Przepraszam. Musiałam. Sensacyjna kwestia książęcego upośledzenia w zakresie czynności domowych wydaje się bić rekordy popularności, smakuje nawet trollom. Dlatego dzisiaj będzie o życiu codziennym. I o tym, jak Książę nabywał nowe umiejętności. Ucząc się na błędach.

Geneza problemu

Jak już wiecie, w Cardiff poznałam totalną sierotę bez podstawowych umiejętności przetrwania. Należałoby się jednak zastanowić, czy to naprawdę była jego wina. 

W Pakistanie posiadanie służby, nawet w gospodarstwach klasy (umownie) średniej, jest czymś normalnym. Czy koniecznym? Szczerze mówiąc, nie bardzo. Chociaż sytuacja się zmienia, poprzednie pokolenia kobiet raczej nie są czynne zawodowo – utrzymaniem rodziny zajmuje się mężczyzna, kobieta nie podejmuje zatrudnienia. Uskutecznia życie towarzyskie i pilnuje domowego ogniska. Pilnowanie ogranicza się zwykle do zawiadywania służbą. I choć po wizycie w Pakistanie muszę przyznać, że tamtejsze życie towarzyskie może być bardzo męczące, uważam, że z powodzeniem panie mogłyby się tam same zajmować własnym domem. Z drugiej strony, gdyby tak było, zniknęłoby bardzo wiele stanowisk pracy, więc może tak jest lepiej. W każdym razie, większością prac domowych zajmuje się służba.

Do tego dochodzi tradycyjny podział na role męskie i żeńskie. Do tej pory, kiedy idziemy z wizytą do Teściowej, mój mąż jest przez swoją mamę i siostry traktowany jak niepełnosprawny. Podczas gdy dziewczyny przygotowują coś w kuchni, czasem pozwalając mi pomóc (hmmm… co byś mogła zrobić, żeby nic nie popsuć… to może… pokrój arbuza?), Książę siedzi w salonie i czeka. Sam nie odniesie po sobie naczyń do kuchni, nie zrobi sobie kawy – nic. A przecież to nadal jego dom – mieszkał z nimi przez tyle lat. Dla Teściowej i szwagierek to naturalne, że ich syn i brat się nie udziela. Jego zaangażowanie jest wymagane w innych sytuacjach – na przykład przy wierceniu dziur w ścianie. O ile mi wiadomo, przez te wszystkie lata w Nowym Jorku Książę ani razu nie poszedł z mamą do pralni. A co dopiero mówić o Pakistanie, gdzie brudne ubrania porzucone na podłodze po jakimś czasie magicznie pojawiały się z powrotem w szafie – pachnące i wyprasowane.

Etap pierwszy

W Cardiff Książę spędził w sumie cztery lata. Niestety (dla mnie), miał spore szczęście, trafiając na bardziej ogarniętych (a może mniej rozbestwionych) współlokatorów, którzy pomagali, żeby nie rzec wyręczali, w domowych czynnościach. Najgorzej było chyba z samym sprzątaniem – książęce zdolności w zakresie generowania burdelu nie przestają mnie szokować. Sama starannie kultywuję twórczy nieład, ale to, co odstawia mój małżonek, kompletnie mnie przerasta. I nie wynika to z tego, że cudzy nieporządek zawsze denerwuje bardziej niż własny – Książę jest po prostu Arcymistrzem entropii. 

Ten człowiek do tej pory nie zamyka szafek po wyciągnięciu talerza. Czasami, kiedy wchodzę do kuchni, mam wrażenie, że grasują u nas wkurzone poltergeisty z ADHD. Ubrania raz wyciągnięte – nawet jeśli nie założone – nigdy nie trafiają z powrotem do szafy. Mieszkają wszędzie indziej: na kanapie (dobrze, że mamy dwie), na krześle, a nawet na moim kole cyrkowym. 

Jedyne, czego Książę nauczył się przez okres studiów, to chyba sam fakt, że “to wszystko” samo się nie robi. Ktoś za tym stoi. Ktoś nastawia pralkę, sprząta łazienkę, robi zakupy, gotuje, myje naczynia… Innymi słowy, dostrzegł, że jest to czyjaś praca. Nie wydaje mi się jednak, żeby zdawał sobie wtedy sprawę, że kiedyś sam będzie musiał się tego wszystkiego nauczyć. 

Etap przejściowy

Między czwartym rokiem studiów, na którym pomieszkiwaliśmy razem, a moją przeprowadzką do Nowego Jorku upłynęło dziewięć lat. Przez ten czas spotykaliśmy się w alternatywnej rzeczywistości wakacyjnej. Zwykle wiązało się to z pobytami w hotelach i stołowaniem się w restauracjach. Tak zwana proza życia nie miała do nas dostępu. Pojawiła się przez to obawa, że kiedy w końcu zamieszkamy razem, rzeczywistość nas przygniecie i nagle okaże się, że to wszystko był fatalny pomysł. Co innego kochać się straszliwie w komfortowych warunkach, kiedy obydwoje jesteśmy wypoczęci i nie mamy żadnych zmartwień, co innego spotykać się wieczorami po całym dniu męczącej pracy i zastanawiać się, kto powinien tego dnia posprzątać, albo jakim cudem wyrobić się z obiadem. 

Ustalmy jedno – to ja odczuwałam podobne obawy. Książę po prostu twierdził, że przecież jakoś to będzie, bagatelizując moje lęki. Doprowadzało mnie to do szewskiej pasji, bo w zasadzie potwierdzało moje przeczucia. On nawet sobie nie zdawał sprawy z ogromu pracy, jakiego wymaga prowadzenie domu (nawet jeśli jest to tylko dwuosobowe mieszkanie). Zupełnie szczerze: tego bałam się chyba najbardziej, jeśli chodzi o perspektywę wspólnego życia. Wiedziałam, że to będzie punkt zapalny, że będziemy się o to kłócić… 

Chwila prawdy

Wreszcie nastał czas Wielkiej Przeprowadzki i tak zwana chwila prawdy. Przeprowadziłam się do Nowego Jorku, wynajęliśmy mieszkanie (nadal zastanawiamy się, czy jest sens kupować własne) i zamieszkaliśmy we dwoje. Bez służby, bez troskliwej Teściowej – sami. Dwójka trzydziestoparoletnich dzieciaków, jedno mniej ogarnięte od drugiego. 

Mój mąż wychodził z domu przed ósmą, wracał w okolicach osiemnastej, dziewiętnastej, wykończony długim dniem pracy i ściskiem w metrze. Na początku podeszłam do kwestii empatycznie i ambicjonalnie – skoro nie mogę znaleźć pracy (w Nowym Jorku okazało się, że lata mojego doświadczenia zawodowego są o kant tyłka rozbić – nie pracowałam w Ameryce, więc się nie liczy), przynajmniej nauczę się być dobrą gospodynią domową. Raz w tygodniu przeprowadzałam generalne sprzątanie, zajmowałam się praniem, robiłam zakupy spożywcze, gotowałam. To ostatnie średnio mi wychodziło, ale zdołałam nawet opanować przygotowanie kilka potraw, które mój mąż uznał za zjadliwe. 

Mimo umownych sukcesów w dziedzinie zarządzania domostwem, byłam coraz bardziej sfrustrowana. Szlag trafił początkową koncepcję dbania o mojego ciężko pracującego męża. Nie tak to miało wyglądać. Co gorsza, zauważyłam, że te wszystkie obowiązki domowe są tak wycieńczające, że jak już dostanę pracę, to przecież nie dam rady. A z każdym dniem coraz bardziej przyzwyczajam sierściucha do tego, że sam nie musi nic robić. W rezultacie co chwilę wszczynałam awantury (takie o całokształt), a Księcia, bardziej niż moja wybuchowość, przerażało to, że chyba jestem z nim nieszczęśliwa… Tak naprawdę jednak byłam nieszczęśliwa sama ze sobą. Kompletnie nie potrafiłam się odnaleźć w nowej rzeczywistości i coraz bardziej się miotałam. 

Wilkołak

Oczywiście nawet w tamtym okresie nie było cały czas źle! Zdarzało nam się podchodzić do całej sytuacji z humorem. Nawet nie do końca świadomie. Pewnego razu mój mąż miał sen.

Pamiętacie Sen Adasia z Akademii Pana Kleksa? Czytając poniższy tekst, postarajcie sobie zwizualizować przebieg wydarzeń w stylu tamtej animacji!

Otóż śniło mu się, że jego rodzina przyszła do nas na obiad. Podczas obiadu wpadłam w szał, zmieniłam się w wilkołaka i wybiegłam na zewnątrz mordować przypadkowo napotkanych ludzi. Mój mąż biegał za mną i sprzątał pozostawiony po mnie bałagan (tak, on sprzątał po mnie!). Przy okazji ubrudził sobie krwią białą koszulę. W takim stanie zobaczyła go jedna z sąsiadek, której zaczął tłumaczyć, że to nie krew, to keczup. Sąsiadka zazezowała sceptycznie, ale podjęła grę i powiedziała, że jeśli to keczup, to Książę ma się nie martwić, to można wyprać. Na co mój ukochany mąż sprytnie zapytał:

– Wyprać… Tak… Przypuśćmy, że ktoś chciałby coś wyprać, czysto hipotetycznie – jakby ten ktoś miał się do tego zabrać?

Jak widać na załączonym przykładzie, Książę podświadomie zdawał sobie sprawę z problemów wynikających z jego nieogarnięcia. Zwłaszcza, że wisiało na nim widmo moich wyjazdów…

Mężczyzna samodzielny

Podczas mojej pierwszej nieobecności Książę poszedł na łatwiznę – przeprowadził się z powrotem do mamusi. Mamusia dbała, robiła pranie, karmiła… A i tak po powrocie do domu zastałam górę niepochowanych ubrań na kanapie (Teściowa wyprała, ale już do szaf nie pochowała) i puste opakowanie po pizzy. Wpadłam w furię, a mąż się obraził, że nie doceniłam umytych podłóg. Czy ja wiem, czy one takie umyte były… Od razu wyjaśnienie zagadki – mój sierściuch nie do końca rozumie, że najpierw się odkurza, później mopuje. Do mopowania jeszcze zresztą wrócimy.

Przy moich kolejnych wyjazdach do Polski, Książę postanowił się wreszcie zmierzyć z wyzwaniem. Został gospodynią domową, zmieniał pościel (wszystkie poduszki w innych poszewkach, ale on lubi, jak jest kolorowo), korzystał ze zmywarki. Akurat z tym na początku miał pewne problemy, bo jakimś cudem udało mu się włożyć tabletkę nie tam gdzie trzeba… Za drugim razem było już dobrze. Raz zajrzał nawet do pralni.

Przed wyjazdem zrobiłam mu krótkie szkolenie, na lodówce zostawiłam instrukcję doładowywania karty do pralni. Klasyczne nowojorskie pralnie działają na ćwierćdolarówki, które dla osób nie posiadających pralek w domu zyskują nieopisaną wartość. Nam się poszczęściło, pralnia w naszym budynku jest nowoczesna – dostaliśmy specjalne karty. Musieliśmy (musiałam) zarejestrować się w specjalnym serwisie i dodać kartę. Za każdym razem, kiedy muszę ją doładować, wchodzę na stronę, płacę, generuję nowy kod, spisuję go na świstku papieru, a następnie wstukuję w specjalnym automacie w pralni. Książę dostał kartę już naładowaną, ale strzeżonego bóstwo prania strzeże. 

Wreszcie nadszedł ten dzień – dostałam wiadomość na messengerze, czy bym mogła jeszcze raz powiedzieć co i jak. O dziwo, ogarnął. Problemy zaczęły się przy suszarce – wymyślił, że przecież zawartość dwóch pralek zmieści się do jednej suszarki, więc po co na dwie… I pozostał głuchy na argumenty. Wbrew obawom, poradził sobie – nie znalazłam po powrocie stosiku zgnilizny. 

Tym samym oświadczam – nie potrafił (obsługiwać pralki), ale już potrafi. 

Zmiana nastawienia

Jak mogliście wywnioskować z wcześniejszej części posta, nie lubiłam swojego życia w Nowym Jorku. Swój świąteczny pobyt w Polsce przeciągnęłam do granic rozsądku, potwornie stresując męża, który zaczął się bać, że już do niego nie wrócę. Wróciłam. I stwierdziłam, jak na mnie wyjątkowo dojrzale, że samo się nie zrobi. Jeśli mam być tu szczęśliwa, muszę zacząć działać. Zapisałam się na lekcje tańca (wcześniej twierdziłam, że godzina drogi w jedną stronę nie jest tego warta), zaczęłam pracować jako tłumacz i… przestałam obsesyjnie walczyć o tytuł gospodyni roku. O dziwo nie zarośliśmy syfem i nie pomarliśmy z głodu. A Książę zaczął się w wolnych chwilach udzielać. Okazało się, że jeśli sama czegoś nie zrobię, jest szansa, że mimo wszystko zostanie to zrobione. Może nie tak, jakbym sobie życzyła (jak można wkładać talerze do zmywarki odwrotnie?!), ale mimo wszystko zrobione. 

W sumie największym problemem pozostają śmieci. Wyrzucić? Proszę bardzo. Segregować? Ty to zrobisz lepiej, kochanie. Oczywiście, przecież do stwierdzenia, czy coś jest plastikiem, konieczny jest szósty zmysł i kobieca intuicja, bez tego ani rusz. Mimo to, muszę stwierdzić, że nawet w zakresie edukacji ekologicznej poczyniliśmy pewne postępy. Nie jest źle. 

Dwoje w kwarantannie

Całkowitą zmianę przyniosła nam kwarantanna, która zresztą zeszła się w czasie z początkami mojego blogowania. Książę od marca pracuje z domu. Jesteśmy ze sobą praktycznie dwadzieścia cztery godziny na dobę, przez cały tydzień. I wiecie co? Naprawdę nam z tym dobrze! 

Spędzając więcej czasu w domu, mój oswojony sierściuch nie tylko zaczął zauważać ogrom pracy, którego wymaga samodzielne mieszkanie, ale też ma siłę się udzielać. W dodatku przez pracę nad blogiem, książką i większą ilość zleceń, sama trochę odpuściłam, a Książę nagle zaczął sprzątać sam z siebie. Zaczęło się od pomocy – myłam szafki w kuchni, przyszedł i zaczął szorować kuchenkę. Potem bez żadnej zachęty odkurzał, mopował… Z tym mopowaniem różnie mu szło. Jeśli nie załapaliście się na historię z płynem czyszczącym na instagramie, to bardzo proszę:

– Kochanie, skończył nam się płyn do mycia!!! – dobiegło z kuchni. 

Pierwsza myśl: płyn do naczyń. Nie ma problemu. Mamy zapas. Ale w sumie jak to… Przecież była cała butelka. Zaintrygowana zajrzałam do kuchni. Ujrzałam mojego gosposia domowego z dozownikiem mopowym. Z dosyć ciemną zawartością. W kolorze nierozcieńczonego płynu do mycia podłóg (i innych powierzchni).

– Kotku… czy Ty to w ogóle rozcieńczasz?
– Nie… A co?
– Bo widzisz… powinieneś wlać tak tyci, tyci i woda do tego…
– A gdzie to jest napisane?
– No… Na baniaku z płynem.
– O. Faktycznie! I patrz! Na dozowniku mopa też!
– …
– No to jeszcze się nam płyn nie skończył!

Teraz już wiem, czemu mieszkanie od dłuższego czasu nieznośnie śmierdzi sosną, a podłogi są takie jakby lekko lepkie. Baniak płynu był taki kilkulitrowy, kiedy ostatni raz po niego sięgałam, było w nim jeszcze ponad 70%. Jaki z tego wniosek? Obowiązki domowe jak najbardziej należy powierzać chętnym do nauki padawanom, ale na początek należy ich poczynania kontrolować i w razie potrzeby (zwykle) korygować. Wcześnie wykryte błędy można z łatwością wyplenić nie narażając się przy tym na nadmierne straty.

Było już artystyczne zdjęcie pralek, czas na suszarki.

Budowanie gniazda

Kwarantanna i udomowienie się Księcia miały też efekty uboczne. Kiedy już wymopował wszystkie podłogi na zapas, stwierdził, że mieliśmy urządzać mieszkanie. Wypomniał, że to ja chciałam się tym zająć, więc on swoje zapędy powściągał, ale tak dalej być nie może, mieszkamy nieomal na kartonach (no bez przesady), nie mamy żadnych półeczek, wazoników, a co gorsza, NIE MAMY DYWANU! Nie rozumiem obsesji na punkcie dywanu. Mamy przepiękne parkiety, jak można w ogóle myśleć o ich zakrywaniu?! Jakby tego było mało, ja życzyłam sobie białego salonu. Biało-białego, żeby być dokładniejszym. Książę marzy o czerwieniach. Więc może niech będzie biało, ale koniecznie z czerwonym dywanem! Kłóciliśmy się o to urządzanie w nieskończoność. Ja rozumiem, jestem w ciąży literackiej, mój samiec odczuwa potrzebę budowania gniazda. Ale czemu gniazdo musi być od razu czerwone? 

Oczywiście nie mamy czerwonego dywanu. Pod moją nieobecność Książę zamówił za to dziką mnogość małych stoliczków, które teraz są porozstawiane po całym salonie bez ładu i składu. Dokupił też fotel, “w takim samym kolorze jak sofy, o co ci chodzi?” – ciemno kremowy. Z białymi kanapami wygląda bardzo… ekstrawagancko. Za moim złośliwym przyzwoleniem zamówił też najbardziej kiczowaty zegar ścienny na świecie. 

I jakoś tak się urządziliśmy. Nadal sprawia to wszystko wrażenie prowizorki (ciężko się na dobre zadomawiać, jeśli wiemy, że w maju czeka nas przeprowadzka), ale w tej prowizorce znaleźliśmy pewną bardzo nam potrzebną równowagę. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz przeprowadzaliśmy generalne sprzątanie – wydaje mi się, że było to bardzo dawno temu. Na pewno od przynajmniej dwóch tygodni powtarzamy sobie wzajemnie, że już trzeba. I w końcu to zrobimy – razem! 

Obserwacje końcowe

Dokładne przeanalizowanie wyników wielu eksperymentów pozwoliło mi stwierdzić, że mój mąż nie jest upośledzony. Przy odpowiednim treningu i motywacji jest zdolny podołać właściwie wszystkim czynnościom domowym (ostatnio nawet coś przebąkiwał, że może poprosi swoją mamę, żeby nauczyła go gotować). Co więcej, czasami przejawia tak zwaną inicjatywę i nie trzeba mu wydawać poleceń. Ergo: nawet z rozpieszczonego księcia można zrobić kopciuszka. Dobra, wiem. Bez sensu ten wniosek, ale tak mi się jakoś napisało. Tak naprawdę chciałam wyjaśnić po co napisałam ten post. Bo przecież nie po to, żeby zakpić z owej medialnej nieudolności, ani nawet oświadczyć, że już potrafi obsługiwać tę nieszczęsną pralkę. 

Pisałam już wcześniej o różnicach kulturowych, które w naszym związku nie stwarzają większych trudności. W rzeczywistości zdecydowanie większą przeszkodą mógłby okazać się na przykład stopień rozbestwienia Księcia w okresie dorastania. Jednak, jak widać, nawet z tym udało nam się zmierzyć. 

Nadal nie wiem, jak to wszystko będzie wyglądało, jak mój mąż udomowiony wróci do pracy, a ja zacznę pracować na etat. Ale ostatnie miesiące pozwalają mi mieć nadzieję, że nie zostanę z tym zmartwieniem sama i że faktycznie mamy szansę podejść do tego partnersko. A teraz okropny banał na do widzenia: z mężczyznami czasami trzeba porozmawiać i werbalnie zakomunikować im rzeczy, które kobietom wydają się oczywiste. Jeśli kobieta weźmie na siebie wszystkie domowe obowiązki, zrobi z siebie męczennicę, karmelitankę kuchni (parafrazując za Amelie Nothomb) – jej partner tego prawdopodobnie nawet nie zauważy (o docenianiu nie wspomnę), a w niej będzie narastała frustracja. Nie chciałabym generalizować, dlatego użyję słowa “wielu”, a nie np. “większość”: wielu facetów nie odczuje potrzeby wykazywania inicjatywy jeśli a) wszystko jest i tak zrobione b) ich partnerka nie powie jasno, że chciałaby się tymi obowiązkami domowymi dzielić. Bo to obowiązki “domowe”, a nie “kobiece”. 

Tę jakże oryginalną myślą chciałabym zakończyć dzisiejszy post, zanim zacznę pisać jeszcze bardziej oczywiste oczywistości. 

P.S. Szanowni producenci pralek – nadal czekamy na propozycje współpracy przy kampaniach reklamowych sprzętu AGD. Mogę nawet pomóc w napisaniu scenariusza.