem, że zamiast do centrum Mediolanu, pojechaliśmy nad jezioro Como i spędziliśmy popołudnie w Bellagio. 

Od razu powiem, że jezioro Garda podobało mi się o wiele bardziej. Natomiast w Bellagio zachwycił mnie opuszczony budynek hotelu Grande Bretagne. Może już się zorientowaliście, że mam słabość do ruin, opuszczonych budynków i tym podobnych cudowności. Jeśli nie – oficjalnie obwieszczam. Ten dawniej luksusowy hotel zrobił na mnie tak ogromne wrażenie swoim klimatem, że śnił mi się później jeszcze przez kilka miesięcy. Postanowiłam w końcu o nim trochę poczytać:

Grande Bretagne 

Budowa hotelu trwała kilkanaście lat, zakończono ją w 1873 roku. Swoim gościom oferował niebywałe w tamtych czasach luksusy, łącznie z windą (napędzaną energią wodną) i gazowym oświetleniem otaczających hotel ogrodów. W latach 30 tych ubiegłego wieku otwarto tam kasyno, a po II Wojnie Światowej – poważaną na świecie szkołę hotelarską. 

Upadek tego niezwykłego przybytku rozpoczął się w 1972 roku, kiedy przeszedł on w posiadanie władz Lombardii. Przez dwadzieścia lat funkcjonowała w nim jeszcze wspomniana wcześniej szkoła, ale w 1992 roku hotel został całkowicie zamknięty. Od tamtej pory coraz bardziej niszczeje. Od 2000 roku pojawiają się coraz liczniejsze plany renowacji i przywrócenia hotelu do dawnej chwały. Niektóre projekty są naprawdę interesujące, ale z tego co wiem, żadne prace jeszcze się nie rozpoczęły. Trochę to przykre, ale według mnie opuszczony budynek nadaje Bellagio niepowtarzalnego klimatu. Z jednej strony blichtr, drogie butiki i obrzydliwie bogaci ludzie sączący prosecco, z drugiej – mroczna tajemnica opuszczonego Grande Bretagne. Najgorszy scenariusz, który przychodzi mi do głowy to wyburzenie hotelu i zagospodarowanie terenu na nowo. Co o tym sądzicie?

Widok na jezioro Garda – tuż obok jedliśmy tę obłędną pizzę!

Do przeczytania za tydzień!