Ostatnia prosta

Semestr spędzony w Madrycie był ostatnim, który musiałam spędzić poza domem. Czwarty semestr studiów miałam poświęcić na pisanie pracy magisterskiej i, jak wiecie z poprzednich wpisów, postanowiłam robić to w Polsce. Zaglądając raz na jakiś czas do Hiszpanii – spotkać się z promotorką, z “moimi dziewczynami”, najeść churrosów i dokupić kilka kilogramów espadryli.

Pisanie magisterki szło mi całkiem nieźle, badania przeprowadzone w Madrycie i materiały tam zebrane sprawiły, że praca w dużej mierze pisała się sama, ja jej tylko pomagałam wciskać klawisze klawiatury i raz na jakiś czas sprawdzać odmianę hiszpańskich czasowników. Pozostało zebrać trochę informacji w Polsce. Okazało się to trudniejsze, niż się spodziewałam, wizyta w gdańskim meczecie wręcz mnie zniesmaczyła, ale mam z tego okresu też bardzo pozytywne wspomnienia. Dzięki uprzejmości mamy mojej przyjaciółki, poznałam naprawdę wyjątkową osobę – polską Tatarkę, urodzoną przed wojną na Litwie. Starsza (i wciąż niewiarygodnie piękna) pani przyjęła mnie niezwykle serdecznie, dzieląc się ze mną zarówno niesamowitymi wspomnieniami, jak i poglądami na temat obecnej sytuacji społeczności muzułmańskich w Polsce. Są tacy ludzie, którzy choćby pojawili się w naszym życiu dosłownie na chwilę, zostają w naszych głowach na zawsze. Tak było i w jej przypadku.

W każdym razie, pracę magisterską udało mi się napisać i złożyć w terminie. Nagrodą za dobrą ocenę miał być dla mnie wyjazd do Nowego Jorku.

Wiza po raz pierwszy

Pierwszym krokiem było oczywiście uzyskanie wizy. Odkąd pamiętam, byłam strasznie oburzona tym, że Amerykanie mają czelność wymagać od nas wizy. Nawet postanowiłam sobie nigdy do Stanów nie jechać, bo z jakiej racji mam się niby prosić? Jednak ludzie dla miłości są skłonni wiele poświęcić, w moim przypadku miała to być duma. Złożę wniosek o wizę. Owszem. Ale jak mnie brzydko potraktują na rozmowie, to ja im powiem, co o nich myślę! Odpłacę im mrożącą krew w żyłach, syczącą pogardą! A co! 

O tym jak mniej więcej wygląda proces ubiegania się o wizę i co się zwykle dzieje w kolejkach przed amabasadą w Warszawie mogliście już przeczytać w poście o Wielkiej Przeprowadzce, dlatego nie będę już opisywać tego całego cyrku. Powiem Wam tylko, że się zawiodłam.

Dlaczego? Jechałam przygotowana na zimną wojnę, w kolejce pod ambasadą ćwiczyłam w myślach pogardliwe riposty, z każdą chwilą byłam coraz bardziej nabuzowana. Kiedy wreszcie przyszła moja kolej, podeszłam do okienka, powiedziałam, że chcę jechać do Nowego Jorku na zakupy i dostałam wizę. No bez jaj… Mogliby chociaż trochę się postarać. 

(Przez jakiś czas ten początkowy zawód starali mi się wynagrodzić oficerowie imigracyjni na granicy – z nimi już mogłam sobie powymieniać subtelne złośliwości, aczkolwiek też bez większych fajerwerków. W końcu zawsze mnie przepuszczali.)

Wiza przyszła (została przywieziona), można było zabrać się za szukanie biletów i zakwaterowania… 

Po drugiej stronie Atlantyku

Książę przeprowadził się do “stolicy wszechświata” w czasie, kiedy ja studiowałam w Madrycie. I chociaż wyjazd z Pakistanu zdecydowanie go do mnie przybliżył, nie wydawał się zbyt zadowolony z nowego miejsca zamieszkania. Nie rozumiałam tego – przecież tylu ludzi marzy o Nowym Jorku! Ja nigdy wcześniej nie rozważałam wyjazdu do Stanów, ale samo NYC kojarzyło mi się z licznymi cudownościami! Imponującą architekturą, kulturą, rozrywką, Zakupami (celowo z dużej litery)… A on marudził. Co za człowiek.

Dopiero po latach dowiedziałam się jak trudne były dla niego te początki. Jak ciężko było mu znaleźć jakąkolwiek pracę i jak bardzo z tego powodu cierpiał. Sama, będąc w znacznie bardziej komfortowej sytuacji, po przeprowadzce do Nowego Jorku długo dołowałam się trudnościami ze znalezieniem pracy. Kiedy patrzę na to, co mój mąż przechodził już z perspektywy własnego doświadczenia, jestem dla niego pełna podziwu.

I znowu logistyka!

W czasie, kiedy miałam jechać do Nowego Jorku, Książę dopiero zaczynał swoją “amerykańską karierę”, zarabiał jakieś grosze i ogólnie rzecz biorąc, podobnie jak ja, był na utrzymaniu rodziców. Rodziców, którzy teoretycznie o mnie wiedzieli, ale w tamtym czasie postanowili udawać, że mnie nie ma – może wtedy zniknę. Oczywiście nie mogłam zatrzymać się u nich w domu, zresztą ciężko sobie wyobrazić nadrabianie dwóch lat rozłąki pod czujnym okiem przyszłej Teściowej… Musieliśmy wynająć dla mnie mieszkanie, na które byłoby nas stać. Okazało się to nie być takie proste. Zwłaszcza, że w Nowy Jorku nie wynajmuje się mieszkań na niecałe dwa miesiące, tylko minimum na rok. Airbnb też niewiele pomagało. W końcu Książę znalazł pokój w rozsądnej cenie. Wynajmowała go starsza pani, podobno pisarka, na stałe mieszkająca w Bostonie, która czasami tylko przyjeżdżała do Nowego Jorku na noc. Spała wtedy w salonie. W salonie teoretycznie mieszkał też młody, zmagający się z nowojorskimi realiami artysta, którego de facto prawie nie było w domu. Zapowiadało się całkiem nieźle. 

Potem niestety wyszło na jaw, że właścicielka mieszkania (a właściwie córka właściciela, który nie wiadomo nawet czy był w tamtym czasie żywy) wynajmowała je nielegalnie, do tego była prawdziwą wariatką, która znęcała się nad swoimi lokatorami psychicznie i okradała ich z depozytu. W internecie doczytałam, że toczą się przeciwko niej postępowania sądowe przynajmniej w dwóch stanach. Ja się wykończyć (i wykurzyć) nie dałam, ale przyznam, że trochę mi jędza zaszła za skórę i obrzydziła tę pierwszą wizytę w Nowym Jorku. Ale to dopiero po tym, jak dostała drugi czynsz, wcześniej była całkiem miła.

Grunt, że miałam wizę, bilety i miejsce do spania. Mogłam lecieć!

Bilet na samolot

Znacie tę piosenkę?

Podczas kilkugodzinnej przesiadki w Warszawie słuchałam jej prawie bez przerwy. Wreszcie! Po ponad dwóch latach (od lata 2010 do jesieni 2012) miałam znowu się do niego przytulić (względnie “spojrzeć w ukochane oczy” – wybierzcie sobie mniej egzaltowany wariant według własnego uznania). Czułam się… dziwnie. Teoretycznie rzecz biorąc, rozmawialiśmy prawie codziennie, widzieliśmy się na ekranach komputerów i telefonów. Tak jakbyśmy się w ogóle nie rozstawali. Ale jednak, tak naprawdę, nie widzieliśmy się dwa lata! W mojej głowie Książę był teraz tworem wirtualnym. Mieszkał w internecie (pamiętacie, że był kiedyś taki serial Dziewczyna z komputera? Właśnie sobie o nim przypomniałam…) Co, jeśli osoba, która ma na mnie fizycznie czekać na lotnisku, okaże się kimś innym? Jakie to będzie w ogóle uczucie znowu go zobaczyć? Czy będzie tak samo pachniał? A co, jeśli go nie poznam? (Możecie się śmiać, ale naprawdę nachodziły mnie aż takie głupie myśli!) 

Poznałam. Mimo że w kolejce na immigration stałam około dwóch godzin i byłam półprzytomna, w tłumie oczekujących wypatrzyłam go od razu. Uśmiechał się najbardziej ze wszystkich. Kilka sekund później już byliśmy razem. I to była najnaturalniejsza, najoczywistsza rzecz na świecie. Te kilka sekund wystarczyło, żeby zniknęły dwa lata. Nie było żadnej niezręczności, żadnych badawczych spojrzeń – po prostu byliśmy znowu razem, jakbyśmy nie widzieli się raptem jeden dzień. 

Welcome to New York

Ponieważ lądowałam późnym wieczorem w Newarku, Książę nie miał wtedy samochodu, a pokój miałam wynajęty w bardzo odległej części Brooklynu, postanowiliśmy pierwszą noc spędzić w hotelu przy lotnisku. To była bardzo dobra decyzja.

Następnego dnia pojechaliśmy najpierw pociągiem z Newarku na Times Square. Kiedy po raz pierwszy wynurzyłam się z podziemi manhattańskiego dworca i stanęłam w samym centrum centrum wszechświata (tak, ma być 2x centrum)… stwierdziłam, że coś strasznie śmierdzi:

– Kochanie, co tu tak strasznie śmierdzi?
– O czym mówisz?
– No śmierdzi strasznie! Nie czujesz?
– Co? Ach! To miasto po prostu. Przyzwyczaisz się.

Tak, moi drodzy. Nowy Jork śmierdzi. Dosyć intensywnie. Chwilami tak jak wysypiska śmieci tudzież fabryka przemysłu celulozowo-papierniczego w Świeciu. I, o dziwo, rzeczywiście można do tego się przyzwyczaić. 

Mój pierwszy dzień w Nowym Jorku

Pokręciliśmy się trochę po Times Square, a następnie wsiedliśmy do metra linii Q i pojechaliśmy do Sheepshead Bay, gdzie mieściło się mieszkanie krwiożerczej pisarki Heleny. Helena na nas czekała, na wejściu zgłosiła subtelne pretensje, że powinnam była przyjechać od razu po wylądowaniu, choćby w środku nocy. Ucieszyła się z Ptasiego Mleczka, które zabrałam z Polski, żeby podziękować za to, że godząc się na wynajęcie mi pokoju, uratowała moje plany wycieczkowe. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że polskie słodycze można w Nowym Jorku kupić w co drugim sklepie, nawet jeśli są to chińskie delikatesy. Od razu pochwaliła się, że jest pisarką i że na co dzień mieszka w Bostonie, gdzie chętnie mnie ugości. Uśpiła, wiedźma, moją czujność. 

Zostawiliśmy moją walizkę i Książę zabrał mnie na pobliskie Coney Island, które z marszu stało się jednym z moich ulubionych miejsc w Nowym Jorku – więcej możecie o nim przeczytać we wpisie o moim nowojorskim ślubie. Tam też, w słynnym barze z hot dogami, zjadłam swoją pierwszą kanapkę z homarem. Od tamtej pory jestem uzależniona. Ocean, opuszczone, lekko upiorne wesołe miasteczko i lobster roll – wyglądało na to, że polubimy się z Nowym Jorkiem.

Coney Island

Pierwsze tygodnie

Początki mojego pobytu w najsłynniejszym mieście świata wspominam bardzo dobrze. Za dnia, kiedy Książę pracował (w pobliżu miejsca, gdzie mieszkałam), jeździłam na Manhattan i zwiedzałam. Konsekwentnie – przeszłam prawie każdy zakątek tej wyspy. I chociaż na filmach to wszystko wyglądało jakoś lepiej, nie poddawałam się. Ulice, parki, muzea, sklepy, siedziba ONZ… Nawet nowojorska biblioteka, w której spędziłam godziny przeglądając stare mikrofilmy. Moi przyjaciele pracowali akurat nad książką i potrzebowali archiwalnych informacji. Dzięki temu mogłam się poczuć jak prawdziwa, nowojorska pisarka. Codziennie szlifowałam manhattańskie bruki. Po południu wracałam na Brooklyn i spędzałam kilka godzin z moim chłopakiem, który zwykle na noc musiał wracać do domu. Jak Kopciuszek. Ale czasami ryzykował przemianę w dynię i zostawał na noc.

Zapisałam się też na zajęcia tańca, konkretnie ATS (American Tribal Style) belly dance, do szkoły Manhattan Tribal. Pozwolę sobie na bardzo krótką dygresję. Tribal belly dance to nowoczesna forma tańca brzucha, dodatkowo czerpiąca z etnicznych tańców północnoafrykańskich i indyjskich oraz z flamenco. Z kolei ATS to forma tribalu oparta na grupowej improwizacji. Tancerki uczą się tanecznych sygnałów, które pozwalają liderce przygotować resztę tancerek na kolejny krok. Uczyłam się tego rodzaju tańca w Polsce, a w Nowym Jorku odkryłam, że rzeczywiście mogę bez żadnego problemu zatańczyć kilkuminutową improwizację z dziewczynami, które widzę po raz pierwszy w życiu. To było naprawdę interesujące doświadczenie.

Zaczarowane miasto

Podczas tego pierwszego pobytu, pojechaliśmy do parku rozrywki Six Flags, o którym zresztą też już wcześniej pisałam. Właśnie z tą wycieczką wiąże się jedno z moich najpiękniejszych wspomnień związanych z Miastem. Bez samochodu wyprawa do Jackson, NJ była dosyć skomplikowana. Musieliśmy wstać bardzo wcześnie, dojechać metrem na Manhattan i stamtąd autobusem do parku. Kiedy metro wjeżdżało na Manhattan Bridge (jeden z mostów łączących Brooklyn z Manhattanem), moim oczom ukazał się niewiarygodnie piękny widok. Tuż nad East River unosiła się gęsta mgła, przypominająca puchate chmury. Ponad nią wynurzały się szklane wieżowce Manhattanu odbijające poranne promienie słońca. Wyglądało to nierealnie, jak ilustracja z bajki o zaczarowanym mieście, zbudowanym na chmurach.

A potem wszystko trafił szlag.

Sandy no candy

Parę dni po naszym wyjeździe do Six Flags, 29 października 2012 roku, w Nowy Jork uderzył huragan Sandy, nazywany również Frankenstormem. Budynek, w którym mieszkałam, znajdował się w strefie bezpośredniego zagrożenia. Na szczęście siódme piętro oznaczało, że prawdopodobnie przeżyję. Najwyżej nie będę mogła przez jakiś czas wydostać się na zewnątrz, a to i tak było mało kuszące. Książę zachował się przyzwoicie i postanowił nie wracać tego dnia do domu – został ze mną, “w razie czego”. 

Prawdziwe piekło rozpoczęło się późnym wieczorem. Zasadniczo na początku ciężko się było zorientować, że coś jest nie tak – wiatr wył, deszcz zacinał w okna, ale to przecież normalne jesienią. Potem rozległy się dźwięki syren – Rosjanie, którzy wcześniej odmówili opuszczenia swoich domów na Brighton Beach, byli ewakuowani policyjnymi pontonami. Potem nastąpiła mająca trwać kilka dni awaria prądu.

Krajobraz po burzy

Dwa pierwsze piętra w moim budynku zostały kompletnie zatopione – na ścianach było później widać linię wody. Znajdującą się w podziemiach pralnię wyłączono z użytku – przez co zmuszona byłam do korzystania z pralni na ulicy, gdzie jedna starsza Rosjanka, po godzinnej rozmowie (bardzo jednostronnej – po rosyjsku), próbowała mnie chyba zaadoptować. Albo uprowadzić. Sklepy w sąsiedztwie były kompletnie zdemolowane, metro nie jeździło, w promieniu dziesięciu przecznic nie było prądu jeszcze przez kilka dni. Pieszo doszliśmy do “granicy elektryczności”, znaleźliśmy czynnego McDonalda i sklepy. Kupiliśmy świeczki. Było prawie romantycznie. 

Podczas mojego pierwszego pobytu Nowy Jork nie wrócił już całkowicie do siebie. Niektóre linie metra były wyłączone jeszcze przez kilka miesięcy. Z początku jeździły tylko autobusy, które przestały się zatrzymywać na przystankach, bo i tak były przepełnione. Musiałam się ograniczyć do chodzenia po coraz zimniejszej okolicy. W dodatku się przeziębiłam, więc siłą rzeczy spędzałam więcej czasu w domu.

Nie spodobało się to mojej gospodyni, która nawiedziła Nowy Jork krótko po huraganie (i z mojej perspektywy była gorsza niż Sandy). Najpierw odebrała ode mnie czynsz za kolejny miesiąc, a następnie przystąpiła do ataku. Zakwestionowała obecność Księcia – mimo że płaciliśmy ekstra, żeby bez problemu mógł nocować, kiedy tylko chciał (twierdziła, że kolejna osoba to ogromna różnica w zużyciu prądu i wody…) Potem powiedziała, że nigdy nie wynajęłaby mi pokoju, gdyby wiedziała, że nie przyjechałam do pracy i że będę całymi dniami siedzieć w domu (od początku mówiłam jej i pisałam, że przyjechałam na wakacje). Chciała, żebym przeprowadziła się do salonu, żeby mogła moją sypialnie wynająć komuś innemu. Wchodziła do mojego pokoju bez pytania, wrzeszczała, że mam w jej domu bałagan. Potem spróbowała mnie zastraszać. Dzwoniła do znajomych i opowiadała im o “dziwce, która buduje u niej w domu gniazdo i która na pewno nie będzie chciała się wynieść bez interwencji policji”. Jak się domyślacie, nie było to miłe. Wtedy właśnie zaczęłam sprawdzać babsztyla w internecie. Paradoksalnie poprawiło mi to humor – nie byłam jedyna. Ale mimo wszystko, nie było mi łatwo.

Co to takie ładne? Czytajcie dalej, to się dowiecie!

Święto Dziękczynienia

Udało mi się za to załapać na najbardziej amerykańskie święto w roku – Święto Dziękczynienia. Do tego spędzałam je w niemalże rodzinnym gronie. To w sumie długa historia, ale…

…dawno temu brat mojej Babci wyjechał do Nowego Jorku. Po jakimś czasie poznał tu uroczą córkę włoskich imigrantów. Zakochali się w sobie i pozostali razem aż do jej śmierci. Zawsze dostawałam od niej piękne kartki, listy i prezenty. Jadąc do Nowego Jorku wiedziałam, że będę chciała odwiedzić jej grób. Skontaktowałam się z jej synem, który później zaprosił mnie do domu na obiad. Jego cudowna żona zaproponowała mi potem, żebym spędziła z nimi Święto Dziękczynienia – moje pierwsze i do tej pory jedyne, które celebrowałam.

Black Friday

 A skoro indyk, to i wyprzedaże. W nocy z „dziękczynnego” czwartku na piątek zaczyna się wyprzedażowe szaleństwo, głównie w sklepach z elektroniką. Mój sierściuch wymyślił, że musimy brać w tym udział. Jego rodzina chce większy telewizor, czy coś. A ja byłam po prostu ciekawa. Wyprzedaże Black Friday kojarzyły mi się z Ameryką tak samo, jak pieczone marshmallows. Dlatego prosto z obiadu dziękczynnego pojechaliśmy do Best Buy (jedna z najbardziej popularnych sieciówek z elektroniką). Przez kilka godzin marzłam przed sklepiem w rajstopach i baletkach. Dostaliśmy jakieś kupony do sklepu sportowego, który mieścił się obok. W końcu otwarto drzwi. Tłum ruszył. Telewizorów w promocji było dziesięć, oczywiście się nie załapaliśmy. Nie kupiliśmy nic. W sklepie sportowym wymieniłam kupon na czapkę i rękawiczki z Hello Kitty. Mam je do dziś, więc może warto było brać udział w tym szaleństwie. Raz. I nigdy więcej!

Do zobaczenia!

I tak, pod koniec listopada, mój pobyt w Nowym Jorku dobiegł końca. Musiałam wracać do Europy, czekało mnie odebranie dyplomu w Bath. Książę pojechał ze mną na lotnisko. Pożegnanie było trudne, ale tym razem mieliśmy przynajmniej pewność, że zobaczymy się znowu. W końcu pojawiła się realna szansa na wspólną przyszłość. Oczywiście, żadne z nas nie miało złudzeń, że będzie łatwo. Rodzina Księcia potrzebowała jeszcze czasu, żeby pogodzić się z faktem mojego istnienia. My z kolei musieliśmy wymyślić sposób na to, żebym mogła dołączyć do ukochanego mężczyzny w tym dziwnym mieście, które chyba nie do końca mnie polubiło. Ale szczerze? Skoro udało nam się przetrwać dwa lata rozłąki bez realnych perspektyw, teraz miało być już tylko z górki. I jak już wiecie – udało się. Trochę to jeszcze trwało, ale od ponad roku jesteśmy na stałe razem. O naszych spotkaniach “w międzyczasie” będę Wam jeszcze opowiadać. Na razie, przewińmy taśmę do jesieni zeszłego roku.

Albany

W większości postów staram się Was zabrać w jakieś ciekawe miejsce. Po Nowym Jorku oprowadziłam Was już przy okazji naszego ślubu, dlatego dzisiaj chciałabym zaproponować wycieczkę do innego miasta. Konkretnie do stolicy stanu Nowy Jork – Albany.

Pojechaliśmy tam w zeszłym roku, jesienią. Na krótko przed podróżą do Maroka. Książę miał brać udział w konferencji, a ja po prostu uwielbiam wycieczki. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się zbyt wiele, no bo co ciekawego może mnie czekać w Albany… Jak się okazuje – całkiem sporo!

Amerykańskie duchy

Kiedy zdecydowałam się zostać pasażerem na gapę, zaczęłam sprawdzać w internecie, czy w Albany w ogóle jest co zobaczyć. Jakiś ładny park chociaż. W pierwszej kolejności wyświetliły mi się zdjęcia nowojorskiego Kapitolu (New York State Capitol) – budynek wyglądał pięknie z zewnątrz, a w środku… W środku był absolutnie obłędny! Mieści się w nim między innymi najpiękniejsza klatka schodowa, jaką w życiu widziałam. The Great Western Staircase, jest nazywana również Million Dollar Staircase. Zbudowana została na przestrzeni czternastu lat, między 1883-1897, a jej budowa, jak sugeruje nazwa, pochłonęła ponad milion dolarów – w tamtych czasach była to prawdziwa fortuna. Pracowało nad nią ponad pięciuset kamieniarzy, którzy mieli za zadanie wyrzeźbić w czerwonym piaskowcu 77 ważnych postaci z amerykańskiej historii. Poza tymi wymaganymi twarzami, mogli rzeźbić kogo tylko chcieli, dlatego na klatce znalazły się też anonimowe twarze ukochanych i dzieci kamieniarzy. 

Czytając o Kapitolu, dowiedziałam się, że oferowane są w nim specjalne wycieczki, z opowieściami o duchach. Kapitol był nawiedzony. Dosyć intensywnie. Oczywiście od razu się zapisałam – wieczorem, następnego dnia po przyjeździe, miałam zaprzyjaźniać się z amerykańskimi duchami.

Wcześniej miałam jednak trochę czasu, więc bez konkretnego celu, nie zważając na siąpiący, jesienny deszcz, zaczęłam wałęsać się po mieście. Najpierw dotarłam nad rzekę, gdzie moim oczom ukazał się USS Slater – jedyny wciąż “czynny” niszczyciel z czasów II Wojny Światowej. 

Kościół Św. Józefa

Kryzys wiary

Potem skierowałam się z powrotem w kierunku miasta, po drodze natykając się na obrośnięte bluszczem ruiny przepięknego kościoła św. Jana. Monumentalna budowla na tle deszczowego nieba, resztki pięknych kolorowych witraży, wokół ani śladu żywej duszy, jeśli nie liczyć jednego spłoszonego oposa. 

Kiedy sprawdzałam w internecie, co to w ogóle jest, takie piękne, znalazłam informację o jeszcze jednym opuszczonym kościele, pod wezwaniem św. Józefa. Wyglądało na to, że miasto przeżywa kryzys wiary. Postanowiłam zajrzeć i tam, po drodze lokalizując Kapitol, przepiękną katedrę Niepokalanego Poczęcia (czyli jednak kryzys nie dotknął wszystkich przybytków kultu), salę widowiskową zwaną Jajem (the Egg) i ciekawy park pełen dziwnych brył. Zdecydowanie się nie nudziłam. W końcu nadszedł czas na zwiedzanie Kapitolu.

Diabeł i zjawiska nadprzyrodzone

Z dedykacją dla Oczka. 

O tej godzinie budynek jest opuszczony. Poza ochroniarzami na dole, nieliczną grupą zwiedzających i oprowadzającym nas starszym panem w stroju XIX-wiecznego biznesmena, nie ma tu nikogo. Światła są lekko przyciemnione, w pustych korytarzach roznosi się echo. Jest klimatycznie. Pierwsza opowieść dotyczy mężczyzny, który popełnił samobójstwo skacząc z samego szczytu budynku po tym, jak stracił fortunę na nieudanej inwestycji.

Później przechodzimy do historii o wielkim pożarze, który pochłonął wiele cennych dokumentów w znajdującej się tu bibliotece. W pożarze, próbując ratować zbiory, zginął dozorca – Samuel Abbott, który wciąż opiekuje się budynkiem. 

Naprawdę ciarek dostaję w pomieszczeniu Zgromadzenia. Atmosfera jest tam jakaś dziwna, inna od reszty i tak już klimatycznego budynku. W pewnym momencie robi mi się zimno. Historia, którą tu usłyszymy, dotyczy  Williama Morrisa Hunta, artysty, który na ścianach Zgromadzenia namalował dzieło swojego życia. Niestety, malował bezpośrednio na piaskowcu i nie przetrwało ono próby czasu. Podobno artysta popełnił samobójstwo, kiedy dowiedział się, że nie dostanie zamówienia na kolejne malowidła. Jego duch ma pojawiać się tam, gdzie kiedyś można było podziwiać jego najpiękniejsze prace. 

Myślicie, że to duch?

Chwilę wcześniej oglądaliśmy wystawę zdjęć, na których niewytłumaczalne błyski miały świadczyć o obecności sił nadprzyrodzonych. Kiedy robię zdjęcie w sali Zgromadzenia, pojawia się na nim niebieski błysk. 

Podobno czasami pojawia się tu również prezydent Lincoln. Może po to, żeby podziwiać przepiękną klatkę schodową – naprawdę robi ona niesamowite wrażenie! Fani Hogwartu byliby zachwyceni. Ja też jestem. Mogę tu mieszkać. Duchy mi nie przeszkadzają…  

Przystojniaczek.

Niektórzy twierdzą, że Kapitol został przeklęty przez jednego z kamieniarzy, który bardzo sprytnie, pod jednym z rzeźbionych liści, ukrył wizerunek diabła. A Wy jak myślicie? Wierzycie w ogóle w duchy? Dajcie znać! Z chęcią poczytam jakieś gęsioskórko-genne historie, w końcu już zaraz Halloween!

P.S. Kompletnie nie w temacie, ale odczuwam potrzebę, żeby się pochwalić: Jakiś czas temu dwie Super Girls zaprosiły mnie do udzielenia wywiadu na blogu Zapowiedz. Zaproszenie przyjęłam i była to bardzo dobra decyzja! Zachęcam do lektury!

Wywiad Zapowiedz.org
Fot. CLStudio.eu