Jeśli tak jak ja uwielbiacie “Bajecznie bogatych Azjatów”, być może pamiętacie jeden z początkowych dialogów tego filmu:
Nick: Co byś powiedziała na przygodę na Wschodzie?
Rachel: Aaa, masz ochotę na pampuchy* z wieprzowiną w East Village, taaak?
Nick: Właściwie to miałem na myśli trochę dalszy Wschód…
Rachel: W sensie Queens?
Nick: W sensie Singapur.
*Wiadomo, tłumaczenie własne, mnie te azjatyckie buns zawsze kojarzą się konsystencją ciasta właśnie z pampuchami.
Wracałam akurat z “wakacji” (co to za wakacje, kiedy dwa z trzech tygodni człowiek po nocach pracuje) w Polsce, kiedy mój mąż napisał mi, że idziemy na pakistańskie wesele. Znowu. Tym razem nie mieliśmy jednak lecieć na wschód. Na wschód owszem, ale taki, według standardów Rachel, tylko trochę dalszy, bo raptem na Brooklyn. Samolot był zbędny. Naszym odpowiednikiem podróżowania pierwszą klasą Singapore Airlines miał się okazać Lyft do Teściowej.
Zanim to jednak nastąpiło…
Najpierw oświadczyłam, że iść to możemy, nawet chętnie, w końcu na blogu latają koty z kurzu niczym piach na Dzikim Zachodzie (zaraz się od tych stron świata odczepię), a nic tak nie ożywi atmosfery, jak solidna dawka zamerykanizowanej desi kultury. Natomiast, jeśli mam w tym uczestniczyć, życzę sobie dokładnych wytycznych co do ubioru. To są wszystko koleżanki Teściowej, one są specyficzne, na zwykłe Chaand Raat ubierają się w szaty weselne i ja nie chcę popełnić żadnego faux pas. Książę ma zadzwonić do Teściowej i poinformować o moich rozterkach, a następnie wrócić z konkretami.
I całe szczęście, że tak się stało. W pierwszym przemądrzałym odruchu mój ślubny poinformował mnie, że to będzie skromna funkcja, główne wesele ma być w Pakistanie, a to będzie Mehendi (noc henny, przypominam lub tłumaczę tym, co jeszcze do mojej książki nie zajrzeli), więc mam się ubrać kolorowo, folkowo i niezbyt strojnie. Następnie swoją mądrą, autorytatywną odpowiedź skonsultował z Teściową, która, jak to sobie wyobrażam, prawie apopleksji dostała, powiedziała, że absolutnie nie, że te aunties (zgodnie z moimi obserwacjami) pójdą na całego i powinnam założyć co najmniej to, co miałam na ceremonii Nikkah na pakistańskim weselu. Kiedy już zostałam odebrana z lotniska JFK, skonsultowałam z Teściową pozostałe opcje i stanęło na tym, że wreszcie założę TĘ suknię. Teraz powinniście uzbroić się w cierpliwość, bo opowiem Wam tekstylną historię. Ewentualnie możecie pominąć kolejny akapit.
TA suknia
Przed pakistańskim weselem mój mąż wraz z moją Teściową rzucili się kompletować moją weselną (i nie tylko) garderobę. Starałam się owe zapędy ukrócać, negocjacje były dosyć burzliwe, a w efekcie, zamiast jednej z planowanych sukienek dostałam już na miejscu w Pakistanie kupon materiału przywieziony tam z Nowego Jorku. Początkowo Teściowa planowała uszyć z niego maxi, czyli długą suknię – nie byłam do tego pomysłu przekonana, ponieważ pakistańskie maxi są jak worki na ziemniaki, tylko uszyte z pięknych materiałów. Żadnego kształtu, żadnych odcięć i przeszyć. Wyglądam w nich jak dostojna, cekinowa Buka. Plus taki, że można jeść do oporu, ale jak wiecie, ja i pakistańska kuchnia jeszcze się do końca nie polubiłyśmy. W sumie z pakistańskimi krawcami też za sobą nie przepadamy. Bezpieczniej było dać mi materiał i powiedzieć róbta, co chceta. Dlatego po przyjeździe do Polski zaczęłam szkicować. Projektowanie to moja cicha, nieśmiała pasja od ponad dwudziestu lat, dlatego mniej więcej wiedziałam, co robię. Chciałam coś, co zachowa pakistański charakter, ale jednocześnie spełni moje marzenia o disnejowskich księżniczkach i do tego wszystkiego będzie zawierało elementy chińskie. Dlaczego tak? Chińskie motywy, czy to w kroju, czy we wzorach bardzo często się w pakistańskiej modzie pojawiają, a ja zauważyłam, że właśnie te projekty podobają mi się najbardziej. Stójki, haftowane żurawie, printy w chińskie altany, sprawiają, że często przaśne desi ubrania nabierają sugestii lekkości i eterycznej elegancji. Kiedy już miałam gotowy projekt, zaczęłam szukać brakujących elementów – dodatkowych materiałów do wykończeń i na podszewkę oraz zdobień. Bo to, że cały materiał sukni skrzył się od złotych cekinów i wyglądał jak utkany z gwiezdnego pyłu, nie oznaczało, że mogłam zrezygnować z dodatkowych elementów bling bling. Szanujmy się. Przypomniałam sobie wtedy, że gdzieś, w jakiejś szufladzie spoczywają zdobienia, które mój ś.p. Dziadziuś przywiózł jakieś pół wieku temu właśnie z Pakistanu. Ewidentnie czekały na swój moment! Zresztą, jakie to poetyckie! Nowojorski materiał zabrany do Pakistanu a następnie do Polski. Pakistańskie koraliki mieszkające od prawie pięćdziesięciu lat w Polsce… Istna miłosna globalizacja zaklęta w jednej sukni. Do usztywnienia pasa chciałam jeszcze wykorzystać materiał obiciowy, który dostałam w liceum od mamy przyjaciółki, bo stwierdziłam, że idealnie mi się nada do uszycia sukienki dla jednej z moich porcelanowych lalek. Krawcowa mojej mamy podjęła się realizacji mojego szaleńczego pomysłu i tak powstała naprawdę wyjątkowa kreacja. Jeszcze nieukończona, bo brakuje jednej aplikacji. Mam wrażenie, że znajdę ją w Turcji, a na razie się tam nie wybieram, ale suknia daje radę i bez tego ostatniego, zaplanowanego elementu.
Od tamtej pory (konkretnie od 2017 roku) ten cud tekstylnej magii wisiał w szafie – najpierw w Polsce, później w Nowym Jorku. Wreszcie nadszedł czas, kiedy miał mieć swoją oficjalną premierę. Pozostało dobrać dodatki – buty, torebkę i biżuterię, Teściowa obiecała, że znajdzie u siebie jakąś odpowiednia dupattę (bo jak wiecie, bez dupatty nie ma co się ludziom pokazywać). No i oczywiście wyczesać doczepki, bo co to za pakistańskie wesele bez doczepek. Na własnym ślubie nie miałam, teraz będę się latami rehabilitowała.
A propos doczepek, skontaktowałam się jeszcze z moją najstarszą szwagierką, Kiran, żeby się upewnić, że też będzie na weselu. “Masz na myśli dholak” – zapytała. – “Bedę.” Jak to dholak? Przecież dholak to zaledwie skromna rodzinna posiadówka, mająca na celu obgadanie nieobecnej rodziny drugiej strony i przećwiczenie układów choreograficznych na właściwe wesele! Mój mąż znowu mnie oszukał! Skonfrontowany z oskarżeniem, powiedział, że to tylko tak się nazywa, bo tak naprawdę to będzie funkcja weselna, tylko robiona dla amerykańskich znajomych. Przecież on wie… Jasne.

Nieoczekiwana komplikacja
To będzie część bonusowa, teoretycznie z weselem niezwiązana, ale być może kiedyś uratuje komuś z Was życie, więc radzę przeczytać. Otóż dzień przed weselem, na którym miałam zachwycać nie tylko suknią i doczepkami, ale również idealnie dopracowanym makijażem, poszłam z koleżanką (wiecie ile ja już mam teraz fajnych koleżanek w Nowym Jorku? Po tych dwóch latach towarzyskiej posuchy to prawdziwy szok dla mojego introwertycznego organizmu!) na risotto. W sumie to nieistotny szczegół, nie będę teraz przecież tłumaczyć, jak bardzo kocham risotto i jak bardzo Książę tej miłości nie podziela, aczkolwiek, jeśli będziecie chcieli, to służę rekomendacją. Grunt, że się umalowałam. I nie wiem, czy to brokat z cieni do powiek, czy może drobinka peelingu, za pomocą którego chciałam później idealnie doczyścić skórę (bo wiadomo, miałam zachwycać świetlistością lica), albo w ogóle krnąbrna rzęsa, ale coś mi wpadło do oka. Zaczęło boleć okrutnie, nie chciało dać się ani wypłukać, ani wymrugrać, dlatego postanowiłam iść spać, licząc na to, że we śnie po prostu cholerstwo wyłzwawię. Niestety, budziłam się tamtej nocy wielokrotnie, ból narastał, cholerstwo nie chciało dać się wyeksmitować. W pewnym momencie zaczęłam sobie wmawiać, że to mi się wszystko śni. Rano, kiedy się obudzę do pracy, okaże się, że to tylko koszmar. Niestety. Cholerstwo było jak najbardziej rzeczywiste i znowu kompletnie zignorowało płukanie oka w kieliszku. Mogłam zapomnieć o makijażu. Wyglądało na to, że to będzie kolejne pakistańskie wesele, które spędzę w bólu, z załzawionymi oczyma i zasmarkanym nosem. Może lepiej po prostu nie iść? Chyba że… Google! Pomóż! “Co zrobić, kiedy coś wpadnie do oka…” Nie uwierzycie. Udało się! Google zasugerował, żebym naciągnęła delikatnie górną powiekę na dolną – trochę sceptycznie, ale w końcu co mi szkodzi, ruszyłam do akcji, uważając, żeby sobie przy okazji szponami oka nie wydłubać. Zadziałało od razu. Także dwie rady – jeśli coś Wam wpadnie do oka, pamiętajcie, górna powieka na dolną. Druga: czasami warto coś pogooglować.
Dobra, już wracam do dholaku.
Pakistańska punktualność
Według zaproszenia dholak miał zaczynać się o godzinie osiemnastej. Teściowa postanowiła, że od niej z domu wyjdziemy o dziewiętnastej, a my powinniśmy być u niej już o siedemnastej. O godzinie siedemnastej trzydzieści mój małżonek wszedł pod prysznic (a ja wyklikałam się z pracy i zaczęłam instalować doczepki). Wcześniej uprzejmie zapytałam, czy skoro na zaproszeniu jest jednak podana godzina osiemnasta, to nie powinniśmy zjawić się tam jakoś przed dwudziestą, na co Książę równie uprzejmie spytał, czy planuję pomagać rozstawiać krzesła. Już w taksówce zaczęliśmy robić zakłady, czy wyjdziemy od Teściowej przed 19.30. Nie wyszliśmy. Na miejscu byliśmy chwilę po dwudziestej, Kiran dołączyła po kolejnej prawie-godzinie, a i tak nie była ostatnia. To tak tylko informacyjnie, w razie gdyby ktoś z Was kiedyś wybierał się na subkontynentalne wesele i nie chciał wyjść na prostaka z prowincji, który nie potrafi się zachować w kulturalnym środowisku.
Będąc jeszcze u Teściowej, zorientowałam się, że chyba zostałam troszkę wrobiona. Jakkolwiek wszystkie ubrane były ślicznie, to zdecydowanie nie były to stroje weselne. Fahra wyglądała jak folkowa laleczka, Teściowa zdecydowała się na pistacjowy komplet i biżuterię, którą dostała od jednej z amerykańskich auntie, a Maria założyła przepiękny jedwabny, pomarańczowy zestaw, ozdobiony zaledwie kilkoma kryształkami. Pięknie, elegancko, ale trochę ubogo. Zdecydowałam się jednak konsekwentnie trwać przy swoim wyborze. I słusznie, ale o tym za chwilę. Przecież jeszcze nie dotarliśmy na miejsce.
Bójka uliczna
Zanim jeszcze weszłyśmy do restauracji, czekała nas nadprogramowa atrakcja. Książę podjechał praktycznie pod sam lokal, wysadził nas, a następnie ruszył na poszukiwanie miejsca parkingowego. Od wejścia dzieliło nas dosłownie kilka metrów, jednak z naprzeciwka zmierzał w naszą stronę szaleniec, ponuro wykrzykujący: I would die for them! Za kogo i po co miałby umierać, nie precyzował. Natomiast ewidentnie bardzo chciał, żeby jego wiadomość została usłyszana, ponieważ zatarasował drogę mojej Teściowej i zaczął jej wyhukiwać swoje przesłanie prosto w twarz. Moja biedna Auntie najpierw próbowała go ominąć, ale to go tylko bardziej rozsierdziło. W momencie kiedy zobaczyłam, jak przerażona próbuje zakryć się cała dupattą i zniknąć, niczym mag na scenie, przypomniałam sobie, że przecież ja z Polski jestem i nikt mi nie będzie rodziny, choćby tej nabytej atakował. W całym swoim cekinowym dostojeństwie, w laczkach wysadzanych kryształami wystartowałam do szaleńca i kazałam mu się odpalantować, bo… zawołam policję (oglądało się Psy). Nie poskutkowało. Przeszłam na mniej kulturalne słownictwo, a kiedy pan po raz kolejny obiecał, że “za nich umrze”, zasugerowałam, żeby może to zrobił i się w końcu odczepił. Pan wtedy zaczął mnie szarpać (na szczęście nie za doczepki, tego bym nie darowała) i mówić, że mam powiedzieć swojemu mężczyźnie. Co? Nie wiem. Na szczęście, zanim rozważyłam wszystkie za i przeciw złamania mu nosa (za: problem z głowy, przeciw: nie wiem, czy pakistańskiej synowej to wypada*, łamanie komuś nosa krótko przed egzaminem na obywatelstwo amerykańskie może mieć kłopotliwe konsekwencje), w Teściowej obudziła się lwica, która wyszarpała mnie z wrogich łap, i popchnęła w stronę drzwi od restauracji, z których akurat wychodzili pakistańscy wujkowie, wreszcie świadomi rozróby na zewnątrz. Szaleniec został przegoniony.
* W dalszej części wieczoru zarówno mój mąż, jak i moje szwagierki powiedzieli, że jak najbardziej, jeśli kiedykolwiek taka sytuacja się powtórzy, mam nie zważać na konwenanse i śmiało łamać nosy. A że zdałam już egzamin na obywatelstwo i 24.10 mam przysięgę, to od końca października zamierzam z tego błogosławieństwa korzystać. Oczywiście tylko wtedy, kiedy zmuszą mnie do tego okoliczności. Jestem pacyfistką.
Stroje i doczepki
Restauracja była podzielona na dwie części. W pierwszej siedzieli panowie (w tym wujkowie z opóźnionym zapłonem), w drugiej panie i dzieciniec. To właśnie w damskiej części znalazła się scena, a na niej typowe dla pakistańskich wesel kanapy i tron do zdjęć. Zapomnijcie jednak o bujnych kwiatowych dekoracjach, jakie z lubością opisywałam w “Pakistańskim weselu”. Dekorować pomagała moja Teściowa, więc powiem dyplomatycznie – było budżetowo (podczas późniejszego podsumowania z Księciem, stwierdziliśmy, że to nie jest kwestia tego, że inni są basic, jego rodzina jest po prostu bardzo, ale to bardzo extra). Scena została wyłożona taftowym materiałem, za tronem wisiało tło złożone z różnokolorowych pasów tkanin podświetlonych choinkowymi lampkami. Lampki zdobiły również najefektowniejsze elementy scenografii, czyli dwa stojące zwierciadła. Jeśli chodzi o resztę wystroju, to dużych zaskoczeń nie było. Ewentualnie na lekki plus – owszem, nie obyło się bez jednorazowych naczyń, jakie marzyły się mojemu mężowi na nasz obiad weselny, ale za to na stołach znalazły się również proste białe obrusy, a krzesła obleczono w wysłużone pokrowce. Zawsze coś.

Nigdy nie pojmę, jak to jest, że w jednej chwili jestem gotowa walczyć na pięści na nowojorskich ulicach, a w drugiej, skonfrontowana ze stadem pakistańskich cioteczek, najchętniej schowałabym się pod stołem. Ewentualnie trzymała dupatty Teściowej. Ale jestem dorosła, mam trzydzieści pięć lat i w rozmowach o pracę twierdzę, że lubię wyzwania. I że dobrze sobie radzę w sytuacjach stresowych. Dlatego tuptając za moim gangiem (chyba naprawdę powinniście przeczytać “Pakistańskie wesele”) przywitałam się ze wszystkimi aunties. Były zachwycone moją suknią a także załączoną w komplecie tekstylno podróżniczą historią. Widząc odpowiednią ilość cyrkonii na metr kwadratowy, uwierzyłam, że Teściowa mnie jednak nie wrobiła, że faktycznie obowiązywał dress code na supernową. Zresztą, kiedy już zaparkowałam przy stoliku i po chwili dołączyła do mnie Maria, upewniła mnie w moich wnioskach mówiąc:
– Zdecydowanie nie jesteś zbyt wystrojona. Jedna z dziewczyn spytała mnie właśnie, dlaczego nie ubrałam czegoś efektowniejszego.
Tadam! Kurtyna. Pytacie, czy to nie był przypadkiem straszny nietakt? Jak właściwie można do kogoś podejść i spytać, czemu nie ubrał się lepiej? Spytałam o to samo. Podobno zostało zrobione to delikatnie i bez złych intencji. Podobno.
Chwilę później pojawiła się, również “ubogo” ubrana Kiran. Na mój widok oczy jej pojaśniały bardziej niż wszystkie zebrane na sali kryształy. Chwilę później euforycznie wykrzyknęła:
– Bhabi!!! Czy ty masz doczepki?
– Tak! Specjalnie dla Ciebie, 20$ na AliExpress.
Wreszcie. Sześć lat po ślubie udało mi się w jej oczach zrehabilitować za brak skarpety nadającej moim smętnym piórom objętość pod dupattą. Dla takich chwil warto żyć.
Nieobecna panna młoda i Ms. Marvel
Kiedy już byłyśmy w rodzinnym komplecie, zadałam nurtujące mnie od jakiegoś czasu pytania. Po pierwsze: co będziemy robić? Czy będą tańce, hulańce i inne takie? Nie, tańców nie będzie. Za jakiś czas wprowadzą tu tylko pana młodego. Ha! No to po drugie: czy panna młoda już tu gdzieś jest? Kiran spojrzała na mnie z życzliwym politowaniem i oświadczyła:
– Przecież panna młoda jest w Pakistanie…
To ja już nic nie rozumiem. Niby dholak, ale nie tańczą i stroją się jak na wesele. Niby wesele, ale nie ma panny młodej. Jeszcze nie zdołałam pojąć pakistańskiej kultury, a jestem konfrontowana z jakąś dziwną diasporową hybrydą. A skoro już o hybrydach mowa, dosiadła się do mnie cudowna dziewczyna, nazwijmy ją Kamalą. Siedemnastolatka, która część życia spędziła w Pakistanie, a część tu, w Stanach. Chyba zaintrygował ją element obcy na desi imprezie, bo chociaż wydawała się wycofana i nieśmiała, to ona pierwsza nawiązała rozmowę. I w pewnym sensie była tak samo zagubiona jak ja. Również nie miała pojęcia, jaki jest program wieczoru, ba, przyszła przekonana, że będzie to impreza babska, co z kolei sprawiło, że nie założyła hijabu, który nosi na co dzień. Dzięki temu, zobaczyłam w jej włosach niebieskie pasemka. Taka prawdziwa Ms. Marvel. Bardzo się zresztą ucieszyła, kiedy jej o tym powiedziałam i potwierdziła moje własne wnioski – niedawna produkcja Marvela naprawdę bardzo wiele znaczy dla młodych Pakistańczyków mieszkających w Stanach.
Młoda kobieta nie do końca odnajdująca się na styku skrajnie różnych kultur. Wiedząca, że życie w Ameryce da jej wiele możliwości, które w Pakistanie byłyby poza jej zasięgiem, z drugiej strony boleśnie świadoma, że przez jej pochodzenie, jej wybory, nigdy nie będzie traktowana tutaj normalnie. Zawsze pozostanie obca, zawsze trochę pomijana, trochę dyskryminowana. Trochę. Przecież w Ameryce wszyscy są równi. Ale czy aby na pewno? Nie raz wspominałam, że uwielbiam czytać książki pisane przez przedstawicieli azjatyckiej diaspory w Stanach. Szczególnie te dla młodzieży, ponieważ dobitnie pokazują one konflikt wewnętrzny ludzi wciąż mocno zakorzenionych w kulturze, jednocześnie kompletnie zanurzonych w zachodniej codzienności. Poznanie takiej osoby na żywo (teoretycznie Fahra też się wpisuje w ten schemat, ale jednak nie aż tak bardzo, zresztą, Fahra ze mną tak nie rozmawia) było bardzo ciekawym doświadczeniem. I zainspirowało ciekawą rozmowę z Księciem, ale że tych rozmów było więcej, zostawię je na koniec.
Zaczęło się
W końcu impreza mogła się zacząć. Najpierw podskakująca radośnie męska procesja wprowadziła pana młodego do babskiej części i doeskortowała go do tronu. Następnie dwóch braci (kolegów? kuzynów?) zaczęło dla niego tańczyć, przy okazji prawie nokautując jakiegoś malca, który przejawiał tendencje samobójcze i z lubością rzucał się “pod koła”. Potem więcej panów wyrwało się do żywej, choć bardzo krótkiej bhangry (mój mąż jak zwykle się wymigał) i wreszcie można było przejść do jednego z głównych punktów programu. Do zdjęć. Zdjęcia na kanapach z bohaterem (a właściwie bohaterami, ale hej, panna młoda jest w Pakistanie) wieczoru to absolutna konieczność na pakistańskich weselach (i, jak widać, nie tylko weselach). Przy okazji pan młody był podkarmiany słodyczami, tak na pomyślność, również norma. Kiedy już wszyscy mogli dodać do swoich imprezowych portfolio przynajmniej dziesięć nowych zdjęć, pojawiło się to, o co tak naprawdę chodzi na pakistańskich weselach i wszystkich innych możliwych zgromadzeniach – khana. Jedzenie.

Kiedy bufet opustoszał, mój naiwny mąż wysłał mi z męskiej części sms’a:
– Chyba koniec.
– Chciałbyś. Właśnie wjeżdża dholak (bęben).
– Ty sobie chyba żartujesz!
– Widzisz mężu, dlatego właśnie na polskich weselach jest wódka.
– Nigdy nie mówiłem, że jestem temu przeciwny.
– Fahra jest chwilowo didżejką, jeśli sobie życzysz, mogę poprosić o Zakopane, z dedykacją dla Ciebie.
– Obawiam się, że ci ludzie by tego nie docenili…
Dholak
Książę, zrezygnowany, pogodził się z losem, a ja udałam się na scenę, gdzie kobiety właśnie siadały wokół tradycyjnego bębna. Bęben obsługują dwie osoby – jedna stuka w niego rytmicznie łyżką (zanim zaczniecie wyobrażać sobie, że to fachowa nazwa równie fachowego narzędzia do bębnienia, pozwólcie, że sprostuję – łyżką stołową), a druga wybija mniej lub bardziej skomplikowany rytm ręką. Pozostałe kobiety klaszczą, tupią i śpiewają. Chyba że nie znają tekstu i zastanawiają się w duchu, czy nucić, że czerwone jagody wpadają do wody, czy inne Andrzeju, Andrzeju, dziewcząt dobrodzieju. Początkowo do bębna siadła jedna z młodszych dziewcząt, jednak szybko odstąpiła instrument komuś, kto naprawdę znał się na rzeczy. Mojej Teściowej. Ta zamieniła się w Hellhammera (jeśli nie znacie historii norweskiego black metalu, to niestety sami musicie sobie znaleźć odpowiednie porównanie) i trwała na stanowisku aż do samego końca, dzielnie wspomagana przez zrywającą sobie gardło Fahrę (która ma w głowie śpiewniki na każdą okazję, a dodatkowo wspomaga się internetem). Potem dowiedziałam się, że w Pakistanie nikt mojej Auntie bębna nie daje, bo na tle reszty rodziny radzi sobie bardzo średnio. Ot, w taką muzykalną rodzinę się wżeniłam. Tylko mój mąż jest bardzo wyraźnym (żeby nie rzec: rzucającym się w ucho) wyjątkiem.
Dholak ucieszył mnie ogromnie. Kiedy byłam w Pakistanie, miałam z nim do czynienia tylko raz – po przerwanym przez policję mehendi. Pamiętam dokładnie swój żal, tę myśl, że tak strasznie chciałabym w tym uczestniczyć bez rozsadzającego mi głowę bólu, który zamienił potencjalnie fajne doświadczenie w prawdziwą torturę. Los w postaci pakistańskich cioć dawał mi kolejną szansę. Korzystałam z niej przez jakieś pół godziny, a potem, zupełnie jak mój mąż, zaczęłam się zastanawiać, kiedy to się wreszcie skończy.
Skończyło się. Przynajmniej pozornie. W którymś momencie pożegnań panie stwierdziły, że jednak tańczymy, w kółeczku i ja też mam. Pamiętacie “bhabi, musisz” z książki? No właśnie. Kółeczko tak rozochociło niektóre ciocie, w tym również moją Teściową, że zaczęły coraz dziksze pląsy, a jedna z młodszych dziewczyn zaczęła się zastanawiać skąd seniorki (umowne) mają tyle energii. Ja w tym samym czasie kontemplowałam, jak to w ogóle możliwe, że khany już dawno nie ma, a impreza toczy się dalej. W Pakistanie koniec bufetu oznaczał natychmiastową ewakuację gości. Co kraj, to obyczaj.
Wreszcie około północy zaczęliśmy się zbierać, Allahhafizować i życzyć sobie dobrej nocy. Wtedy jednak okazało się, że część dekoracji jest “nasza”, a do naszych obowiązków należy rozmontowanie całości. Na pocieszenie dostaliśmy torebki z prezentami – szklane bengalki, wieczorowe torebki, rożki mukhwasu (taki miks nasion i słodyczy do ciamkania po jedzeniu) i pudełka pakistańskich słodyczy. Następnego dnia obudziłam się tak padnięta, jakbym piła całą noc.
Rozmowy inspirowane
Często powtarzam, że związek mieszany to, bardziej niż potencjalne nieporozumienia, doskonała możliwość do poszerzania swoich horyzontów. Wystarczy umieć z niej korzystać i lubić ze sobą rozmawiać (między innymi dlatego nie wyobrażam sobie związku z osobą, z którą nie mogę się porozumieć w żadnym języku na poziomie zbliżonym do języka ojczystego). Na szczęście Książę wychodzi z podobnego założenia i często rozmawiamy o tym, co nas zaskakuje w społeczeństwie partnera, ale i naszym własnym. Analizujemy punkty wspólne i różnice pod kątem pozytywów i negatywów. Pakistańskie (nie)wesele na Brooklynie dostarczyło nam dwóch głównych tematów.
W pierwszej kolejności na warsztat poszło postrzeganie kobiet w hijabach, zarówno przez społeczeństwo zachodnie jak i pakistańskie. Widząc kobietę w chuście siłą rzeczy wyrabiamy sobie na jej temat konkretną opinię. Często błędnie zakładamy bardzo wiele rzeczy. Że to nie jej decyzja**. Że jest pod silną presją społeczną. Że jest fanatyczką. Że wyznaje bardzo tradycyjne wartości. Że nie będziemy mieli z nią nic wspólnego. Oczywiście inteligentny umysł identyfikuje to z miejsca jako myślenie stereotypowe, ale żeby zmienić podświadome skojarzenia, potrzeba więcej niż umiejętności logicznego myślenia. Z każdą dobrze poznaną hijabi, nasza podświadomość staje się mniej natrętna, z czasem pozwalając na niemal całkowite zignorowanie chusty podczas pierwszego spotkania. Co jednak ciekawe, stereotypowe myślenie o dziewczynach w hijabie nie jest domeną ludzi Zachodu (wybaczcie uogólnienie). Książę słusznie zauważył, że dotyka ono również społeczeństwa pakistańskiego, co doskonale można zaobserwować na rynku matrymonialnym.
Być może już Wam kiedyś wspominałam, że pakistańscy mężczyźni wcale nie są tacy chętni do ożenku z hijabi. Co więcej, niektórzy zaznaczają w swoich bio (nazwa umowna matrymonialnych CV), że szukają kobiety bez hijabu. Zaskakujące? Owszem, ale to temat na osobny post. Z kolei ci, którzy chętnie pojmą za żonę kobietę w chuście, często decydują się na to z bardzo błędnych powodów. Myślą, że wybór (lub podporządkowanie się) hijabu łączy się z konkretnym usposobieniem i stylem życia. Mówiąc wprost, liczą na uległą małżonkę, która po ślubie zrezygnuje z kariery i zajmie się ogrzewaniem ogniska domowego. Tymczasem, niespodzianka! Jedno z drugim nie ma absolutnie nic wspólnego. Maria, która jako jedyna z moich szwagierek nosi hijab, robi zawrotną karierę w świecie IT. Szczerze wątpię, żeby po ślubie zdecydowała się z niej zrezygnować. Jest również jedną z najbardziej asertywnych osób, które znam. Miła, “grzeczna”, uprzejma i życzliwa – owszem. Ale nie ma takiej siły, która zmusiłaby ją do zrobienia czegokolwiek wbrew sobie. Przykre, że nawet jej “własna społeczność” zdaje się tego nie rozumieć.
** Nie. Nie uważam, że hijab to wolny wybór każdej kobiety. Każda historia jest inna, podobnie jak kobieta, której towarzyszy. Nie bronię również hijabu, to jest kwestia zbyt złożona, natomiast chciałabym podkreślić, że nie należy oceniać, ani tym bardziej wykluczać kobiet na podstawie ich ubioru, bez względu na to, czy wynika on z ich własnych decyzji, czy został im narzucony.
Kolejna rozmowa zaczęła się dosyć frywolnie, a skończyła na kolonizacji. Najpierw kilka słów wprowadzenia. O Coke Studio i ichniejszych produkcjach muzycznych już wiecie, rekomendowałam je wielokrotnie (być może przyczyniając się do upadku pakistańskiej muzyki, ale to również temat do omówienia w przyszłości). Jest taka piosenka, która ostatnio nie przestaje chodzić mi po głowie. Do owej piosenki, podczas pewnego subkontynentalnego wesela (nie tego naszego) zatańczyła znana grupa taneczna z Norwegii (ach ta globalizacja), ludzie oszaleli, oryginalne nagranie ma ponad 70mln wyświetleń. Tu macie wersję skróconą, z samym Kana Yaari:
Kiedy oglądałam to nagranie (po razy enty) już po “naszym” (nie)weselu, coś mi przyszło do głowy.
– Mężu. Mam takie głupie pytanie. Powiedz mi jak to jest… W wielu indyjskich i pakistańskich układach są różne obsceniczne ruchy. No wiesz, łapanie się za genitalia, kopulacyjno-zalotne machanie biodrami… I nikt z tego nie robi problemu? Że panowie machają odzianymi, ale jednak penisami, w sposób wielce lubieżny przed niewinnymi niewiastami? Robią to na ekranach kin, w wielkich bollywoodzkich produkcjach, w których jeszcze do niedawna nie można było się całować i w ogóle?
Tym samym sprowokowałam Księcia do dosyć długich dywagacji na temat wpływu westernizacji na subkontynentalne poczucie przyzwoitości. Nie będę tu pisać na ten temat rozprawki, ale chciałabym Was zostawić z kilkoma przykładami do przemyślenia. Obsceniczne ruchy, z których słynęli między innymi Elvis i Michael Jackson w tłumaczeniu na język bollywoodzkich scen tracą swój perwersyjny wydźwięk. To po prostu niewinne elementy choreografii, powtarzane nawet przez dzieci. W przeciwieństwie do lubieżnych, choć jednocześnie pruderyjnych kolonizatorów, mieszkańców subkontynentu miała swojego czasu cechować pewna niewinność. W Kerali przez 150 lat kobiety z niższych kast nie mogły zakrywać piersi – było to przestępstwo. Jednak nikt poza kolonizatorami nie dostrzegał w obnażonych z tego powodu piersiach choćby grama erotyzmu. Pojęcie wstydu cielesnego jest w dużej mierze związane z kulturą Zachodu. Idąc krok dalej, aż do czasów wzmożonej ekspozycji na zachodnią kulturę popularną, widok kobiety karmiącej dziecko piersią, nawet w otoczeniu mężczyzn nie należał w zdominowanym przez islam Pakistanie do rzadkości. W końcu to coś naturalnego. Prawda?
Mogłabym tu pokusić się o jakieś podsumowanie, ale wolę, żebyście sami wykonali intelektualną pracę i doszli do własnych wniosków.