Dawno Was nigdzie nie zabierałam, jeśli nie liczyć wędrówek po nowojorskich dachach i schodach przeciwpożarowych. A ponieważ nie zapowiada się na razie na to, żebyśmy szybko mieli wrócić do normalnych podróży, postaram się zapewnić Wam kilka wirtualnych. Poczynając od jednego z najbardziej niesamowitych miast świata.

Dawno, dawno temu, konkretnie w styczniu 2015 roku, kiedy nie tylko nie mieszkaliśmy razem, ale nawet nie byliśmy jeszcze po ślubie, spotkaliśmy się z Księciem w Stambule. Mieście leżącym na styku dwóch kontynentów i niezliczonych wpływów kulturowych – gdyby nie krwawa historia, mogłoby być urbanistycznym odpowiednikiem naszego związku. 

Spotkajmy się w Stambule

Mój w-tamtym-czasie-jeszcze-nie-mąż wracał wtedy do Nowego Jorku z Pakistanu, gdzie brał udział w weselu swojej najstarszej siostry. Stambuł był mu akurat po drodze, ja daleko nie miałam – na pewno bliżej niż do Ameryki, a do tego od dawna chciałam tam pojechać. Trzydzieści dwa lata temu (wtedy dwadzieścia sześć, dla ścisłości) była tam moja Mama, a jej opowieści z podróży mają to do siebie, że naprawdę potrafią rozpalić wyobraźnię. Słuchając o bazarach przesyconych aromatem przypraw i przepełnionych złotą biżuterią – tak ostentacyjną, że wyglądającą na sztuczną, o Błękitnym Meczecie, który Mamę rozczarował, bo wcale nie był błękitny, o zachwycającej świątyni Hagia Sophia i zapierających dech w piersiach skarbach Topkapı Sarayı, z perłowym tronem na czele, powzięłam decyzję, że też chcę. I też kiedyś pojadę! A co! 

W podróż zabrałam ze sobą zresztą przewodnik Mamy z tamtych lat i muszę przyznać, że nawet po trzydziestu latach od publikacji, nadal pełnił swoją funkcję. Zresztą, było coś magicznego w wyobrażaniu sobie, że ćwierć wieku wcześniej, moja Mama stojąc w tych samych miejscach co ja, trzymała w dłoniach tę samą książkę i czytała te same strony. 

Do tego moja koleżanka z liceum, która była tam na wymianie kusiła mnie wizją wizyty w hamamie, gdzie miała mnie masować “stara baba w gaciach”, ale “leżenie zupełnie nago na gorącym marmurowym kamieniu i bycie masowanym, peelingowanym mydłem” miało mi to wynagrodzić. A już domówienie sobie usługi namaszczania olejami to miał być “sam cud”. Tylko “babę musiałabym z góry zaakceptować”. Baba nie przeszkadzała mi w najmniejszym stopniu, peelingi, oleje i gorący kamień brzmiały jak opis rajskich przyjemności.

Dlatego, kiedy Książę powiedział “spotkajmy się w Stambule”, nie zastanawiałam się nawet przez ułamek sekundy. Wcześniej byłam w Turcji tylko na Riwierze, jeśli nie liczyć dwudniowych wycieczek do Pamukkale i Kapadocji (dziecięciem wtedy byłam, instagrama nie było, instagramowych balonów unoszących się na kamienny miastem również nie – tyle przegrać), więc kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać, ale oczekiwania miałam ogromne. 

Wszystko złoto co się świeci

Kiedy wylądowałam, Książę już na mnie czekał. Jeśli dobrze pamiętam mieliśmy zamówiony transfer z hotelu, dzięki czemu nie musieliśmy martwić się o to, czy taksówkarz nie będzie robił problemu z wjeżdżaniem w wąskie uliczki i nie porzuci nas z bagażami Allah-jeden-wie-gdzie. Zatrzymaliśmy się po europejskiej stronie miasta, w rejonie Kumkapı (co po turecku oznacza piaskową bramę) – znanej z rybnych restauracji części dzielnicy Fatih. Stamtąd mieliśmy tylko kawałek do głównych atrakcji miasta – między innymi świątyni Bożej Mądrości, nieBłękitnego Meczetu i Wielkiego Bazaru. 

To właśnie od Bazaru (zwanego również krytym) rozpoczęliśmy naszą turecką przygodę. I wiecie co? Mama miała rację – te ociekające złotem wystawy sklepików wyglądały wprost groteskowo. Książę zapewnił, że są prawdziwe. A bijący w oczy intensywny żółty odcień wynika z wysokiej próby złota – wygląda na to, że bez względu na narodowość, muzułmanki preferują 24-karatowy kruszec.

Przy okazji dowiedziałam się o ciekawej pakistańskiej tradycji, kultywowanej w zamożniejszych rodzinach. Podobno, po narodzinach dziewczynki, rodzina kupuje sztabkę (bądź sztabki złota), które przed jej zamążpójściem są wykorzystywane do zrobienia ślubnej biżuterii. Całkiem przyjemny zwyczaj, na pewno lepszy niż przetapianie starej biżuterii na modniejsze, nowocześniejsze fasony – tak! To też ma miejsce. Tym bardziej cieszę się, że dostałam od Teściowej zupełnie niemodną biżuterię należącą do prababci Księcia i że nikt nie zdążył jej (owej biżuterii) przetopić. 

Nie wiem dlaczego, ale strasznie lubię to zdjęcie, więc po prostu je tu zostawię.

Ona jest z Argentyny

Oprócz wytrzeszczania oczu przed 24-karatowymi wystawami, inhalowania się przyprawami z całego świata i delektowania świeżo wyciskanymi sokami z pomarańczy (wymiennie z sokiem z granatu, równie popularnym), zajrzeliśmy też do sekcji z wyrobami skórzanymi. Jeśli kiedykolwiek byliście w jakimś kraju Bliskiego Wschodu, być może zwróciliście uwagę na niesamowity talent lingwistyczny sprzedawców i naganiaczy. Serio! Ja z całą moją znajomością języków mogę się przy nich schować! Kolejna rzecz, która być może zapadła Wam z takiego wyjazdu w pamięć, to konsekwentne zgadywanie, z jakiego kraju jesteście. Ja staram się to ignorować, Książę dostrzega w tym źródło niewyczerpanej rozrywki. Oczywiście moim kosztem.

Kiedy już znudziło mu się odpowiadanie wszystkim za mnie, że jestem z Japonii, wymyślił sobie, że będę z Argentyny. Sprzedawca oczywiście mówił po hiszpańsku, wciągnął nas siłą do sklepu, a potem… Potem zadzwoniła moja Mama, z którą siłą rzeczy rozmawiałam po polsku, po czym, pod wpływem pełnego wyrzutu spojrzenia sprzedawcy, który przecież zgadywał wcześniej, że jestem Polką, zaczęłam brnąć dalej, tłumacząc, że mój Tata jest z Argentyny, mieszkamy w Argentynie, ale moja Mama jest Polką i z nią zawsze rozmawiamy po polsku i…

Jak się domyślacie, im bardziej się wiłam (chociaż szło mi to całkiem nieźle, bo sprzedawca na 90% mi uwierzył, a na 10% udawał z grzeczności), tym większą mój osobisty diabeł, przyszły mąż, miał radochę. A jak później kupił sobie jeszcze na ryneczku kebaba, to natychmiast stwierdził, że Stambuł to naprawdę świetne miasto. Powiedział mi wtedy, że Lahore (jego rodzinne miasto, stolica pakistańskiego Pendżabu) też mogłoby być jak Stambuł, niestety nigdy nie miało szansy na wykorzystanie swojego potencjału. Niecałe dwa lata później miałam się przekonać o słuszności jego słów.

Miasto 3000 meczetów

Wielki Bazar kończy się (lub zaczyna, kwestia perspektywy) tuż nad brzegiem Złotego Rogu – wąskiej zatoki Bosforu, która oddziela od siebie dwie europejskie części Stambułu (weźcie sobie może otwórzcie jakąś mapę, bo z moimi opisami geograficznymi może być średnio) – południową, w której się zatrzymaliśmy (starożytny Konstantynopol) od północnej, w moim odczuciu znacznie nowocześniejszej (dawna Galata). Okolice wieży Galata są zresztą bardzo przyjemne do spacerowania, jeśli komuś nie przeszkadzają strome uliczki. 

Geografia na bok (nigdy nie lubiłam, więc nie będę się nad nią zbytnio rozwodzić), przy Bazarze, nad Złotym Rogiem mieści się jeden z najsłynniejszych i największych meczetów w Stambule – Meczet Sulejmana – wyjątkowo urokliwy, z pięknymi, puchatymi kopułami (najbardziej lubię właśnie te puchate meczety!), pięknie prezentuje się na zdjęciach, szczególnie tych robionych z perspektywy mostu. 

Najsłynniejszym meczetem jest oczywiście nieBłęktiny Meczet, który mimo tego, że rozczarował kolorystycznie moją Mamusię, nadal jest niezwykle piękny. Zarówno z zewnątrz, jak i w środku. I nic dziwnego, ponoć powstał, żeby zaspokoić ambicje dziewiętnastoletniego sułtana Ahmeda I, który miał co nieco na sumieniu i wymyślił sobie, że przebłaga Allaha za swoje młodzieńcze wyskoki, budując świątynię wspanialszą niż znajdująca się tuż obok, legendarna Hagia Sofia. Czy mu się udało? Według mnie jednak nie, ale brawo za dobre chęci. A nazwa Błękitny Meczet (funkcjonująca obok oficjalnej, Meczet Sułtana Ahmeda) pochodzi od… ręcznie malowanych (na niebiesko!) kafelków zdobiących jego wnętrze. 

Jeśli będziecie chcieli je obejrzeć na własne oczy, pamiętajcie o tym, że to wciąż jest czynny meczet, dlatego wchodzi się na bosaka, odpowiednio ubranym (panowie, szorty nie zawsze i nie wszędzie!), a panie powinny dodatkowo zakryć włosy. Oczywiście na miejscu jest wypożyczalnia chust, ale warto mieć ze sobą własny szal.

Rzeczywiście coś słabo z tym błękitem…

Kościół Mądrości Bożej

Słynna Hagia Sofia. Niedościgniona perła architektury pierwszego tysiąclecia naszej ery. I muszę się Wam przyznać, że podczas wszystkich moich podróży mało miejsc zrobiło na mnie równie imponujące wrażenie. Zbudowana w VI wieku naszej ery jako świątynia chrześcijańska, po zdobyciu Konstantynopola Hagia Sofia została przekształcona w meczet. Zakładam, że miało to na celu przede wszystkim symbolicznie podkreślić bezwzględną dominację kultury muzułmańskiej. I ciężko wyobrazić sobie bardziej dobitny sposób na podkopanie chrześcijańskich morale, niż przejęcie najsłynniejszego kościoła świata. 

Jak zwykle w takich przypadkach bywa, duża część oryginalnego wystroju Kościoła Mądrości Bożej została zniszczona, ale kiedy podjęto decyzję o ponownej zmianie jego funkcji, tym razem z meczetu na muzeum, wiele pierwotnych elementów, w tym przepiękne ikony, udało się odrestaurować. Dzięki temu, w środku świątyni można podziwiać niesamowity miks kultury chrześcijańskiej i muzułmańskiej. I chociaż nie sposób nie myśleć o krwawej historii tego miejsca, jej finał daje nadzieję na pokojowe współistnienie.

Hagia Sofia to świątynia – kościół, meczet – to nieistotne. Jest to po prostu miejsce dedykowane miłości do Boga – to jakim imieniem wyznawcy się do niego w tym miejscu zwracają, jest bez znaczenia. 

A żeby nie było zbyt wzniośle i pompatycznie, jeszcze jedna ciekawostka. Warto wiedzieć, że w świątyni znajduje się coś, co z Księciem głupio uznaliśmy za odpowiednik rzymskich Ust Prawdy (Bocca della Verita) – takie coś, gdzie się wkłada rękę i jeśli się skłamie, ręka zostaje odgryziona. W tureckim odpowiedniku ryzykuje się tylko kciukiem, a właściwie nawet nie ryzykuje, bo jak się później okazało, idea jest całkowicie inna. 

Ponoć, jeśli pomyśli się życzenie, zakręci w środku kciukiem i poczuje na palcu wilgoć, marzenie się spełni. Mój mąż od zawsze wierzy we wszystko, co mu mówię, zwłaszcza jeśli dotyczy to czegoś, na czym według niego się znam, więc bez problemu uwierzył również, kiedy mu powiedziałam, że jest to wykrywacz kłamców i może stracić palec. Minę miał bardzo niepewną. Czasami dobrze jest się troszeczkę pomylić.

Hagia Sofia

Wśród sułtańskich skarbów 

Niesamowite klejnoty, perłowy tron, bogactwa przekraczające najbardziej rozpasaną wyobraźnię. Odkąd pierwszy raz usłyszałam od Mamy opowieści o Topkapı Sarayı, moja wewnętrzna sroka, o której nie raz już wspominałam, miała spakowane walizki i tylko czekała, aż zabiorę ją na wycieczkę do Stambułu. Miała to być dla niej podróż życia, której wyczekiwała niecierpliwie przebierając piórkami. 

I teraz zupełnie nie wiem, czy to wynik budowanych latami oczekiwań (coś jak z Murem Chińskim), czy po tylu podróżach i wizytach w przeróżnych muzeach mamy ze sroką w pierzastych tyłkach poprzewracane, ale… Byłyśmy zawiedzione. Ładnie było, ale jakoś tak mało. Nie wiem, czy spodziewałyśmy się jaskini skarbów, jak w Alladynie, czy może część skarbca nie znalazła się w tamtym czasie na ekspozycji, ale tureckie precjoza ewidentnie nas rozczarowały. Tego perłowego tronu nawet nie kojarzę…

Za to sam teren pałacu był przepiękny, w dodatku oferował wyjątkowo urokliwy widok na zatokę, więc i tak zdecydowanie polecam! Tylko ten skarbiec…

Daj mnie tego loda, nooo!

To teraz zwrot o 180 stopni. Były już świątynie, był pałac, czas zadbać o podniebienie. Jeśli byliście kiedyś w Turcji, to na pewno wiecie o co chodzi z ich lodami. Mają zupełnie inną konsystencję niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Gęstę, klejące się i ciągnące jak krówki. Będąc turystą, nie da się ich normalnie kupić. Sprzedawcy stawiają sobie za punkt honoru zrobienie całego przedstawienia, drocząc się z nabywcą, zabierając mu sprzed nosa to samego loda, to loda z wafelkiem… Nie znoszę, jak ktoś się ze mną droczy. Już pomijając kwestię wystawiania mnie na pośmiewisko (jednak trochę dystansu do siebie trzeba mieć), drażnienie się ze mną jedzeniem, a lodami w szczególności, uważam za szczyt świństwa.

Problem w tym, że te lody są wybitnie pyszne… Za którymś razem stwierdziłam, że kupować będzie mój mąż, a ja się będę w tym czasie chować za jakimś krzakiem. I wiecie co? Podziałało! Można po prostu pójść i kupić loda!

A skoro już jesteśmy przy kulinarnych tematach…

– Kochanie? Co ci się najbardziej podobało w Stambule? – spytałam ukochanego tuż przed tym, jak zasiadłam do pisania tego posta.
– Ta ryba w solnej skorupie była smaczna…

To prawda. Była. W ogóle seafood jest w tym mieście genialny, więc wielbiciele ryb i robali morskich będą tam mieli prawdziwe używanie. Oczywiście są też kebaby dla T-rexów i falafle dla owieczek. A dla wszystkich wspomniane wcześniej wyborne soczki z pomarańczy lub owoców granatu i słynna turecka herbata jabłkowa. A właśnie. Z czym jeszcze kojarzy Wam się Turcja…?

Błękitny Meczet

Taniec brzucha

O tańcu orientalnym mogłabym pisać i pisać, więc lepiej nie będę otwierać teraz tej puszki Pandory (aczkolwiek, jeśli macie ochotę trochę wczuć się w klimat, polecam Wam moją rozmowę z Kasią Wronką oraz wywiad z Nailah na blogu Zapowiedz!), powiem tylko, że z różnych względów Turcja jest jednym z krajów najsilniej z tą odmianą tańca kojarzonych. I chociaż większość tancerek, które możecie zobaczyć w tureckich klubach i hotelach to cudzoziemki na kontraktach, to z Turcji pochodzi jedna z najbardziej rozpoznawalnych (komercyjnie) tancerek orientalnych – Didem Kınalı. Swoją drogą, była to pierwsza tancerka orientalna, której występy oglądałam online i w sumie dzięki niej zaczęłam tańczyć. Jadąc do Stambułu postawiłam sobie za punkt honoru obejrzeć ją na żywo. 

O ile ta turecka diva nie jest akurat na międzynarodowych warsztatach, można ją podziwiać w klubie Sultana’s. W dosyć rozsądnej cenie (60EUR od osoby) można tam zjeść kilkudaniową kolację, wypić zaskakująco dobre tureckie wino i obejrzeć taneczne show (oczywiście z doskonałą muzyką na żywo), którego niekwestionowaną gwiazdą jest właśnie Didem. 

Mnie czekała dodatkowa niespodzianka, na wspomnienie której cieszę się do tej pory! Jak to zwykle w takich miejscach bywa, show obejmowało włączenie do zabawy publiczności. Ponieważ siedzieliśmy najbliżej sceny (żebym miała najlepszy widok na didemowy brzuch), zostałam od razu  na nią wyciągnięta – i chyba pierwszy raz w życiu nie stawiłam w takiej sytuacji oporu – przecież miałam postawić stopy na tej samej scenie co boska Didem! 

W sumie przed publicznością stanęły, łącznie ze mną, trzy dziewczyny, które miały udawać, że przygotowują oblubienicę sułtańską (jedną z pozostałych tancerek) do upojnej nocy. Przed zejściem ze sceny każda z nas miała chwilę zatańczyć. Podeszłam do tematu profesjonalnie, wprawiając w zdumienie grający na scenie zespół i prowokując pana grającego na darbuce do przetestowania moich umiejętności. Publiczność z moim mężem na czele bardzo się ucieszyła, a bębniarz po kolacji skinął mi z uznaniem głową. To był mój moment chwały! Musiałąm się pochwalić. 

Sultana’s polecam z czystym sercem (warto wcześniej zadzwonić i upewnić się, że Didem jest na miejscu), ale niestety nie kojarzę innych miejsc z występami tancerek orientalnych. Na pewno są, ale nie tak powszechne jak w miejscowościach typowo turystycznych. Za to w wielu restauracyjkach każdego dnia wieczorem można posłuchać tradycyjnych tureckich rytmów na żywo, więc entuzjastki Orientu i tak powinny być usatysfakcjonowane.

Meczet Sulejmana

Hamam

Oczywiście postanowiłam nie odpuszczać doświadczenia z hamamem, skoro miał to być sam cud. Udało nam się nawet znaleźć w pobliżu meczetu Sulejmana łaźnię koedukacyjną, przeznaczoną dla par. Jest to oczywiście rozwiązanie typowo dla turystów, przez co traci nieco na swojej autentyczności, ale biorąc pod uwagę, jak rzadko widywałam się wtedy z moim chłopakiem, szkoda było nam nawet tej godziny. Trochę zaniepokoiły nas krążące w internecie opinie, głównie dotyczące nieodpowiedniego zachowania pracujących w hamamie mężczyzn (czyli jednak stara baba w gaciach miała mnie ominąć), ale nasze doświadczenie było bardzo pozytywne. Jeśli zdecydujecie się na łaźnię koedukacyjną, dla komfortu pamiętajcie o zabraniu własnego bikini, mimo że teoretycznie na miejscu zapewniają. 

Bosfor

Moja koleżanka, która zachęcała mnie do hamamu i ostrzegała przed “babą w gaciach” poleciła nam również wizytę w ottomańskim Çırağan Palace, w którym obecnie mieści się 5-gwiazdkowy hotel Kempinski. Mieliśmy tam pójść chociaż na lampkę wina w restauracji i spacer po hotelowych tarasach z niesamowitym widokiem na Bosfor. Tak też uczyniliśmy i powiem Wam jedno – warto było! 

Co do samego Bosforu – jak wiecie, oddziela on europejską część miasta od azjatyckiej, więc tak naprawdę wycieczka do Azji to kwestia krótkiej, przyjemnej przeprawy promem. Warto, głównie ze względu na widoki podczas przeprawy i możliwość spojrzenia na słynną Wieżę Leandra, natomiast sama strona azjatycka nie miała nam zbyt wiele do zaoferowania. Stary przewodnik Mamy podpowiedział, żeby zajrzeć do Meczetu Ayazma, co oczywiście uczyniliśmy, ale poza tym nie udało nam się znaleźć tam nic godnego uwagi. Chociaż tak naprawdę za dużo się do tego szukania nie przyłożyliśmy i po leniwym spacerze oraz nienajlepszym lunchu wróciliśmy bez żalu do Europy.

Hagia Sofia – świątynia wszystkich

Pożegnania

Dużo trudniej było nam pożegnać się ze sobą, kiedy nasze tureckie wakacje dobiegły końca. Dwa lata później mieliśmy tam jechać ponownie, na wesele jednego z przyjaciół Księcia – już nawet miałam kupione bilety i wizę. Niestety mój mąż nie miał wtedy jeszcze amerykańskiego obywatelstwa, a miłościwie-już-nam-prawie-niepanujący Donald Trump wymyślił akurat w tamtym momencie wprowadzać zakaz wjazdu muzułmanów do Stanów, co oznaczało, że Książę mógłby nie mieć jak wrócić. Tutaj kolejna ciekawostka – w pakistańskich paszportach wpisuje się wyznanie. Tym samym DT pozbawił mnie możliwości bawienia się na kolejnym pakistańskim weselu, dla odmiany w Turcji. Teraz rozumiecie, czemu musiał odejść? No właśnie.