Tak naprawdę na cały mój praski semestr powinno się spuścić zasłonę milczenia i nigdy do tego czasu nie wracać. Ale nie da się. Bo obojętnie jak źle by mi nie było, Praga to Praga. Jedno z najpiękniejszych miast Europy, wypełnione historią, muzyką i unoszącym się wśród starych murów i wąskich uliczek duchem Bohemy. Dlatego postaram się opisać mój pobyt w tym mieście skupiając się na pozytywach. Jeśli lubicie umartwianie się – zachęcam do ponownej lektury mojego poprzedniego wpisu – myślę, że wyrobił normę w temacie użalania się nad okrutnym losem.

U Kocoura

W Pradze miałam zamieszkać z Polką, z którą bardzo polubiłyśmy się podczas pierwszego semestru i z trochę od nas starszą, Kolumbijką. Tej pierwszej udało się znaleźć dla nas naprawdę fenomenalne mieszkanie – najklimatyczniejsze, w jakim do tej pory miałam szansę mieszkać.

Znajdowało się w samym centrum Malej Strany, przy ulicy Nerudovej, na ostatnim piętrze zbudowanej w XV wieku kamienicy, w którym mieści się też ulubiony pub byłego prezydenta, Vaclava Havla – U Kocoura. U Kocoura to ja mogę mieszkać. Tym bardziej, że ulokował się u hradczańskich podnóży (stojąc po drugiej stronie rzeki zawsze mogłam wskazać palcem w kierunku zamku i powiedzieć: o, tam mieszkam) i zaledwie kilka minut od Mostu Karola. 

Jak w bajce

Nieraz kiedy wracałam do domu po zmroku, przystawałam na chwilę na wschodnim brzegu i wpatrywałam się jak zaczarowana w dominującą wzgórze zamkowe Bazylikę Św. Jerzego. To była bajka. O nieszczęśliwej księżniczce, ale jednak bajka. Disnejowski klimat pogłębiały jeszcze odpalane regularnie, zdawałoby się bez żadnej okazji, fajerwerki nad Wełtawą.

Co do samego mieszkania – było dwupoziomowe, urządzone w bardzo interesującym, podkreślającym historyczny charakter budynku, stylu. W moim pokoju znalazłam gigantyczny, stary stół kreślarski. Czasami przechodząc w nocy obok ciemnego salonu, przyspieszałam kroku, więcej niż przekonana, że tam straszy. 

Okno w moim praskim pokoju

Inspirujące dziwadło

Idealnie naprzeciwko naszej kamienicy mieściło się Divadlo Inspirace (jeśli jeszcze nie wiecie, to divadlo po czesku znaczy teatr – chodzi zatem o Teatr Inspiracje, a nie jakieś inspirujące dziwadło) i przez otwarte okna często wpadały do nas dźwięki muzyki granej na próbach. Kiedy po latach rozmawialiśmy z Księciem o moim pobycie w Pradze, powiedział, że w każdej naszej rozmowie, każdej wymienionej wiadomości była muzyka. Wydaje mi się, że w dużej mierze to dzięki niej ten czas był w jakikolwiek sposób znośny.

To w Pradze po raz pierwszy poczułam cień sympatii do opery – gatunku, który nigdy do mnie nie przemawiał. Wraz ze współlokatorkami poszłyśmy na Toscę do Teatru Narodowego (Národní Divadlo). Z kolei w Rudolfinum, siedzibie Filharmonii Czeskiej, spełniłam jedno ze swoich największych muzycznych marzeń – byłam na koncercie Joshui Bell’a – jednego z dwóch najwybitniejszych (według mnie) skrzypków naszych czasów. Drugiego z nich, Maxima Vengerova, miałam okazję podziwiać dwa lata później w Gdańsku.   

Szkoła

No właśnie. Szkoła. Konkretnie Uniwersytet Karola (Univerzita Karlova), który oferował moduł związany z przemianami Europy Wschodniej i Środkowej. I chociaż rodzaj opodatkowania na Słowacji interesował mnie tyle, co historia ewolucji płynu do naczyń (albo i mniej, w sumie o tym drugim mogłabym kiedyś z ciekawości poczytać), okazało się, że przeglądając bezmyślnie gazety i oglądając polskie filmy coś jednak zaabsorbowałam, może na zasadzie osmozy. A może po prostu nauczyłam się już uczyć. W każdym razie studia zaczęły mi iść znacznie lepiej niż podczas pierwszego semestru.

I nie miałam pod górkę. Nasza malutka, międzynarodowa grupa została odizolowana od reszty studentów i nasze wykłady odbywały się w wydzierżawionej przez uniwersytet salce w labiryncie starego miasta. Uwielbiałam chodzić do szkoły na piechotę – dzięki temu rozpoczynałam dzień od przejścia na drugą stronę Wełtawy Mostem Karola, który o tej porze bywał wręcz pustawy. Później czekałam jeszcze chwilę przy “terkoczącym” przejściu dla pieszych (wydawało dźwięk, jakby ktoś strzelał, do tego paliło się strasznie krótko) tuż przy Kościele Najświętszego Salwatora i Karlovy lázně (to taki upiorny klub). Swoją drogą nie mogę się zdecydować, czy próbować odmieniać te czeskie nazwy, czy lepiej nie: Karlovych lazniach? A potem już zanurzałam się w labiryncie praskich uliczek, które poznałam tak dobrze, że wiedziałam o każdym sekretnym przejściu i pasażu, mogącym skrócić moją drogę. Pozwalało mi to poczuć się jakbym na chwilę cofnęła się w czasie.

Powroty już nie były tak emocjonujące – w późniejszych godzinach miasto przeżywało oblężenie turystów. Dlatego często wracałyśmy ze współlokatorkami tramwajami, wcześniej robiąc zakupy. Przy okazji, Polka, z którą mieszkałam genialnie gotowała i czasami litowała się nade mną, przyrządzając wegetariańskie potrawy. K. – dziękuję! 

Czeski

W szkole zaoferowano nam również zajęcia z języka czeskiego. Bardzo chętnie, czemu nie! Niestety, szybko okazało się, że nie był to kurs dla osób mówiących po polsku. Podczas gdy nauczycielka stawała na rzęsach próbując nauczyć Anglików, Niemców i Amerykanów wymowy najprostszych słówek, ja i moja współlokatorka po prostu się nudziłyśmy. Szybko odpuściłyśmy a ja nauczyłam się czeskiego (i już zapomniałam) trochę inaczej:

Jedna z moich prac musiała chyba dotyczyć ateizmu, albo ogólnie religii w Czechach. Kiedy konsultowałam ten temat z profesorem, zapytał, czy czytałam książkę… Mariusza Szczygła pt. “Zrób sobie raj” (po czesku: “Udělej si ráj.”) Nie czytałam, nawet o niej nie słyszałam, więc profesor mi ją z radością pożyczył – po czesku. O dziwo czytało mi się ją bardzo dobrze. Jeśli interesują Was Czechy to ją bardzo polecam. Podobnie jak wcześniejszą książkę tego autora – Gottland (którą czytałam już po polsku), z której dowiecie się między innymi co stoi za niezwykłą popularnością butów Bata.

Wracając do języka czeskiego – zgadałam się kiedyś z taką jedną Czeszką, że tak samo jak nas śmieszy język czeski, tak ich śmieszy język polski. No bo jak to? Samochód? Że samo chodzi? Hahaha! Albo samolot? Samo lata? Hahaha!!! No cóż, ich naklejki to samolepki, więc przyganiał kocioł garnkowi. A i tak w największą wesołość zawsze wprowadzał mnie szyld na Sexshopie (znajdującym się zresztą w centrum handlowym) z satysfakcją krzyczący: Sexíček (proszę Was, przeczytajcie to raz na głos! SEKSICZEK!!! Taki mały seksik, taki tyci tyci).

Ludzie listy piszą

Ta sama Czeszka, która wytłumaczyła mi, że język polski jest dla Czechów zabawny (a którą poznałam przez moją Alunię, którą być może pamiętacie z wpisu Rocky Road 2 https://milosna-globalizacja.pl/rocky-road-2/ ) zaproponowała mi kiedyś, żebym poszła z nią na spotkanie uniwersyteckiego stowarzyszenia (po czesku – skupiny) Amnesty International. Poszłam, spodobało mi się, zaczęłam chodzić regularnie. Robiliśmy prezentacje (ja po angielsku, reszta po czesku) i pisaliśmy listy z żądaniami oswobodzenia różnych więźniów politycznych. Czasami ludzie ze skupiny zabierali mnie na wykłady. 

Dzięki temu dowiedziałam się w sumie jak naprawdę wygląda Uniwersytet Karola… Ale poza tym wypełniało mi to dłużący się niemiłosiernie czas – w temacie braku Księcia nie radziłam sobie nic lepiej. Nadal balansowałam na krawędzi depresji i nadal płaciłam za to zdrowiem. Właściwie to czułam się i wyglądałam coraz gorzej. 

Widok z Mostu Karola

Bal w Londynie

Pech chciał, że właśnie w tym czasie miałam okazję brać udział w “prawdziwym balu”. Przynajmniej miał to być prawdziwy bal. Mój kolega z liceum (tak Tato, “ten co mnie wystawił” – kolega, który miał iść ze mną na studniówkę, ale w ostatniej chwili wymyślił, że jednak pójdzie ze swoją dziewczyną, co mu zresztą wcześniej sugerowałam. On jednak twierdził, że idzie ze mną, aż parę dni przed studniówką dziewczyna wybiła mu to z głowy – od tamtej pory mój Tata z satysfakcją mówi o nim per “ten co Cię wystawił?”), być może w ramach rekompensaty za studniówkę, zaproponował mi, żebym towarzyszyła mu na balu Kawalerów Orderu Krzyża Maltańskiego (czy jakoś tak, ta ich pełna nazwa jest strasznie skomplikowana). Tym razem mnie nie wystawił (chociaż ja, zapominając o różnicy czasu między Pragą a Londynem zjawiłam się o godzinę za wcześnie) i na bal poszłam – więcej takich imprez nie planuję. Za to zatrzymałam się u mojej prześlicznej wiolonczelistki (towarzyszki lotniskowej niedoli z poprzedniego odcinka) i spełniłam swoje marzenie o różowej peruce, takiej jak miała Scarlett Johansson w “Między Słowami”. Peruka chyba ucieszyła mnie najbardziej.  

Gość z Pakistanu

Jednym z najlepszych wspomnień związanych z moim pobytem w Pradze jest niewątpliwie wizyta jednego z przyjaciół Księcia, którego Wy mogliście już poznać w roli świadka na naszym nowojorskim ślubie a później pana młodego na marokańskim weselu. Okazał się niesamowicie sympatyczny, do tego, w przeciwieństwie do mojego przyszłego męża nie miał oporów przed zwiedzaniem miasta “na nogach”. Spotkaliśmy się pod jego hotelem, w okolicach Rudolfinum, skąd metrem pojechaliśmy na Hradczany – po zwiedzeniu wzgórza zamkowego zeszliśmy na dół, na Malą Stranę, pochwaliłam mu się naszym mieszkaniem, nakarmiłam zrobioną przeze mnie sałatką (niech wie, że coś tam potrafię ugotować) a następnie przeciągnęłam go przez starówkę, imponując mu znajomością uliczek – wreszcie ktoś docenił. 

Jego wizyta pozwoliła nam na wymianę prezentów – wiedziałam o niej z wyprzedzeniem, więc przez dłuższy czas zbierałam fanty, które miałam nadzieję mojego ukochanego ucieszą. W paczce znalazły się między innymi wszystkie smaki czekolady studenckiej i zakupione w sklepiku inspirującego dziwadła srebrne spinki do mankietów w kształcie kluczy wiolinowych – te same spinki wiele lat później Książę założył na nasz ślub.

Ja z kolei dostałam pudełko wypełnione pakistańską biżuterią, w tym szklanymi bengalkami (bransoletki) – wtedy po raz pierwszy okazało się, że mam dłonie jak łopaty – kilka rozmiarów większe niż drobniutkie pakistańskie damy. Kiedy któraś z kolei bengalka pękła, boleśnie kalecząc mi dłonie, poddałam się. Z metalowymi bransoletkami nie było lepiej. Jedną nawet udało mi się założyć, ale ściągnąć jej nie mogłam przez kilka dni. Szatański wynalazek. 

Jednak to nie prezenty były najważniejsze. Wizyta kolegi Księcia stanowiła dowód na to, że Książę naprawdę istnieje. Że nie był tylko pięknym snem, wytworem mojej wyobraźni. Jest prawdziwy – chwilowo poza moim zasięgiem, ale jest. Pamięta o mnie, mówi o mnie. Spotkanie z jego przyjacielem w jakiś sposób stanowiło namiastkę spotkania z Księciem. Oczywiście nie wystarczyło, żeby pocieszyć, ale pozwoliło mieć nadzieję. 

I rzeczywiście. Krótko po moim powrocie z Pragi, Książę postanowił dołączyć do mamy i sióstr, które przeprowadziły się do Nowego Jorku. Nadzieja zaczęła odważniej kiełkować, a ja powoli wracałam do życia – w samą porę! Po wakacjach jechałam do Madrytu, w którym nie należy być nieszczęśliwym. O semestrze madryckim opowiem Wam za tydzień. Na razie chciałabym Was oprowadzić po mojej Pradze. 

Hradczany i co dalej?

Malá Strana

Praga jest bohaterką tysięcy wpisów blogowych – postaram się w miarę możliwości nie powtarzać ich treści. Oczywiście zachęcam Was do obejrzenia tych wszystkich obowiązkowych atrakcji, ale chciałabym Wam zaproponować coś jeszcze. Dlatego, kiedy będziecie już zwiedzać wzgórze zamkowe, przepiękną Bazylikę, zamek i słynną złotą uliczkę, rozważcie alternatywną trasę na lub ze wzgórza – przez zahrady pod Pražským hradem (ogrody pod praskim zamkiem). Są przepiękne i rozciąga się z nich widok na całą Malą Stranę.  

Kiedy z kolei będziecie szli Nerudovą, zajrzyjcie z wizytą do Kocura – możecie tam liczyć na typowo czeskie jedzenie, dobre piwo i burkliwą obsługę.

Jeśli macie więcej czasu na zachodni brzeg Wełtawy, możecie zagłębić się w tutejszą oazę zieloności, gdzie znajdziecie Wieżę Petrińską, z której roztacza się jeszcze efektowniejszy widok na całą Pragę, niż ze wzgórza zamkowego. Wychodząc z parku, koniecznie pójdźcie zobaczyć niezwykle przejmujący pomnik ofiar komunizmu. 

Zanim wrócicie na główne szlaki turystyczne, wchodząc na Most Karola, wejdźcie jeszcze na Kampę – znajdziecie tam jedne z najbardziej upiornych rzeźb Davida Černego – Miminka (dzieci). Straszliwe, gigantyczne niemowlaki o kodach kreskowych zamiast twarzy. Te same rzeźby “zdobią” wieżę telewizyjną Žižkov. W ogóle bardzo polecam Wam polowanie na rzeźby tego artysty w terenie – do jednych z najbardziej kontrowersyjnych należą między innymi Nogotyłki (lub z angielskiego – brązowe noski: w dużym uproszczeniu, rzeźba o wchodzeniu władzy w, wybaczcie dosłowność, dupę) i budzący jeszcze większe emocje Sikający. Ta ostatnia rzeźba przedstawia dwóch mężczyzn, którzy sikają do basenu w kształcie mapy Czech. 

Czeski pies

Wspaniałą analizę tej twórczości przeprowadził w swojej książce wspomniany przeze mnie wcześniej Mariusz Szczygieł, twierdząc, że rzeźba doskonale oddaje stosunek Czechów do swojego kraju i idei patriotyzmu. Ja chciałabym dołożyć tylko refleksje z prowadzonych przez Czechów wykładów: Czesi nie są narodem walczącym, rzucającym się z szabelką na czołgi. To naród zdystansowanych do siebie pragmatyków. Wiedząc, że mają do wyboru się poddać jeszcze przed rozpoczęciem walki lub być zmiażdżeni przez przeważające siły wroga, bez zastanowienia oddawali się w ręce coraz to nowych najeźdźców. Jakby na to nie patrzeć, uratowali tym sposobem sporą część swojego dziedzictwa kulturowego. Najeźdźcy nie zniszczyli Pragi, nie zbombardowali jej ulic, nie spalili znajdujących się w niej dzieł sztuki. A naród czeski nie zginął. 

Z drugiej strony wykładowca, starszy Czech, opowiadał nam kiedyś dowcip. Pewnego razu (przed 1989) spotkały się na granicy czesko-polskiej dwa psy. Czeski – tłusty, lśniący, zdrowy. Polski – wychudzony, wyliniały, zapchlony. Czeski pies zapytał polskiego: 

Ale po co ty chcesz do Czech?
Chciałbym się wreszcie najeść do syta… – odpowiedział polski zwierzak, po czym spojrzał podejrzliwie na czeskiego kuzyna – Ale po co ty pchasz się do Polski?
Chciałbym przypomnieć sobie jak się szczeka. 

Myślę, że tak to mogę zostawić. 

Stare miasto

Absynteria

Zobaczcie stary plac. Oczywiście. Ale potem się zgubcie. Wsród sklepów z tandetnymi pamiątkami wypatrujcie antykwariatów, sklepów ze starymi płytami winylowymi i różnych innych miejsc, które znajdziecie tylko w Pradze. Pójdźcie na szota do Absynterii lub na drinka do Chapeau Rouge. Za moich czasów w absynteriach sprzedawano też pyszne lody o smaku absyntu, niestety kiedy ostatnio byłam w Pradze (chyba dwa lata temu), nigdzie nie mogłam ich dostać. Zostały wyparte przez jakieś potworne połączenie lodów z trdelníkami (które w wersji solo bardzo polecam! Być może je znacie pod nazwą kurtosz, kołacz, bądź ciasto kominowe – od jakiegoś czasu jest popularne na polskich jarmarkach. Ja pierwszy raz jadłam je właśnie w Pradze i tam smakuje mi najbardziej. Natomiast połączenie go z lodami to jakiś ponury żart.)

Oferta kulturalna

W Pradze muzeów dostatek… Muzeum narodowe jest całkiem niezłe, zresztą sam gmach jest wart obejrzenia. Ale oprócz tego jest też muzeum Muchy, Kafki, KGB, zmysłów, zabawek (czy raczej maszyn) erotycznych, figur woskowych – naprawdę jest w czym wybierać.

Jak pisałam wcześniej – dla mnie Praga to przede wszystkim miasto muzyki, chyba nawet bardziej niż Wiedeń. Na każdym kroku znajdziecie oferty koncertów muzyki klasycznej granej praktycznie codziennie w kościołach. Są całkiem niezłe. Ale naprawdę warto sprawdzić wcześniej repertuar Teatru Narodowego i Rudolfinum – można tam trafić na fenomenalne koncerty i spektakle. 

Czeska biżuteria

Z czym Wam się kojarzy? Z Jablonexem? To na pewno. Ja z kolei od czasu studiów w Pradze myślę przede wszystkim o Style Avenue. Często w drodze ze szkoły przechodziłam obok ich sklepu firmowego, za każdym razem przystając przed wystawą i wzdychając z tęsknotą do wypatrzonego przeze mnie pierścionka z ważką. To nie jest post sponsorowany – jeśli będziecie w Pradze, wejdźcie do ich sklepu i zachwyćcie się – ich biżuteria to prawdziwe dzieła sztuki.

Kiedy po kilku latach odwiedziłam Pragę z Księciem, zapamiętał, jak bardzo się śliniłam do ich błyskotek (chciał mi na miejscu kupić kolczyki, ale byłam rozsądna, czyt. głupia i się nie zgodziłam). Kiedy wrócił do Nowego Jorku, chciał mi zrobić niespodziankę i je dla mnie zamówić. Nie pamiętał nazwy firmy, więc przypominał sobie trasę, którą przebyliśmy, idąc przez Google Maps i oglądając witryny sklepów na zdjęciach. Co ciekawe, nawet znalazł. Niestety nie prowadzili wtedy sprzedaży przez internet. Ale bystry, prawda?

Praga, dzika Praga

Na zakończenie chciałabym Was zabrać w dosyć nieoczywiste miejsce. Żeby to zrobić, opowiem Wam najpierw krótką bajkę.

Dawno, dawno temu, kiedy słońce było bogiem… w Czechach panował matriarchat. Ostatnią z przywódczyń była kobieta o imieniu Libuše. Po jej śmierci mężczyźni, trzymani do tej pory w ryzach, postanowili pod wodzą księcia Přemysla zawalczyć o władzę i wprowadzili mający trwać setki lat patriarchat. Jak się domyślacie, kobiety nie były z tego powodu szczęśliwe i tak rozpoczęła się długa i krwawa wojna domowa. 

Główna rola w tej legendzie należy do młodziutkiej dziewczyny – Šárki. To ona wpadła na pomysł, aby osłabić samcze siły, poprzez zastawienie pułapki na ich najsilniejszego i najdzielniejszego wojownika – Citrada. Citrad, jak na sierściucha przystało dał się zwabić na wyznaczone przez Šárkę miejsce spotkania, gdzie następnie został oczarowany dziewczęcym wdziękiem i upojony miodem. A kiedy już zasnął (bardzo zakochany i jeszcze bardziej pijany) w ramionach swojej nowej ukochanej, rezolutna dziewczyna po prostu go zabiła. 

W Dolinie Dzikiej Szarki spotkałam Babcię Wierzbę. Trochę Disnej, trochę Miyazaki, ale jednak Praga.

(Panowie, zapamiętajcie tę historię – jeśli w Waszym związku trwa akurat wojna damsko-męska, a Wasza partnerka zaczyna być dla Was miła, wdzięczy się do Was, podaje alkohol – to NIE JEST dobry znak. Na kolana i błagać o litość.)

“Bohaterska” śmierć Citrada na jakiś czas osłabiła skuteczność armii sierściuchów, niestety nie zmieniła wyniku wojny – kobiety przegrały a dynastia Přemyslida przejęła władzę. Šárka zamiast się poddać odebrała sobie życie skacząc ze skały. Jak ta Wanda, co Niemca nie chciała, tylko tak bardziej – nie Niemca, tylko Czecha i nie jednego, tylko żadnego. Albo w ogóle, cała płeć męska była jej wstrętną. 

W każdym razie, teren na którym Šárka uwodziła, poiła i zabijała Citrada a później samą siebie to dolina Divoká Šárka (dolina Dzikiej Szarki) – ogromny teren zielony na przedmieściach Pragi. Jeśli kiedyś traficie do tego miasta na dłużej niż na krótką turystyczną wizytę, bardzo polecam Wam się tam udać. Najlepiej z aparatem i książką.