Nie chciałam jechać do Hiszpanii. Nigdy nie czułam aż takiego oporu przed wyjazdem z domu. Nigdy aż tak się nie bałam. Przez ostatni rok całkowicie straciłam pewność siebie, moja dawna odwaga stała się tylko wspomnieniem. I chociaż wcześniej nie byłam w Hiszpanii (kontynentalnej, wysp nie liczę), nie wiedziałam czego się spodziewać i nie miałam powodów do uprzedzeń, po prostu czułam, że mi się tam nie spodoba. I byłam przerażona. 

Nowa nadzieja

Kiedy po semestrze spędzonym w Pradze przyjechałam do Polski, zaczęłam powoli dochodzić do siebie. Zadbałam o swoje zdrowie, wróciłam do względnej wizualnej normy, zaczęłam odzyskiwać pewność siebie. W dodatku okazało się, że Książę przeprowadza się z Pakistanu do Nowego Jorku a to dawało nam realną szansę na wspólną przyszłość. Mimo to, ta ledwo odzyskana równowaga wisiała na cienkim włosku. Nie byłam jeszcze gotowa stawiać czoła nowym wyzwaniom. Jakby tego było mało, tuż przed wyjazdem strasznie się przeziębiłam. Zakatarzony mózg odmawiał współpracy i istniało ryzyko, że moje zatoki nie przeżyją nawet lotu. Czułam się bezbronna – pojęcie wcześniej kompletnie mi obce. Nie podobało mi się to. Ani trochę. Nie wyobrażałam sobie jednak, żebym miała zrezygnować. Podobnie jak nie przestałam jeździć na nartach po złamaniu nogi, a po tym jednym razie, kiedy spadłam z konia, wróciłam od razu na siodło. Bez względu na to, co działo się w mojej głowie, jak bardzo nie chciałam wyjeżdżać z bezpiecznej, domowej przystani – myśl o rzuceniu, czy zawieszeniu studiów nawet na chwilę nie pojawiła się w mojej głowie. I bardzo dobrze! Semestr spędzony w Madrycie był jednym z najlepszych etapów mojej studenckiej “kariery” a Hiszpania dosyć szybko stała się moim ukochanym miejscem na ziemi. 

Pierwsze dni

“Dosyć szybko” – czyli nie od razu. Do Madrytu leciałam z Warszawy razem z moją polską współlokatorką z Pragi. W Hiszpanii również miałyśmy mieszkać razem, ale bez Kolumbijki. Zaproponowałam, żebyśmy poszukały czegoś ze wspaniałą D. z Mołdawii, którą w Bath polubiłam od pierwszego wejrzenia. D. zgodziła się od razu, spytała tylko, czy może z nami zamieszkać również E., jej koleżanka z Rosji. Nie mogłabym trafić na lepsze współlokatorki. W dużej mierze to dzięki nim tak dobrze wspominam ten semestr. 

D. i E., które przyjechały do Madrytu dużo wcześniej, wzięły na siebie zadanie znalezienia nam mieszkania. I naprawdę wywiązały się konkursowo. Samo mieszkanie nie było może najpiękniejsze, ale za to świetnie ulokowane – w spokojnej dzielnicy, blisko parku Retiro i stacji Atocha, dosłownie kilka kroków od dwóch stacji metra. 

Przez pierwszych kilka dni poza wycieczką do odległego Carrefoura po ryż (K., polska współlokatorka stwierdziła, że powinnyśmy pojechać do centrum handlowego, gdzie będziemy mogły kupić drobiazgi do domu, zapasy jedzenia i wyrobić sobie karty do telefonów a ja, w stanie totalnego ogłupienia, podążałam za nią jak cielę), praktycznie nie wychodziłam z domu. Byłam chora, miałam wymówkę. Dopiero po około tygodniu dziewczyny wyciągnęły mnie z tego chwilowego marazmu i zabrały do parku Retiro, przez który wiodła najszybsza droga do centrum Madrytu – Plaza del Sol. I jakoś tak między churrosami w San Ginés, sklepami z espadrylami i ulicznymi sprzedawcami książek, zauważyłam, że w tym Madrycie wcale nie jest strasznie. Wręcz przeciwnie! Bosko jest!

Chocolatería San Ginés i słynne chocolate con churros

Dramat w szkolnej toalecie

Do pełni szczęścia brakowało mi właściwie tylko internetu i regularnego kontaktu z Księciem. I tym sposobem bardzo szybko poznałam to najmniej atrakcyjne oblicze Hiszpanii. Kwestia załatwienia czegokolwiek w tym pięknym kraju może doprowadzić do rozpaczy nawet najbardziej zaprawionych w urzędowych bojach weteranów. Nigdy bym nie przypuszczała, że o tyle łatwiej będzie mi zainstalować internet w Japonii, nawet będąc nielegalną kosmitką, niż w Madrycie. Ponieważ D. i E. miały tu zostać dłużej ode mnie i to one formalnie wynajmowały mieszkanie, to na D. pierwotnie planowałyśmy założyć internet. Problemy zaczęły się już na etapie podawania jej nazwiska przez telefon. Zaczynało się na S. Hiszpanie nie lubią jak coś się zaczyna na S, skoro mogłoby się zaczynać na Es. Jak España. Potem było już tylko gorzej. Bez względu na to, czy kontaktowałyśmy się z kontrolującą wszystko Telefónicą, czy z teoretycznie łatwiejszym-w-obsłudze Jazztelem, odbijałyśmy się o mur. Związek z Księciem ograniczył się do smsów i do sporadycznych rozmów na Skypie wszędzie tam, gdzie udało mi się złapać wifi. 

Raz, chyba po pierwszych zajęciach na uniwersytecie, skończyło się to płaczem w szkolnej toalecie, ponieważ K. straszliwie potrzebowała do czegoś mojego telefonu, już nie pamiętam do czego, ale chyba faktycznie było to ważne, ja wpadłam w histerię, bo miałam już słabą baterię a strasznie chciałam porozmawiać z ukochanym. K. postawiła na swoim, zużyła mi resztę baterii a ja przeżyłam mini załamanie nerwowe, rodem z amerykańskich seriali. Nigdy wcześniej nie płakałam w szkole. Tego dnia stwierdziłam, że to tak być nie może, nie będą mi firmy telekomunikacyjne rujnowały życia uczuciowego. Poszłam z dziewczynami do Orange i po którejś próbie (wieczna siesta) udało nam się załatwić podłączenie do internetu w ciągu tygodnia. Od tamtego czasu już naprawdę nie miałam na co narzekać.

UC3M

Nawet na szkołę! A konkretnie Universidad Carlos III de Madrid. Coś mnie ten Karol prześladował. Jak nie IV Luksemburski, to III Hiszpański… W każdym razie, uniwersytet był naprawdę fajny. Nasze zajęcia odbywały się na kampusie w Getafe, mieście oddalonym 13 kilometrów na południe od centrum Madrytu. Jeździłyśmy tam codziennie we czwórkę, pociągiem z pobliskiej Atochy. Sam kampus, chociaż nowoczesny, był naprawdę ładny, obszerny, w jednym miejscu znajdował się nawet piękny dziedziniec pełen obrośniętych pergoli. Do tego w kafeterii w budynku, w którym odbywała się większość naszych zajęć, sprzedawali super tanie i bardzo duże soki ze świeżych pomarańczy (ambrozja!) i pyszne kanapki z tortillą. Nigdy nie myślałam, że połączenie hiszpańskiego omletu z chlebem może być takie dobre. 

Trochę gorzej było z samymi zajęciami. Sam moduł był fantastyczny – skupiał się głównie na przemianach społecznych z naciskiem na zmiany zainicjowane przez kobiety. Większość wykładowców również była świetna, dlatego między innymi zdecydowałam się, że pracę magisterską będę pisać właśnie pod patronatem uniwersytetu w Madrycie. Moja promotorka była jedną z najlepszych mentorek, jakie spotkałam podczas całej swojej przygody z uniwersytetami. Ale były też wyjątki. Do nich bez wątpienia należał opiekun naszej grupy, trzydziestoparoletni doktorant. Tak bardzo stereotypowy, jak to tylko możliwe. Nadal mieszkał z mamą, doktoratu nawet nie próbował skończyć, a zamiast się nami opiekować, próbował być naszym kumplem. Do tego jako zdjęć profilowych na Facebooku używał na przemian memów z księżną Alby (tak, tą księżną Alby) i zdjęć defekującego psa.

Organizacja również lekko szwankowała, o czym najlepiej świadczy fakt, że część studentów była przekonana, że wykłady będą w języku angielskim i przyjechali do Madrytu z bardzo słabą znajomością hiszpańskiego. Rzeczywiście, według rozpiski była opcja prowadzenia zajęć po angielsku, gdyby zaistniała taka potrzeba, jednak na miejscu okazało się, że żaden z wykładowców w tym języku nie mówi. A to psikus. 

Palacio de Comunicaciones, względnie Pałac Cibeles

Wycieczka klasowa

Trzeba jednak przyznać, że jeśli chodzi o aspekt merytoryczny, wykłady były naprawdę świetne, a mój poziom zaangażowania znowu się podniósł. Już w żaden sposób nie odstawałam negatywie od reszty grupy, a chwilami nawet zdarzało mi się błysnąć. Wreszcie nauka znowu sprawiała mi przyjemność, wróciła również pewność siebie podczas prezentacji. Po roku zmagań okazało się, że wybór tych studiów wcale nie był pomyłką. 

Do najlepszych wspomnień związanych ze szkołą należy… wycieczka klasowa. Autentycznie zabrali nas na wycieczkę! Może nie kazali się ustawiać parami i zakładać identycznych czapeczek, ale jednak. I całe szczęście, ponieważ gdyby nie ta uniwersytecka inicjatywa, sama pewnie nigdy nie pomyślałabym o wypadzie do leżącego w pobliżu Madrytu Toledo. Przeuroczego miasteczka, które idealnie pokazuje zróżnicowaną strukturę kulturową Hiszpanii. To właśnie tutaj wciąż można znaleźć wyraźne ślady kultury mauretańskiej, żydowskiej i chrześcijańskiej. Przez długi czas miasto było symbolem zgody, tolerancji i pokojowej koegzystencji.  Poza tym jest absolutnie przepiękne. Jeśli kiedyś będziecie w Madrycie na dłużej niż parę dni, koniecznie dodajcie je do listy miejsc do zwiedzenia.

Dziewczyna w hidżabie

Do Toledo zabrałam swoją nową koleżankę z Arabii Saudyjskiej, którą poznałam przy okazji badań do pracy magisterskiej. Postanowiłam pisać o problemach muzułmanek w Polsce i Hiszpanii. Zdecydowałam się na te dwa państwa z uwagi na łączące je podobieństwa: w odległej przeszłości obydwa te kraje były w pewnym stopniu związane z kulturą muzułmańską (Hiszpania głównie w czasach istnienia Kalifatu Kordoby, Polska przez relacje z Tatarami) a jednak ominęła je pierwsza fala imigracji – Hiszpanię ze względu na Franco, Polskę przez socjalizm. Oba te kraje mają również bardzo silne tradycje chrześcijańskie. Do tego doszły oczywiście też względy pragmatyczne – podczas pobytu w Hiszpanii mogłam porozmawiać z mieszkającymi tu muzułmankami a następnie wrócić na ostatni semestr do Polski i tam kontynuować “badania terenowe”. 

Kiedy tylko zdecydowałam się na temat pracy, postanowiłam wziąć byka za rogi i od razu po wyjściu z zajęć podeszłam do pierwszej napotkanej na kampusie dziewczyny w hidżabie. Zaraz po tym jak odpowiedziała na moje “hola”, wygłosiłam długi monolog, tłumacząc czego od niej potrzebuję i mając nadzieję, że mi nie ucieknie. Nie uciekła. Uśmiechnęła się za to czarująco i spytała, czy mogę to teraz powiedzieć po angielsku, bo ona hiszpańskiego nie zna. I tak oto poznałam R. – wspaniałą, lekko zwariowaną arabską buntowniczkę, z którą utrzymujemy kontakt do dzisiaj. 

R. – wiem, że czasami mnie czytasz: jak tylko skończy się pandemia, oczekuję Cię w Nowym Jorku!

Meczet

R. nie tylko odpowiedziała na wszystkie moje pytania – poznała mnie również ze swoją przyjaciółką a także zaproponowała, że pójdzie ze mną do meczetu. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę – oprócz posiadania obszernej biblioteki, świątynia oferowała cotygodniowe lekcje dotyczące religii per se, jak również historii islamu w Hiszpanii. W meczecie organizowane były konferencje m.in. na temat praw człowieka w islamie a później, bardziej szczegółowo, o prawach i traktowaniu kobiet w tej religii. Większość informacji potrzebnych mi do pracy magisterskiej miałam podaną na tacy. Do tego koordynatorka tych wszystkich wydarzeń okazała się przemiłą starszą panią, która cierpliwie wyjaśniała wszystkie moje wątpliwości dotyczące np. interpretacji Koranu. Kopalnia wiedzy. 

Najbardziej zaskoczyło mnie jednak to, że nie byłam jedyną niemuzułmanką na tych lekcjach i konferencjach. Wszyscy byli mile widziani, a osoby, które się tam pojawiały, rzeczywiście były zainteresowane i zaciekawione poznaniem innej kultury. Była to świetna inicjatywa pozwalająca na lepsze zintegrowanie imigrantów ze społeczeństwem i przeciwdziałanie wykluczeniom. Jeśli się nad tym zastanowić, przez pewien czas, podczas rządów Aznara, Hiszpania przyjmowała aż 90% wszystkich przybywających do Europy imigrantów a mimo to, problemy z radykalizacją i brakiem asymilacji były znacznie mniej odczuwalne niż w przypadku innych państw europejskich. Wybaczcie dygresję, uważam jednak, że to dobry temat do refleksji. 

Budynek Metrópolis w Madrycie

Integracja wschodnioeuropejska

A skoro już o integracji i asymilacji mowa – chciałabym wrócić na chwilę do moich kochanych współlokatorek. Dzięki nim zaczęłam się znowu śmiać. Bardzo szybko zaczęłam w nich widzieć prawdziwe przyjaciółki. D. i E. prawie nigdy nie siedziały w swoich pokojach – spędzałśmy czas wspólnie – w salonie – rozmawiając, śmiejąc się i oglądając dziwne rosyjskie reality show na przemian z Seksem w Wielkim Mieście, oczywiście z hiszpańskim dubbingiem.

Mama D. przysyłała jej z Mołdawii paczki, które przyjeżdżały do Madrytu rumuńskimi autokarami. A w paczkach… wszystko! Mołdawskie cukierki (grylażowe skradły moje serce, gdyby ktokolwiek z Was kiedyś zawitał w tamtych stronach i chciał mnie uszczęśliwić, bardzo proszę o kilka!), wędzone silotki (makrele), domowe gołąbki, bryndzę, wino z winogron izabela robione przez rodzinę D. (raz nawet winogrona w pudełku po butach), koniak z Călărași i kawior. To dzięki dziewczynom nauczyłam się jeść kawior na kanapkach z masłem, na śniadanie. Pycha! 

Zwiedzałyśmy razem miasto, oglądałyśmy flamenco, chodziłyśmy na wystawy i zajadałyśmy się churrosami. Ja w tym czasie wróciłam do fotografii a dziewczyny chętnie zgodziły się zostać moimi modelkami.   

Barcelona

Kiedy przyjechał brat D., w czwórkę pojechaliśmy razem do Barcelony. Wynajęliśmy samochód, dzięki czemu po drodze w jedną stronę mogliśmy zahaczyć o Valencię a w drodze powrotnej o Zaragozę. 

Kiedy pierwszego dnia w stolicy Katalonii weszliśmy w Barri Gòtic a ja, na tle pochmurnego październikowego nieba, zobaczyłam mury barcelońskiej katedry (tak, wiem, egzaltacja poziom 300), wiedziałam, że to jest to. Spotkałam miasto swojego życia. Tego samego dnia zapowiedziałam dziewczynom, że kiedyś wrócę do Barcelony i będę tam mieszkać. Nadal mam taki plan. Do tej pory udało mi się tam wrócić dwa razy, w tym raz z Księciem. Za każdym razem upewniałam się w swojej decyzji – kiedyś się tam przeprowadzę. 

Dzięki wizycie w tym mieście postanowiłam dać jeszcze jedną szansę książkom Zafona. Kiedy pierwszy raz przeczytałam “Cień wiatru”, stwierdziłam, że to potwornie wtórna książka, stanowiąca zlepek ogranych wątków. Za drugim razem serię o Cmentarzu Zapomnianych Książek czytałam już po hiszpańsku, w pełni delektując się mistrzostwem, z jakim Zafon oddał piękno i tajemniczość ulic Barcelony. I pokochałam to miasto jeszcze bardziej. Trzy lata później Książę również dał się oczarować, jest więc nadzieja, że w przyszłości zamienimy Nowy Jork na Katalonię.  

Katedra w Barcelonie

Życie jak w Madrycie

Zafon powiedział kiedyś, że postrzega miasta jak żywe organizmy. Madryt jest mężczyzną, podczas gdy Barcelona to kobieta. W dodatku bardzo próżna. I rzeczywiście, coś w tym jest. Barcelona jest cudowna. Jednak nawet przez te kilka spędzonych w niej dni, mogłam się przekonać, że jest też dużo trudniejsza niż Madryt. Bardziej pociągająca, atrakcyjniejsza, tajemnicza, ale na jej względy trzeba sobie zasłużyć bezgranicznym, konsekwentnym oddaniem. 

Natomiast Madryt… Miałam szansę mieszkać w różnych miejscach – nie tak wielu, jak niektóre z moich Czytelniczek, ale jednak mam pewną skalę porównawczą. Nigdzie nie mieszkało mi się tak wygodnie i tak dobrze jak w Madrycie. A weźmy pod uwagę, że nie tylko jest oddalony od morza, ale nawet nie ma porządnej rzeki! Manzanares średnio mnie satysfakcjonowała. Ale to był naprawdę jedyny minus! 

Madryt jest dużo tańszy niż Barcelona, w wiele miejsc można się dostać pieszo, jest w nim mnóstwo świetnych knajpek, komunikacja miejska jest dosyć dobrze zorganizowana (nie licząc Cercanías, które jeżdżą jak chcą). Dwa czołowe muzea: Prado i Reina Sofía posiadają naprawdę bogate zbiory, przeróżne fundacje udostępniają wystawy tymczasowe połączone z cyklami wykładów (pisałam już wcześniej o wystawie poświęconej YSL) a czołowe hiszpańskie media organizują otwarte dla publiki debaty i wykłady.  Miasto nie jest może najpiękniejsze (kiedyś przeczytałam, że dawno temu nazwane zostało rynsztokiem Europy, niestety nie jestem w stanie odnaleźć teraz, kto je tak finezyjnie nazwał), ale zdecydowanie można odnaleźć w nim kilka zapierających dech w piersiach widoków. 

Co zwiedzić w Madrycie

Na pewno park Retiro. Domyślam się, że dla wielu z Was park może stanowić średnią atrakcję, ale w moim prywatnym rankingu parków europejskich Retiro znajduje się na pierwszym miejscu (poza Sintrą, ale Sintra jest poza konkurencją). Znajdziecie tu zachwycający ogród różany, jedyny chyba w Europie pomnik Lucyfera (zresztą bardzo piękny), ogromny staw (przy monumencie Alfonsa XII), po którym zakochani pływają w łódkach a także absolutnie obłędny Kryształowy Pałac. Ten ostatni najpiękniej wygląda jesienią, kiedy otaczające go drzewa mienią się wszystkimi odcieniami ognia.  

Sztuka

Z parku możecie wyjść w okolicach Muzeum Prado – jak wiecie sama nie jestem muzealna, ale zobaczenie “Trzeciego maja 1808” (aka Rozstrzelanie powstańców madryckich) Goi na żywo było dla mnie niesamowitym przeżyciem. Podobnie jak przekonanie się w Reina Sofía jak wielka jest w rzeczywistości Guernica Picassa. Obydwa muzea oferują w niektóre dni wolny wstęp, więc warto wziąć to pod uwagę robiąc plany. 

Centrum

Od Prado niedaleko już do Puerta del Sol – placu uznawanego za geograficzne centrum Madrytu i całej Hiszpanii. To tam znajdziecie uroczego niedźwiadka wspinającego się na drzewo poziomkowe – jego wizerunek zdobi ogromną ilość madryckich pamiątek. Niech Was nie zwiedzie jego mikra postura (ja przynajmniej myślałam, że będzie większy), podobno waży dwadzieścia ton. W pobliżu placu mieści się najstarsza chocolatería w Madrycie – San Ginés. O każdej porze dnia i nocy możecie tu zjeść najpyszniejsze hiszpańskie churros. Polecam zejść na dół – przeniesiecie się w przeszłość. Dzięki temu, że miejsce jest czynne 24/7, za każdym razem, kiedy przylatujemy z Mamą do Madrytu, bez względu na to, która by to nie była godzina, “idziemy na churrosy”. To już nasza tradycja. Podczas mojej ostatniej wizyty w Madrycie San Ginés otworzyło również lodziarnię, gdzie można było skosztować lodów churrosowych, czekoladowych, ale także o smaku słynnych fiołkowych karmelków z cukierni La Violeta – genialne!

A skoro już o pysznościach mowa – niedaleko znajduje się również Mercado San Miguel, zbudowana w 1916 roku, przeszklona hala targowa, na której znajdziecie bardzo pyszne, bardzo piękne i dosyć drogie jedzenie. 

Madrycki niedźwiadek podjadający owoce drzewa poziomkowego na kilometrze 0

Zakupy

Tuż obok mamy Plaza Mayor – plac, który nigdy nie wzbudził mojej sympatii, ale przez który przebiegam w drodze do kultowego sklepu z espadrylami (które po hiszpańsku nazywają się alpargatas) – Casa Hernanz. Po wejściu weźcie numerek i czekajcie na swoją kolej. Tyle, ile będzie trzeba. Warto!

Zaryzykuję stwierdzenie, że wśród moich Czytelniczek znajdzie się więcej niż jedna miłośniczka butów. Dlatego spieszę z informacją, że podczas jednego z pobytów odkryłyśmy z Mamą prawdziwe zagłębie sklepów obuwniczych! Od Puerta del Sol udajcie się w górę do Gran Vía. Po przejściu tej głównej arterii, wejdźcie w Calle de Fuencarral – już tam znajdziecie sporo fajnych sklepików z cudnymi butami. Ale idźcie dalej, aż skręcicie w prawo w Calle de Augusto Figueroa – to tu można upolować najfaniejsze zdobycze. 

Jeśli interesuje Was wielka moda, to raj obiecany odnajdziecie w Salamance. Większość liczących się domów mody ma tu swoje butiki i naprawdę jest w czym wybierać. Po drodze możecie się przejść przez piękny Paseo de Recoletos, podziwiając architekturę i zanurzając się w gąszcz stoisk z książkami. 

Poszukiwaczki cenowych okazji powinny się wybrać do Las Rozas Village – outletu ze sklepami znanych projektantów, do którego możecie się dostać jadąc Cercanías do Pinar de las Rozas (ze stacji możecie się po prostu przejść, albo podjechać autobusem). Jeśli zdecydujecie się na spacer, po drodze możecie wejść również do Factory Outlet. Nie jest najlepszy (dużo większy i lepiej zaopatrzony znajduje się w Getafe), ale jest w nim kilka fajnych sklepów. 

Pro tip: jeśli interesują Was przede wszystkim zakupy, warto przyjechać w trakcie wyprzedaży. Szczególnie pod koniec tego okresu (ostatni tydzień) w sklepach panuje prawdziwe szaleństwo cenowe.

Atocha

To nie jest po prostu stacja kolejowa – nigdy tak o niej nie myślcie! To wyjątkowe miejsce, które skrywa wiele sekretów. Łatwo jest przejść obok nich obojętnie, spiesząc się na pociąg odjeżdżający z nowej części dworca, ale wystarczy zwolnić na chwilę i przejść do starego budynku, gdzie zaskoczy Was widok tropikalnego ogrodu. Wśród lasu palmowego znajduje się również staw zamieszkany przez niechciane żółwiki – od lat Hiszpanie przynoszą tu swoje żółwie wodne, które nadmiernie im urosły. Mam nadzieję, że są tu szczęśliwe, u boku setek swoich pobratymców. Z kolei przy jednym z wejść do nowej części Atochy, znajdziecie lekko przerażające rzeźby ogromnych (3-metrowych) niemowlęcych głów przedstawiające dzień i noc. Ich autor, Antonio López García, zainspirował się ponoć swoją 8-miesięczną wnuczką Carmen. Cóż, dobrze, że mój Dziadek nie był rzeźbiarzem.  

W Madrycie znajdziecie wiele innych interesujących rzeźb, między innymi Kobietę z lustrem i Dłoń Botero – rzeźbiarza, który może być znany wielbicielom Barcelony. Ja bardzo lubię Szczęśliwą Żabę, względnie Żabę Pomyślności, która przynosi szczęście Madrytowi. Stworzona została przez Eladio de Morę i sprezentowana miastu przez… kasyno. 

2000 lat później co niektórzy nadal mają problemy z policją…

Gdzie i co zjeść?

Wspominałam już o czekoladzie z churros, o fiołkowych karmelkach i o rynku San Miguel. Większość kawiarni oferuje przepyszne śniadania w niskich cenach, bardzo popularne są tu tosty z pulpą z pomidorów i oliwy a do tego oczywiście przepyszny sok z pomarańczy. Restauracje podczas lunchu mają specjalne menu, często w granicach 10 euro. Warto skorzystać z oferty, ponieważ zawsze dzięki temu spróbuje się jakiegoś nowego dania. I chociaż Hiszpanie słyną ze swojego zamiłowania do mięsa, zwykle jedna z trzech opcji jest wegetariańska lub rybna. Jeśli już o rybach mowa, moje ostatnie odkrycie to malutka restauracyjka w centrum – Amar la Mar.

Warto też wybrać się na kolację połączoną ze spektaklem flamenco. W Madrycie jest wiele dobrych opcji, ale mnie moja hiszpańska koleżanka zabrała do Villa Rosa – naprawdę najlepsze flamenco jakie widziałam. Mimo że jest coraz popularniejsze wśród turystów, trzyma fason – nie zobaczycie tu armii hiszpańskich barbie w identycznych sukniach w grochy. Tu występują prawdziwi artyści (zarówno tancerze jak i muzycy), znani w całej Hiszpanii. A jedzenie jest naprawdę dobre!

I już. Jeśli chcielibyście wiedzieć coś więcej, albo wybieracie się w przyszłości do Madrytu – pytajcie. Z przyjemnością opowiem więcej! Na pożegnanie z Hiszpanią chciałabym Wam zostawić jedną z moich ulubionych hiszpańskich piosenek o tęsknocie:

W oryginale śpiewa ją Antonio Machín, ale ja uwielbiam tę nowszą interpretację. 

Co dalej?

A skoro o tęsknocie mowa… Właśnie policzyłam wszystko na nowo i wyszło mi, że z Księciem nie widzieliśmy się w sumie nie półtora roku, a dwa lata. Ale przypominam, że podczas mojego pobytu w Madrycie Książę przeprowadził się do Nowego Jorku, co oznaczało, że musiałam już tylko napisać pracę magisterską i mogłam lecieć się z nim wreszcie zobaczyć. O naszym spotkaniu “po latach” i moim pierwszym kontakcie z Nowym Jorkiem opowiem Wam kiedy indziej. Jeśli oczywiście będziecie chcieli przeczytać. Będziecie?