Nadszedł czas na trzecią odsłonę zOrientowanych. Dzisiaj będzie bardzo żywiołowo – moje zaproszenie przyjęła jedna z najzdolniejszych polskich tancerek – Kasia Wronka. Kasię poznałam osobiście kilka lat temu podczas trójmiejskiego festiwalu Move Your Belly i na towarzyszących festiwalowi warsztatach. Do tej pory zastanawiam się, jak można podrzucać woal z aż taką gracją. Oprócz poskramiania jedwabiu, Kasia tańczy również w stylu Shakiry (i jest w tym lepsza od samej prekursorki) i jako tancerka samby wystąpiła na paradzie w Rio. Prywatnie jest żoną Hadiego, który do Polski przyjechał z Libanu. Jeśli uda mi się za nią nadążyć, to będzie arcyciekawy wywiad. 

Przede wszystkim bardzo dziękuję, że zgodziłaś się na tę rozmowę. Mam tylko nadzieję, że nie rozniesiesz mi bloga swoją energią! 

Chyba żartujesz! To ja Ci strasznie dziękuję, jest mi bardzo miło, że taka inspirująca i fajna babeczka chce ze mną przeprowadzić wywiad i umieścić moją historię na swoim blogu. To dla mnie wielka przyjemność. W idealnym świecie pewnie spotkałybyśmy się na żywo, to już w ogóle byłoby wspaniałe, ale mam nadzieję, że będzie ku temu jeszcze okazja. 

Byłoby fantastycznie! Na razie musi nam wystarczyć forma wirtualna… Na początek banał. Skąd zainteresowanie tańcem brzucha? Oraz, co było pierwsze? Taniec orientalny czy samba? Wronka czy jajko? 

[Śmiech.] Odpowiadając jak najszybciej: pierwszy był taniec orientalny, a druga była samba. Natomiast jakbym teraz miała wybrać któryś z tych tańców, byłoby mi bardzo ciężko się zdecydować. Myślę, że oba są dla mnie tak samo istotne, a w dodatku pięknie się uzupełniają. W tańcu orientalnym odnalazłam wiele swoich różnych oblicz scenicznych. To była prawdziwa podróż w głąb mojej osobowości, odkryłam tam pokłady zmysłowości, kobiecości, ale też spokoju. Kiedy rozpoczynałam swoją przygodę z tańcem, tak naprawdę głównie potrafiłam ruszać się bardzo energicznie, chociaż gdzieś w środku ciągnęło mnie mocno w spokojniejszą stronę. To właśnie taniec orientalny pozwolił mi odkryć bardziej refleksyjną i romantyczną stronę mojej osobowości. Za to samba… Samba to jest dla mnie wspaniały sposób na wyskakanie tej energii, której, jak zauważyłaś, rzeczywiście mam w sobie sporo. Poza tym to dzielenie się radością! 

A skąd w ogóle wzięło się u mnie to zainteresowanie? Tak naprawdę tańczyłam od zawsze, ale głównie dla siebie, w swoim pokoju. Czasami dla siostry, która przychodziła mnie pooglądać. Wszystko rodziło się w mojej głowie, przede wszystkim pod wpływem oglądania na MTV teledysków muzycznych z mnóstwem tańca. Podobały mi się ruchy wykonywane przez gwiazdy popu – Rihannę, Beyonce… Najpóźniej zjawiła się Shakira, a teledysk, który rozłożył mnie na łopatki to była la Tortura, chyba w 2005 roku. Wtedy też zapadła decyzja, że muszę się wybrać na zajęcia. Już wcześniej, kiedy tańczyłam na przykład na imprezach, dużo osób mówiło mi, że ruchy, które wykonuję to jest chyba taniec brzucha. Można powiedzieć, że to, że się odważyłam, że się przełamałam zawdzięczam właśnie temu jednemu teledyskowi Shakiry i mojej przyjaciółce Agnieszce Słowikowskiej. Agnieszka wtedy już tańczyła taniec brzucha i ostatecznie namówiła mnie do pójścia na kurs. Dzisiaj zajmuje się baletem, ale tak naprawdę to właśnie dzięki niej rozpoczęłam moją przygodę z tańcem orientalnym. 

Czy to, że tańczysz taniec brzucha, mogło mieć wpływ na ukierunkowanie Twoich zainteresowań romantycznych? Twój mąż jest z Libanu, prawda? 

Nie wiem, czy taniec wpłynął na ukierunkowanie moich zainteresowań romantycznych, jak to określiłaś, ale na pewno w jakiś sposób, to, że tańczę taniec orientalny, wyeksponowało mnie na kontakt z ludźmi pochodzącymi z Bliskiego Wschodu. 

Czy wśród tych osób był również Hadi? Jak się poznaliście? 

Dokładnie tak! Poznaliśmy się w libańskiej restauracji Le Cedre – nie wydarzyłoby się to, gdybym nie zajęła się tańcem. Oboje tam wtedy pracowaliśmy, Hadi był szefem kuchni, tak naprawdę zaczynał wtedy dopiero swoją przygodę z gotowaniem i kuchnią libańską w Polsce. Ja z kolei występowałam tam już od kilku lat jako tancerka. Dzięki temu poznaliśmy się tak naprawdę bardzo szybko. To było w 2010 roku. Przez kolejnych pięć lat utrzymywaliśmy kontakty jako dalsi znajomi i dopiero w 2015 roku spotkaliśmy się kolejny raz na kawę i po prostu coś eksplodowało… 

No tak, u Ciebie nie mogło zaiskrzyć, musiało od razu eksplodować! 

… zaczęliśmy się ze sobą intensywnie spotykać, randkować i już po 3 miesiącach zapadła decyzja o tym, że ze sobą zamieszkamy. 

W każdym razie, odpowiadając jeszcze na Twoje wcześniejsze pytanie: z pewnością zmieniły się ogólne moje zainteresowania. Zaczęłam słuchać dużo orientalnej muzyki, interesować się rytmami, historią, kulturą… Na pewno było nam dzięki temu łatwiej od razu się dogadać. Dla niego to było naprawdę fajne, mieć wreszcie kontakt z dziewczyną, która kocha np. tę samą muzykę. Przychodził mnie odwiedzić, a w tle leciały dobrze znane mu piosenki. Kiedy on puszczał swoje ulubione kawałki, nie reagowałam negatywnie, wiesz, w stylu “o Boże, znowu słuchasz tego wycia” – z mojej strony spotykał się z bardzo pozytywną reakcją. Albo to, że zaczęłam go uczyć rytmów w muzyce arabskiej. To, że zajęłam się tańcem i dzięki temu mieliśmy tyle wspólnych zainteresowań, bez wątpienia bardzo nam ułatwiło kontakt. Nie wspominając już o tym, że to właśnie taniec sprawił, że znaleźliśmy się w tym samym miejscu i o tej samej godzinie. I po prostu sobą zauroczyliśmy. 

Po jakim czasie Hadi się oświadczył? 

Nasze pierwsze miesiące randkowania były bardzo intensywne i niezwykle romantyczne. Co miesiąc obchodziliśmy kolejne miesięcznice naszego związku a Hadi oświadczył mi się dokładnie w siódmą miesięcznicę naszej pierwszej randki. 

A jak to zrobił? Widzisz, moje własne zaręczyny były beznadziejne, więc poluję na piękne, romantyczne historie. 

W takim razie niestety będę miała dla Ciebie złą wiadomość. [śmiech] Oczywiście ja się cieszę, że wyglądało to tak, a nie inaczej. Było bardzo spontanicznie, prawdziwa niespodzianka, ale na pewno nie były to bajkowe zaręczyny. 

Z tego co mi Hadi później powiedział, pierwotnie plan wyglądał nieco inaczej. To była środa, a w środy prowadzę akurat zajęcia taneczne. Najpierw normalna praca, potem trzy godziny zajęć – kończyłam takie maratony o 21.00. Hadi nieraz mnie wtedy odbierał i jego pierwszy plan zakładał, że przyjdzie po mnie na zajęcia i jak skończę, zaskoczy mnie przy uczennicach. Skonsultował to jednak z jedną z moich uczennic, z którą się przyjaźniłam. Spytał, czy to dobry pomysł, a ona mu to odradziła, bo nie wiedziała, jaka będzie moja odpowiedź [śmiech]. I on się tak wystraszył, że stwierdził, że lepiej będzie jeśli spróbuje to zrobić na osobności! Zaprosił mnie na trening koszykówki, żebym odpoczęła po zajęciach, oglądając jak gra w kosza. 

Oczywiście przyjechałam, on już wtedy stał na parkingu, z kwiatami, ale ja byłam zakręcona, jak zwykle! Dzwonię do niego, on nie odbiera, a przecież ja nie wiedziałam dokładnie, gdzie jest ta hala, w której on miał trenować. Wychodzę zaaferowana z samochodu, dzwonię, dzwonię, a on… stoi tam z kwiatami i patrzy na mnie [śmiech], jak ja się miotam. Wtedy dotarło do mnie co się dzieje. Niby troszkę miałam takie przeczucie, że to się może wydarzyć, ale mimo wszystko byłam zupełnie zaskoczona… Pamiętam, że lekko padał deszcz, było ciemno, byliśmy na parkingu, a Hadi uklęknął i mi się oświadczył. Byłam strasznie szczęśliwa – tak naprawdę pierwszy raz w życiu czekałam na ten moment i czułam, że to jest to! 

Fot. Emilia Lyon

Absolutnie się nie rozczarowałam! Oświadczyny w deszczu, kwiaty – totalnie filmowo! Minęło już prawie 5 lat, a w Twoim głosie nadal słychać niesamowite szczęście jak o tym opowiadasz… Coś wspaniałego. Dobra, zejdźmy na ziemię. Pamiętam, że kiedy próbowałam wziąć ślub cywilny w Polsce, zwróciłam się do Ciebie o radę. Też mieliście ciężko… Jak Wam się udało? 

Z tego co pamiętam, a to było już kilka lat temu, za chwilę mamy czwartą rocznicę, troszkę trwał sam proces. Musieliśmy zgłosić się do Sądu Rodzinnego i ubiegać się o zgodę. To trochę skomplikowane – Hadi pomimo że urodził się w Libanie, w Bejrucie, nie otrzymał wtedy obywatelstwa libańskiego, bo nie miał go jego ojciec. I mimo tego, że mama Hadiego jest Libanką, jego ojciec też mieszkał całe żyie w Libanie, to zgodnie z tamtejszym prawem, Hadi nie miał prawa do obywatelstwa libańskiego, w świetle prawa był Irańczykiem. Prawo polskie wymaga specjalnej zgody od osób, które mają paszport irański. [Chodzi o zwolnienie z konieczności przedstawienia zaświadczenie o braku przeszkód do wstąpienia w związek małżeński, więcej na ten temat możecie przeczytać w moim poście o ślubie z obcokrajowcem – dop. red.] 

Ta część była dość skomplikowana, musieliśmy złożyć po przetłumaczeniu wszystkie dowody, akty urodzenia… Nagromadziliśmy mnóstwo dokumentów, które musiały być przetłumaczone przez tłumacza przysięgłego, a przecież znaleźć takiego nie jest rzeczą prostą. Później czekaliśmy dość długo na rozprawę, a następnie około miesiąca, czy nawet półtora na zgodę. Nie ukrywam, że nerwy były spore. Mieliśmy brać ślub we wrześniu, a sam proces składania dokumentów, rozprawa i późniejsze oczekiwanie trwały, jeśli dobrze pamiętam, ze 3-4 miesiące. Tak naprawdę dopiero w czerwcu wiedzieliśmy, że nasz ślub ma prawo się odbyć. Spore emocje – zaczęliśmy już przecież zapraszać nieoficjalnie gości, mieliśmy zarezerwowaną salę weselną. Niepewność do ostatniej chwili. W rezultacie ślub organizowałam w półtora miesiąca, na wariata! Ale wbrew moim obawom, poszło łatwo. Okazuje się, że jak człowiek zorganizuje trochę festiwali orientalnych, to taki ślub to pikuś! [śmiech] 

Podziwiam… Normalnym śmiertelnikom mogłoby się to nie udać [drodzy Czytelnicy, nie próbujcie tego w domu] A jak wyglądał Wasz ślub? Tylko cywilny, czy może również ceremonie religijne? 

Wzięliśmy tylko ślub cywilny, ponieważ ja jestem niewierząca, a Hadi, chociaż należy do świadków bahai, także określa siebie raczej jako osobę niewierzącą. Chociaż, żeby Hadi mógł pozostać we wspólnocie bahai, w dniu ślubu musiałam w obecności dwóch świadków, bahaitów podpisać oświadczenie, że wiem, że Hadi jest członkiem bahai i to akceptuję. Spotkaliśmy się z nimi w kawiarni tuż przed główną ceremonią. Oprócz mnie musiała to podpisać moja mama – tata już niestety nie żyje, w przeciwnym razie potrzebne byłyby podpisy obydwojga rodziców. Ojciec Hadiego musiał z kolei podpisać, że wie, że jego syn bierze ślub. 

Nie było to skomplikowane, aczkolwiek nie obyło się bez nerwów. Mieliśmy ten dokument podpisać rano (trzeba to zrobić w ciągu 24 godzin przed lub po ślubie), ale jeden ze świadków się nie zjawił. Udało nam się na szybko znaleźć innego świadka i w stresie, na szybko podpisywaliśmy te dokumenty w kawiarni, na starówce. Do tej pory nie wiemy, dlaczego tamten świadek się nie zjawił. Zawsze niestety muszą pojawić się komplikacje, jak człowiek coś organizuje w ostatniej chwili. Na szczęście się udało i wszystko poszło pięknie [śmiech], cała reszta dnia upłynęła bez problemów i niepożądanych atrakcji. Byłam zachwycona! 

Fot. Archiwum prywatne

Wspomniałaś, że Hadi jest bahaitą. Powiesz nam coś więcej o jego religii? 

Tak, chociaż z góry zaznaczę, że nie jestem ekspertką w tej dziedzinie. Rodzina Hadiego to świadkowie bahai.. Jest to bardzo pokojowa, monoteistyczna religia, pochodząca, z tego co wiem,  z Persji. Nie ma długiej historii – powstała w XIX wieku. Przede wszystkim skupia się na tym, że głównym celem ludzkości powinna być duchowa jedność, powinniśmy wspólnie żyć w pokoju, w jedności, w miłości, w harmonii. Nie jest to religia popularna, na świecie jest zaledwie kilka milionów wyznawców bahaizmu. Zanim poznałam Hadiego nawet o tej religii nie słyszałam, co jest dosyć zabawne, bo okazuje się, że w Warszawie trochę świadków bahai jest i mają swoją główną siedzibie na Ursynowie, gdzie mieszkam. Zawsze można się czegoś nowego dowiedzieć o miejscu, w którym się mieszka całe życie. 

Mieszkacie w Polsce, jak Hadi sobie radzi? Czy miał kiedykolwiek jakieś nieprzyjemności z uwagi na swoje pochodzenie? 

Generalnie radzi sobie bardzo, bardzo dobrze. Ale to też dlatego, że postanowił, że skoro mieszka w Polsce i chce tu pozostać, nauczy się dobrze mówić po polsku. Teraz, po wielu latach, zdał egzamin z języka polskiego, złożył również dokumenty potwierdzające, że przez wiele lat pracował tu legalnie, oficjalnie, na umowę o pracę. W tym momencie ma już polski paszport. To, że obydwoje mamy obywatelstwo polskie wiele ułatwia pod względem załatwiania jakichkolwiek formalności. Nie była to łatwa droga – Hadiemu zajęło to jakieś 8-9 lat mieszkania w Polsce, płacenia tu oficjalnie podatków, do tego nauczenie się języka. Super sobie z tym poradził. 

Naprawdę, chapeau bas! 

Jeśli chodzi o nieprzyjemności – on ma o tyle łatwo, że ma urodę bardziej śródziemnomorską, nie bardzo orientalną. Oczywiście, jak już wiesz jakiego jest pochodzenia, to to dostrzegasz, ale nie ma ciemnej karnacji, ani mocno arabskiej aparycji. Prędzej perską. W Polsce raczej biorą go za Hiszpana albo Włocha, więc nie zdarzyło nam się zbyt wiele sytuacji rasistowskich. 

Niestety, jego znajomi już czegoś takiego doświadczyli. Zdarzały się incydenty typu pobicie, czy zaczepki. Jak wiemy, Polska nie jest ostatnio najbardziej przyjaznym miejscem dla ludzi o odmiennej rasie, innym pochodzeniu, czy nawet światopoglądach innych niż te wyznawane przez większość. Mam wielką nadzieję, że to się zmieni, ludzie zaczną być bardziej otwarci na inne religie, pochodzenie, czy orientacje seksualne. Niestety, póki co Polska idzie w niefajnym kierunku. 

Ja co prawda tego na co dzień nie odczuwam, obracam się w kręgach artystycznych, w których pewnych zachowań w ogóle nie widzę, a pracuję w korporacji, gdzie jest bardzo duży nacisk na tolerancję. Natomiast kilka razy zdarzyło nam się usłyszeć nietaktowne uwagi w restauracji ze strony kelnera, ktoś dopytywał się natrętnie skąd Hadi pochodzi. Dawniej, kiedy pracował jako kucharz, też padały głupie teksty. Na przykład, takie pogardliwe, że pracuje w kebabie. Na szczęście, poza tymi incydentami nie trafiły nam się jakieś bardziej nieprzyjemne sytuacje. I odpukać – mam nadzieję, że tak zostanie. 

To teraz w drugą stronę. Spotkałaś Hadiego w pracy, wiedział więc od razu, że jesteś tancerką. Nie miał z tym problemów? 

Tak ja mówisz, wiedział o tym od pierwszego momentu, więc nie było mowy o zaskoczeniu. Zabawne były za to jego późniejsze zwierzenia, kiedy już się ze sobą zaprzyjaźniliśmy i zaczęliśmy się spotykać. Dla mnie były wręcz szokujące – nie wiedziałam wtedy jeszcze tyle o jego kulturze i o tym, jak ludzie z nią związani reagują na taniec orientalny. Byłam przekonana, że będzie pełen euforii i radości! W końcu zajmuję się jego kulturą, tańczę do jego muzyki, ach! Przecież to wspaniałe! Prawda? Jak się okazuje, nic bardziej mylnego. 

Hadi powiedział mi między innymi, że był zdumiony, że tancerka tak dobrze posługuje się językiem angielskim, że jest na studiach, a do tego ma jeszcze inną pracę, poza tańczeniem. Miał raczej negatywną opinię o kobietach, które tańczą, na przykład myślał, że najczęściej nie są wykształcone. 

Generalnie zawód tancerki w krajach arabskich nie jest kojarzony najlepiej. Sam odbiór tańca i tancerek jest dosyć negatywny, z czego zdajemy już sobie sprawę. Dlatego kiedy Hadi zobaczył w jakim kontekście ja się tym zajmuję i jak dużo Europejek szanuje ten taniec, uczy się o jego korzeniach, doszkala się… Jak wiele jest festiwali tanecznych ze świetnymi instruktorkami i mnóstwem kobiet (i mężczyzn!), którzy uczą się tańca orientalnego i szanują tę kulturę, w zaczął reagować na to wszystko zupełnie inaczej. 

Pamiętam, że przez pierwszy rok naszego randkowania Hadi z wielkim entuzjazmem jeździł ze mną na wszystkie festiwale, na które byłam zapraszana. Był zachwycony konkursami, ogromne wrażenie wywarł na nim widok tancerek tańczących dabke – taniec wywodzący się między innymi z jego kraju, z Libanu i Syrii. 

Był zdumiony tym jak bardzo taniec orientalny jest popularny w Europie. I w ogóle na całym świecie. To, że interesujemy się tą kulturą i tańcem było dla niego bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Tylko ta początkowa reakcja była średnia – pełna rezerwy i dystansu. Warto jednak dodać, że Liban jest chyba najbardziej liberalny jeśli chodzi o stosunek do tego tańca – bardzo wiele osób reaguje tam wyjątkowo pozytywnie. Mam wrażenie, że trudniej z odbiorem jest paradoksalnie w Egipcie, światowej stolicy tańca brzucha. Wydaje mi się, że tam rzeczywiście dużo gorzej reaguje się na tancerki. 

Fot. Emilia Lyon

W ogóle temat podejścia do tancerek w tych krajach jest bardzo złożony. Mówi się też o tak zwanym zawłaszczaniu kultury przez tancerki z Zachodu, które wykonują taniec orientalny. Co o tym sądzisz? 

To jest temat rzeka, żeby nie powiedzieć: temat ocean. Dużo się o tym ostatnio wspomina. Zgłosiłam się nawet do grupy dyskusyjnej na temat cultural appropriation. Rozmawiałyśmy o tym jak Europejki podchodzą do tańca brzucha. Niestety mamy troszkę tendencję do takiego wyjmowania tego tańca z kontekstu, czerpania z niego tylko tego, co nam się podoba, co chcemy w nim widzieć. Dorabiamy sobie do tego dużo teorii, często wykonujemy tylko fuzję tego tańca z innym, fantazję na jego temat. Tak nam wygodniej, prościej. Nie zawsze czujemy się komfortowo z zaakceptowaniem całego kontekstu, w którym powinnyśmy patrzeć na ten taniec. A wypadałoby przyjąć do wiadomości zarówno jego świetliste aspekty, jak i te bardziej “mroczne”. 

Dużo tancerek, które mieszkają w Egipcie udzielało już na ten temat wywiadów, więc nie jest żadną tajemnicą to, że życie tancerki w tym kraju jest bardzo trudne. Wspominają o tym również instruktorki z Egiptu, które przyjeżdżają do nas na festiwale. Tak naprawdę, zawód tancerki w tym kraju nie jest szanowany. Niestety. Nawet Randa Kamel [LEGENDA – dop. red]) miała w swojej rodzinie problemy z powodu bycia tancerką. Albo Dina [jak wyżej – dop. red.]! Była krytykowana, była oceniana. Nie jest to prosty zawód. 

Ostatnio na naszym festiwalu Diamonds of Orient był Simon – tancerz z Libanu, który sam wspomniał o tym, że kiedy w Libanie przyznaje się, że jako mężczyzna jest tancerzem, spotyka się z wielką krytyką, wręcz z kpinami. Myślę, że jako Europejczycy naprawdę powinniśmy się cieszyć z tego, że mamy wolność wyrazu artystycznego, możemy zajmować się tym, czym chcemy. 

Chociaż też nie zawsze. Sama kiedy wspominałam rodzinie, czy znajomym, że występuję na scenie, czy w klubach nocnych, w roznegliżowanym kostiumie, niekoniecznie spotykałam się z pozytywnymi reakcjami. Nie każdy pojmuje taniec w kategoriach sztuki. Często ludzie patrzą na ten taniec przez pryzmat stereotypów, brzydko mówiąc, uznają to jako “kręcenie tyłkiem w skąpym stroju”. Nie chcą w tym widzieć sztuki, pięknej formy wyrazu kobiecości, seksualności i zmysłowości. Zresztą, tak naprawdę nie tylko to przedstawiamy! Jak już wcześniej wspomniałam, taniec orientalny pozwala nam na pokazanie tak wielu twarzy: naszej refleksyjności, smutku, radości, pozwala się otworzyć na ludzi… Mogłabym tak wymieniać godzinami. Taniec wprowadził w moim życiu prawdziwą rewolucję. Otworzyłam się na ludzi, na inne kobiety, pokonałam swoją wstydliwość. A to jak bardzo mnie ukształtowało bycie instruktorem i praca z różnymi ludźmi jest nie do przecenienia! 

Zawsze mnie dziwi to jak ludzie lubią szufladkować, lubią się uprzedzać i zamykać na niektóre kwestie. Liczę tylko na to, że świat zacznie iść w kierunku otwierania się na inne kultury i innych ludzi. I przestanie shame’ować! Trochę poza tematem – zobacz jak wiele jest w internecie dyskusji o tym, że na przykład jakaś tancerka ma skromny strój – od razu rozpoczyna się nagonka, bo jak ona śmie pokazać tyle ciała, albo tańczyć w ten, a nie inny sposób. Myślę, że dopóki będziemy chcieli podchodzić do tego tańca w taki sposób, czy to w krajach arabskich, czy w Europie, świat nigdy nie będzie sprzyjał wolnemu wyrazowi artystycznemu. 

Jako tancerka w Polsce mam nieporównywalnie łatwiejsze życie, niż gdybym wykonywała ten zawód na przykład w Egipcie, czy jakimkolwiek innym kraju arabskim. Nie mówię oczywiście w kontekście pracy – na pewno bardziej bym się tam rozwinęła, ale chodzi mi o to, że ludzie nie są tu do mnie uprzedzeni. Najczęściej spotykam się z entuzjazmem, radością i zainteresowaniem. Nigdy, w żadnej korporacji, w której pracowałam, nikt się do mnie nie uprzedził, zawsze spotykałam się z wielkim szacunkiem. Jeżeli nawet był ktoś, kto miał z tym problem, nie raczył mnie o tym poinformować. Dlatego bardzo wszystkim dziękuję za wsparcie! 

Właśnie, byłaś zarówno w kraju swojego męża, w Libanie, jako tancerka odwiedziłaś też Egipt – abstrahując już od podejścia do tańca orientalnego – czy te dwa kraje można ze sobą jakoś porównać? Który z nich jest bardziej otwarty? 

Niestety w obydwu krajach byłam tylko raz. Wcześniej zawsze coś mi stawało na drodze, kiedy chciałam jechać do Egiptu, teraz mam malutkie dziecko, więc na razie na pewno tam nie pojadę, może za rok, Inshallah. W tym roku mieliśmy jechać do Libanu, ale jak sama wiesz nastała pandemia. Mieliśmy jechać w maju, przekładaliśmy później na lipiec, sierpień… z kolei rok temu, kiedy chcieliśmy tam pojechać, w Libanie był wielki kryzys polityczny, ja stwierdziłam, że nie jest to najbezpieczniejsze miejsce dla kilkumiesięcznego dziecka i matki z wózkiem więc Hadi pojechał odwiedzić rodzinę sam. Coś nie mamy szczęścia z tymi wyjazdami. [śmiech] 

W każdym razie pamiętaj, że moja opinia, to opinia osoby, która spędziła w każdym z tych miejsc zaledwie tydzień. Uzupełniam ją o opowieści innych i to, co usłyszałam podczas rozmów z Egipcjanami i Libańczykami. Może mam jakiś ogólny pogląd, ale obawiam się, że może być trochę stereotypowy. 

fot. Archiwum prywatne

Generalnie moje wrażenia po pobytach w obu tych miejscach, zwłaszcza, że te wyjazdy miały miejsce praktycznie jeden po drugim, wskazują na to, że Egipt jest krajem zdecydowanie bardziej tradycyjnym. Religijność jest tam dużo bardziej odczuwana na każdym kroku. Rzeczywiście kiedy w Egipcie opuszczałam hotel, to żeby czuć się bezpieczna, nie irytować Egipcjan tym, że nie szanuję ich tradycji i nie przeszkadzać, zakrywałam ciało. Starałam się też nie wyruszać nigdzie sama, ponieważ czułam, że mogłoby to być odebrane jako prowokujące. Kiedy szłam nocą do klubu pooglądać występy tancerek, starałam się być ubrana bardzo przyzwoicie, czyli na przykład do sukienki zakładałam legginsy, mając na sobie długi kostium, zakrywałam się swetrem. Nie zdarzyło się nic nieprzyjemnego, raczej mnie nie zaczepiano. Tylko kiedy pojechałyśmy z Dominiką [Dominiką Suchecką – jedną z najpiękniej tańczących istot na tej planecie – dop. red.] odwiedzić piramidy, byłyśmy dość intensywnie atakowane ze wszystkich stron przez natrętnych przewodników, którzy chcieli nas oprowadzać, sprzedać nam coś, wcisnąć bilety gdzieś. To rzeczywiście było dość nieprzyjemne, ale nic gorszego nas tam nie spotkało. Przyznam, że też dlatego, że byłyśmy bardzo ostrożne. Słuchałam Dominiki, która wcześniej wielokrotnie jeździła do Egiptu. Ogólnie starałam się nie eksponować na sytuacje potencjalnie stresujące. 

W Libanie dla odmiany czułam się bardzo swobodnie, ale wynikało to też z tego, że byłam z Hadim, który stamtąd pochodzi. Zna język, wie gdzie jechać, a gdzie turyści mogą być mniej mile widziani. Wie, gdzie jest dzielnica chrześcijańska, w której nie ma problemu, jej mieszkańcy chętnie wdają się w rozmowy po angielsku i po francusku, a gdzie mieści się dzielnica muzułmańska, w której powinnam zakryć głowę i gdzie lepiej nie zamawiać w restauracji piwa. Takie rzeczy naprawdę warto wiedzieć, kiedy się zwiedza. 

Liban odebrałam jako kraj, w którym jest więcej swobody, Libanki są wyemancypowane, chodzą w szortach, zakładają bikini. Ale są też tam dzielnice ewidentnie muzułmańskie, gdzie na ulicach widać głównie mężczyzn, a kobiety tradycyjnie zakrywają swoje ciała i twarze.

Z perspektywy turystki, która spędziła w każdym z tych miejsc tydzień, stwierdzam, że w Libanie zobaczyłam dużo więcej, ale też mam o tym kraju większą wiedzę – mój mąż stamtąd pochodzi, byliśmy świadkami ślubu libańskiego… Do Egiptu pojechałam głównie pod kątem tanecznym, miejsca, które odwiedzałam to były głównie kluby, w których tańczyły tancerki, a ja większość pobytu spędziłam w… hotelu z widokiem na piramidy. Na pewno moja opinia byłaby bardziej obiektywna, gdybym była tam przynajmniej kilka razy, nie mieszkała w hotelu i więcej przebywała z mieszkańcami Kairu. To takie moje pierwsze wrażenie. Liban, a konkretnie Bejrut jest bardziej imprezowy, otwarty na Europę, mniej restrykcyjny, a Kair jest bardziej tradycyjny. W Egipcie byłam dużo bardziej ostrożna i bardziej na siebie uważałam. 

I bardzo dobrze! Zdrowy rozsądek to podstawa. Kasiu, bardzo, ale to bardzo dziękuję Ci za tę rozmowę. Spodziewałam się, że będzie super, ale i tak przeszła moje najśmielsze oczekiwania! Przyjmij proszę oficjalne wyrazy uwielbienia. 


Jeśli spodobała Wam się moja piękna Rozmówczyni, koniecznie zajrzyjcie do niej na instagrama i na jej kanał Youtube. Najchętniej wstawiłabym tu około 100 zdjęć i wszystkie jej filmiki, ale wtedy już kompletnie zignorowalibyście mój wpis, a na to nie mogłam sobie pozwolić. Na pożegnanie jeszcze jedna perełka – nagranie z sesji zdjęciowej, której efekty mogliście częściowo podziwiać powyżej. 

A jak już będziecie serduszkować Kasię na instagramie, zajrzyjcie też do mnie, żebym nie była jeszcze bardziej zazdrosna!