Jak może pamiętacie z pierwszego posta, podczas studiów kraj zamieszkania zmieniałam kilka razy. Walia, Chile, Japonia, znowu Walia, Anglia, Czechy, Hiszpania… Ale były to przeprowadzki tymczasowe; wiedziałam, że nigdzie nie wyjeżdżam na zawsze. Albo przynajmniej na czas nieokreślony. Dlatego przeprowadzka do Nowego Jorku była wyjątkowa i musiała być szalenie czasochłonna i wiązać się z całą masą komplikacji. 

Na potrzeby niniejszego tekstu powinnam chyba określić jakiś punkt początkowy tego procesu. Mógłby to być moment, kiedy Książę przyjechał do Nowego Jorku z Pakistanu, albo chwilę, kiedy Teściowa pogodziła się z faktem mojego istnienia i udzieliła swojego błogosławieństwa. Wydaje mi się jednak, że najsensowniej byłoby zacząć od ślubu cywilnego, bo to właśnie formalne wstąpienie w związek małżeński umożliwiło mi ubiegać się o zieloną kartę. 

Od razu zaznaczam, że droga, na którą się zdecydowaliśmy była najbardziej czasochłonna, ale wtedy wydawało mi się, że jest też najlepsza. Mogłam również wnioskować o wizę narzeczeńską, ale z różnych względów to rozwiązanie mi nie odpowiadało, dlatego nie będziemy tracić czasu na bezcelowe dywagacje.

Wiza imigracyjna

Niemal natychmiast po otrzymaniu aktu małżeństwa, Książę rozpoczął aplikowanie o wizę dla swojej małżonki. A właściwie rozpoczął ubieganie się o prawo do złożenia podania o wizę. Z bardzo dużym uproszczeniu wygląda to tak, że rezydent/obywatel składa milion-stronowe podanie, uiszcza szereg niemoralnie wysokich opłat i dopiero po rozpatrzeniu takiego podania osoba, której zależy na wizie może rozpocząć właściwy proces ubiegania się o wizę wraz ze wszystkimi towarzyszącymi temu atrakcjami, a jest ich całkiem sporo. Co jedna, to bardziej interesująca. 

Co ważne, w momencie składania podania, Książę nie był jeszcze obywatelem, jedynie rezydentem, co oznaczało, że nasza sprawa do priorytetowych nie należy. Na szczęście dość szybko po złożeniu dokumentów Książę zdał egzamin na obywatela USA, otrzymał amerykański paszport i mógł wprowadzić zmiany do kategorii podania. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że małżonkowie obywateli strefy Schengen nie muszą płacić za wizę do Schengen – mój legalny mąż skorzystał z tego przywileju raz, potem już cieszył się wszystkimi korzyściami płynącymi z posiadania “najlepszego paszportu na świecie”. W każdym razie, nasze podanie zyskało najwyższy priorytet (małżonkowie obywateli mają pierwszeństwo przed wszystkimi).

Niestety, priorytet priorytetem, a nasza sprawa trafiła do wydziału w Kalifornii, który to jest najbardziej zapracowanym urzędem w kraju. W praktyce oznaczało to, że podanie złożone w listopadzie 2016 roku zostało rozpatrzone w grudniu 2018. Zdążyłam w tym czasie nawet dwa razy zmienić pracę… Paradoksalnie z pierwszej firmy odeszłam ponieważ nie pozwolili mi zmienić działu, twierdząc, że i tak zaraz będę wyjeżdzać do Nowego Jorku. Jak się okazało – nie tak zaraz. 

Istotne jest, że w grudniu 2018 dostałam informację, że “już” mogę składać wniosek o wizę. Szczerze mówiąc, myślałam, że to tylko formalność. Że 2 lata wystarczyły, żeby prześwietlili mnie na wszystkie strony i teraz będę musiała tylko kliknąć, uiścić kolejne horrendalne opłaty i zrobić sobie koszmarnie brzydkie zdjęcie do wizy. O słodka naiwności!

Jeśli kiedykolwiek składaliście podanie o wizę turystyczną, lub biznesową do Stanów, być może pamiętacie, że miało ono całkiem sporo stron, trochę czasu zajmowało i zadawano Wam pytania o skłonności ludobójcze i inne. Czy brałaś kiedyś udział w ludobójstwie? Nie. Czy brałaś kiedyś udział w handlu ludźmi. No nie… A może przemycałaś narkotyki? Wciąż nie… A planujesz zabić prezydenta Stanów Zjednoczonych? Łatwiej się odpowiadało, jak prezydentem był Obama. W każdym razie, to podanie to nawet nie jest szczeniak wniosku o wizę imigracyjną. To jakby porównać nowonarodzonego chomika z dobrze wyrośniętym słoniem.

Obywatelka świata

Dramatyzuję, zgadza się. Ale wiecie co? Po tym, co przeszłam, mam prawo! Wyobraźcie sobie, że zapytali mnie o wszystkie adresy zamieszkania od momentu ukończenia 16 roku życia. W pierwszym odruchu chciałam wpisać mój adres domowy i w razie czego udawać głupią. Nie sposób jednak było nie zauważyć notki na marginesie, która bardzo wyraźnie (i według mnie pasywno-agresywnie!) informowała, że pobyt w hotelu na wakacjach się nie liczy, ale wszelkie zakwaterowanie na studiach już owszem. Z dokładnymi datami (chyba żartujesz?!) I przerwa między kolejnymi adresami nie mogła wynosić więcej niż miesiąc. Musiałam zatem wpisać wszystko! 

Walia – Polska (wakacje letnie)-Walia (już inny adres) – Polska (znowu wakacje) – Chile – Polska (przerwa dłuższa niż miesiąc, game over) – Japonia – Polska (wakacje) – Walia (ZNOWU inny adres) – Polska – Anglia – Czechy – Polska (…wakacje…) – Hiszpania – Polska. Pomijając upierdliwość wpisywania siedem razy tego samego adresu w Polsce, to, że system co chwilę się wieszał… Jakim cudem miałam pamiętać te wszystkie adresy? Z Walią było o tyle łatwo, że dwa adresy to były akademiki, a trzeci miałam wpisany w potwierdzeniu zakupów, którego nie usunęłam z maila. Anglia – akademik. W Czechach mieszkałam w tak charakterystycznym miejscu, że adres będę pamiętać już na zawsze, w dodatku później odnalazłam w skrzynce kontrakt wynajmu. Hiszpania poszła dosyć łatwo, wystarczyło odpalić Google Maps i przejść trasę od metra. 

Pozostały Japonia i Chile. Z Japonią również byłam pewna, że odnajdę adres idąc wirtualnym spacerem od stacji Ooyama przy Ikebukuro. Niestety, w międzyczasie tyle się pozmieniało, że… zabłądziłam! Miałam wśród dokumentów (trzymam w domu stosy niepotrzebnej makulatury) kontrakt wynajmu, niestety nawet ze słownikiem nie zdołałam odcyfrować napisu, ponieważ pośrednik pisał jak kura pazurem. Z Chile sytuacja była beznadziejna, bo spędzałam tam wcześniej kilka razy wakacje letnie i zaczęły mi się mylić budynki i to kiedy, w którym mieszkałam. Wiecie co pomogło? Kartki. Na trzecim roku wysyłałam do Księcia mnóstwo kartek i listów, a on, który nigdy wcześniej nie wysłał nikomu nawet pół pocztówki, postanowił się chociaż częściowo zrewanżować. I jakimś cudem (tony makulatury! ha!) odnalazłam kartki, które wysłał mi wtedy i do Chile, i do Japonii. Niezmiernie dumna z siebie i własnej pomysłowości uzupełniłam wszystkie adresy. 

Międzynarodowa kryminalistka

zaświadczenie o niekaralności Wielka Brytania
Zaświadczenie o niekaralności, Wielka Brytania

W czasie kiedy nie przeszukiwałam starej korespondencji, zajmowałam się kompletowaniem wszystkich dokumentów, które miałam dodać do aplikacji. Wiedziałam, że będzie mi potrzebne zaświadczenie o niekaralności z kraju zamieszkania (musiałam je załatwiać i tłumaczyć dwa razy, bo niezbyt rozgarnięta urzędniczka w sądzie błędnie mnie poinstruowała co do pól, które mam zaznaczyć) i denerwowałam się, czy będzie również konieczne zaświadczenie z Wielkiej Brytanii. Teoretycznie, należy dołączyć zaświadczenie o niekaralności z każdego kraju, w którym mieszkało się przynajmniej rok, ale liczyłam na to, że skoro nigdy nie spędziłam tam całego roku bez przerwy i za każdym razem mieszkałam gdzie indziej, to mi się upiecze. Miało się to okazać w momencie wysłania głównej aplikacji – wtedy system wyświetla listę potrzebnych dokumentów. Próby wyciągnięcia informacji wcześniej od amerykańskich urzędników i pracowników konsulatu w Warszawie nie przyniosły żadnych rezultatów. 

Konieczność załatwienia zaświadczenia o niekaralności z Wielkiej Brytanii wiązała się z kolejnymi wnioskami i wydłużeniem całego procesu. Przycisk wysyłania klikałam więc z duszą na ramieniu. Ale kliknęłam. A następnie prawie dostałam zawału. System zażądał dołączenia zaświadczeń o niekaralności z Wielkiej Brytanii. A także z Hiszpanii, Czech, Chile i Japonii. Kojarzycie jak na japońskich animacjach bohater wpada w mroczną otchłań rezygnacji? To byłam ja. Nie pamiętam nawet, czy dostałam wtedy histerii, czy wpadłam w furię. A może w stan kompletnego otumanienia? W końcu kompletnie bez przekonania zaczęłam sprawdzać możliwości uzyskania tych zaświadczeń. Z tego, co pamiętam, Chile wydaje je tylko swoim obywatelom, Czechy nie wydają, jeśli nie mieszkało się tam chyba minimum przez rok, zaświadczenie z Japonii można w jakiś sposób załatwiać przez ambasadę, trwa to podobno około 5 miesięcy. Najłatwiejsza wydawała się Hiszpania, ale trzeba było chyba korzystać z pomocy prawnika z pełnomocnictwem. Sytuacja wyglądała beznadziejnie. Książe godzinami czekał na połączenie z urzędnikami imigracyjnymi po to tylko, żeby się dowiedzieć, że lepiej takie zaświadczenia dołączyć, ale w sumie to oni nie wiedzą.

Napisałam krótkie pismo, w którym wyjaśniłam, że w żadnym z wymienionych krajów nie mieszkałam dłużej niż pół roku, na dowód mogę przedstawiać umowy najmu mieszkania, bilety lotnicze i w niektórych przypadkach pieczątki w paszporcie. Dlatego nie mają podstaw, żeby ode mnie żądać tych zaświadczeń. Pismo postanowiłam dołączyć w rubryce każdego wymaganego zaświadczenia. YOLO.

Żeby było dowcipniej, nadal nie dochodziło zaświadczenie z Wielkiej Brytanii. Lekko spanikowana zadzwoniłam do angielskiego urzędu, otrzymałam numer nadania przesyłki i okazało się, że po raz kolejny Poczta Polska dała ciała. Zaświadczenie czekało na poczcie prawie dwa tygodnie. Nikt nie pofatygował się go dostarczyć. Pojechałam na pierwszą pocztę w bojowym nastroju. Przemiła urzędniczka szybko ukróciła moje zapędy i odesłała mnie na inną pocztę. Tam pojawiłam się już w charakterze jeźdźczyni Apokalipsy, a kolejna pani urzędniczka widząc przed sobą gorejącą furię zaczęła obwiniać listonosza. Zaczęłam jadowicie recytować, co zrobię z tym listonoszem, jak tylko go dorwę. Za pleców usłyszałam głęboki męski głos: “Ja się dołączę!” i kolejny “A ja pomogę!”. Z upragnionym pismem w dłoniach opuściłam rozkręcającą się właśnie  imprezę pod hasłem “dorwać i ubić listonosza”.

W domu zeskanowałam cenny papier, dołączając go do pozostałych dokumentów i ich tłumaczeń, a także do mojego bardzo sprytnego oświadczenia w sprawie braku zaświadczeń o niekaralności i wreszcie wysłałam wątpliwy komplet. Pozostało mi czekać.

Zła orientacja

Po około dwóch tygodniach przyszła wreszcie informacja, że z dokumentami jest jakiś problem. Zanim udało mi się zalogować do obciążonego systemu i zweryfikować, co było tym problemem, umarłam dziewięć razy. Okazało się jednak, że problem nie dotyczył braku moich zaświadczeń o niekaralności, a zeznania podatkowego mojego męża. Konkretnie? Zeznanie zostało zeskanowane w orientacji poziomej, a powinno być w pionowej (czy na odwrót, w zależności od punktu widzenia), a urzędnicy nie będą klikać jednego przycisku, żeby odwrócić plik graficzny o 90 stopni. Nie na tym polega ich praca. Wolą potrzymać sprawę otwartą i wrócić do niej po kolejnych dwóch tygodniach. I tak, jakkolwiek to nie zabrzmi, na potrzeby ubiegania się o wizę zmieniłam orientację. Dokumentu. Z poziomej na pionową. Chyba.

Urzędnicy usatysfakcjonowani moją ugodowością wrócili po dwóch tygodniach do sprawy i otrzymałam wreszcie upragnioną wiadomość: dokumenty zostały zaakceptowane. Gigantyczny ciężar spadł mi z serca. Mail wspominał również, że teraz mam oczekiwać na termin rozmowy z konsulem, nie precyzując jednak kiedy to może nastąpić. Nie znalazłam również sensownych informacji dotyczących tego tematu w Internecie. W moim przypadku zawiadomienie o terminie przyszło po mniej więcej trzech tygodniach od otrzymania informacji o przyjęciu dokumentów i wyznaczało termin rozmowy za niecały miesiąc. Zanim jednak to się wydarzyło, czekały mnie inne atrakcje.

Syfilis w Wielkim Mieście

Przed rozmową z konsulem należy załatwić jeszcze obowiązkowe badania lekarskie. Badania do wizy amerykańskiej muszą być wykonywane w wyznaczonej przez konsulat placówce i u konkretnego lekarza. W Warszawie, w Krakowie, lub… w Mińsku (bynajmniej nie Mazowieckim). Teoretycznie należy się umawiać dopiero po wyznaczeniu rozmowy w konsulacie, ale ponieważ jestem nadgorliwa i chciałam mieć wszystko jak najszybciej załatwione, nie czekałam, zadzwoniłam do warszawskiego lekarza i spytałam, czy możliwe jest umówienie wizyty bez wyznaczonej daty rozmowy w konsulacie. Było. Bardzo lubię jeździć do Warszawy. W Warszawie mieszka (zresztą z moim Bratem – owszem, jestem jedynaczką, ale jedno drugiemu nie przeszkadza) jedna z najfajniejszych osób, jakie znam, Klaudia. Poza tym w Warszawie są fajne perfumerie i przepyszny udon. Dlatego wyjazd w celach medycznych specjalnie mi nie przeszkadzał, narzekałam tak pro forma. Poza tym nie ukrywajmy – same badania i szczepionki do tanich nie należą, trzeba jeszcze dojechać do tej Warszawy/Krakowa/Mińska, a do tego nie wszyscy mają tam darmowe noclegi. W jeden dzień teoretycznie da się wszystko załatwić, ale łatwo nie jest. Ja rozbiłam to sobie na dwa dni, a w Warszawie byłam w sumie cztery, albo pięć. 

rentgen płuc
Obiecałam Wam niedawno, że ciążowych zdjęć USG u mnie nie znajdziecie, mogę ewentualnie uraczyć Was rentgenowym płuc. Bardzo proszę! Prawie topless.

Pierwszego dnia udałam się do wyznaczonej przychodni celem zrobienia zdjęcia rentgenowskiego płuc (to był chyba mój trzeci rentgen tych okolicy w ciągu paru miesięcy, niestety rentgeny z innych przychodni się nie liczyły, dziwię się, że nie świeciłam potem w ciemności) i badania krwi pod kątem testów kiłowych.

Już tłumaczę. Z jakiegoś powodu, kiedy wybieracie się do Ameryki w charakterze imigranta, musicie przebadać się na obecność kiły i rzeżączki. Inne infekcje przenoszone drogą płciową (STI) rządu amerykańskiego nie interesują, tylko te dwie. Co ciekawe, kiedy wjeżdżamy do Stanów jako turysta, te same infekcje i choroby nikogo nie interesują. A przecież można jednorazowo wjechać na 6 miesięcy. Wyobrażacie sobie ile osób można zarazić przez 6 miesięcy, nawet nie będąc specjalnie atrakcyjnym? Zwłaszcza w dobie Tindera?! (Wiecie, że kiedyś aplikowałam do pracy w Tinderze? Nie przyjęli mnie…) No ale nikt nie mówił, że ma być logicznie. W każdym razie, dzień po przyjeździe do Warszawy obudziłam się w miarę wcześnie i ruszyłam do przychodni w okolicy metra Politechnika. Przychodnia dla ułatwienia miała trzy wejścia, więc dobrze weszłam dopiero za trzecim razem. Tam gdzie była największa kolejka. 

Odstałam swoje w kolejce, po to, żeby się dowiedzieć, że bez paszportu rentgena nie zrobią. Musiał być paszport, nie mogło być zdjęcie paszportu. Później rzeczywiście sprawdziłam, że oprócz potwierdzenia z konsulatu, miałam zabrać też paszport. Nic nie szkodzi, lubię sobie tak jeździć po Warszawie i stać w kolejkach. Dosyć sprawnie dojechałam na Mokotów i wróciłam stanąć w, na szczęście znacznie krótszej, kolejce. Paszport został zeskanowany, kazano mi czekać na rentgen. Po rentgenie poszłam wreszcie sprawdzić jak to jest z tym syfilisem, mam go? Odpadnie mi nos? Czy jednak nie? Zaspojleruję – okazało się, że nie mam. Swoją drogą, moja Mama dostawała z tego wyjazdu ciekawe smsy…”Hurra, nie mam kiły!”

W żadnym Pakistanie pani nie była, prawda?

Następnego dnia udałam się na umówioną wizytę lekarską. Czekając na lekarza zdążyłam się poważnie zestresować, bo słyszałam, jak próbowali się umówić pacjenci, którzy rozmowę z konsulem mieli dopiero we wrześniu. Czy to znaczy, że ja, nie mając jeszcze terminu, mogę mieć ją później niż we wrześniu? Ale badania lekarskie ważne są tylko przez pół roku! Wy na szczęście już wiecie, że rozmowę miałam znacznie szybciej, bo już na początku kwietnia, ale ja nie byłam w równie komfortowej, wszechwiedzącej sytuacji. Ba! Ja nawet jeszcze nie wiedziałam, czy nie mam rzeżączki! (A nie mam!) I to wszystko o pełnym pęcherzu, bo miła pani z recepcji zasugerowała, żebym wstrzymała się z oddawaniem moczu do po-wizycie, ponieważ jeśli opróżnię pęcherz teraz, mogę mieć problem z wypełnieniem dosyć sporego pojemniczka na posiew wyżej wspomnianej rzeżączki. Tego byśmy nie chcieli, prawda?

Pan doktor w końcu się pojawił, zaprosił mnie do gabinetu i rozpoczął wywiad, przeglądając przyniesioną przeze mnie kartę szczepień. Rozmawiało się nam całkiem sympatycznie. Zaczęliśmy od licytowania się kto jakie uczelnie skończył, potem ja uraczyłam pana doktora listą moich chorób i przyjmowanych lekarstw, on zrewanżował się dobrymi wiadomościami, mianowicie szczepionki na grypę zabrakło, a jak zabraknie, to nagle nie jest już obowiązkowa. Cudownie. W pewnym momencie niezobowiązującej konwersacji padło pytanie:

– Rozumiem, że w ciągu ostatnich pięciu lat nie była pani w żadnym Afganistanie, Pakistanie, czy podobnym kraju?
– Właściwie to…
– Tak?
– No byłam… W Pakistanie. A dlaczego pan doktor pyta?
– W takim razie dla bezpieczeństwa będę musiał dać pani taką potrójną szczepionkę, ona jest bardzo fajna…

Z pielęgniarką wytargowałam jeszcze naklejkę Dzielny Pacjent (ze złotą rybką) i dostałam bardzo fajną szczepionkę. Następnie pożegnałam się grzecznie z panem doktorem i poszłam posiewać rzeżączkę. Niestety nie dane mi się było tego dnia dowiedzieć, czy ją mam, czy nie, bo posiewa się dosyć długo, a i tak wyniki miały być przesłane bezpośrednio do konsulatu. Zakładam jednak, że gdyby posiała się pozytywnie (ta ona rzeżączka), dzwoniono by do mnie z prośbą o zachowanie umiaru w przekazywaniu tej ślicznej ortograficznie choroby dalej. Nie dzwoniono, zakładam więc, że się nie posiała.

Inne choroby przenoszone drogą płciową

Testowanie się pod kątem STI szalenie mi się spodobało, więc rozochocona postanowiłam skorzystać z faktu, że znana Wam z poprzedniego posta Dr Wożniak pracowała akurat przy Chmielnej 4 w Społecznym Komitecie ds. AIDS i od razu poprosiłam ją, żeby przetestowała mnie pod kątem wirusa HIV i HCV. Fantastyczna sprawa, test praktycznie bezbolesny, polecamy z Doktor Marysią każdemu i to regularnie! Swoją drogą, byłam właściwie pewna, że wynik będzie negatywny, ale jednak zobaczenie tego na piśmie przynosi ogromną ulgę. Tym bardziej zachęcam. Wszystkich! (I można Mamie wysłać kolejnego sms’a z podróży do Warszawy “Mamo! HIV też nie mam!”)

Warto wiedzieć – testy na HIV wykonuje się anonimowo i w wielu placówkach są one bezpłatne. Dlaczego w ogóle o tym wspominam? Od zeszłego posta jeszcze mnie trzyma potrzeba szerzenia ducha edukacji seksualnej. Poza tym od początku chciałam, żeby mój blog raz na jakiś czas błyskał nie tylko ciężkostrawnym humorem, ale także sporadycznymi walorami edukacyjnymi. Ale na dzisiaj koniec z STI! Obiecuję! Wracamy do wizy.

Amerykański konsulat

10 kwietnia 2019 roku miałam stawić się na rozmowę z konsulem Stanów Zjednoczonych. Zebrałam wszystkie możliwe dowody na poparcie prawdziwości mojego związku, wszystkie kartki (od męża, ale też od Teściowej i od szwagierek), wizytówki dołączane do kwiatów i do prezentów, wspólne zdjęcia z ostatnich dziesięciu lat, a także dowód koronny: na trzecim roku, kiedy ja byłam w Chile i w Japonii, a Książę w Cardiff, wysyłaliśmy sobie nie tylko kartki i listy, ale także mnóstwo maili. Książę je na czwartym roku wszystkie wydrukował i oprawił, jako okładki używając narysowanego przez siebie mojego portretu. Nie jest tak źle! Mam na nim trochę jajowatą głowę, ale poza tym jest całkiem okej…) Byłam gotowa! Wraz z dowodami w sprawie odpowiednio wcześniej przyjechałam do Warszawy, zameldowałam się u Doktor Marysi i jej suki Bobka (która jest szalenie mądrym psem! Muszę o tym wspomnieć, bo naprawdę jest wyjątkowa!) i zaczęłam się przygotowywać mentalnie do rozmowy, która miała zadecydować o moim życiu. Towarzystwo i pyszne sushi (odkryłyśmy najlepszą suszarnię w mieście!) zdecydowanie pomagało. 

Następnego dnia rano, pokonując mdłości, umalowałam się i ubrałam wyjątkowo starannie, a następnie wyruszyłam do jednego z najstraszniejszych miejsc w Warszawie. Do amerykańskiej ambasady. Muszę przyznać, że gdzieś w głębi duszy łudziłam się, że kolejka do wiz imigracyjnych będzie trochę krótsza. Nie żeby zaraz mieli czekać na mnie z czerwonym dywanem i uśmiechem na twarzy, ale takie ciut łatwiejsze wejście za ten brak kiły i rzeżączki chyba mi się należało? Nie należało. Kolejka osobna owszem była, ale wcale nie krótsza. Oczywiście ma to swój urok, jeśli nie jest specjalnie zimno, – można delektować się scenkami sytuacyjnymi, których nie uświadczy się chyba nigdzie indziej. Na szczęście pogoda dopisała, a ja niczym najsłodszy miód spijałam z ust pozostałych nieszczęśników okrzyki:

– Panie! Tam jest kolejka!
– Ale ja jestem umówiony na godzinę!
– Ha ha ha się znalazł… Tu wszyscy na godzinę!
– Gdzie z tymi dziećmi?
– Pani im się nie da tak przed siebie wciskać!!!
– Jak to, z dziećmi bez kolejki?!
– Ale to dziecko prawie dorosłe, z osiem lat ma!!!
– A ci czego, na chama wchodzą?! Nawet dziecka nie mają!!!
– A… to Amerykańce…
– Ty, bo ci każą tą colę wyrzucić…

W środku wzięłam numerek, okazało się, że w danej kategorii jestem pierwsza w kolejce, pani w okienku wzięła ode mnie część dokumentów, a następnie pobrała odciski wszystkich palców. Dała mi ulotkę, w której napisali, że gdyby mój amerykański mąż mnie bił i się nade mną znęcał, to ja nie muszę się na to zgadzać. I kazała czekać. Trwało to dosyć długo, przeczytałam prawie pół książki o Marlenie Dietrich i mimowolnie usłyszałam ciekawą rozmowę. Już myślałam, że teraz wszystkim dają wizy, ale okazuje się, że nie. Pani, którą kiedyś wywalono ze Stanów za kradzież w sklepie z ubraniami, wizy dać nie chcieli. A to wcale nie ona kradła, tylko jej podła koleżanka i jej podrzuciła do torebki, ona o tym nie wiedziała i przecież to niesprawiedliwe i co ona teraz ma zrobić, przecież to nie jej wina, że taka ufna w stosunku do ludzi. Pani próbowała błagać i krzyczeć. Prosić i grozić. Urzędnicy byli nieugięci. 

Rozmowa z  ̶k̶o̶n̶s̶u̶l̶e̶m̶  Jennifer Garner

Wreszcie przyszła moja kolej na rozmowę. Kobieta przypominała Jennifer Garner, była absolutnie przeurocza i przesympatyczna. Pożartowałyśmy wspólnie, spytała mnie o to, jak było w Pakistanie, bo ją teraz mają tam przydzielić na placówkę, okazało się, że jest wegetarianką, zapowiedziałam jej problemy żywieniowe, podzieliłyśmy się doświadczeniami z ciężkiego życia wegetarian (w moim przypadku peskatarian) i zanim się spostrzegłam, było po rozmowie. Spytałam, czy naprawdę nie chce oglądać tych wszystkich dokumentów, o które tak zawzięcie walczyłam. Nie chciała. Wiza miała przyjść za parę dni do mnie do domu. Przyszła przed czasem, kiedy ja jeszcze jadłam sushi w Warszawie, ale udało mi się przekonać kuriera, żeby powierzył ją mojej mamie. 

I tym sposobem stałam się posiadaczką wizy imigracyjnej, na podstawie której, po uiszczeniu stosownej opłaty oczywiście, wydano mi zieloną kartę. Oczywiście zanim to nastąpiło, musiałam się w końcu fizycznie przeprowadzić. I o tym przeczytacie za tydzień! 

Cerkiew św. Jana Klimaka w Warszawie
Cerkiew św. Jana Klimaka w Warszawie

Zastanawiałam się nad dołączeniem dokładnych procedur związanych z aplikacją o wizę małżeńską, ale wątpię, żeby większość z Was uznała to za interesujące. Zamiast tego chciałabym Wam przedstawić moją bardzo subiektywną listę fajnych miejsc w Warszawie – to nawet nie będzie przewodnik. Ot, po prostu, kilka punktów-wspomnień na warszawskiej mapie, do których wracam. Oczywiście, jeśli ktokolwiek z Was ma partnera w Stanach, rozważa przeprowadzkę i potrzebuje pomocy ze zrozumieniem całego procesu aplikacyjnego, śmiało piszcie! Z przyjemnością pomogę!

I warszawskie kolorowe dni

1. Warszawa pachnąca

Pierwsza rzecz, która kojarzy mi się z wyjazdami do Warszawy, oprócz oczywiście wspaniałych znajomych, z którymi spędzam tam czas, to perfumy. Zawsze lubiłam piękne zapachy, ale to w Warszawie rozpoczęła się moja przygoda (żeby nie rzec wprost, obsesja) z niszowymi pachnidłami. O Mood Scent Bar, obowiązkowym punkcie każdej mojej wizyty w Warszawie, powiedziała mi oczywiście Klaudia, która również uwielbia niebanalne zapachy. Jak dziś pamiętam, jak referowała mi to, co usłyszała na temat kadzidlanej serii od Comme des Garçons. Zdecydowałyśmy wtedy, że przy najbliższej okazji, przekonamy się na własne nosy, jak pachną świątynie różnych religii. I tak też uczyniłyśmy, wpadając z wizytą do najwspanialszej polskiej perfumerii, Mood Scent Bar (ul. Tamka 33, nawet nie muszę sprawdzać adresu) i poznając jej charyzmatycznego właściciela, Victora. Musicie wiedzieć, że MSB to nie tylko niewiarygodnie piękne zapachy, ale też wspaniali ludzie – z tak perfekcyjną, pełną pasji i wiedzy obsługą nie spotkałam się nigdzie indziej. A już na pewno nie w innych warszawskich perfumeriach. Oczywiście warto zajrzeć też do Sense Dubai (sklep niczym z Baśni tysiąca i jednej nocy, w sam raz dla orientalnej księżniczki), GaliLu, czy Mo61 (gdzie spełniłam swoje marzenie o perfumach o zapachu bzu i agrestu), ale nie liczcie na podobny standard obsługi. Z Mo61 na przykład, zawsze wychodzę zniesmaczona i wściekła. Owszem, mają wspaniałe zapachy, ale obsługa jest wręcz chamska. Na sympatyczne dziewczyny trafiłam tam raz – odwiedzając ich stoisko na targach modowych, natomiast każda wizyta w sklepie kończyła się ogromną frustracją. 

2. Warszawa smaczna

Warszawa to dla mnie również orgia dla podniebienia. Zasypiam otulona zapachem przepysznej kawy z kuchni moich cudownych znajomych (którzy są dla mnie idealnymi przedstawicielami nowoczesnej bohemy), na śniadanie Klaudia przyrządza jakieś wegańskie pyszności, ostatnio na przykład królowała najlepsza na świecie owsianka. A potem odwiedzamy ulubione restauracje na mieście. Numerem jeden jest dla mnie Uki Uki przy Kruczej. Właścicielem jest przesympatyczny Japończyk, który serwuje najlepszy udon, jaki jadłam poza Japonią. Bardzo lubię też bałkańską Banjalukę (ul. Szkolna), gdzie nie tylko można (było? Nie wiem, czy nadal…)  zjeść przepyszną ośmiornicę, ale także posłuchać wspaniałej bałkańskiej muzyki na żywo. Ostatnio ogromny plus zyskało u mnie modne AïOLI – jedzenie jest tam bardzo poprawne (pyszne kalmary), ale co ważniejsze, można tam wejść z psem. Kiedy poszłyśmy tam z Dr Marysią i Bobkiem, Bobek załapała się również na bezpłatny poczęstunek i dostała w prezencie elegancką chustkę, pięknie podkreślającą kolor bobkowych oczu. Genialna strategia marketingowa! Bardzo lubiłam też klub Równonoc, z klimatycznym stolikiem na na antresoli przy oknie – cudownie piło się tam wino i przeczekiwało warszawski deszcz. Kiedyś spędziłam tam zresztą pół nocy, czekając na poranny lot do Nowego Jorku. Ale to inna historia. Wspomniałam jeszcze o najlepszym sushi (lepszego w Polsce nie zdarzyło mi się jeść) – Pracownia Sushi Wola. 

3. Warszawa historyczna

Na pewno znacie takie punkty na mapie stolicy, jak Barbakan, zamek Ostrogskich, czy teren Starego (odbudowanego) Miasta. Chciałam wspomnieć o czymś innym – o miejscu, do którego trafiłam zupełnie przypadkiem dzięki znajomym. Chodzi o prawosławny cmentarz na Woli, wciąż czynny, otwarty w pierwszej połowie XIX wieku. Miejsce magiczne, oderwane od świata, strzeżone przez piękną, małą cerkiew. Pełne nostalgii, spokoju i przepięknych, nieco już zniszczonych starych grobowców, nagrobków i posągów. Nie jest w żaden sposób upiorny, tylko melancholijnie piękny. 

4. Warszawa piłkarska

Wreszcie, Warszawa kojarzy mi się z całkiem niespodziewanie – z emocjami piłkarskimi. Swojego czasu, pod wpływem koleżanki z pracy, zaczęłam chodzić towarzysko na mecze Arki Gdynia. Zanim się spostrzegłam, wciągnęłam się do tego stopnia, że nie dość, że zaczęłam obserwować, co się właściwie dzieje na boisku, sprawdzać tabele w internecie (!) to jeszcze pojechałam na kilka meczów wyjazdowych, w tym również do Warszawy. Na Stadionie Narodowym obserwowałam jak Arka wygrywa Puchar Polski z Lechem Poznań i rok później przegrywa go z Legią Warszawa. W 2018 wybrałyśmy się też na szaloną, pełną nieoczekiwanych komplikacji wycieczkę celem obejrzenia Superpucharu na stadionie Legii. Arka wygrała wtedy drugi rok z rzędu, a nam cudem udało się wrócić do domów. I powiem Wam jedno. Można nie być kibicem (ja już chyba nie jestem, to była krótka przygoda), ale usłyszeć Sen o Warszawie Niemena w wykonaniu wielotysięcznej, piłkarskiej publiczności, to jest coś, co na zawsze splata się z obrazem miasta.

Na dzisiaj to tyle. Podejrzewam, że zaskoczyła Was podróż do tak mało egzotycznego miejsca, jak Warszawa, obiecuję, że na blogową tablicę odlotów wrócą też dalsze kierunki. A tymczasem powiedzcie mi, jakie są Wasze ulubione miejsca w stolicy? Lubicie ją w ogóle? Ja bardzo!

Do zobaczenia za tydzień! Jeśli się w międzyczasie za mną trochę stęsknicie, to pamiętajcie, że na Instagramie i Facebooku też dla Was piszę! Może mniej obszernie, ale za to zdecydowanie częściej niż raz w tygodniu!