¡Buenos días, queridos! Żywię szczerą nadzieję, że nie macie jeszcze dość szlajania się z nami po Europie, bo nasze europejskie wakacje jeszcze troszkę potrwają. I tak się składa, że dzisiaj zabieram Was do mojej ukochanej Hiszpanii! Przecież nie mogłam sobie darować pokazania ukochanemu wszystkich moich ulubionych miejsc w Madrycie. Tym bardziej nie mogłam mu pozwolić wyjechać z Europy bez poznania Barcelony – przecież to tam mamy kiedyś-kiedy-nie-wiem zamieszkać! 

Zaczęliśmy jednak od Murcji. Dlaczego tak? Pamiętacie, jak wspominałam, że opracowałam absolutnie mistrzowski plan przemieszczania się samolotami? Akurat z Amsterdamu najtańsze loty były do Murcji, prawdopodobnie z uwagi na ogromną popularność południa Hiszpanii wśród holenderskich emerytów… Chyba fajnie być holenderskim emerytem. 

Lądowanie w Murcji

Południe Hiszpanii pozostaje dla mnie obszarem niezbadanym, chociaż zdecydowanie ujętym na liście moich wymarzonych kierunków podróży. O Murcji wiedziałam tyle, że leży blisko mojej wyśnionej Andaluzji i specjalnie nic w niej nie ma. Tego drugiego dowiedziałam się od przyjaciółki z liceum, która przez jakiś czas tam pracowała. Na atrakcjach mi nie zależało, mieliśmy w tym miasteczku spędzić raptem jeden wieczór, przespać noc i następnego dnia ruszyć autokarem do Madrytu.

W przeciwieństwie do lotu z Włoch do Amsterdamu, tej podróży nie przespałam i całe szczęście – zbliżając się już do lądowania na lotnisku w San Javier, za oknem zobaczyłam przepiękny półwysep, na który kiedyś zamierzam sobie pojechać i zamieszkać przez czas jakiś na tamtejszej plaży. Na noc skłonna jestem chować się w apartamencie z widokiem na morze. 

Pod palmami
Kiedy widzę palmy, czuję, że mam wakacje!

Podczas kiedy ja snułam bardzo konkretne plany na przyszłość, samolot wylądował przy malutkim, ozdobionym palmami budynku lotniska, a nas, pomimo późnej pory – dochodziła dziewiętnasta – przywitało piękne słońce i temperatury zdecydowanie odmienne od tych w Amsterdamie. 

Pierwsze czterdzieści minut po wylądowaniu było kluczowe! Jak przeczytałam w internecie, dostanie się z San Javier do centrum Murcji nie było rzeczą prostą – z lotniska mieliśmy złapać taksówkę i kazać zawieźć się na przystanek autobusowy, z którego o godzinie 19:30 odchodził ostatni autobus do Murcji. Nawet nam się to udało, chociaż autobus się spóźniał, a Książę zaczął mamrotać, że po co go tak poganiałam, skoro i tak musieliśmy czekać… 

Hiszpański foch

Kiedy dojechaliśmy do centrum Murcji, ja jeszcze w dobrym humorze, Książę już lekko podminowany, stwierdziłam, że z dworca autobusowego do hotelu przejdziemy się na piechotę – dwudziestominutowy spacer dobrze nam zrobi. Książę zaczął irytować się troszkę bardziej. W przeciwieństwie do mnie, nie doceniał cudownej hiszpańskiej aury i zachwycającej różnicy w temperaturze. 

Hotel udało mi się zarezerwować wyjątkowo przyjemny, z bardzo sympatyczną obsługą, która na wejściu poinformowała nas, że bardzo im przykro, ale jest jakaś awaria i klimatyzacja nie działa. W Księcia złe wstąpiło i tak rozpoczął się Wielki Hiszpański Foch

Na drinki, tapasy i wreszcie kolację w centrum Murcji poszliśmy już we trójkę: ja, Książę i Foch. Zasypialiśmy również razem, kołysani do snu meserszmitowym bzyczeniem komarów, które ochoczo wlatywały przez otwarte dla wątpliwej ochłody okno. Foch, który przez noc jeszcze przybrał na sile, wsiadł z nami również do autobusu jadącego do Madrytu. Usadowił się wygodnie między mną a moim zgrzanym i pogryzionym chłopakiem.

*PRO TIP: jeśli któraś z Was ma problem z komarami, zdecydowanie polecam wyposażenie się w pakistańskiego chłopaka. Żaden komar nie zainteresuje się polskim pierożkiem, mając do wyboru przepyszny, subkontynentalny bufet. 

Fasada Sagrada Familia
Sagrada Familia – przy ostatnim poście hiszpańskim było stanowczo za mało Barcelony. Dzisiaj nadrabiamy. Wybacz, Madrycie.

Foch w Wielkim Mieście

W trójkę dojechaliśmy na Atochę. I chociaż na widok znajomego miejsca wstąpiła we mnie nowa energia, Foch z Księciem spojrzeli na mnie wrogo, przybierając kształty dementorów. Względnie Nazgûli. Nie ośmieliłam się proponować im przechadzki do hotelu. Zabrałam moje upiory w podziemia i metrem przetransportowałam do dzielnicy Chueca. W hotelu, na widok działającej klimatyzacji Książę tak jakby lekko złagodniał i nawet wyraził chęć pójścia na lunch.

Po lunchu było dużo sangrii, Książę z Fochem dodatkowo zjedli wszystkie owocki z dzbana, w efekcie Foch się upił i poszedł spać, a jego właściciel wyraźnie poweselał. Trochę nawet udało nam się we dwójkę pozwiedzać, było całkiem miło, ale Foch nagle się ocknął i spytał co to za zabawa bez niego? I znowuż we trójkę wróciliśmy do hotelu, gdzie Książę z Fochem godnie oświadczyli, że są zmęczeni i idą spać. Razem. Wtedy stwierdziłam, że mam dość, bo ja jechałam na romantyczne wakacje we dwoje, pasażer na gapę jest mi zbędny i nie będzie mi psuł planów. Założyłam najseksowniejszą kieckę jaką znalazłam w walizce, spojrzałam na ukochanego i powiedziałam, że jak woli siedzieć w hotelu z Fochem, to oczywiście jego sprawa, ale to są też moje wakacje, a tak się składa, że ja wiem, co robić z czasem wolnym w Madrycie.

Foch nie zdzierżył konkurencji i wrócił do Murcji, a my z Księciem wreszcie zostaliśmy sami.

Zwiedzanie Madrytu

Mój subiektywny przewodnik po stolicy Hiszpanii możecie przeczytać w poście o semestrze spędzonym na Uniwersytecie Karola III, tutaj napiszę tylko, że Książę, najwyraźniej gnębiony wyrzutami sumienia z powodu zaproszenia Focha do towarzystwa, grzecznie, wyjątkowo mało narzekając, chodził ze mną wszędzie tam, gdzie chciałam. Udało mi się pokazać mu praktycznie wszystkie ulubione miejsca zapamiętane z czasów studenckich. 

Mało tego! Wyraził chęć wzięcia udziału w wyprawie na mój uniwersytet! Przy okazji pojechaliśmy też do outletu w Getafe, w którym kupił sobie śliczne, niebieskie pantofelki Hispanitas, które do tej pory z uporem maniaka nazywa espanyatas. Jego antytalent językowy nie przestaje mnie zadziwiać. 

Jedno, czego nie udało mi się mu pokazać w Madrycie to flamenco. I bardzo jestem na siebie z tego powodu zła. Nawet dziś, a przecież trochę lat minęło. Poszliśmy zarezerwować stolik w mojej ulubionej restauracji z flamenco (Villa Rosa), gdzie okazało się, że ceny poszły czterokrotnie w górę. I tak nie było dramatu, ale wściekłam się straszliwie, no bo czterokrotnie?! Co ciekawe, przy następnej wizycie w tym mieście, ceny wróciły do normy. W każdym razie na flamenco poszliśmy w końcu w Barcelonie i było fatalnie – wniosek? Na pewnych doświadczeniach nie wolno oszczędzać.

Barcelona
Kiedyś myślałam, że robienie zdjęć od razu w trybie retro jest fajnym pomysłem.

Toledo 

Udało nam się za to pojechać do Toledo – jak być może pamiętacie, bardzo to miasteczko lubię. Poza tym bardzo chciałam pokazać Księciu miejsce, które jest w pewnym sensie symbolem dawnej europejskiej multikulturowości. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od mojego ulubionego mostu, co wiązało się ze stromym podejściem aż pod bramę strzeżoną przez mojego kumpla po fachu, Cervantesa. I chociaż mój ukochany nie był zachwycony przymusową wspinaczką, Foch nie powrócił. Kiedy kilka lat później wróciłam do Toledo, okazało się, że zainstalowano tam ruchome schody – być może ktoś usłyszał książęce narzekanie…

Po obowiązkowych odwiedzinach w najstarszym w mieście meczecie (a właściwie eks meczecie, przerobionym później na kościół, obecnie pełniącym po prostu funkcję zabytku) poszliśmy do mojej ulubionej, nieistniejącej już syryjskiej knajpki. Kiedy zaczęłam rozpaczać, że nie ma wspaniałego koktajlu z bananów i mięty (mistrzostwo!), właściciel poszedł do sklepu kupić banany. Dostaliśmy koktajl. I najpyszniejsze falafle, jakie w życiu jadłam. 

Wielki powrót tematu prania

Tego samego dnia, po powrocie z Toledo stwierdziłam, że czas na pranie. I postanowiłam połączyć konieczne z przyjemnym – zostawiłam wymęczonego wspinaczką sierściucha w hotelu, a sama z wielką torbą brudnych ubrań pojechałam metrem do mojej przyjaciółki – pamiętacie R. z Arabii Saudyjskiej, którą upolowałam przy okazji wywiadów do mojej pracy magisterskiej? R. po studiach została jeszcze jakiś czas w Hiszpanii i zgodziła się udostępnić mi pralkę na czas naszych babskich ploteczek, które troszkę się przedłużyły.

Kiedy po kilku godzinach wróciłam do hotelu, mój przyszły małżonek był kompletnie pijany – z nudów postanowił się rozprawić z całym zapasem alkoholu, który kupiliśmy poprzedniego dnia. Zabrałam wesolutkiego towarzysza podróży na kolację (trafiliśmy na wyborne grillowane kalmary) i przez całą drogę byłam szarpana we wszystkie strony (Książę chyba myślał, że ze mną tańczy) i raz na jakiś czas zatrzymywana w pół kroku, kiedy mój roztańczony pijak kładł mi dłonie na ramionach, spoglądał głęboko w oczy i poważnie oświadczał:

Wiesz, że ja wcale nie jestem pijany, prawda? W każdej chwili mogę przestać… Po prostu jestem taaaki szczęśliwy! 

Kolejny wniosek? Nie wiem. Nie prać? Nie zostawiać sierściucha samego?

Sagrada Familia budowa
Ciekawe, czy kiedyś skończą budować…

Kierunek Barcelona

Kiedy już pożegnaliśmy Focha, pozwiedzaliśmy Madryt, wypraliśmy (ależ mi ta liczba mnoga weszła w nawyk…) co trzeba i wysuszyliśmy (mówiłam!) moje, wciąż lekko wilgotnawe po włoskich ulewach espadryle na hiszpańskim słońcu, nadeszła pora, aby rano wstać i ruszyć do stolicy Katalonii. 

Przypominam, że planując nasz wyjazd, podeszłam do sprawy ambicjonalnie i postanowiłam oszczędzać na wszystkim. Dlatego zamiast samolotu, czy nowoczesnych pociągów Renfe, po Hiszpanii przemieszczaliśmy się autokarami. I mimo że nie przepadam za tym środkiem transportu, przewoźnik ALSA okazał się wyjątkowo znośny – na miejsce przeznaczenia dojechaliśmy niemal wypoczęci. Gorzej było już w samej Barcelonie, gdzie nagle okazało się, że autobus z dworca północnego, na który bardzo liczyłam, ma w nosie wszelkie rozkłady i dużo korzystniej wyszlibyśmy wysiadając na tym drugim dworcu. Grunt, że w końcu dojechaliśmy do hotelu i mimo braku klimatyzacji w pokoju, Książę specjalnie nie narzekał. W ogóle wynajęcie czegokolwiek w centrum Barcelony w sezonie to jest zupełnie inny poziom trudności, niż ten, z którym mierzyłam się dotychczas.

Oblicza Barcelony

No właśnie. Przecież to było moje trzecie spotkanie z Barceloną. Przy każdej wizycie mam wrażenie, że poznaję zupełnie inne oblicze tego miasta. Za pierwszym razem byłam tam jesienią, podczas studiów w Madrycie, z moimi współlokatorami – jak wspominałam we wcześniejszym poście, była to miłość od pierwszego wejrzenia, ale przecież nie będę się upierać, że trzy dni pozwoliły mi to miasto dobrze poznać. Po raz drugi, wiosną, pojechałam tam z rodzicami, zdecydowana znaleźć większość miejsc wspomnianych w książkach Zafóna. To po pierwszym pobycie w Barcelonie dałam jego książkom drugą szansę i przepadłam bez reszty. Próbowałam nawet odnaleźć opisany w Marinie malutki, ukryty cmentarz na Sarrii, odnotowując sukces połowiczny – znalazłam, ale był zamkięty. 

Wreszcie, po raz trzeci miałam zobaczyć to według mnie najpiękniejsze miasto świata latem z mężczyzną mojego życia. Opalałam się wtedy na barcelońskiej plaży, jadłam lody w Vioko (polecam, tak bardzo, bardzo!), i weszłam na szczyt Sagrada Familia. Ale nawet za trzecim pobytem nie udało mi się trafić na pokaz magicznych fontann Montjuïc. Stwierdziłam wtedy, że albo ciąży nade mną klątwa, albo fontanny to legenda miejska i sposób na przyciągnięcie turystów do tej części miasta. Tak naprawdę nigdy nie działają. Ale nigdy nie żałowałam, że poszłam spróbować, za każdym razem odkrywałam wtedy coś ciekawego. Na przykład z Rodzicami weszliśmy w jedną z bocznych uliczek pod Montjuïc i trafiliśmy na winiarnie, w których z beczek nalewali wino do plastikowych butelek. 

Magiczne fontanny Montjuic
Wiecznie nieczynne, ale ponoć magiczne.

Z Księciem poszliśmy natomiast do położonych przy Plaça d’Espanya Arenas de Barcelona, gdzie znaleźliśmy moją ulubioną pizzerię Tagliatellę. Tam usłyszałam jedno z najpiękniejszych wyznań miłosnych: 

– Gdybyś mi wcześniej powiedziała, że aż tak lubisz tę pizzę, jedlibyśmy ją w Hiszpanii codziennie!

Z Księciem poznałam też Barcelonę kryminalną. Pamiętacie jak w Paryżu napadli na nas afrykańscy “artyści”? Wygląda na to, że mój ukochany nie wyciąga wniosków. Kiedy wracaliśmy z Parku Güell, na opuszczonej uliczce podeszło do nas kilka Cyganek. Tak właściwie to podeszły do Księcia, bo ja zostałam trochę z tyłu, prawdopodobnie robiąc zdjęcia. Dotarłam do nich w momencie, kiedy Książę wyciągał z kieszeni paszport, gotów wręczyć go jednej z kobiet. Bo one powiedziały, że ma podpisać petycję, żeby tam zbudować schody ruchome… Zaprawdę powiadam Wam, niektórzy są niewyuczalni!

Pakistańska Barcelona

Jedną z moich ulubionych dzielnic Barcelony pozostaje Raval. Częściowo jest to spowodowane książką Miasto poza czasem Enrique Moriela. To dość kontrowersyjna książka, przez wielu uznana za absolutnie beznadziejną, ale ja odnalazłam w niej tajemniczą Barcelonę z moich snów. Zgadzam się, że fabuła jest do bani, wampiry Barcelonie kompletnie zbędne, ale nie mogę nie doceniać niezwykle sugestywnego opisu miasta, które powstaje wciąż na nowo, na szczątkach własnej historii. Dosłownie. Ale tak naprawdę Raval lubiłam już wcześniej, jeszcze przed przeczytaniem tej powieści. Po prostu, ta dzielnica, chociaż jeszcze do niedawna uchodziła za biedną i niebezpieczną, zdecydowanie ma to coś. 

Poza tym, wśród zamieszkujących ją imigrantów jest bardzo wielu Pakistańczyków, którzy niepodzielnie panują nad barcelońskimi sklepikami z pamiątkami (w każdym na wejściu mieliśmy 50% zniżki) i prowadzą wiele restauracji. W jednej z nich jadłam przepyszne briyani z krewetkami, którego nawet nie było w karcie. Ale skoro bhabi (siostra brata) życzy sobie briyani z krewetkami, to choćby trzeba było owe skorupiaki własnoręcznie łowić, bhabi briyani dostanie. 

W pamięci utkwiła mi również lodziarnia przy la Rambli (wspominałam o niej zresztą w Pakistańskim weselu). Właściciel był starszym Hindusem, którego rodzina w czasie partycji uciekała z terenów dzisiejszego Pakistanu do Indii. Rodzina Księcia uciekała z kolei w drugą stronę. Panowie rozmawiali ze sobą o krwawej historii swoich krajów, a ja po raz kolejny zrozumiałam, że konflikty międzynarodowe to domena rządów, nie ich obywateli. Później sprzedawca zaproponował mi gofra na koszt firmy, a kiedy grzecznie odmówiłam, chwilę się zamyślił i spytał, czy mamy ochotę na kulfi. Okazało się, że oprócz “normalnych” lodów, miał w ofercie jeszcze indyjski przysmak, który wyciągał “spod lady”. Dla swoich. 

Mirador de Colom Plaça Portal de la Pau
W tle pomnik Kolumba. Oczywiście w trybie retro.

Mango 

Na pakistańskich straganach z owocami Książę wypatrzył pakistańskie mango. Czym się różni od zwykłego? Jest żółte i dużo mniejsze od swoich zielono-czerwonych kuzynów. I jest absolutnie przepyszne. Kupiliśmy skrzynkę i wieczorem jedliśmy słodkie owoce w hotelu, popijając hiszpańskim winem. 

W dzień wyjazdu raz jeszcze przeszliśmy cały Raval, szukając jak najlepszych pakistańskich mango, bo mój chłopak uparł się wkupić w ten sposób w łaski przyszłych teściów. Normalnie nie miałabym nic przeciwko, ale już i tak nie wiedziałam jak się spakujemy. Nie dość, że z głupoty znowu zabrałam Księcia na zakupy, sama uległam pokusie w księgarni. 

I tak do Polski wracałam z dwoma skrzynkami mango i twardo oprawionym tomiszczem w mojej damskiej torebusi. Nie wiem jak mi się to udało, wydaje mi się, że przez kilka godzin zaginałam lekko torebkową czasoprzestrzeń. Całe szczęście było warto, bo mango Rodzinie smakowało. 

Tym samym dotarliśmy do oficjalnego końca naszych wielkich europejskich wakacji. Zwróćcie jednak uwagę na nieprzypadkowe użycie przymiotnika. O tym, co działo się później, macie szansę wkrótce się przekonać. Jeśli oczywiście będziecie zaglądać na bloga.