Prawda, że wymyśliłam bardzo poetycki tytuł? Pewnie coś w stylu “Muzułmańska niewolnica”, albo “Żona mahometanina” byłoby lepszym click baitem, ale to nie moje klimaty. 

Zanim zaczniemy – autorką przepięknych obrazów z kaligrafią, które znajdziecie w tym poście, jest nikt inny, jak moja najmłodsza szwagierka, Fahra. Mówiłam, że jest zdolna! A maluje raptem od tegorocznego Ramadanu…

Dzisiaj postaram się zaspokoić Waszą ciekawość, którą tak bezczelnie zignorowałam w poprzednim poście i odpowiedzieć na pytanie, jak to jest z tym islamem. Od razu zaznaczam, że nie jestem teolożką. Na pewno wiem o tej religii znacznie więcej niż przeciętny Polak i prawdopodobnie ciut więcej niż na przykład inne dziewczyny, które związały się z muzułmanami. Dlaczego? Jak już kiedyś wspominałam, moja praca magisterska, napisana dla Uniwersytetu im. Karola III w Madrycie traktowała o problemach muzułmanek mieszkających w Polsce i w Hiszpanii. Siłą rzeczy musiałam spędzić wiele godzin w bibliotece i na wykładach w madryckim centrum kultury muzułmańskiej, studiując wszystkie dostępne materiały dotyczące praw człowieka, a w szczególności praw kobiet w islamie, a także konsultując wszelkie niejasności ze specjalistami w tej dziedzinie. Nie czyni to jednak ze mnie ekspertki, dlatego bardzo proszę, żebyście brali poprawkę na wszelkie podawane przeze mnie informacje na temat tej religii. Celem tego wpisu nie jest przedstawienie islamu, tylko zastanowienie się, czy to, że wżeniłam się do rodziny muzułmańskiej, a nie np. katolickiej, ma jakikolwiek wpływ na moje życie. Pozytywny, lub negatywny.

Mąż muzułmanin

Tyle tytułem wstępu. A na dobry początek zajmijmy się moim “mężem muzułmaninem”, bo przecież to z nim brałam ślub –  z jego rodziną, gdybym nie chciała, nie musiałabym nawet utrzymywać kontaktów. Jak już wiecie, moje życie to nie powieść jednej z najbardziej poczytnych autorki książek o uciśnionych arabskich żonach. Mój mąż mnie nie bije, nie każe mi zakrywać włosów, nie namawia na przyjęcie islamu, nie ma problemu z wypuszczaniem mnie samej z domu, nie sprowadza nam do domu kolejnych żon. Nuda, prawda? Do tego jeszcze wie o mojej “pisarskiej” działalności i nawet ją wspiera. I to mnie małżeństwo umożliwiło ubieganie się o wizę, a nie na odwrót. Wydaje mi się, że to wszystkie główne stereotypy, jeśli coś jeszcze przychodzi Wam do głowy, śmiało piszcie.

A teraz konkrety. Mój mąż posiada dosyć imponującą wiedzę na temat swojej religii, z moich obserwacji wynika, że jest wierzący, ale… kompletnie niepraktykujący. Sam o sobie mówi, że jedyne, co jeszcze świadczy o tym, że jest muzułmaninem, to fakt, że nie je wieprzowiny. Wiele lat temu, kiedy dopiero go poznawałam, chodził czasami do meczetu, kiedyś podobno pościł podczas ramadanu. Na przestrzeni lat to się zmieniło i szczerze mam nadzieję, że to nie z mojej winy. Nigdy nie namawiał mnie też do zmiany wiary, ale ewidentnie zależało mu na tym, żebym dowiedziała się więcej o jego religii i dzięki temu pozbyła się hodowanych przez polskie media uprzedzeń. Nie oznacza to, że przedstawiał mi swoją wiarę tylko w pozytywnym świetle. Od początku zaznaczał, że sama religia to jedno, a to, w jaki sposób jest interpretowana, nauczana i wykorzystywana, to zupełnie inna kwestia.

Kobieta w islamie 

 I rzeczywiście, gdyby spojrzeć na islam bez całej zbudowanej wokół niego złowrogiej konstrukcji, można z zaskoczeniem przyznać, że jest to jedna z najrozsądniej sformułowanych religii. W dodatku, co może Was bardzo zszokować, jako jedna z nielicznych doktryn mówi o prawach kobiety. Nie chcę się tu rozpisywać, jak już wspominałam, nie o tym jest ten post, ale pozwólcie, że podam jeden przykład: islam daje kobietom prawo do edukacji i do czynnego udziału w życiu politycznym (od samego początku mogą nie tylko głosować, ale też pełnić rolę przywódców politycznych) – przypominam, że w Polsce prawa wyborcze kobiety uzyskały w 1918 roku – sporo ponad tysiąc lat później. Dlatego, jeśli mamy sądzić o stosunku mężczyzn do kobiet tylko i wyłącznie na podstawie wyznawanej przez nich religii, można śmiało pokusić się o stwierdzenie, że to właśnie muzułmanów religia uczy największego szacunku do kobiet. 

Oczywiście, w praktyce bywa różnie. Podkreślam tylko po raz kolejny, że nie wynika to z religii, a ze środowiska i sposobu wychowania. W rodzinie mojego męża od zawsze było wiele silnych, charyzmatycznych i niezależnych kobiet. Ukochana mama mojej Teściowej była znaną działaczką społeczną walczącą o prawa kobiet, podobno mężczyźni, którzy mieli cokolwiek za uszami truchleli na jej widok. Książę wychowywany przez tak inspirujące kobiety nie mógł wyrosnąć na kogoś, kto płci pięknej nie szanuje. Natomiast chłopcy, którzy dorastali w tym samym kraju, nawet pochodzący z tej samej warstwy społecznej, ale obserwujący codziennie, jak ich ojciec bije i poniża matkę, nierzadko powołując się na prawa nadane mu przez Allaha, nie będą zastanawiali się nad tym, czy to słuszne. Podobnie jak w Polsce, w Pakistanie patologia zdarza się wszędzie, nie tylko w najbiedniejszym i niewykształconym środowisku. 

99 imion Proroka
Ten obraz jest jeszcze nieukończony, ale tak mi się spodobał, że musiał tu trafić, w całej swojej niedokończonej krasie!
A przedstawia 99 imion Allaha.

Love her, but leave her wild

Mieszkając, czy w ogóle będąc w związku z moim mężem kwestie tego co haram,  a co halal nie spędzają mi snu z powiek. Największą trudnością jest chyba dopytywanie na polskich weselach, co kryje się pod tą panierką – kurczak? Krówka? Świnka? Jak nie świnka, to dobrze, nawet jeśli to inne biedne zwierzątko nie pochodzi z uboju rytualnego*. Inna sprawa, że zwykle nikt nie wie, co dokładnie wylądowało na weselnym stole. Z alkoholem również nie ma problemów, mój mąż ma mocniejszą głowę, niż niejeden zaprawiony w bojach bywalec polskich imprez. Dopóki nie jesteśmy w Pakistanie, Księcia nie stresują również dekolty w moich kreacjach. W pewnym momencie w pierwszych latach naszej znajomości wyraził wątpliwości, czy aby na pewno muszę na Facebooku publikować swoje zdjęcia w bikini i zasygnalizował, że w sumie wolałby, żebym nie występowała na pokazach tańca brzucha. Do zdjęć w bikini przywiązana nie byłam, usunęłam (a Książę od jakiegoś czasu ma już gdzieś co pomyślą jego znajomi i rodzina), natomiast próbę ograniczenia moich występów tanecznych wyśmiałam. Krótko po tym dostałam od niego przepiękny strój do tańca. Mój mąż nie czytuje poezji Atticusa, ale widać podświadomie zgodził się z najsłynniejszym attikusowym cytatem. Nie próbuje mnie zmieniać bardziej, niż ma to miejsce w jakiejkolwiek innej, zdrowej relacji. Bo przecież zawsze, choćby nie zdając sobie z tego sprawy, staramy się drugą osobę w jakiś sposób podporządkować własnym upodobaniom. I tak na przykład przez niego przestałam rzucać w złości przedmiotami. Jak to osiągnął? Kiedy widział, że zaczynam się wściekać, podawał mi puste plastikowe butelki. Próbowaliście kiedyś wyładować złość rzucając pustą plastikową butelkę? Niewiele bardziej satysfakcjonujące niż rzucanie jednorazowej chusteczki.

* Gdybym pisała książkę, a nie blog, to byłby przypis dolny. Zakładam, że nie wszyscy znają pojęcie uboju rytualnego, niekoniecznie wiedzą też co to znaczy, że mięso (albo cokolwiek innego, na przykład żelki) jest halal, o co chodzi z haram i tak dalej. W bardzo dużym uproszczeniu halal oznacza rzeczy dozwolone, a haram zabronione. W uproszczeniu, ponieważ halal ma swoje podkategorie, dzielące halal na rzeczy wręcz obowiązkowe, zalecane, neutralne i dozwolone, chociaż wybitnie niewskazane, które w nadmiarze mogą prowadzić do grzechu. Z rzeczami haram jest prościej, są zakazane i już – nie można z nimi negocjować. Do rzeczy haram należy na przykład picie alkoholu – co ciekawe, na początku istnienia Islamu zakaz picia alkoholu był wprowadzany stopniowo, prawdopodobnie po to, żeby nie spotkać się z natychmiastowym sprzeciwem rozalkoholizowanych wyznawców i nie powodować szoku w rozpitych organizmach. Idąc dalej tropem restrykcji konsumpcyjnych, haram jest też na przykład jedzenie stworów, które mogą żyć i w wodzie i na lądzie – takie żaby. Haram jest jedzenie zwierząt, które jedzą mięso (świnki, pieski)… I oczywiście haram jest spożywanie krwi, co zaraz wyjaśnię. Gros tych zakazów wynika całkiem pragmatycznie z ryzyka zachorowań – wszyscy widzimy, co się dzieje, kiedy ludzie zaczynają jeść nietoperze (tak wiem, to nie jest potwierdzone).  

Słowo halal ludziom z Zachodu (a szczególnie tym mieszkających w krajach, gdzie istnieją społeczności muzułmańskie) kojarzy się z arabskimi sklepami mięsnymi, a nowojorczykom z małymi mobilnymi budkami na ulicy, w których można kupić tani lunch w rodzaju mięsa z ryżem, lub falafla (w jednej z takich budek na Brooklynie, na 86 ulicy jadłam chyba najlepszego falafla w życiu!). O co tak naprawdę chodzi? O krwawy ubój rytualny. Rytualny w tym wypadku nie oznacza składania zwierząt w ofierze, tylko o ubój zgodny z wytycznymi islamu. Co ciekawe, muzułmanie naprawdę wierzą, że zabijane w ten sposób zwierzę nie cierpi. Jak to wygląda w praktyce? Zabijane zwierzę musi być zwrócone w stronę Mekki, uboju musi dokonać muzułmanin wypowiadający w chwili zabijania formułę “bismillah” (w imię Allaha miłosiernego litościwego, jest to formuła, która rozpoczyna prawie każdą surę Koranu, a przy tym jest wypowiadana przez muzułmanów zawsze wtedy, kiedy rozpoczynają coś ważnego – Książę zaleca wypowiadać “bismilę” przez każdą podróżą samochodem, szczególnie w Pakistanie!) i wreszcie, zabić zwierzę poprzez uszkodzenie tętnicy szyjnej, co powoduje, że zwierzę się wykrwawia (mięso niewykrwawione jest haram – znowuż, wynika to głównie z potencjalnych zachorowań powodowanych spożyciem krwi, kaszanka jest więc jak widzicie podwójnie, a wręcz potrójnie haram, polscy boży bojownicy mogą więc ją śmiało umieszczać w swoich herbach). 

Oczywiście nie zgadzam się z tym, że zwierzę zabite w ten sposób nie cierpi. Zwłaszcza, że od podcięcia gardła do śmierci zwierzęcia mija trochę czasu. Sama, jak już pewnie wiecie nie jem mięsa i jestem przeciwna zabijaniu zwierząt. Nie zamierzam też bronić uboju rytualnego, ale chciałabym zwrócić Waszą uwagę na dwie kwestie: po pierwsze, w czasach, kiedy Koran został “objawiony” w społecznościach arabskich plemion panowały dość specyficzne zwyczaje, jeśli chodzi np. o traktowanie kobiet (dlatego islam w tamtych czasach stanowił wręcz emancypację płci pięknej), a tym bardziej zwierząt. Nikt nie przykładał wagi do tego, czy zwierzę podczas zabijania cierpi – biorąc pod uwagę dostępne metody uboju, metoda narzucona przez islam rzeczywiście była najbardziej humanitarna. Drugą bardzo ważną kwestią jest to, co de facto dzieje się w zwykłych ubojniach na całym świecie. I to nie są odosobnione przypadki. Być może oglądaliście kiedyś nagrania pokazujące, jak potwory pracujące w tych miejscach znęcają się nad zwierzętami – my, cywilizowani ludzie Zachodu przymykamy oko na bestialskie traktowanie zwierząt przez ludzi (???), którzy dopuszczają się w stosunku do świnek i krówek największego bestialstwa, ale krytykujemy ubój rytualny. Jest takie słowo, też na h, jak halal i haram… A! Hipokryzja. Nie zamierzam nikogo przekonywać do zmiany diety, ale jak zawsze, nakłaniam do refleksji. Z tego co wiem, nie ma w pełni humanitarnego sposobu na zabicie zwierzęcia, podobnie jak nie ma humanitarnego sposobu na wykonanie kary śmierci. 

No dobrze, byłby to bardzo, ale to bardzo długi przypis. I bardzo krwawy. Wróćmy do tematów wdzięczniejszych i mniej smutnych. Skończyliśmy na “muzułmańskości” mojego męża.

A co z resztą rodziny?

Tu sprawa wygląda trochę inaczej. Skłamałabym mówiąc, że przy mamie i siostrach księcia jestem w pełni sobą. Nie jestem. Staram się nie przeklinać. Ubieram się tak, żeby nie sprawić Teściowej przykrości (w momencie kiedy to piszę, jest 28 stopni, a my zaraz wybieramy się do niej w odwiedziny. Nie założę szortów i wydekoltowanej bluzki, założę cieniutkie szarawary i koszulkę – bez rękawów, nie zabudowaną pod szyję, ale jednak nie taką, jaką bym założyła, gdybym szła po prostu do sklepu.), nie piję przy niej alkoholu (mój mąż również nie, chociaż Teściowa doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że obydwoje pijemy), nie obściskuję się z moim mężem. Kiedy Fahra skończy w sierpniu 21 lat, nie zabiorę jej na szaloną imprezę do klubu i nie wleję w nią kilku litrów tequili. Kiedy będziemy organizowały Marii wieczór panieński, będę musiała się ugryźć w język, żeby nie rzucić jakiegoś beznadziejnego żartu na temat zamawiania striptizera. 

Brzmi jak jakiegoś rodzaju wyrzeczenie, ale jeśli się nad tym zastanowić – nie muszę tego robić. Robię to z szacunku do Teściowej i żeby nie stresować męża tym, że moglibyśmy sprawić jego mamie przykrość. Oczywiście, że nie zmieniłaby swojego stosunku do mnie widząc mnie w szortach, ale skoro tak niewiele mnie kosztuje założenie dłuższych spodni, to po co? Żeby coś komuś udowodnić? Pamiętam, jak pojechałyśmy z Kiran na wyprzedaż Marchessy – miałam obsesję na punkcie jednej sukienki. Nawet ją znalazłyśmy, ale i tak przekraczała budżet, który sobie wyznaczyłam. Później rozmawiałyśmy o tej wyprzedaży (kiedyś Wam opowiem, jak wyglądają sample sales w Nowym Jorku – to walka o życie!) w domu Teściowej, pokazywałam zdjęcie (sukienka była bardzo głęboko wydekoltowana), Teściowa stwierdziła, że powinnam była ją kupić, przecież jest przepiękna, a w ogóle, to ona może poprosić, żeby w Pakistanie zrobili dla mnie taki materiał i przecież mogę dać krawcowej do uszycia. Nie było ani słowa o tym, że sukienka jest zbyt wyzywająca. Nie muszę “testować” reakcji Teściowej, ani robić czegoś niezgodnego z jej przekonaniami, tylko po to, żeby udowodnić, że mogę. Wszyscy doskonale o tym wiemy. Dlatego w jej domu i w jej towarzystwie, staram się “być halal”. 

Poza tym, mało znam osób, które są naprawdę sobą przy rodzinie ukochanej osoby. Nawet jeśli nie lubimy na przykład, stereotypowo, teściowej, to w dbałości o zachowanie w miarę poprawnych relacji, nie odpyskujemy, nie powiemy, żeby się odczepiła i pilnowała własnego nosa. Pozostając przy anatomicznych metaforach, kulimy uszy po sobie i wolimy przemilczeć temat. A podczas pierwszego spotkania? Chowamy tatuaże, wyciągamy kolczyki z nosa, ubieramy się schludnie i grzecznie i mówimy “tak, proszę pani, oczywiście proszę pana, cudowny ten serniczek” (nadal nie rozumiem, jak jakikolwiek serniczek może być dobry, albo ser, albo ciasto, zdecydujcie się, ale po co ciasto o smaku sera?). Z czasem powoli się rozluźniamy, docieramy się z tymi nowymi ludźmi, którzy nagle stali się naszą rodziną. A czasami po prostu przestaje nam zależeć. 

Muzułmańskie wpływy

Nikt z rodziny mojego męża, nawet wścibskie, nietaktowne ciocie nigdy nie próbował mnie nawracać. Jak może pamiętacie z wpisu o przeprowadzce, nawet kiedy wszyscy domownicy oprócz mnie i mojego męża pościli podczas Ramadanu, Teściowa dbała o to, żebym jadła regularnie i nie chodziła głodna. Dziewczyny dotrzymywały mi towarzystwa przy stole. W swoich modlitwach zawsze proszą o zdrowie dla mnie i dla mojej rodziny. Malutki, paroletni kuzyn mojego męża wymienia moje imię na szczycie listy i prosi Allaha, żeby dał mi duży samochód (nieśmiało zasugerowałam, że wolałabym mniejszy, ale chyba nikt mu nie wytłumaczył). Kiedy przeprowadziliśmy się do własnego mieszkania, Teściowa spytała, czy miałabym coś przeciwko temu, żeby trzymać w domu Koran, ponieważ według ich zwyczajów przynosi to dla domu ochronę. Oczywiście, że nie miałam. Sama zaproponowałam, żeby trzymała u nas w domu dywanik modlitewny, żeby miały na czym się modlić, kiedy podczas wizyty u nas nadejdzie czas modlitwy. Na ściance z magnesami powiesiliśmy kupiony w Turcji magnes z Ayat Al Kursi – surą odpędzającą złe duchy. I oczywiście mamy też w łazience bidetkę, którą uważam za jeden z najcudowniejszych wynalazków toaletowych! 

Podczas Ramadanu nie poszczę, ale uwielbiam siadać z rodziną męża do iftari – wieczornych posiłków przełamujących post. Razem świętujemy Eid, jeden i drugi i wymieniamy się prezentami z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Oczywiście, gdybym mieszkała w Pakistanie, podczas Eid byłabym przerażona, zamknęłabym się w pokoju i starała nie słyszeć krzyków zabijanych zwierząt, ale to osobny temat. 

Muzułmańskie święta

No właśnie. Eid, jeden, drugi, do tego jeszcze w azjatyckiej kulturze muzułmańskiej wspominany przeze mnie przelotem Chaand Raat – noc księżyca. Najbardziej znane święta w islamie to właśnie Eid Al Fitr, który ma miejsce w pierwszy dzień po zakończeniu Ramadanu i znacznie ważniejsze święto Eid Al Adha – święto ofiarowania, upamiętniające ofiarę Abrahama. 

Szczerze mówiąc do tej pory nie świętowałam jeszcze “tego ważniejszego Eidu”, w tym roku prawdopodobnie będę miała okazję robić to po raz pierwszy. Na szczęście nie będzie tradycyjnego zabijania zwierząt, podejrzewam, że też spotkamy się po prostu w gronie rodzinnym, czy to w domu Teściowej (bardziej prawdopodobne z uwagi na wciąż dokazującą koronę), czy też w restauracji. Oczywiście opowiem Wam, jak było. 

Jeśli zaś chodzi o ten “mniejszy” Eid, pierwsze wspomnienia z nim związane mam z czwartego roku studiów. Razem z Księciem wybraliśmy się wtedy na Cardiff Bay, a ja miałam okazję podziwiać tłumy Pakistanek w pięknych, kolorowych i często bardzo błyszczących shalwar kameez (szarawary+tunika). Z moich obserwacji wynika, że w przeciwieństwie do “nas” i “naszych świąt” muzułmanie najchętniej spędzają to święto poza domem, świętując w restauracjach. Dzięki temu w Eid można się przekonać jak wielu muzułmanów mieszka w naszej okolicy. W zeszłym roku spędzałam pierwszy Eid i pierwszy Ramadan z rodziną męża. Więc mogę już podzielić się z Wami kilkoma obserwacjami. 

Przede wszystkim uwielbiam Ramadan. Tak, wiem, łatwo uwielbiać, jak się nie pości! Ale jest coś magicznego w codziennej wspólnej kolacji – iftari, która dla rodziny Księcia jest przełamywaniem postu, a dla mnie po prostu okazją do wspólnego zasiadania do stołu. Taka mniej uroczysta Wigilia, ale za to codziennie, przez cały miesiąc księżycowy! Za każdym razem tuż przed ogłoszeniem przerwania postu (są do tego fajne aplikacje!) nagle uspokajał się rejwach w kuchni, wszyscy przechodziliśmy do jadalni, dziewczyny zaczynały się modlić (zachwyciła mnie Maria, która miała wpisaną listę intencji w notatkach w telefonie, żeby na pewno nic jej nie umknęło), ja również przymykałam wtedy oczy i w myślach prosiłam o zdrowie i szczęście dla najbliższych i wreszcie nadchodził ten czas! Wzniosła, semi uroczysta atmosfera nagle się ulatniała, między nami niczym talerzyk z opłatkiem zaczynał krążyć talerzyk z pysznymi daktylami, które wcześniej własnoręcznie nadziewałyśmy migdałami (daktyle to tradycyjny, chociaż nieobowiązkowy sposób na przerwanie postu) i zaczynaliśmy wspólny posiłek. Teściowa każdego dnia wymyślała coś innego, zawsze uwzględniając dla mnie opcję wegetariańską. Bardzo dobrze wspominam ten czas i żałuję, że w tym roku przez wirusa nie mogliśmy bywać u rodziny męża na iftari. 

Chaand Raat

Ostatnie iftari w Ramadanie jest wśród muzułmanów zamieszkujących Pakistan, Indie i Bangladesz szczególne – obchodzi się wtedy Chaand Raat – noc księżyca. Z tego co wiem jest to tradycja unikalna dla tego rejonu i nie świętuje się jej w innych krajach muzułmańskich. Tego wieczoru, rodziny spotykają się na zewnątrz i wypatrują nowego księżyca, podobnie jak polskie dzieci w Wigilię szukają na niebie pierwszej gwiazdki. Na iftari często zaprasza się więcej osób, niż na co dzień, a kobiety zdobią swoje dłonie przepięknym mehendi – tatuażami z henny. W rodzinie mojego męża Chaand Raat to taki typowy babski wieczór, tylko bez prosecco. W zeszłym roku moja Teściowa organizowała to przyjęcie u siebie w domu, zapraszając wszystkie swoje tutejsze koleżanki wraz z córkami. Dla mnie było to dodatkowo coś w stylu pakistańsko-amerykańskiego balu debiutantek – po raz pierwszy zostałam przedstawiona w kręgu tutejszych koleżanek Teściowej. Pomna instrukcji męża przygotowałam sałatkę, której chyba nikt oprócz moich cudownych, lojalnych szwagierek nie odważył się tknąć, uśmiechałam się, starałam zapamiętać imiona i ogólnie sprawiać sympatyczne wrażenie. Podczas imprezy ciocie siedziały we własnym gronie, a my, smarkule (chociaż niektóre zamężne) w swoim, plotkując i malując dłonie. Kiedy Fahra malowała moją lewą dłoń (prawą zajęła się później inna dziewczyna) jedna z dziewczyn przypadkiem oblała mnie wrzątkiem, co z automatu zrobiło ze mnie gwiazdę wieczoru. I zmusiło do przebrania w tunikę, w której, według słów Marii, wyglądałam bardziej orientalnie. Końcówka imprezy przyniosła to, co pakistańskie dzieci (w każdym wieku) lubią najbardziej – eidi! 

Eidi

Święta to rodzinna atmosfera, pyszne potrawy, trochę rozmów o polityce, trochę wynikających głównie z owych rozmów kłótni i… PREZENTY! Eid, który de facto zaczyna się już w Chaand Raat to święto, w którym młodsi członkowie rodziny/społeczności dostają prezenty, głównie w postaci kopert z pieniędzmi. I teraz ciekawostka – Książę opowiadał mi, że wszystkie pakistańskie mamy natychmiast zabierają dzieciom ich kopertowe i dzięki temu nie są na minusie po kopertowym, które same musiały rozdać. Ja również dostałam kilka kopert, a także kilka innych prezentów, o których za chwilę napiszę, bo zasługują na własny akapit! Bardzo nie lubię dostawać w prezencie pieniędzy – jestem tym za każdym razem bardzo zażenowana, nawet, kiedy robi to moja najbliższa rodzina, a przyjmowanie pieniędzy od obcych to już w ogóle straszna trauma. Niestety o odmowie nie było mowy i koperty przyjęłam. Podziękowałam grzecznie w urdu, co sprawiło, że zgromadzone kobiety w każdym wieku zaczęły wręcz klaskać z radości. (Książę śmieje się, że zaczną mnie zapraszać na imprezy i jak tresowaną małpkę pytać – I jakie jeszcze znasz sztuczki?) Chwilę później Teściowa zaczęła rozdawać eidi innym dziewczynom, w pewnym momencie stwierdziła, że ma zbyt drobne, wolałabym w jednym nominale i zaczęła zaglądać do kopert moich szwagierek i moich. Cichutko stwierdziłam, że teraz dopiero moje doświadczenie eidi jest kompletne. Kiedy poproszona wyjaśniłam, że Książę obiecywał, że mama zabierze kopertę i ja na to czekałam, wprawiłam wszystkie zebrane kobiety w euforyczną wręcz wesołość. “Młodzież” zaczęła krzyczeć, że to najprawdziwsza prawda i że zawsze odbierano im eidi, a ciocie chichotały złowieszczo wyraźnie zadowolone z własnej przedsiębiorczości. Pamiętam, że tego dnia śmiałam się tak bardzo, że oprócz poparzonego wrzątkiem boku, bolały mnie też mięśnie brzucha – Chaand Raat to brutalny sport!

Prezenty

Prawda, że urna?

Obiecałam, że będzie jeszcze trochę o prezentach. Ponieważ dla mnie był to nie tylko pierwszy Chaand Raat, ale także debiut w lokalnej społeczności, ciocie postanowiły mnie odpowiednio powitać, ofiarując różne dary. Dostałam piękną zieloną drewnianą szkatułkę, drewnianą urnę… naprawdę wygląda to jak urna, sami zobaczcie, gdyby nie miało pokryweczki, stwierdziłabym, że to może wazonik, albo co, ale to ewidentnie urna! Co jest dość dziwne, ponieważ (wracając do kwestii halal i haram) palenie zwłok w islamie jest zdecydowanie haram. To co począć z taką urną, jak nie można do niej upakować sproszkowanych zwłok dowolnego pochodzenia? Następnego dnia próbowałam wyciągnąć odpowiedź od Kiran, niestety sama nie wiedziała. Zasugerowała, że mogę w urnie coś trzymać. Ale odgórnie narzuconego, tradycyjnego przeznaczenia ta urna nie ma. Kiedy wysłałam zdjęcie przyjaciółce, odpisała: TRZYMAJ, TO AZTECKIE! W każdym razie, porzucając urny, a wracając do prezentów, dostałam również różowy sweterek, całkiem fajną torebkę i… smażalnicę. Przysięgam! Dostałam gigantyczną, wypasioną smażalnicę! Nie, nie jadamy smażonego. Od Teściowej natomiast dostałam wybitnie piękną tunikę, jedwabną, malowaną w kolorowe ptaki (bo pamiętała, że lubię wzory w ptaki), żebym miała coś nowego do założenia na następny dzień – kolejną tradycją związaną z Eid jest zakładanie nowych ubrań, żeby dodatkowo uczcić ten dzień.

Święta w koronie 

Jak możecie sobie wyobrazić, tegoroczne święta miały znacznie mniejszy rozmach, co nie zmienia faktu, że nawet w małym gronie bawiliśmy się wspaniale. Wszyscy bardzo przestrzegaliśmy kwarantanny, więc kiedy nadeszło Chaand Raat, bez większych obaw udaliśmy się z mężem do domu Teściowej. Wyszłam wtedy z domu pierwszy raz od miesięcy i po raz pierwszy od jeszcze dłuższego czasu postanowiłam się umalować. Byłam trochę zaskoczona tym, że ewidentnie zapomniałam jak to się robi. Jeszcze bardziej zdziwiło mnie to, że po drodze widzieliśmy tłumy muzułmańskich rodzin urządzających sobie pikniki w parku – to już jednak życie na krawędzi, w końcu korona nawet w Eid nie przestaje zarażać. Szwagierek również pojechał do swojej rodziny, więc Kiran dołączyła do nas. Wcześniej uzgodniłyśmy z dziewczynami, że obowiązujący w tym roku dress code to będą saree – strój dużo mniej popularny w Pakistanie, niż w sąsiednich Indiach. Przebrałyśmy się dopiero po iftari i wtedy zaczęłyśmy prawdziwą zabawę. Sesje zdjęciowe, nagrywane TikToki (korzystacie z TikToka? Dla mnie to nadal czarna magia, nagrałam do tej pory jeden filmik, ale Fahra, która jest prawdziwą znawczynią, mówi, że bardzo dobry!), do których tańczyłyśmy bollywoodzkie choreografie i robiłyśmy “walk”, podczas gdy mój mąż zalegał na kanapie, a Teściowa przyglądała się nam z mieszaniną radości i pobłażliwości. 

Kolejny dzień spędziliśmy głównie korzystając ze świeżego (w sensie zewnętrznego, bo ze świeżością jako taką ta część Brooklynu, w której mieszka Teściowa ma bardzo niewiele wspólnego) powietrza na tarasie, racząc się przepyszną herbatą, którą gotuje (tak, gotuje) moja Teściowa i cynamonowymi bułeczkami zrobionymi przez Marię. Maria specjalizuje się w deserach i przy okazji wypytywała mnie jakie desery lubię najbardziej, może jakieś polskie, bo ona z przyjemnością się ich dla mnie nauczy. Teraz czekam na pakistańską interpretację racuchów. Jestem pewna, że będą przepyszne. 

Szwedzki stół

A skoro już zahaczyliśmy o tematy kulinarne, wczoraj, kiedy robiłam sałatkę, przyszło mi do głowy trochę może obrazoburcze porównanie – ten miks kulturowo-religijny jest dla nas, dla mnie i mojego męża trochę jak szwedzki stół. Podchodzimy do niego, patrzymy, co można zjeść, możemy spróbować wszystkiego, możemy wybrać to, na co mamy największą ochotę, a możemy po prostu nie zjeść nic – nikt nas nie będzie zmuszał. Ja z przyjemnością biorę iftari, mehendi (nawet brzmią jak egzotyczne potrawy) i wspólnie spędzany czas, natomiast nie chciałabym pościć podczas Ramadanu i nawet gdybym była akurat w Pakistanie podczas święta ofiarowania, żadna siła nigdy nie zmusiłaby mnie do uczestniczenia w zabijaniu zwierząt. Mój mąż z kolei uwielbia przyjeżdżać do Polski na święta, jak dziecko (ale takie wyluzowane, takie wiecie, cool) szuka pod choinką prezentów, ale wątpię, czy chciałoby mu się w Sobotę Wielkanocną wstawać wcześnie i jechać ze święconką. Myślę, że do tematu Księcia i polskich świąt jeszcze wrócimy, więc na dzisiaj kończę! 

Jeśli macie jakiekolwiek pytania, nawet związane z samą religią – piszcie. Postaram się na nie w miarę sensownie odpowiedzieć! 

P.S. Koniecznie zajrzyjcie też do nowej kategorii na blogu – zOrientowane. Znajdziecie tam już pierwszy wywiad!