Mam nadzieję, że odpoczęliście już emocjonalnie po poprzednim wpisie. A nawet jeśli nie, to ja Wam w tym dzisiaj pomogę. Może nie tak od razu, na samym wejściu, bo zaczniemy średnio beztrosko – od Pompei, ale później będzie już tylko wesoło.

U podnóża Wezuwiusza

Dwa tygodnie temu zakończyłam, a właściwie przerwałam opowieść o naszych wielkich europejskich wakacjach na Neapolu. Z premedytacją pominęłam wtedy Wezuwiusza i słynne Pompeje. A przecież biorąc pod uwagę, że Książę to miłośnik Pink Floydów a ja od dawna miewam epizody głębokiej fascynacji losowymi epokami historycznymi, musieliśmy tam pojechać. 

Ponieważ samochód, jak być może pamiętacie, zaparkowaliśmy raz a dobrze – na cały pobyt w Neapolu i okolicach, do Pompei postanowiliśmy pojechać pociągiem. Okazało się zresztą, że nasz hotel mieścił się w pobliżu dworca głównego. Już nie pamiętam, czy o to jakim pociągiem jechać kogoś pytałam, sprawdzałam w internecie, czy dowiadywałam się już z rozpiski na dworcu. W każdym razie zidentyfikowanie właściwego pociągu musiało pójść nam dosyć łatwo, gorzej ze stacją, na której powinniśmy byli wysiąść. 

Dlatego wysiedliśmy na złej. Gdzieś, gdzie włoskie psy culi po włosku szczekały. A właściwie nie szczekały, bo albo ich nie było, podobnie jak żadnej innej żywej duszy, albo było im za gorąco, żeby się w jakikolwiek sposób ujawniać. Niby były jakieś domki, niby Wezuwiusz w tle majaczył (w Neapolu też majaczył i co z tego?), ale w którym kierunku powinniśmy się udać – nie mieliśmy pojęcia.

Non è possibile

Po paru minutach błąkania się, znaleźliśmy… punkt druku. Idealnie się złożyło, bo to było w czasach, kiedy tanie linie lotnicze wymagały drukowania kart pokładowych i nie można tego było robić ze zbyt dużym wyprzedzeniem, więc nosiłam ze sobą wszędzie pendrive’a, mając nadzieję, że przypadkiem trafimy na punkt druku. I patrzcie – trafiliśmy! Cóż za niespodzianka. Książę trochę stękał, czy naprawdę uważam, że to są dobre okoliczności do drukowania, ale przekonał go argument, że w środku będzie chłodniej.

Korzystając z okazji zapytałam przemiłej pani, we-w-która-strona te one Pompeje się znajdują. Pani zrobiła zdumioną minę i stwierdziła, że nieistotne we-w-która-strona, bo non è possibile, żebyśmy tam dotarli o sile własnych nóg. Książę natychmiast się przeraził, ale ja twardo nie dawałam się zbić z tropu. Nie ze mną takie numery. Już mi w Barcelonie mówili, że niemożliwe (znacząco się przy tym klepiąc po łydkach), a potem okazywało się, że to raptem pół godziny .spacerkiem. Tym razem to nie było nawet trzydzieści minut – może piętnaście. Nie rozumiem po co było chłopaka mi stresować! W dodatku zupełnie jak nie on, nauczył się bez sensu i przez całą drogę powtarzał, że non è possibile.    

Jeszcze mu się utrwaliło przed samym wejściem na obszar ruin – sprzedawali tam granity, ja poprosiłam o wersję gigantyczną z soku cytrynowego, a Książę próbował wytłumaczyć sprzedawcy, że chce równie gigantyczną, ale z limoncello. Sprzedawca łapał się za głowę, krzyczał, że non è possibile i o dziwo wygrała w nim zwykła ludzka przyzwoitość – mimo że mój chłopak, akurat przejawiający widać skłonności samobójcze, bardzo nalegał, dostał tylko podwójną wersję. Swoją drogą Książę zamawiający picie we Włoszech to jest bardzo zabawna sprawa. Przyzwyczaił się chłopak do amerykańskich rozmiarów, Włosi z kolei albo nie rozumieją, albo pojąć nie mogą, że ktoś chce poczwórną kawę mrożoną. Zwykle kończy się na “kochanie, weź tu chodź i im powiedz”. 

Echa Pompei

Dobra. Pompeje. Nie wiem jakie macie skojarzenia, czy już tam byliście, jak wypadła rzeczywistość w zestawieniu z Waszymi oczekiwaniami, ale będę pracowała na roboczym założeniu, że co to są Pompeje wszyscy wiedzą i oszczędzę Wam lekcji historii. Z faktów (wolałabym nie używać określenia “ciekawostka”) historycznych napiszę tylko tyle, że kilkanaście lat przed tym jak Pompeje zostały pogrzebane przez wybuch Wezuwiusza, ponad połowa miasta została zniszczona przez potężne trzęsienie ziemi. Udało się je odbudować. Tylko po to, żeby zniszczyła je doszczętnie erupcja wulkanu. 

Pompeje fascynowały mnie od momentu kiedy usłyszałam o nich po raz pierwszy – chyba jeszcze przed podstawówką. Wizja tysięcy ludzi, którzy zginęli tak nagle, bo “nie zdążyli uciec” była dla mnie absolutnie przerażająca. Przez jakiś czas miałam później obsesję na punkcie wulkanów. Potem doszedł do tego kultowy koncert Pink Floydów grany “tylko dla zmarłych”. Pompeje na stałe zajęły miejsce w mojej wyobraźni. Jadąc tam, obawiałam się tylko jednego – że nie poradzę sobie emocjonalnie. Wiecie, że nie jestem egzaltowaną pindą, więc mogę to napisać: do tej pory nie potrafiłam się na przykład zebrać do zobaczenia Stutthofu, na samą myśl robi mi się słabo. Bałam się, że w Pompejach dam się za bardzo ponieść wyobraźni i na przykład się imponująco poryczę. Kiedyś byłam twarda, płakałam tylko przy Psie, który jeździł koleją i przy fragmencie jak Karusek szukał Anielki. Odkąd jednak popłakałam się na filmie Mamma Mia! (i to w wyjątkowo mało płaczogennej scenie) kompletnie sobie nie ufam. 

Okazało się jednak, że nie miałam się czego obawiać…

Gdzie te zwłoki?

Na wejściu na teren ruin dostaliśmy mapki, z krótkim wyjaśnieniem co i gdzie, uzupełnionym o urocze: a tu możecie zobaczyć zwłoki. Dodam tylko, że chodziło o te słynne zwłoki, które pojawiają się w prawie każdym podręczniku od historii – przerażonej, skulonej postaci. Nie wiem, gdzie u mnie jest granica. Dlaczego oglądanie mumii Mao wydaje mi się okej, natomiast robienie z anonimowej mieszkanki starożytnych Pompei wabika na turystów wydaje mi się obrzydliwe. Ewidentnie, jak wielu innych ludzi, jestem hipokrytką. 

Oczywiście przychodzi mi do głowy mnóstwo argumentów, dlaczego to nie to samo, ale spójrzmy prawdzie w oczy – to jest hipokryzja. Podobną hipokryzją będzie stwierdzenie, że jest coś niewłaściwego w tym, że Pompeje – miejsce śmierci tylu ludzi – stały się atrakcją turystyczną, skoro sama, jako turystka, pojechałam je zobaczyć. Co nie zmienia to jednak faktu, że odwiedzający mogli wykazywać się chociaż odrobiną szacunku – nie wrzeszczeć, nie smiać się z tego, jak wyglądała zmarła, nie rozrzucać wszędzie opakowań po batonikach i butelek po napojach. To wszystko sprawiło, że czułam się jakbym trafiła do alternatywnej rzeczywistości. Zestawienie moich wyobrażeń i moich obaw z realiami wyszło naprawdę groteskowo. Szczerze mówiąc, część mnie żałuje, że w ogóle tam pojechaliśmy. 

Wszystkie drogi prowadzą do…

Obiecywałam odpoczynek emocjonalny, do tej pory średnio się wywiązałam, ale już nadrabiam! Z Pompei wróciliśmy pociągiem (bez przygód) do Neapolu, a dzień albo dwa później (w każdym razie była to niedziela) ruszyliśmy z powrotem na północ. Zmierzaliśmy do Pizy, ale głupio byłoby nie odwiedzić po drodze Rzymu. Planowaliśmy zatrzymać się tam na jakieś dwie godziny – skończyło się chyba na siedmiu. 

Rzymskie wakacje
Bella Roma

Jakoś tak z rozpędu i nie do końca świadomie wjechaliśmy prosto do Watykanu i o dziwo bez problemu zaparkowaliśmy rzut kamieniem od Placu Świętego Piotra. I nawet parking był bezpłatny, bo niedziela. Niedziela w Watykanie. Nigdy nie myślałam, że mój muzułmański chłopak zorganizuje mi taką atrakcję. Naprawdę, Rzym by wystarczył. Ale skoro już tam byliśmy, wypadało chociaż coś zobaczyć, prawda?

Z naszej watykańskiej wizyty pamiętam głównie… sklepy z pamiątkami. Przede wszystkim byłam w ogromnym szoku, że sklepy są otwarte. W niedzielę. W WATYKANIE! Skandal. Mogliby się od Polski uczyć… W sklepie z pamiątkami sprzedawano oczywiście główny obiekt naszych zainteresowań, mianowicie magnesy – podczas tej wycieczki ograniczyłam kupowanie kul śnieżnych do minimum z uwagi na machinacje bagażowe, o których chyba będę musiała napisać więcej, ale to może za tydzień. Wybór magnesów był bardzo interesujący, obejmował między innymi kolekcję otwieraczy do piwa, do wyboru z JP2 i z Benedyktem XVI. Co o tym myślicie? Jestem bardzo ciekawa Waszej opinii. 

Rzymskie wakacje

Z Watykanu wyszliśmy nad Tybr. Krótko po tym jak w nieznośnym upale udało nam się przekroczyć rzekę i doszliśmy na Piazza del Popolo, niebo zrobiło się ołowiano-czarne (przesadzam – miało piękny kolor burzowego niebieskiego, ale za mało dramatycznie to brzmi) i… lunęło. Nagle i absolutnie bezlitośnie. W pierwszej kolejności pobiegliśmy pod najbliższy daszek i postanowiliśmy że przeczekamy burzę na pizzy. Pizza najlepsza nie była (!) a ulewa ani myślała się skończyć. Trudno. Z cukru nie jesteśmy i takie tam. 

piazza del popolo
Parę sekund później już lało. „Nagle ogniem otworzyły się niebiosa,
Potem zaczął deszcz ulewny siać z ukosa.”

Podwinęliśmy nogawki (nasz wybór odzieży na ten dzień też był wyjątkowo fortunny – Książę miał na sobie białe lniane spodnie, a ja kretyński – ale jakże modny! – kombinezon z baaardzo długimi i baaardzo szerokimi nogawkami, które musiałam później wiązać na supełki), zacisnęliśmy zęby i w strumieniach biblijnego potopu (to kara za te zakupy w niedzielę w Watykanie!) pokicaliśmy zwiedzać. Po drodze co chwilę spotykaliśmy bengalskich sprzedawców pelerynek, na które to pelerynki mój ukochany cały czas mnie namawiał, a ja uparcie nimi gardziłam. W końcu egoistyczna ludzka natura wzięła górę nad zacięciem ekologicznym (z drugiej strony mam te pelerynki do teraz, więc może nie jestem aż takim potworem) i wyraziłam łaskawie zgodę na zakup. Książę zmienił płytę – teraz mnie nie namawiał, tylko pouczał, że mogłam się zgodzić pół godziny wcześniej, ale robił to na tyle cicho, żeby nie doprowadzić mnie do furii. Tak mamrocząc sympatycznie pod nosem, każde sobie, dotarliśmy do słynnych Schodów Hiszpańskich. Czemu one takie sławne to ja już nie wiem, ale warknęłam do towarzysza, że ma się ustawić do zdjęcia. Posłuchał: 

Schody Hiszpańskie

Potem były jeszcze jakieś fontanny, ładne imponujące budynki, nawet Forum Romanum przypadkiem przed nami wyrosło (robiłam o nim projekt na informatykę w gimnazjum!), jakieś wzgórze z widokiem – zapewne Kapitol, rzeźba Wilczycy kapitolińskiej z Romulusem i Remusem… Ogólnie było tak bardzo rzymsko, że brakowało jedynie Koloseum. A ponieważ nasz dwugodzinny plan już dawno diabli wzięli, postanowiliśmy, że do Koloseum też się przejdziemy. Po drodze chyba nawet się pokłóciliśmy, chociaż kompletnie nie pamiętam o co, coś mi świta, że o lody, ale kto by się we Włoszech o lody kłócił? No to może o deszcz. Albo o to, że Koloseum daleko. 

Najbardziej niesamowita rzecz

W każdym razie tak sobie szliśmy – trochę pokłóceni, trochę umęczeni i bardzo zmoknięci – taką zwykłą drogą, już bez żadnych dodatkowych atrakcji wizualnych i nagle przed nami pojawiło się Koloseum. Tak po prostu. Bez żadnego przygotowania, bez wstępu, bez zapowiedzi. No dobrze. Koloseum. Faktycznie istnieje. Rzym można uznać za zaliczony… I co dalej?

Obrażony Książę stwierdził, że on nie będzie w tej pogodzie wracał piechotą ponad godzinę do samochodu, a w ogóle to buty go obcierają i to wszystko moja wina (?!) Przez kaprysy mojego ukochanego rozpracowywałam podtopione rzymskie metro, o czym przypomniałam sobie dopiero teraz, pisząc. A ponieważ nie byłam pewna, czy mi się to przypadkiem nie przyśniło, postanowiłam skonfrontować nasze wspomnienia:

– Ej, a pamiętasz, że my w Rzymie jeszcze metrem jechaliśmy?
– W Rzymie? – spytał zdziwiony Książę.
– No tak… Właśnie sobie o tym przypomniałam! Pamiętasz? Jak byliśmy pod Koloseum…
– A rzeczywiście! I te wagony metra były całe pokryte graffiti! To była najbardziej niesamowita rzecz, jaką widziałem!
– …tak niesamowita, że jeszcze kilka sekund temu o niej nie pamiętałeś?

Metrem dojechaliśmy gdzieś w okolice samochodu – po drodze w jakimś pasażu Książę wypił jeszcze podwójne espresso i od razu zrobił się milszy. Kiedy byliśmy mniej więcej dwie przecznice od miejsca parkingowego, przestało padać i na niebie pojawiła się piękna tęcza… W ładnej pogodzie i już pogodzeni ruszyliśmy do Pizy.

tęcza nad Rzymem

Piza 

Pozwólcie, że najpierw Wam wytłumaczę, dlaczego musiałam jechać do Pizy. I tym razem wyjątkowo postawię na obraz, nie tekst:

Babcia w Pizie
Ta piękność na zdjęciach to moja Babcia. Zdjęcia robił mój Dziadek. Kiedy byłam mała lubiłam bawić się ich pamiątkami z podróży, w tym miniaturową krzywą wieżą z Pizy.

W Pizie zamiast hotelu zarezerwowałam nam domek na kempingu blisko słynnych budowli. Dojechaliśmy tam w okolicach jedenastej wieczorem i okazało się, że jedyną opcją na kolację jest… pakistański bar z kebabem. No dobrze. Niedobory kulinarne z nawiązką wynagrodziła podświetlona krzywa wieża. Coś pięknego! Oczyma duszy widziałam jak następnego dnia będziemy próbowali odwzorować sesję zdjęciową Dziadków. Okazało się jednak, że Książę ma inny pomysł.

Miłość w Portofino 

Planując ten wyjazd bardzo mocno rozważaliśmy Portofino – to z kolei było marzenie zaszczepione we mnie przez moją Mamę. I chociaż Książę zarzekał się, że możemy sobie pozwolić na spędzenie kilku dni w tej niezwykłej miejscowości, zwyciężył mój zdrowy rozsądek. Względnie ułańska fantazja – ja tam sobie kiedyś po prostu przypłynę własnym jachtem!  

Mój chłopak nie zamierzał jednak pozwolić mi wyjechać z Włoch bez zobaczenia najsłynniejszej eks wioski rybackiej na świecie. Rankiem po przyjeździe do Pizy, ruszyliśmy wzdłuż Riwiery Włoskiej do ziemi obiecanej. 

Już sama droga przyprawiła mnie o szybsze bicie serca – nie tyle z uwagi na przepiękne widoki, co przez jedyne w swoim rodzaju doświadczenie pokonywania zakrętów przy jednoczesnej modlitwie: matko-bosko-portofińsko-spraw-żeby-z-naprzeciwka-nie-jechał-autobus-aaaaaa!!!

Kiedy już – rzeczywiście cudem – udało nam się dojechać do Portofino i zaparkować samochód (wiecie, że wtedy uznawałam 11,5EUR za wysoką cenę za godzinę parkowania? Wiele lat później zweryfikowałam te zaściankowe poglądy na Manhattanie…) poszliśmy odreagować stres do Caffè Excelsior. Cóż to takiego? Miejsce narodzin paciugo – najpyszniejszych deserów lodowych, jakie jedliśmy podczas całego pobytu we Włoszech! Paciugo podobno dosłownie oznacza miksturę (taką bardziej chaotyczną, w stronę bajzlu) i składa się z lodów, absolutnie genialnej bitej śmietany, świeżych owoców letnich, wiśni w syropie i opcjonalnie pociętych orzechów. Do tej pory pamiętam, że Książę naiwnie spytał, czy bierzemy jeden deser na pół, czy każde swój… Po pierwszej łyżce wymieniliśmy się spojrzeniami, które w wolnym tłumaczeniu znaczyły: “wiesz, że kocham Cię nad życie, ale mowy nie ma, że odstąpił(a)bym Ci chociaż pół łyżeczki”. 

Niestety do tej pory były to jedyne paciugo, jakie w życiu jadłam. Właściwie nie wiem, czemu pod koniec łażenia po Portofino nie zafundowaliśmy sobie drugiej porcji. Młodzi byliśmy. Głupi. 

Portofino samo w sobie jest niezwykle urokliwe, chociaż mam wrażenie, że nie odstaje na tle innych, równie uroczych nadmorskich włoskich miasteczek. Jednak bardzo dużo robi marketing. Pamiętam natomiast jeden zgrzyt wizerunkowy – postanowiliśmy przejść się na spacer do latarni morskiej i przy niej napiliśmy się kawy. W kawiarni o dziwo nie było toalet i mój książęcy przyszły małżonek zmuszony był skorzystać z najzwyklejszego na świecie, zupełnie nie luksusowego… toi toia, który został zainstalowany w portofińskich krzakach. Ciekawe, czy któryś z odwiedzających to kultowe miejsce celebrytów również z niego korzystał. Zawsze to jakiś czynnik glam.

basen jachtowy w Portofino
Portofino

Luminara

Pierwotny plan, jeszcze przed Portofino wyglądał następująco: do lunchu zwiedzamy Pizę, a następnie jedziemy do Mediolanu. Wieczorem szwendamy się po stolicy mody, a następnego dnia rano odstawiamy samochód na lotnisko i lecimy do Amsterdamu. 

Jednak plany są po to, żeby je zmieniać, a jak już to robić, to najlepiej po całości. Pomijając już to, że Książę uparł się zabrać mnie do Portofino, a w drodze powrotnej do Pizy “szybkościowo zahaczyć” (!) o Florencję, bo on by jednak coś u braci rzemieślników kupił, to dowiedzieliśmy się, że akurat tego wieczoru w Pizie odbywa się Luminara di S.Ranieri – lokalny festiwal świateł. Według pana z kempingu było to coś, czego nie mogliśmy przegapić. Postanowiliśmy więc zostać w Pizie i odpuścić Mediolan.

To była jedna z najlepszych decyzji, jakie mogliśmy podjąć. Może poza zamówieniem dwóch porcji paciugo. Luminara odbywają się co roku 16 czerwca, w wigilię święta patrona Pizy – świętego Rajnera (nota bene patrona podróżników!) – tego dnia cała Piza rozbłyska pięknym światłem. Budynki wzdłuż rzeki Arno zostają oświetlone przez ok. 70000 woskowych świec szklanych lampionach, świece są też puszczane z nurtem rzeki. Ulice wypełniają się straganami z jedzeniem i tłumami szczęśliwych ludzi. Do tego obowiązkowy pokaz sztucznych ogni przy akompaniamencie pięknej, klimatycznej muzyki. Bajka! 

Mediolan

Kiedy dowiedzieliśmy się o luminarze, hotelu w Mediolanie nie udało się już odwołać, więc postanowiliśmy skorzystać z niego chociaż w zakresie prysznicu i śniadania. Kiedy dojechaliśmy na miejsce około czwartej rano, okazało się, że udało mi się zarezerwować wyjątkowo dobry hotel – prawdziwa ironia losu. Zgodnie z planem zdążyliśmy wziąć prysznic a ja się nawet godzinę przespałam – Książę wolał nie ryzykować. I słusznie. Jego się nie da dobudzić – pamiętacie jak pisałam o alarmach przeciwpożarowych w akademiku w Cardiff? No właśnie. 

Hotel był nie tylko ładny – miał również przepyszne śniadania. Napchaliśmy się włoskimi smakołykami, licząc chyba na to, że mieszanka kosmicznych ilości cukru z kofeiną pomoże nam jakoś dojechać na lotnisko. Pomogła, chociaż Książę, najwyraźniej lubując się w życiu na krawędzi, postanowił przewieźć nas przez samo centrum miasta, żebyśmy chociaż z okien samochodu zobaczyli słynną mediolańską katedrę. Zobaczyliśmy – swoją drogą podczas naszej drugiej podróży do Włoch też mieliśmy zaplanowany czas w Mediolanie i też zmieniliśmy plany. Do tej pory ten widok katedry z okna to moje jedyne spotkanie z centrum tego miasta. Do trzech razy sztuka – może następnym razem się uda.

W każdym razie święty Rajner nad nami czuwał, nie utknęliśmy w mediolańskich korkach, dojechaliśmy o czasie na lotnisko w Bergamo, zwróciliśmy bez problemów samochód (mandaty przyszły dużo, dużo później) i wsiedliśmy w samolot do Amsterdamu. O tym, co było dalej, dowiecie się pewnie za tydzień.