Czytaliście Rocky Road część pierwszą i drugą? Jeśli nie, proponuję nadrobić, bo niniejszy wpis będzie ich kontynuacją. Dla tych, którym się nie chce, krótkie podsumowanie. Pod koniec września 2006 roku poznałam mojego obecnego męża. Obecny mąż do 22 maja 2008 był kolegą a potem, nagle, z żaby zmienił się w chłopaka. Przez dwa tygodnie, z krótką przerwą na wychowawcze zerwanie pełnił tę zaszczytną, choć oficjalnie niezdefiniowaną funkcję. A potem… 

Nie czekaj na mnie

Potem wyjechałam z Cardiff, on został. Chyba nawet wygłosiłam jakąś płomienną przemowę w stylu “nie czekaj na mnie, bo ja nie będę”. Wróciłam do Polski, przepakowałam walizki (no dobrze, byłam tam chwilę dłużej niż godzinę) i wyruszyłam do Chile. W ramach przypomnienia, względnie uświadomienia nowych Czytelników: w Cardiff studiowałam hispanistykę i japonistykę. Trzeci rok mieliśmy (ja i inni studenci) spędzać na praktykach językowych. Ci, którzy studiowali tylko jeden kierunek językowy spędzali dwa semestry w jednym kraju, ja po semestrze na kraj. 

Na pierwszy ogień szedł kraj hiszpańskojęzyczny. Można było skorzystać z oferty Cardiff University i jechać do Hiszpanii na coś-w-stylu-Erasmusa, lub na własną rękę zorganizować sobie coś: studia lub praktykę studencką w dowolnym innym kraju, którego językiem urzędowym był castellano. Mój Tata akurat pracował w chilijskiej firmie, nawet tam trochę pomieszkiwał (czyt. miał tam mieszkanie, ale i tak większość czasu spędzał w podróżach służbowych np. do Chin, bo to przecież rzut beretem od Ameryki Łacińskiej) więc miałam się gdzie zatrzymać, a poza tym bez problemu przyjęto mnie w jego firmie na staż. Brzmi jak nepotyzm? Może, ale zapewniam, że starałam się mu tam wstydu nie przynieść.

W każdym razie od czerwca do grudnia 2008 mieszkałam w Viñi del Mar i pracowałam w Valparaíso. Jeździłam na nartach, pozowałam do zdjęć, piłam wyborne chilijskie wina, a kiedy przyszła zima, pardon, lato, zajadałam się chilijskimi truskawkami, które są prawie tak dobre jak kaszubskie. Ba! Nawet udało mi się zdać chilijską podstawówkę i wreszcie zrobić prawo jazdy. Nie dawałam się za to podrywać gorącym Latynosom, nie zdążyłam zagrać w filmie i…  nie przestawałam tęsknić za moim niezdefiniowanym chłopakiem, który jakoś tak w międzyczasie zdążył się zdefiniować. Przez smsy, wspomnianego wcześniej antycznego messengera, maile i telefony. Jak ja nienawidzę rozmawiać przez telefon…

Ale po kolei.

Związek na odległość – podejście pierwsze

Mimo dramatycznych deklaracji o braku zobowiązań (z mojej strony) i braku żarliwych protestów względem tychże (z jego z strony), nie przestawaliśmy do siebie pisać. To nie były jeszcze czasy połączeń video z telefonów. Więc pisaliśmy smsy i spędzaliśmy godziny przy komputerze. Tyle jeśli chodzi o odzyskanie wolności. Ale to zrozumiałe, przecież formalnie nie zerwaliśmy, żegnaliśmy się w pełnej zgodzie i to raptem dwa tygodnie po pierwszym pocałunku. Mieliśmy prawo odczuwać pewien niedosyt, a zasada “co z oczu, to z serca” mogła działać z nieznacznym opóźnieniem. 

Byłam pewna, że odrobina czasu zrobi swoje. Zwłaszcza, że w perspektywie mieliśmy znaczną różnicę w strefach czasowych i koniec wakacji. Ja miałam zacząć pracować natychmiast po przyjeździe do Chile, Książę krótko po tym zaczynał studenckie praktyki w fabryce L’Oréal. Będziemy zajęci, będziemy funkcjonować w innych godzinach, kontakt w końcu wygaśnie. Dozgonnej miłości sobie nie obiecywaliśmy, ba, żadne ajlawiu, ani inne kocham cię jeszcze nie padło, nie będzie trzeba nawet odbywać rozmowy, która oficjalnie nasz związek zakończy. Po moim powrocie do Cardiff nawet nie musimy się spotykać. A bzdura! Związek na odległość kwitł w najlepsze, mimo moich licznych prób sabotażu.

M.I.A.

Jedną z najlepszych prób był… urlop. Otóż korzystając z uroków nepotyzmu, podczas mojego jakże krótkiego okresu zatrudnienia, wzięłam urlop. Pojechaliśmy wtedy z Tatą na narty do Termas de Chillán. O nartach w Chile napiszę znacznie więcej w dalszej, “turystycznej” części tego wpisu. Termas, które na mapie wydaje się całkiem blisko, de facto leży jakieś 600km od Viñi. Na pewno nie jest to ośrodek na jednodniowy wypad. W każdym razie, korzystając z tego, że znajomy Taty miał tam śliczną chatkę (w której kiedyś, przy okazji innego pobytu, zrobiłam z siebie skrajną idiotkę z powodu pająka, ale o tym chyba nie musicie wiedzieć), pojechaliśmy z Tatą. Przed wyjazdem poinformowałam mojego chłopaka, że wyłączam telefon na tydzień, nie będę odbierać smsów, internetu tam w ogóle nie ma, życzę sobie odciąć się od wszystkich i wszystkiego i nie interesuje mnie specjalnie, czy on będzie z tego powodu cierpiał, czy nie.

Nevados de Chillán, chyba rok przed opisywanymi wydarzeniami sądząc po braku kasku.

Tak też uczyniłam. Były to w ogóle pierwsze narty po złamaniu nogi i muszę przyznać, że najlepsze w życiu. Spodziewałabym się jakiejś traumy, lęków, ostrożnego niezdecydowania, ale nie. Jeździłam cały czas na środkach przeciwbólowych (nie ukrywajmy – kolano jeszcze nie było na to wszystko gotowe) i w kasku, więc nic mnie nie bolało, upadki nie były mi straszne, najczarniejsze trasy wydawały się po prostu ciekawym wyzwaniem. Wieczorem piliśmy z Tatą przy kominku dobre chilijskie wino. W środku nocy budził mnie chłód i potworny ból – wszystkie obtluczenia, naciągnięcia i oczywiście kolano dawały o sobie znać. Połykałam wtedy następną tabletkę, wkopywałam głębiej pod kilka kocy, a rano znowu byłam gotowa na dziką przygodę.

Alive, dramat w Andach

Był kiedyś taki film dokumentalny o ludziach, którzy rozbili się w Andach i z braku innych możliwości ratunku postanowili zjeść swoich mniej… Dobra. Nie musicie o tym wiedzieć. To w ogóle dygresja sprowokowana przez nagłówek. Tak naprawdę miało być o dzikiej przygodzie. Pewnego dnia wraz z Tatą popełniliśmy straszną głupotę. Absolutnie nie jestem z niej dumna, jest mi strasznie wstyd, ale opowiem Wam o niej ku przestrodze. Żebyście nigdy nie wpadali na równie głupie pomysły.

Nevados de Chillán to bardzo duży ośrodek, tras do wyboru jest mnóstwo, niektóre bardzo długie. Z poprzedniego pobytu zapamiętałam taką trasę-nie trasę. Można było przejechać kawałek poza wytyczonymi trasami (wszyscy i tak tamtędy jeździli) i przedłużyć tym samym i tak już najdłuższą z nich – Las Tres María. Dojechaliśmy z Tatą do zapamiętanego przeze mnie początku nie-trasy. Akurat wchodziła tam grupa snowboardzistów, czyli miejsce kojarzyłam dobrze. Snowboardziści bardzo próbowali nas zniechęcić (nie mieliśmy nart freestyle’owych, ale z tego co pamiętałam, nie były one tam potrzebne), my wiedzieliśmy lepiej. Dwójka dorosłych, teoretycznie odpowiedzialnych ludzi. Pojechaliśmy. 

Wiecie, że stoki w górach się zmieniają? Ja też teoretycznie wiedziałam. Ale nie byliśmy przygotowani na aż taką zmianę. Trasa, którą udali się snowboardziści była dla nas absolutnie nie do zrobienia, zresztą, jechali jakoś inaczej niż to sobie zapamiętałam. Wybraliśmy wariant karkołomny, ale teoretycznie możliwy (tutaj moja drobna obserwacja – czasami jazda bez honoru, na krechę i z zamkniętymi oczami jest naprawdę lepszym rozwiązaniem… Mój Tata próbował walczyć, korzystać z techniki i bóg-wie-co-jeszcze a potem musiał zbierać siebie i narty po całkiem sporej powierzchni), z różnym skutkiem zjechaliśmy na dół i… utknęliśmy. Wokół żywej duszy, nigdzie nic nie słychać, nie widać stoków… Przez dobre dwie godziny błąkaliśmy się cali spoceni, zastanawiając się, czy mamy jakąkolwiek szansę na ratunek. Do trasy udało nam się dotrzeć cudem. Powyższy opis został celowo pozbawiony dramatyzmu, żeby nie było, że kreuję się na bohaterkę. Nigdy więcej bym czegoś takiego nie zrobiła.

W zasadzie mogłam to przeczytać wcześniej…

Powrót do (cyber)rzeczywistości

Kiedy już o włos uniknęłam spotkania ze śmiercią i wyszalałam się na nartach jak jeszcze nigdy, wróciliśmy do prozy życia. A ja włączyłam telefon. Byłam z siebie dumna. Przez tydzień ani razu nie sprawdziłam wiadomości. A czekało ich na mnie sporo… Książę chyba nie wierzył, że mogę być aż tak podła i faktycznie nie odzywać się przez tydzień. Ale w jego wiadomościach nawet nie było pretensji.  Tylko troska o mnie i jakiś taki potworny żal, który autentycznie mnie rozczulił. Natychmiast odpisałam, że jestem, że żyję i że przepraszam. I że już nigdy mu czegoś takiego nie zrobię. Wtedy chyba przestałam się oszukiwać i przyjęłam do wiadomości, że nie dość, że mam chłopaka, to chyba jeszcze chcę, żeby tak zostało.

¿Tienes pololo?

Teraz będzie krótko o Chilijczykach. To przemili, niesamowicie ciepli i… totalnie pozbawieni taktu ludzie. Od mojej pierwszej wizyty w Chile, każde poznanie nowej osoby (choćby była pośrednikiem nieruchomości) wiązało się z tym samym rytuałem: buzi w policzek (nawet sobie nie wyobrażacie jak długo zajęło mi przyzwyczajenie się do tego! I jak długo z tym walczyłam.), pytanie o to, co u mnie i natychmiast, bez czekania na odpowiedź, najważniejsze: czy mam chłopaka. Wymienne z “czy mam chłopaka w Polsce”. Raz, kiedy na pewnej imprezie użyto właśnie tego bardziej doprecyzowanego zamiennika, mój dobry kumpel, który to usłyszał, odpowiedział za mnie: Maja jest kosmopolitką, nie pytaj, czy ma chłopaka w Polsce, tylko czy ma go gdziekolwiek i czy tylko jednego. Dziękuję, JC, nigdy Ci tego nie zapomnę.

Podczas wszystkich poprzednich pobytów odpowiadałam, że nie i że nie chcę. Druga część odpowiedzi była wtedy z premedytacją ignorowana, a gościnni Chilijczycy robili wszystko, żeby mnie na czas pobytu z kimś zeswatać. Żebym na pewno się nie nudziła i żeby mi się w Chile podobało… Tym razem mogłam odpowiedzieć, że tak! Mam! Mam chłopaka, nie zawaham się go użyć i w ogóle dajcie mi święty spokój. Początkowo moi “gospodarze” odnosili się do tej informacji dość nieufnie, no bo jak to, przecież nigdy nie miałam, oni już mi tu kilku kandydatów naszykowali… Poza tym jestem tu na pół roku, co to za związki na odległość, może jednak spotkałabym się z Carlosem, Eduardo i innym Luisem. Nie? No dobra… 

Lektor dopowiada: w tym samym czasie, po drugiej stronie Atlantyku, pewien trwający w związku na odległość Książę odpierał bohatersko próby swatania ze strony pięćdziesięcioparoletnich pracownic fabryki, prawdziwych kobiet z Dolin (the South Wales Valley). 

Życie biurwy

Owe próby swatania miały miejsce wszędzie, łącznie z miejscem pracy. A właściwie przede wszystkim w miejscu pracy. Poza tym nie miałam się na co uskarżać. Pracowałam w świetnym dziale, ze wspaniałymi kobietami, które bardzo szybko mnie zaakceptowały.

Z początkowym zadaniem (aktualizacją bazy danych), które miało mi zająć dwa tygodnie, uporałam się w ciągu niecałych trzech dni, po których zaczęłam sama wyszukiwać sobie zajęcia – szefowa na pytanie o to, co mam dalej robić, kazała mi dzwonić do mojego chłopaka, bo na pewno tęskni. Dzwoniłam.

Chodziłam z ludźmi z pracy na wspólne lunche, zwiedzałam z nimi nieodkryte jeszcze przeze mnie zakątki Valparaíso, przygotowywałam urodzinowe niespodzianki… Podczas jednej najpierw zaangażowałam wszystkich młodych facetów z firmy do nadmuchania 31 balonów, a następnie wyskoczyłam z nimi (balonami, nie chłopakami) na moją szefową. Nikt mnie nie uprzedził, że akurat rozmawia z wizytatorką z zaprzyjaźnionej firmy z Wyspy Mann. Wizytatorka zamiast się przerazić – ucieszyła się straszliwie, w dodatku okazało się, że podobnie jak ja uwielbia Hello Kitty. Dzięki temu zorganizowałam sobie zajęcie na kolejne dwa dni. Ja, Polka, stałam się przewodniczką dla filipińskiej wizytatorki z Wyspy Mann po chilijskich miastach.

Brałam też udział w biurowym tygodniu mody (pomagałam wybierać “mundurki” dla kobiet z biura na następny sezon), rozmiękczałam serce szefa szefów przynosząc mu truskawki i rozładowywałam napięcia. Kiedy jedna z kobiet z mojego działu doprowadzona do wrzenia wykrzyknęła, że skąd ma wiedzieć, ona nie jest marynarzem (¡yo no soy marinero!), zanuciłam cichutko “soy capitán, soy capitán”. Po chwili cały dział tańczył i śpiewał La Bambę. Z okazji święta narodowego próbowałam się też nauczyć w biurze tańczyć cuekę (cueca). Z szefową wybrałam się nawet na wystawę polskich plakatów. 

Nawet kiedy Tata wyjechał i zostawił mnie na dwa miesiące samą, czułam się fantastycznie, otoczona przez wspaniałych i troskliwych ludzi. Nawet samotne wieczory były przyjemne – siadałam wtedy na tarasie i z 17stego piętra podziwiałam panoramę roziskrzonego miasta. Szalenie romantycznie… Jak na kobietę zakochaną przystało.

Niestety widok z 17stego piętra po konwersji Facebooka sprzed 12 lat trochę jakby się skurczył. W zamian inny widok z chilijskiego okna.

Uwielbiam Cię

Ale zanim osiągnęłam ten błogostan, a już po tym, jak się przekonałam, że jednak mi zależy, przeszłam przez małe, osobiste piekło. Nie ma nic gorszego niż nieodwzajemniona miłość. A pech chciał, że ja sobie tę oną miłość uświadomiłam, zanim usłyszałam te dwa (/trzy) magiczne słowa. Pamiętam nawet dramatyczny spacer wieczorową porą, kiedy słuchając szalenie egzaltowanych piosenek o miłości na słuchawkach, przemykałam mrocznymi zaułkami, myśląc, że on mnie na pewno nie kocha, przecież kochał tę-tamtą, a nawet jak mnie pokocha, to i tak nie tak bardzo jak tę-tamtą i borze szumiący, jak ja w ogóle mogłam do tego dopuścić?! Sami rozumiecie, spóźniony wiek dojrzewania, nastoletnie hormony właśnie dawały o sobie znać. Teraz jestem już trochę mądrzejszym człowiekiem (przynajmniej mam taką nadzieję). Wtedy jednak ciemne zaułki, pompatyczna muzyka i całkiem nieinteligentne myśli doprowadzały mnie do skraju obłędu. Postanowiłam zerwać. Najpierw prowadząc do awantury.

Awanatura udała mi się średnio, mój chłopak nie współpracował, wyśmiał obawy i zapewnił, że do tej-tamtej nigdy nie czuł nawet w połowie tego, co czuje do mnie. I powiedział też dużo innych rzeczy, które mogłyby się znaleźć w scenariuszach filmów dla nastolatek. Nieudaną awanturę zakończyłam deklaracją uczuć: poinformowałam, że go uwielbiam.

Dygresja! Cielęciem będąc otrzymałam od cioci (takiej oszukanej, bo wcale nie cioci, ale przecudownej) maskotkę misia z gigantycznymi szponami. Żeby mnie bronił przed chłopakami. Wraz z misiem dostałam złotą radę – nigdy nie mówić mężczyźnie, że go kocham. Nawet jeśli on (ten mężczyzna) powie to jako pierwszy. Nawet jeśli spyta! (Odpowiedz wtedy “oj nie wiem, nie wiem”.) Rady trzymałam się kurczowo, własnymi pazurami, więc nie było nawet mowy, żebym wyskakiwała z podobnymi wyznaniami!

Kocham Cię

Przez następne dwa tygodnie powtarzaliśmy sobie do znudzenia, że się uwielbiamy, czasami dopytując się, co dokładnie mamy na myśli. Tak, wiem, obrzydliwie słodkie. Uwielbialiśmy swoje oczy, włosy, głosy, dłonie, wszystko w sobie uwielbialiśmy. No absolutnie wszystko. Okropność. Któregoś dnia, zapytany o to, co dokładnie ma na myśli z tym uwielbianiem, odpisał po prostu, że mnie kocha. Ot tak. Zamurowało mnie całkowicie, potem postanowiłam wyznanie zignorować i przez jakiś czas na wszelki wypadek nie mówiłam nic nawet o uwielbianiu. Po co kusić licho. Po kolejnych dwóch tygodniach wymsknęło mi się przypadkiem, Książę natychmiast skorzystał z okazji i zaczął drążyć temat, zdenerwowałam się straszliwie i przestałam się odzywać. Wariatka, prawda?

Nie dał mi spokoju, zadzwonił. Spytał się o co mi chodzi i po co ten dramat. Wrzasnęłam, że jest potworem, mógł mi dać trochę czasu i się mnie nie czepiać i że niech ma, no, też go kocham i co? Zadowolony jest teraz? Wywołałam tym salwę nieposkromionej wesołości, która następnie zakończyła się najbardziej kompromitującą rozmową telefoniczną wszechczasów. Przez mniej więcej półtorej godziny powtarzaliśmy sobie nawzajem, że się kochamy. W tej chwili (w sensie teraz, w 2020 roku) zamarłam i zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby ten akapit usunąć i ratować resztki godności. Ale z uwagi na młodsze Czytelniczki – moje drogie, uważam się za istotę intelektualnie rozwiniętą w stopniu satysfakcjonującym i w momentach umysłowej trzeźwości i dystansu do samej siebie stwierdzam z całym przekonaniem: miłość i towarzysząca jej impreza hormonalna robią z mózgu budyń. U każdego człowieka. Nie ma sensu się o to obwiniać, hormony są po prostu od nas silniejsze. Jeśli możecie z nimi walczyć – walczcie, poniesiecie porażkę, ale po latach będzie Wam lepiej ze świadomością, że chociaż próbowałyście. 

W każdym razie kochał mnie. I ja jego też. Witaj euforio.

Odliczanie

Życie było piękne, Chile po imitacji zimy rozkwitało, na ulicach, na pospiesznie zbijanych straganach, pojawiały się truskawki a czas powrotu do Europy i do niego, do tego mojego chłopaka (który mnie kochał!) zbliżał się wielkimi krokami. Książę obiecał, że przyjedzie do Polski zaraz po świętach.

Oczywiście nie zamierzałam czekać, melancholijnie wpatrując się w ocean i wymieniając okropnie sentymentalne smsy (przykładowo życzenia z okazji 100 pierwszych dni razem, bo może on nie pamięta o miesięcznicach, ale liczy każdy “wspólny” dzień…) z ukochanym. Niesiona na skrzydłach miłości (dobra, już, musiałam) postanowiłam wycisnąć maksimum z reszty mojego pobytu w Chile, zostałam twarzą malutkiej firmy kosmetycznej prowadzonej przez koleżankę z pracy (co zupełnie nieoczekiwanie wywołało lawinę bardzo poważnych modelingowych propozycji, ale jakoś nie chciałam rzucać studiów i zostawać w Południowej Ameryce) i, co ważniejsze, postanowiłam wreszcie zrobić prawo jazdy. 

Jak zostałam kierowcą rajdowym

Zapisałam się na kurs – 5 godzin teorii i 10 godzin jazd. W weekendy Tata wypożyczał samochód i udzielał lekcji dodatkowych. Po pierwszych jazdach zastanawiałam się, czy kiedykolwiek odważę się jeździć z szaloną prędkością 40km/h – minimum wymaganym na egzaminie.  Kiedy w pierwszy weekend po rozpoczęciu moich jazd byliśmy na grillu u jego znajomego z firmy, w pewnym momencie syn gospodarza podniósł się i oświadczył, że jedzie do sklepu i czy coś chcemy. Zażartowałam (czy już Wam się kiedyś skarżyłam, że nikt nie rozumie mojego poczucia humoru? Na pewno! Tak tylko przypomnę), że ze sklepu nic nie chcę, ale ja poprowadzę. Chłopak kupił sobie nowy samochód miesiąc temu, a jednak wszyscy, z nim na czele, uznali, że to doskonały pomysł. Pojechałam. I jakoś tak głupio było z tym 30km/h. Rozpędziłam się do 80km/h, a potem było już tylko gorzej. Albo lepiej, zależy od punktu widzenia. Mój instruktor (ten prawdziwy, nie ten chwilowy) był zbyt zajęty komplementowaniem mojej urody (Latynosi są pod tym względem naprawdę niezłomni), żeby zwracać uwagę na to, jak jeżdżę, a ja z każdą lekcją odkrywałam coraz więcej uroków jazdy. Szybcy i wściekli, edycja Hyundai Getz.

Wykształcenie podstawowe

W końcu byłam gotowa. Egzamin miał się odbyć za dwa dni, a ja byłam wyjątkowo dobrej myśli. Do chwili kiedy dowiedziałam się, że żeby w ogóle podejść do egzaminu na prawo jazdy, muszę mieć zdaną chilijską podstawówkę. Względnie inaczej: muszę mieć ukończoną edukację podstawową, co z tego, że jestem na wymianie studenckiej, dyplomy nic nie dadzą, musiałyby być potwierdzane przez chilijskie Ministerstwo Edukacji, a to zajmuje zwykle około 5 miesięcy. Za niecałe dwa tygodnie miałam lecieć do Polski… Znajoma przyszła z odsieczą, załatwiając mi na cito egzamin w chilijskiej podstawówce. Pozostało mi tylko w ciągu jednego dnia nauczyć się całej historii Chile… 

Nie pytajcie mnie jak – zdałam. Może nie na tyle dobrze, żeby dostać się do elitarnego liceum, ale wystarczająco na to, żeby podejść do egzaminu na prawo jazdy. Trwał on (przynajmniej część praktyczna, o wszystkich innych trzeba byłoby pisać osobny post. Podczas części medycznej dostałam propozycję zagrania w filmie, bo syn lekarza był reżyserem i akurat odwiedzał tatę w pracy… Chile…) niecałe 12 minut, zgasł mi podczas niego silnik i dwa razy zignorowałam znak stopu. A wszystko to z nerwów. Dlatego, że egzaminator okazał się pierwszym Chilijczykiem odpornym na mój urok osobisty – na początku próbowałam słodko zagadać, że ja w sumie za dobrze po hiszpańsku nie mówię, więc gdyby mógł być wyrozumiały i w ogóle… (No co?! Takie rzeczy słyszałam o egzaminach w Polsce, że byłam gotowa zrobić z siebie idiotkę, byle tylko zdać i mieć to z głowy! Nie oceniajcie mnie.) Jego postawa była na tyle deprymująca, że zaczęłam się autentycznie stresować. Na koniec wypadł z mojego samochodu nic nie mówiąc, nawet nie kazał za sobą iść, o tym czy zdałam, czy nie nawet się nie zająknął. Byłam pewna, że nie. A tu psikus! 

Jeszcze trochę w temacie jazdy

Tata z córką – tak zwany Dream Team. Z racji dosyć częstego przewijania się w tym poście, Tata zgodził się na wykorzystanie jego wizerunku. Wszystko zgodnie z RODO.

Wiem, że miało być głównie o związkach, ale mam dla Was jeszcze jedną, krew w żyłach mrożącą (tak trochę) historię, szkoda byłoby jej nie opisać… Natychmiast po otrzymaniu upragnionego dokumentu, wysłałam moje “prawko” do Polski – jego ważność kończyła się wraz z ważnością mojej chilijskiej wizy i po przyjeździe do Polski miałam mieć dosłownie dwa dni na wymianę prawa jazdy na polskie. Mama w międzyczasie miała je dać do tłumaczenia przysięgłego. Oczywiście koniec końców wszystko i tak potoczyło się inaczej i tego już nie będę opisywać, ale istotne jest to, że prawo jazdy zrobiłam, ale go nie miałam.

Mimo to, kiedy wybraliśmy się z Tatą do San Antonio (mniejsze miasto portowe na południe od Valpo) ja prowadziłam. Tego dnia odbywała się jakaś pielgrzymka, ale nie byliśmy świadomi tego, że może to mieć na nas jakikolwiek wpływ. A jednak. Kiedy już wyjeżdżaliśmy z San Antonio, natrafiliśmy na policyjne blokady (o Boże, oni na pewno wiedzą, że nie mam prawa jazdy, to wszystko obława na mnie!!!) – stojąc w kolejce legitymowanych kierowców, dowiedzieliśmy się, że blokada nie dopuszcza do autostrady, która została całkowicie wyłączona z ruchu, bo idzie nią pielgrzymka. Nie mieliśmy jak wrócić do domu, ja nie miałam prawa jazdy, a samochód nie miał prawie benzyny, więc gubienie się po chilijskich bezdrożach nie wchodziło w grę. Tato? Co robimy? – Nakrzycz na nich tak, żeby zapomnieli spytać o Twoje prawo jazdy. 

Awantura o autostradę

Biedny policjant oberwał za zamkniętą autostradę, za to, że nie mam jak wrócić do domu, nikt mi nie mówił, że mogę mieć z tym problem, a w ogóle, to gdzie tu jest jakaś stacja benzynowa?!

O prawo jazdy nie spytał, przepuścił przez blokadę i pokierował do najbliższej stacji benzynowej, gdzie miałam poprosić jego kolegów o pomoc w dotarciu do domu… Jaki z tego wniosek drogie Panie? Do mężczyzn nie można po dobroci… (Żart! Panowie! Nie obrażajcie się!)

Na stacji benzynowej oddałam Tacie kierownicę i poszłam terroryzować następnych carabineros. Ci urzeczeni egzotycznym, awanturniczym zjawiskiem kazali po prostu jechać za sobą. Mój Tata miał okazję zabawić się w Vina Diesla – panowie policjanci, z włączonym kogutem przewieźli nas po wertepach z prędkością 120km/h. Skakaliśmy jak na filmach. (Cytując Clarksona – wiecie jaki jest najszybszy samochód świata? Wypożyczona Toyota Corolla. U nas to było jakieś Suzuki chyba.) W końcu dojechaliśmy do zupełnie pustej autostrady, którą, w drodze wyjątku, mieliśmy wrócić do domu. Tylko ostrożnie. Autostrada nie była wcale pusta – z naprzeciwka, w kompletnych ciemnościach szły pielgrzymkowe niedobitki. Wyglądało to absolutnie upiornie – jak na filmach o zombiakach. W pewnym momencie na przeciwległym pasie pojawiła się policja – spojrzeli na nas z bezbrzeżnym zdumieniem (no dobra, to już licentia poetica, ale zakładam, że byli naszą obecnością zdziwieni), ale nic nie zrobili. Do domu dojechaliśmy wykończeni, ale z kolejnym niesamowitym wspomnieniem do naszej tato-córkowej kroniki. 

Potem… Potem wróciłam do Polski (po nadaniu 20kg nadbagażu, który odprawiająca mnie stewardessa kompletnie zignorowała – nie wiem nawet, jak ma Pani na imię, ale mam nadzieję, że karma to Pani wynagrodzi!), zaczęłam wymieniać prawo jazdy na polskie, a po kilku dniach Jego Książęca Mość przybył z pierwszą, nie do końca dyplomatyczną, wizytą nad Wisłę. O czym opowiem innym razem, bo przecież muszę Wam jeszcze trochę napisać o samym Chile! (A wiecie, że ja naiwna planowałam zmieścić cały trzeci rok w jednym wpisie?!) 

Chile – przewodnik bardzo fragmentaryczny

W Chile byłam w sumie trzy czy cztery razy, ale za każdym razem w tym samym miejscu. Chile, w sensie geograficznym, jest jednym z najbardziej fascynujących państw świata. Ocean, Andy, pustynia, lodowiec i cztery strefy klimatyczne. 4300 kilometrów rozciągłości południkowej. Oznacza to mniej więcej tyle, że jeśli polecicie do Santiago i nie wynajmiecie prywatnego odrzutowca, nie zwiedzicie ot tak i Atakamy i Patagonii – dzielą je długie dni jazdy samochodem.

Poza tym w całym Chile mieszka niecałe 19 milionów ludzi. Połowa z tego zamieszkuje sąsiadujące ze sobą rejony Santiago i Valparaíso. Jak możecie z tego wywnioskować, reszta kraju nie jest zbyt gęsto zaludniona, a dużych miast praktycznie nie ma. Nawet Valparaíso, jedno z najważniejszych, obok San Antonio portów w Chile ma niewiele więcej mieszkańców niż Gdynia. Ode mnie dowiecie się tylko o okolicach chilijskiego “Trójmiasta” (Valparaíso, Viña del Mar i Reñaca), Santiago i oczywiście o nartach. ¿Listos?

Valparaíso

Pewnego razu w Valparaíso

Miasto legenda, zwane również Klejnotem Pacyfiku i (przez Pabla Nerudę) Mroczną Gwiazdą. Pełne pięknych, choć niezbyt zadbanych budynków, lekko dekadenckie, lekko rozleniwione, śniące piękny sen o swojej barwnej przeszłości. Zbyt zaspane, żeby być ciekawe, ale jednak chwilami fascynujące. Kiedy tam mieszkałam, miasto znajdowało się w fazie przejściowej – jeszcze zanurzone w dawnych czasach, jeszcze nie do końca gotowe na zmiany, ale już nie potrafiące powrócić do tego, co było. Fascynowały mnie ruiny skryte za pięknymi fasadami w samym centrum. To jak łatwo było przekroczyć niewidzialną granicę między bezpiecznym centrum, a mroczną, niebezpieczną dzielnicą, w której królowały nie całkiem legalne interesy. Urocze domki na wzgórzach, restauracyjki skryte w nieoczekiwanych miejscach. Znajomi opowiadają mi, że miasto się zmieniło. Zostało wyrwane ze swojego słodkiego letargu i zmuszone dostosować się do dzisiejszych czasów. Piękne ruiny zostały wyburzone, na ich miejscu zbudowano nowoczesne budynki, zapomniane kafejki musiały ustąpić miejsca bardziej modnym i popularnym przybytkom. Valparaíso stało się hipsterskie. Według mnie i tak warto wybrać się tam w poszukiwaniu przeszłości. Może po prostu będzie trochę trudniej…

Viña del Mar 

Viña nie śni, Viña nie marzy o przeszłości. Jest po prostu sobą. Ze swoim kasynem, centrami handlowymi, modnymi restauracjami i apartamentami, które zimą stoją puste a latem goszczą swoich właścicieli – bogatych mieszkańców Santiago. Przyjeżdżają tu na plaże i na rozpoczynające się dopiero po północy imprezy w okolicznych klubach. Nie jest to jednak bezduszne miasto, ma swój własny klimat, cudowne targi rękodzieła i mnóstwo malutkich butików skrytych w niezliczonych arkadach w centrum. Znajdziecie tu również bajkowe wille miejscowych milionerów.

Reñaca i Concón

A skoro o bajkowych willach mowa – najpiękniejszy dom, jaki widziałam w całym swoim życiu mieści się przy drodze między Reñacą, a Concón. La casa de piedra – dom z kamienia, częściowo wykuty w skałach został stworzony w 1955 roku przez architekta Alberto Cruz Eyzaguirre (dla niego samego) i obecnie należy do emerytowanego prawnika, publicysty i profesora uniwersyteckiego – Hermógenesa Pérez de Arce, a właściwie do jego żony. Para kupiła tę niezwykłą posiadłość po śmierci architekta. Niestety nie mam żadnych zdjęć, ale bardzo Was zachęcam do obejrzenia ich w internecie.

Oprócz kamiennego marzenia, Reñaca i Concón słyną głównie z pięknych plaż i bardzo dobrych restauracji z owocami morza. Początkowo nie planowałam serwować Wam tu żadnych rekomendacji (ponieważ ostatni raz byłam w Chile 12 lat temu, trochę się w tym czasie zmieniło), ale podobno moja ulubiona restauracja, la Gatita, wciąż istnieje. Polecam, mając nadzieję, że jest równie pyszna jak kiedyś.

Nadmorskie okolice

Będąc w pobliżu, na pewno warto wybrać się do Isla Negra, gdzie mieści się równie pięknie (co Casa de piedra) położony dom Pabla Nerudy. Właściwie jeden z wielu. Nie musicie być fanami poezji, żeby zachwycić (a może przerazić) się zbiorami w jego muzeum. Neruda oprócz pisania wierszy lubił też kolekcjonować. Wszystko. Sam siebie nazywał “cosistą”, “rzeczowcem” i jak tłumaczył, nie uznawał się za kolekcjonera. On po prostu lubił rzeczy…

Naprawdę lubię pelikany!

Na północ od Valpo i całego tego towarzystwa znajdują się maluteńkie, sielskie nadmorskie miejscowości, takie jak Zapallar i Papudo – nie ma tam za bardzo nic do zwiedzania, ale jest naprawdę pięknie. I jest dużo pelikanów. Nie wiem jak Wy, ale ja tam lubię pelikany. 

Santiago

Miasto upadłe. Miasto strzegące swoich tajemnic. Miasto, o którym powinien był pisać nieodżałowanej pamięci Carlos Ruiz Zafón. Z jednej strony nowoczesne centra handlowe, z drugiej piękna, choć zrujnowana architektura starówki. Miejsce, w którym na pewno pełno jest magii, wyczuwa się ją na każdym kroku, ale nigdy nie uda się jej pochwycić. Właśnie taka jest dla mnie stolica Chile. Nie znalazłam tam tego, czego szukałam, chociaż wiem, że tam było. Czaiło się gdzieś w półmroku starych portali. Miejsce, które według mnie trzeba w tym mieście obowiązkowo odwiedzić to bajkowy park na wzgórzu Santa Lucía. 

Santa Lucía, Santiago

Narty

I wreszcie! Jeśli zatrzymujecie się w Santiago lub nawet nad oceanem, możecie wybrać się na jednodniowy wypad na narty do jednego z ośrodków położonych w pobliżu stolicy. Sama przetestowałam Valle Nevado i Portillo. Valle Nevado jest bliżej Santiago, ma zdecydowanie więcej wyciągów i tras (jest to największy ośrodek narciarski na południowej półkuli), ale też jest dużo bardziej zatłoczone. Portillo jest znacznie mniejszym ośrodkiem, położonym tuż przy granicy z Argentyną (raz niechcący tę granicę nawet przekroczyliśmy – musieliśmy wjechać do Argentyny, żeby zawrócić, na szczęście panowie ze straży granicznej byli dla dwóch gringos bardzo wyrozumiali), w pobliżu Aconcagui i nad przepiękną laguną. Wyciągów jest  mniej, trasy są krótsze, ale za to na wszystkich poziomach trudności. Ludzi jest zwykle bardzo mało. A warunki są wprost wymarzone. Valle Nevado jest bardziej urozmaicona i zabawowa. Wydaje mi się, że amatorzy śnieżnych szaleństw powinni po prostu spróbować obydwu tych miejsc. Ja chyba nie potrafiłabym wybrać.

Nevados de Chillán (za “moich czasów” Termas de Chillán) leżą dużo dalej na południe, bliżej Concepción. To idealne połączenie wspaniałego ośrodka narciarskiego z gorącymi źródłami. Mieści się tu jedna z najdłuższych, jeśli nie najdłuższa trasa (i ponoć najbardziej wymagająca) w Ameryce Południowej. To ponad 13 kilometrów śnieżnej radości! W ośrodku trenują kadry olimpijskie z wielu krajów. Sympatyczny pan z kadry amerykańskiej uratował mi kiedyś życie dowożąc mi narty, które zgubiłam podczas bardzo efektownego upadku i następującego po nim eleganckiego (a także, co chyba oczywiste, pełnego gracji) turlania się w dół stoku. Mój wyrodny Tata mnie wtedy porzucił i nawet się nie zainteresował, czemu mnie tak długo nie było. Tak Tato, nie zapomnę Ci tego!

Jeśli zapragniecie kiedyś połączyć zwiedzanie Chile z nartami, do czego Was gorąco, choć śnieżnie zachęcam, pamiętajcie proszę, że tam zima jest latem. Niby oczywiste, ale jednak zdarza się, że wylatuje nam to z naszych europejskich głów.

Roxy girl

Powroty

Od dłuższego czasu rozważam ponowną eskapadę do Chile. Jeśli mi się to uda, z przyjemnością wrócę do tego posta i zaktualizuję, lub po prostu dopiszę co trzeba. A może napiszę zupełnie nowy… Zobaczymy. Na razie muszę się z Wami pożegnać. A za tydzień… jeszcze nie wiem. Może spotkamy się z Księciem podczas jego pierwszej wizyty w Polsce? Chyba że macie jakiś inny pomysł?