Narcyz

Karl Lagerfeld powiedział kiedyś, że próżność jest najzdrowszą rzeczą w życiu. Zdrowie jest w życiu najważniejsze, więc od wielu lat bardzo starannie dbam o swojego wewnętrznego Narcyza. Moja osobowość stanowi trudną do rozgryzienia mieszankę ogromnych kompleksów i skrajnej megalomanii – wbrew pozorom jest to połączenie dość częste, więc raczej wewnętrznym wybuchem nuklearnym nie grozi. 

W tak zwanym okresie dojrzewania, kiedy nie dość, że większość dziewcząt wygląda jak gąsienice (chłopcy wcale nie lepiej, ale my żyjemy perspektywą przemiany w motyla, a wy panowie… no cóż, możecie co najwyżej wyrosnąć na mężnie seksowną, ale wciąż gąsienicę), ja dodatkowo upierałam się pozostać makijażową dziewicą. W efekcie wyglądałam jak niekochane, ukrywane przed światem dziecko z Rodziny Addamsów i szczególną miłością do zdjęć nie pałałam. I nagle zmieniło się to w którymś momencie na koniec liceum, lub początek studiów. Nagle odkryłam, że owszem, na dziewięciu zdjęciach z dziesięciu wyglądam tak, że powinnam się schować w szafie i z niej nie wychodzić, ale za to to dziesiąte… To dziesiąte sprawia, że niczym mityczny Narcyz najchętniej nie odrywałabym wzroku od swego (sfotografowanego) oblicza, choćby groziłoby to śmiercią. No dobrze, odrobinę przesadzam, aż tak dobrze nie było, ale nagle zapałałam miłością do pozowania. Podczas studiów zaliczyłam kilka modelingowych epizodów, niemal zrobiłam ogromną karierę w Chile, zrezygnowałam z tej możliwości na rzecz mojej rozjechanej po świecie miłości (i nauki), a następnie stwierdziłam, że właściwie to i tak jestem za stara, za gruba i za leniwa. Od czasu do czasu jednak, tak akurat, żeby ego nie zdechło z głodu, brałam udział w sesjach zdjęciowych. Co tu dużo mówić, oglądanie najlepszej wersji siebie po prostu uzależnia.

Z tego też powodu nie brałam nawet pod uwagę możliwości nie robienia sesji ślubnej, mimo że mój ukochany modelem jest chyba jeszcze gorszym niż tancerzem, a o to naprawdę ciężko. Całe szczęście nie musiałam go przekonywać, chyba wiedział, że sesja należy mi się za ślub jak przysłowiowemu psu buda (w zasadzie nie lubię tego przysłowia, psu należy się miejsce w łóżku, na kanapie i pośrodku kuchni, skąd może obserwować jak kochający właściciel przygotowuje mu pyszne jedzenie, ale chciałam podkreślić, że sesja należała mi się bezapelacyjnie) i dosłownie dzień po podróży poślubnej na Lanzarote (o której mogliście przeczytać w poprzednim wpisie) spędziliśmy na pozowaniu (ja) i na cierpieniu z godnością (Książę). 

Fotograf

portret śłubny
Prawdziwie… Szaleńczo… Głęboko

Wybór fotografa wydawał mi się wtedy oczywisty, potem miałam go niestety żałować. Ten post będzie trochę ku przestrodze, nie będę pluła jadem, ale mimo upływu czasu, odrobina goryczy mi w systemie zalega, może czasami skapnąć na klawiaturę. 

Sporo lat temu, ale już będąc na “modelingowej emeryturze” poznałam bardzo zdolnego fotografa. Jego zdjęcia miały to coś. Kiedy zaproponował mi sesję na zasadzie TFP (czas za zdjęcia), zakwiczałam radośnie, zapakowałam kiecki i ruszyłam pozować. Część zdjęć wyszła średnio (mam swoją teorię w tym temacie – są fotografowie, którym zależy na tym, żeby po prostu pokazać modelkę z jak najlepszej strony, a są tacy, którzy szukają historii i popadając w artystyczną egzaltację mają gdzieś, czy modelka wyjdzie korzystnie, czy nie, bo nie na tym im zależy. Nie mówię, że któryś typ jest lepszy, lub gorszy, osobiście uwielbiam oglądać zdjęcia artystyczne, ale pozować wolę do tych, na których wyglądam jak kilka milionów dolarów. Ten fotograf szukał historii, czasami odnajdując w nich kobiece piękno.), ale trafiło się kilka wybitnych. Potem zrobiliśmy razem drugą sesję, z podobnymi efektami. Dlatego, kiedy przyszedł czas na planowanie ślubnej sesji zdjęciowej, napisałam do niego z prośbą o wycenę sesji plenerowej plus reportażu z obiadu weselnego, który miał się odbyć w innym terminie. Wycena wydawała się w miarę sensowna: sesja + krótki reportaż za 1500zł.

W dzień sesji, kiedy już siedziałam u makijażystki, fotograf próbował odwołać sesję, stwierdzając, że pogoda jest średnia. Książę miał następnego dnia wyjeżdżać, więc inny termin nie wchodził w grę. Wymarzyłam sobie sesję na gdańskiej starówce (a właściwie na Głównym Mieście). Fotograf stwierdził, że do mojej sukienki bardziej pasują mu Sea Towers w Gdyni. No dobrze, niech będą Sea Towers, ale niech mi nie odwołuje na ostatnią chwilę sesji! Wyprosiłam, pogoda się poprawiła. Na sesję pojechała z nami moja Mama, w charakterze asystentki. 

Spędziliśmy około 3 godzin pozując pod Sea Towers i na bulwarze. Wyniki były bardzo obiecujące, mój mąż nie narzekał w ogóle, nie pytał czy daleko jeszcze i nie robił głupich min. Do tego starał się jak mógł nie psuć kadrów. Wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni, razem poszliśmy do pobliskiej restauracji na kalmary i rozliczyliśmy się. Mama stwierdziła, że zapłaci za całość z góry. I to był pierwszy błąd. Drugim błędem było nie podpisywanie umowy. Od razu zapamiętajcie ku przestrodze – obojętnie jak dobrze znacie fotografa, umowę podpisać trzeba. 

Zdjęcia z sesji wyprosiłam po wielu miesiącach, spotkałam się z fotografem w McDonaldzie przy obwodnicy i czekałam dwie godziny, aż zgra mi wszystko na pendrive’y. Zdjęć obrobionych nie dostałam nigdy. Zwodził mnie przez ponad rok, opowiadając o problemach zawodowych i prywatnych. Codziennie obiecywał, że jeszcze tego samego dnia coś wyśle. Wreszcie się poddałam, kiedy usłyszałam, że właściwie, to mogę go zabić, bo on już i tak nie chce żyć. Zrezygnowałam zarówno z dalszej walki, jak i zabijania. Sama na obróbce znam się średnio – nie jestem w tym najgorsza, ale w tym wypadku poległam już przy konwersji plików. Reportażu nie było, ponieważ obiad weselny nigdy się nie odbył. Fotograf nie uznał za stosowne zwrócić mi pieniędzy. De facto sesja plenerowa bez obróbki kosztowała mnie (a właścicie moich Rodziców, którzy podobnie jak podróż poślubną, zafundowali nam sesję w prezencie) 1500zł. Mniej więcej 3 razy tyle, co średnio sesja plenerowa z obrobionymi zdjęciami. Niemal trzy lata po sesji ten sam fotograf odezwał się do mnie z pretensjami, że nie podpisuję jego zdjęć. Podczas dyskusji, która się z tego wywiązała dowiedziałam się, że samą sesję wycenił właśnie na 1500zł, reportaż miał być w gratisie, po znajomości, a ja jestem rozpuszczoną księżniczką, która oczekuje, że “za 1500zł wszyscy będą jej robić setki zdjęć i poświęcać na to miliony godzin”. Nie powiem, żeby było mi przyjemnie. Oczywiście bardzo żałuję tego wyboru, a jeszcze bardziej tego, że nie znałam wtedy mojej ukochanej Fotografini. 

Pomysły na sesje zdjęciowe

– I co dalej? – Co tylko chcesz, kochanie.

Jakiejkolwiek koncepcji byście nie mieli, błagam Was – nie skaczcie na molo w Orłowie. To się prędzej czy później od tego skakania zawali! Mieszkańcy Trójmiasta na pewno wiedzą o co mi chodzi, dla innych spieszę z tłumaczeniem. Kiedy tylko nad polskie morze (konkretnie nad Zatokę Gdańską) zawita ładna pogoda, plaża w Orłowie, dzielnicy Gdyni, zapełnia się zdeterminowanymi pannami młodymi w lekko nieświeżych sukniach, zmaltretowanymi panami młodymi i fotografami o jednakowej wizji artystycznej. Scenariusz jest zawsze taki sam, chociaż kolejność scen może się różnić, w zależności od obłożenia danych miejsc. Para młoda musi się przejść plażą, brodząc i maczając suknię za miliony w słonej wodzie. Para musi się położyć na molo, czasem nawet lekko się po nim potarzać. Wreszcie, para absolutnie, bezwględnie, obowiązkowo musi przejść na koniec mola i tam radośnie podskakiwać. Do skutku. Aż fotograf będzie miał to jedno ujęcie pary młodej lewitującej nad morskim horyzontem. Taki trynd. 

Modne są oczywiście też sesje na topielców, to dla par bardziej zdeterminowanych, obejmują one kąpiel w całym ślubnym umundurowaniu, w zatoce, jeziorkach, bajorkach, a nawet w małym wodospadziku pluskającym w Parku Oliwskim. Efekty są czasami nawet sympatyczne wizualnie, gorzej jeśli podejmiemy próbę interpretacji. 

Swojego czasu ogromną popularnością cieszyły się sesje zdjęciowe par nawiązujące do ich zainteresowań. Panowie grający w koszykówkę pozowali z pannami młodymi w trampkach na boisku na przykład. Osobiście takie ekstrawagancje mnie nie przekonują, owszem, fajnie wygląda to w mediach społecznościowych, pozwala się wyróżnić, ale pytanie, czy w tym wypadku wyróżnianie się jest najważniejsze. Może po prostu warto postawić na ładne, klimatyczne zdjęcia, które pokazują uczucia między Wami, a nie Wasze hobby? Wspólną sesję na boisku możecie sobie zrobić przecież bez okazji. 

Mnie osobiście, jak już wspomniałam, marzyła się sesja na gdańskim Głównym Mieście, również dlatego, że podczas pierwszej wizyty Księcia w Polsce spędziliśmy tam wybitnie romantyczne chwile, łącznie z tańczeniem na kompletnie opustoszałej, ośnieżonej i świątecznie oświetlonej ulicy Długiej. Zaufałam jednak fotografowi i zrobiliśmy tak, jak on uznał za stosowne. Zdjęcia wyszły bardzo czyste, przejrzyste i część z nich jest nad morzem, więc nie narzekam. Co nie zmienia faktu, że sesję na „starówce” też bym kiedyś chciała mieć. Przy innej sukience, bardziej księżniczkowej zdecydowałabym się pewnie na sesję w jakiś bogatych pałacowych wnętrzach, albo zupełnie w drugą stronę – w ruinach zamku, na przykład w Łapalicach.

Sesje zdjęciowe w plenerze 

Oczywiście pięknie i bajkowo wyglądają sesje na łonie natury, pola, lasy, łąki (czy wspomniane wcześniej plaże). Pamiętajcie, że jeśli zdecydujecie się na taki scenariusz, to zróbcie to odpowiedzialnie – nie strzelajcie bezmyślnie confetti, które nie dość, że hukiem spłoszy zwierzęta, to jeszcze zostanie w lesie na setki lat (mam na myśli to plastikowe, błyszczące, lub materiałowe płatki kwiatów). Jedno ładne zdjęcie nie jest tego warte – jak naprawdę MUSICIE to dorobicie sobie w fotoszopie. 

Podobnie sprawa wygląda, jeśli zdecydujecie się na sesję ze zwierzątkami. Brzmi dziwnie? Bynajmniej. Ulubiony piesek, konik, gołąbki… Piesek będzie się oczywiście cieszył, że jest z Wami, ale po chwili się znudzi i na pewno nie będzie chciał spędzać “na planie” kilku godzin. Jeśli tak bardzo Wam zależy, weźcie kogoś, kto pójdzie z nim po kilku zdjęciach na spacer. Z końmi sprawa wygląda trochę inaczej, są cierpliwe, zwykle kiedy mogą sobie poskubać trawę, to mogą stać w jednym miejscu i im to nie przeszkadza. Ale właśnie, stać – nie pozować. Miałam kiedyś robioną sesję z koniem. Od dziecka kocham te zwierzęta i umiem się z nimi obchodzić, ale nakłonienie konia do pozowania nie jest proste. Więcej czasu spędzicie na opanowaniu zwierzęcia, niż na skupianiu się na własnym wyglądzie i to będzie niestety widoczne. Nie ma mowy o szarpaniu i zmuszaniu konika do niczego, jasne? 

Wreszcie gołąbki – najgłupszy, najbardziej egoistyczny i popaprany pomysł ślubny i sesyjny. Śliczne, bielutkie gołąbki wypuszczane na Wasze wyjście z kościoła, czy podczas sesji dla kilku ładnych ujęć wcale nie wracają do swojego gołębnika. Nagle wypuszczane są przerażone, zdezorientowane i najczęściej kończą swój los zderzając się ze ścianą budynku, murem, drzewem, lub wpadając pod samochód. Nie róbcie im tego, to nieludzkie. Nie żyjemy w czasach pogańskich, żeby składać bogini miłości krwawe ofiary, chyba nie tak chcecie rozpoczynać nową drogę życia? I proszę, nie piszcie, że to tylko głupie ptaki. Głupich tylko-motylków też proszę sobie na ślub nie zamawiać. 

Wybaczcie te dramatyczne apele, ale wiem, że wiele osób nawet nie zdaje sobie sprawy, z czym wiążą się pewne “atrakcje”, a skoro już uskuteczniam emocjonalny ekshibicjonizm, to mogę równie dobrze wykorzystywać to w celu walki z krzywdzącą ignorancją. 

Sesje zdjęciowe ślubne – kilka rad

Omówiliśmy już inspiracje, poprosiłam Was, żeby nie męczyć zwierząt i nie niszczyć przyrody. Teraz czas na kilka złotych (lub tytanowych, pamiętajcie, złoto nie jest obowiązkowe 😉 ) rad, a dla mieszkańców Trójmiasta również rekomendacji, dotyczących sesji i fotografii ślubnej ogólnie.

Widzę nas we włoskim Vogue’u
  1. Pomyślcie wstępnie o klimacie i miejscu na sesję. Przedyskutujcie, co Wam się najbardziej podoba i w jakim kierunku obydwoje chcielibyście pójść.  Dziewczęta, pamiętajcie, że bywają panowie młodzi, którzy mają w tej kwestii opinię i jeśli już takową wyrażają, nie należy robić wszystkiego wbrew nim, bo mogą się później na sesji dąsać!
  2. Przejrzyjcie portfolia przynajmniej kilkunastu fotografów, zobaczcie nie tylko czyje zdjęcia Wam się najbardziej podobają, ale też czyj styl najbardziej pasuje do Was. Czasami odpowiedzią nie będzie ten sam fotograf. 
  3. Jeśli rozważacie pakiet sesja + reportaż (+ przygotowania + cała masa innych opcji, choćby sesja narzeczeńska), patrzcie nie tylko na zdjęcia z samej sesji, ale też reportaże, które fotograf robi – czasami zdjęcia z sesji są piękne, a same reportaże bardzo słabe!
  4. Roześlijcie zapytania ofertowe do kilku wybranych fotografów, dobrze, żebyście mieli skalę porównawczą. 
  5. Koniecznie spotkajcie się z fotografem na żywo. Może się okazać, że kompletnie nie nadajecie na tych samych falach, a to lepiej wiedzieć wcześniej!
  6. Dobrze przygotowane pary, przed weselem dają fotografowi zdjęcia najważniejszych gości – ukochanej babci, ulubionej cioci itp., żeby mieć pewność, że znajdą się oni na zdjęciach z wesela. Pamiętajcie – wy te osoby znacie, fotograf nagle znajdzie się w Waszym świecie, wśród setki (czasem setek) Waszych gości i nie będzie wiedział, nie będzie miał nawet szansy się zorientować, kto w pierwszej kolejności powinien znajdować się na zdjęciach!
  7. Przygotujcie się do samej sesji ślubnej – tego dnia profesjonalny makijaż i fryzura są równie ważne, jak w dniu ślubu. A jeśli planujecie ślubne monidło zawiesić sobie nad kominkiem, to rzekłabym, że wręcz ważniejsze. Goście po kilku latach nie będą pamiętać, czy panna młoda miała doczepione rzęsy, a zdjęcie nad kominkiem będzie wisiało, wisiało, wisiało i straszyło domowników i gości przez długie lata. Poza tym, kosmetyki proszę zabrać na sesję (żeby przypudrować świecący się nosek), podobnie buty na przebranie, cieplejszą bluzę, w razie gdybyście zmarzli podczas sesji, agrafki i inne akcesoria potrzebne w nagłych przypadkach i oczywiście ubrania na przebranie i ręczniki, jeśli decydujecie się na sesję a’la topielica.
  8. Myślę, że to oczywiste, ale na wszelki wypadek napiszę – przygotowanie oznacza również, że dzień przed sesją wcześnie kładziecie się spać, pijecie dużo wody i mało (albo lepiej wcale alkoholu) i dzięki temu wyglądacie ładnie i promiennie. A. Solarium dzień wcześniej jest złym pomysłem. 
  9. CZYTAJCIE I PODPISUJCIE UMOWY! ZAWSZE!
  10. Rada dotycząca współpracy nie tylko z fotografami, ale też każdą inną osobą, z której usług będziecie korzystać z okazji ślubu, czy to DJ, czy tancerka, czy iluzjonista, czy nie-wiem-co – szanujcie tych ludzi i nie bądźcie chamscy. Praca z ludźmi, a szczególnie takimi szarganymi ślubnymi emocjami, to naprawdę ciężki kawałek chleba. I pamiętajcie, że za wykonaną usługę należy zapłacić. W terminie. 

Rekomendacje Trójmiasto

Obiecałam też trójmiejskie rekomendacje. Nie wiem, czy naprawdę muszę to dodawać: rekomendacje może nie są obiektywne, bo takie nie istnieją, ale nikt mnie w celu wystawienia tych rekomendacji ani nie przekupił, ani mi nie groził.

Jeśli chodzi o fotografię, zdecydowanie polecam Emilię i CLSTUDIO – Emilia jest cudowna, robi obłędne zdjęcia i zadba o to, żebyście oboje czuli się komfortowo i wyglądali wspaniale. Bez względu na Wasze doświadczenie w pozowaniu. Do tego jest niesamowicie kojąca i ma oczy jak gwiaździste szafiry (o oczach wspominam, bo jakoś lepiej mi się pozuje jak patrzę na coś ładnego). W każdym razie z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że Em jest najlepszym fotografem, jakiego znam (piszę fotografem, żeby było jasne, że jest bezkonkurencyjna ogólnie, a nie tylko w kategorii fotografek).

W zakresie makijażu polecam (chociaż pewnie nawet nie muszę, bo większość mieszkanek Trójmiasta już zna i codziennie zapala świeczki wotywne przed ołtarzem ku jej czci) Dorotę Majcher – zrobi boginię z każdej dziewczyny i każdej kobiety. Bez względu na predyspozycje urodowe i wiek. Nie tylko maluje, ale też czesze! 2w1 i to w ekspresowym tempie. A makijaż będzie się trzymał do białego rana trzy dni po ślubie (oczywiście nie polecam, makijaż zmywamy od razu po weselu!). Kiedy będziecie do niej pisać, bądźcie cierpliwe, może nie od razu, ale odpowie na pewno. I pamiętajcie, że rezerwować terminy u tej czarodziejki trzeba z dużym wyprzedzeniem.

Jeśli wolicie bardziej wyważone, indywidualne podejście poparte ogromną wiedzą, idealnie dobrane kolory i subtelnie podkreślone piękno, a do tego pyszną kawę i spokojną rozmowę w trakcie, skontaktujcie się z Nat z NAT Naturalnie. Natalia to nie tylko zdolna makijażystka, ale również stylistka i po prostu fajna babka. Do tego oferuje opcję dojazdu do domu. Pssst! Możecie się do niej zgłosić również w celu zaaranżowania całej sesji! Od koncepcji, poprzez znalezienie najlepszego do danego pomysłu fotografa, aż po makijaż, stylizację i wsparcie na miejscu.

Przy okazji przypominam dziewczynom: ślub, czy nie, każda z nas zasługuje na to, żeby chociaż raz wystylizować się na bóstwo i uwiecznić efekt podczas profesjonalnej sesji zdjęciowej. Bez okazji. Dla samej siebie i poczucia własnej wartości! 

Na dzisiaj to tyle. Mam nadzieję, że chociaż niektóre z moich rad się Wam przydadzą. Nie tylko przed sesją ślubną. Już niedługo spotkamy się znowu, tym razem mam wrażenie w bardziej kontrowersyjnym poście. Tymczasem zaglądajcie na mojego IG i FB @miloscwczasachstrefowych – pokażę Wam więcej zdjęć z mojej feralnej sesji i nie tylko! Swoją drogą, powiedzcie mi – lubicie zdjęcia?