Zanim zaczniemy, wyobraźcie sobie, że właśnie Was witam w przyjemnej, takiej trochę oldskulowej (ale w najlepszym tego słowa znaczeniu) sali bankietowej, przystojny kelner wyrasta obok Was z kieliszkami wybornego szampana, gdzieś tam na lodzie chłodzą się homary tudzież inny kawior, w tle rozbrzmiewa nastrojowa muzyka (ponieważ to sobie wyobrażacie, możecie korzystać z własnej playlisty – fajnie, nie?) i w ogóle jest bardzo wykwintnie i kusząco.

Impreza na roczek

Jest sobota, jest impreza. Mój blog obchodzi dzisiaj pierwsze urodziny! Rok temu, trzeciego kwietnia 2020 roku, księżyc był w lwie (doczytałam w internetach, więc musi to być prawda, że księżyc w lwie to idealna pora na zakładanie bloga), nastąpił trygon słońca z księżycem (nie mam pojęcia, co to znaczy, ale wygląda na to, że też dobrze) a Wenus weszło do Bliźniąt (to już brzmi jak zaczątek orgii). Dlatego, mimo że blog jeszcze nie był do końca uruchomiony (ale strona już w sumie stała) obwieściłam, że oficjalnie zaczynam! Powiadomiłam o tym życzliwe mi osoby, ubrałam się tak troszkę ładniej (a jak na pandemię to w ogóle szał) i zaczęłam świętować. Niecałe dwa tygodnie później blog ruszył na serio.

Ewidentnie te księżyce, trygony i orgie przyniosły mi szczęście, bo pierwszy rok blogowania przerósł moje najśmielsze nadzieje. Dlatego dzisiaj będzie taki prawdziwy post rocznicowy, w którym będę wspominała jak to wszystko się zaczęło, chwaliła tym, co się udało (obiecuję, że bez nudnych statystyk) i roztaczała świetlaną wizję przyszłości. 

Geneza 

Już niby mówiłam, np. w poście “Pakistańskie wesele”, skąd się wziął ten blog i od czego to wszystko się zaczęło, ale może ktoś przeoczył. Napiszę jeszcze raz, najwyżej się utrwali. 

Dawno, dawno temu, na początku 2017 roku, krótko po powrocie z pierwszej (i póki co jedynej) wizyty w Pakistanie, usiadłam i napisałam książkę. Potem długo czekałam, w sumie tak bez sensu, aż wreszcie zdecydowałam się wysłać ową książkę do wydawnictw. Wydawnictwa, jak to mają w zwyczaju, w znakomitej większości mnie zignorowały i nie zaszczyciły nawet odpowiedzią odmowną. Od razu notka dla aspirujących pisarzy – to normalne. Nie znaczy, że źle piszecie. I absolutnie nie powinniście się przez to poddawać. 

Stanęłam wtedy przed bardzo poważnym życiowym wyborem. Załamać się i przeprowadzić na bagniste dno czarnej rozpaczy, czy spróbować czegoś nowego i na przykład zacząć się starać. A ja strasznie nie lubię się starać… Robię to tylko wtedy, kiedy naprawdę nie ma już innego wyjścia. Mimo to, stwierdziłam, że raz w życiu mogę postarać się nadprogramowo. 

Wydawnictwa ignorują nieznanych, debiutujących autorów. Debiutu nie przeskoczę, ale mogę zmienić aspekt “nieznaniowości”. Dzięki temu albo zainteresuje się mną jakiś wydawca, albo będę miała fundament pod samodzielną publikację książki. Pomysł bloga per se nie był zupełnie nowy, przewijał się od jakiegoś czasu, jednak zawsze uznawałam go za bezsensowny. Bo blogowanie to nie tylko pisanie postów – to też cała ta otoczka “budowania społeczności”, a ja jestem genetycznie obciążona lekką socjopatią.  

Ale trzeba było spróbować, prawda?

domowy tort
Na urodzinach powinien pojawić się tort. Tu kolejne arcydzieło robione przez moją nieletnią sąsiadkę. Częstujcie się!

Dajemy sobie rok

Jak być może pamiętacie, pomysł skonsultowałam z moim kolegą z dawnej pracy, Oskarem. Oskara bardzo lubiłam, tak po prostu, po ludzku, a do tego jeszcze od mojego odejścia z firmy zdążył się przebranżowić i został specjalistą od SEO. Dla niewtajemniczonych, w dużym skrócie, to dziedzina magii zajmująca się telepatycznym wpływaniem na to, jak widoczne są dane strony w internecie. 

Tym samym Oskar nie tylko mógł ocenić w miarę obiektywnie (znał mnie, a jednocześnie nie był moją najbliższą przyjaciółką, która mogłaby się martwić o potencjalne zranienie moich uczuć), czy pomysł ma w ogóle sens (powiedział, że ma i że nie zrobię z siebie idiotki, za co jestem mu bardzo, bardzo wdzięczna), a do tego pomóc mi technicznie. W postawieniu strony, ogarnięciu hostingów, domeny, fraz, które powinny pojawić się w pierwszych postach – ogólnie w tym wszystkim, czym natchniona artystka przejmować się nie powinna, bo to szkodzi.

Oskar powiedział wprost. Dajemy sobie rok. Przez rok mam nie histeryzować, że nic nie idzie, mam się nie poddawać i przede wszystkim publikować regularnie, raz na tydzień. I nie ma, że boli. Jeśli przez rok by nie ruszyło, mogłam udać się w moje ulubione miejsce wakacyjne na dnie beznadziei w dolinie rzeki Marazm. 

Pierwsze miesiące

Na początku szło jak… jak na początku. Znajomi odwiedzili z ciekawości lub grzeczności, pojedyncze zbłąkane dusze pojawiły się przez keywordsy, parę osób odwiedziło mnie z raczkującego instagrama.

Niby miałam się tym nie stresować, wierzyć, że w końcu magia SEO zadziała, ale ja nie lubię czekać. Zwłaszcza, jeśli mogę coś w tym czasie robić (wiem, że pozornie przeczy to temu, co mówiłam o staraniu się, ale tylko pozornie). A w sumie jestem niby tą specjalistką ds. Marketingu, więc stwierdziłam, że potraktuję swojego bloga jak każdy inny produkt, z którym dotychczas pracowałam. Przestanę myśleć o tym, że to moje, że nie wypada. Maja Klemp nie mogła być moim pisarskim alterego. Musiała stać się marką, dla której ja będę “robić marketingi”.

Do tej pory nie miałam do czynienia z promowaniem bloga. Ale to nie szkodzi, wszystkiego można się nauczyć, do tego wszelkie materiały niezbędne do nauki znajdują się w internecie. I tak dołączyłam do… “grupy wsparcia”. Wiecie, taka grupa, w której blogerzy zostawiają swoje linki a inni muszą zaglądać i komentować. Tym samym nastąpił pierwszy przełom.

Grupa wsparcia

Z grupy wsparcia trafiło do mnie sporo osób, które chciały po prostu “odbębnić” swoją powinność. Zaglądały, spojrzały na zdjęcia, przeczytały jedną dziesiątą tekstu, zostawiły nijakie komentarze i poszły dalej.

Ale w ten sposób trafiła do mnie też garstka wspaniałych, wiernych czytelniczek. Między innymi Irenka z Hooltaye w podróży i takie dwie Syrenki prowadzące bloga Zapowiedz. Ale o nich za chwilę. Zanim napiszę o tych dwóch miłośniczkach syren, sów i arbuzów, muszę powiedzieć Wam coś jeszcze. Dzięki tej grupie wsparcia trafiłam też na Sylwię Chrabałowską z wydawnictwa Moc Media. Po kilku wymienionych komentarzach na instagramie zdecydowałam się do niej napisać z propozycją wydawniczą, a resztę historii już znacie.

Syrenki

Z tymi Syrenkami to w ogóle była śmieszna sprawa, mam nadzieję, że mnie nie zabiją za to, że upubliczniam tę historię, ale to trzeba, dla cudzych potomnych! 

Otóż powinności wyrabiała tego dnia Natka, która pożaliła się Karoli, że został jej jeszcze jeden wpis i to taki mega długi, jakaś laska pisze o ślubie. I że serio, jak ktoś może myśleć, że komuś chce się czytać tak dużo o cudzym ślubie? Nienormalna jakaś!

Na szczęście Dziewczyny są sumienne i skoro się do czegoś zobowiązują, to to robią i nie ma, że boli. Natalia przeczytała cały post. I obiecała, że już ze mną zostanie. A że Zapowiedz to duet, Karolę dostałam w pakiecie. I wiecie co? Ja nigdy nie wierzyłam w przyjaźń przez internet, ale przez te dwie musiałam zrewidować poglądy. 

Rozmawiamy ze sobą praktycznie codziennie, a ja dzięki Dziewczynom uczę się wielu nowych rzeczy. Otworzyły mi między innymi oczy na sytuację osób głuchych w Polsce, a przy okazji zwróciły uwagę na zagadnienia, o których nie miałam zielonego pojęcia!

Przyjaźń łączymy z romansami biznesowymi – na stronie Zapowiedz pojawiam się już dosyć regularnie: w wywiadzie (moim ulubionym), w recenzji “Pakistańskiego wesela” a nawet dwa razy w cyklu Kolekcjonerzy (z lalkami i z kulami śnieżnymi). 

Wydaje mi się, że to jest dobry moment, żeby ogłosić radosną nowinę: Karolina i Natalia oficjalnie zostały moimi agentkami! Tak, dobrze słyszycie! Jestem pisarką, wydałam książkę i mam Agentki!

Marokańska Zołza

A skoro już o przyjaźniach internetowych mowa. Równolegle do działania w grupie wsparcia, postowałam, lajkowałam i komentowałam na instagramie. Licznik obserwujących bardzo powoli piął się w górę, a na mojego bloga zaczęły zaglądać szalenie miłe dziewczyny, w tym Ania (@anna.renz_nayem), Małgosia (@malgosia.mounir.chahed), druga Ania (@notatnik_karaibski) – która sama mianowała się moją pierwszą psychofanką, Aleksandra (@blondynkawmaroku), czy Martyna (@mbelively). 

Wreszcie (nie znam dokładnej daty, a to błąd, bo powinni ją wpisać w podręczniki do historii, w każdym razie instagram mówi, że było to czterdzieści tygodni temu) trafiłam na instagrama Basi z Jedno Oko na Maroko. Moje srocze ja skomentowało jakieś zdjęcie w kaftanie, który okazał się takchitą, a później jakoś tak trafiłam na jej wpisy na Facebooku. Czytało mi się to z jednej strony rewelacyjnie (jak ona śmie tak dobrze pisać?!), a z drugiej strasznie niewygodnie, więc pokaprysiłam, że może by tak to na bloga raczyła wrzucić? Raczyła. 

I w sumie jesteśmy najlepszymi zołzami ever since. (Rozumiem, że kogoś mogą wkurzać moje angielskie wkręty, ja doskonale wiem, “jak to jest po polski”, po prostu “po polski” brzmi to mniej epicko, ale proszę uprzejmie: od tamtej pory jesteśmy najlepszymi zołzami.) A Basia jest kolejną osobą, która zmusza mnie do zrewidowania poglądów o niemożności zawierania internetowych przyjaźni. Oczywiście wszystko to trzeba jeszcze zweryfikować na żywo, najlepiej w towarzystwie kilku butelek prosecco. 

Facet niezwyczajny

Na pewno znacie bajkę o Kopciuszku, który zasadniczo miał w życiu przechlapane, ale w kluczowym momencie pojawiła się Wróżka Chrzestna, która troszkę poczarowała i już było dobrze. Moja bajka wygląda oczywiście trochę inaczej, choćby dlatego, że w rolę Wróżki wcielił się… facet. Całkiem niezwyczajny. Być może go znacie, chodzi o Mario z facetniezwyczajny.pl. Któregoś dnia znalazłam w skrzynce na Instagramie wiadomość, z której dowiedziałam się, że piszę to ja może dobrze, ale mój blog wygląda jak ta dynia i warto coś z tym zrobić. Mario, tak się składa, jest szalenie zajęty, czasu nie ma na nic, nawet na swojego bloga, dlatego z chęcią zrezygnuje ze snu i zajmie się moim. Ponieważ nie brzmiało to nic a nic podejrzanie, wręcz przeciwnie, miało szalenie dużo sensu, ofertę przyjęłam bez wahania i choćby szczypty nieufności. 

Mario aktualnie zmienia moją dynię w szałowego, profesjonalnego bloga, instaluje natryski i bogini wie co jeszcze i już niedługo ja i mój blog będziemy gotowi na bal w pałacu. I na robienie dobrego wrażenia. A Wróżek Chrzestny może odzyska czas na rozwój własnej twórczości, z którą możecie zapoznać się na instagramie. Fajnie pisze. Oczywiście nie aż tak fajnie jak ja, ale fajnie. 

Kariera Nikodema Dyzmy

No dobrze, ale my tu nie po to, żeby omawiać ileż to ja cudownych ludzi poznałam przez tego bloga, prawda? Wróćmy do tego, jak rozwijała się moja internetowa kariera.  

Prawdziwy przełom nastąpił tak naprawdę za sprawą wywiadu, którego udzieliłam Grażynie Latos na portal Ofeminin w lipcu 2020 roku. Wywiadu, który zresztą okazał się jednym z najchętniej czytanych artykułów na portalu w 2020 roku. Jakim cudem? Nie mam pojęcia. Po opublikowaniu naszej rozmowy o Księciu, który nie umiał prać skarpetek, mój instagram i blog eksplodowały tysiącami nowych odwiedzających i obserwujących. I wszystko potoczyło się trochę tak, jak w przypadku Nikodema Dyzmy.

Jak do tego doszło, nie wiem…

Na tej onetowej fali odezwała się do mnie pani z “Pytania na śniadanie”. Zdradzę Wam, że kiedy wizualizowałam sobie bycie znaną pisarką, to w owej wizualizacji ujmowałam występy w śniadaniówkach. Nie dlatego, że lubię pojawiać się (a co gorsza potem się oglądać) w telewizji, po prostu jakoś tak uznałam, że to będzie konsekwencja wydania bestsellera. A tutaj niespodzianka – jeszcze książki nie wydałam (raptem kilka dni wcześniej podpisałam umowę), a już mam się pojawić w śniadaniówce. Mama zapytana o opinię krzyknęła, że “pewnie, że tak”, odpisałam, że się zgadzam, a potem sprawdziłam, że PnŚ jest programem TVP2, a nie TVN. I wcale, a wcale nie chcieli rozmawiać ze mną o książce, woleli analizować relacje między moim mężem a sprzętem AGD. (Swoją drogą prowadzący DDTVN, do którego zostałam zaproszona już po wydaniu książki, również wydawali się tym tematem zafascynowani.) 

Oprócz pani z telewizji, onetowy przypływ wyrzucił też na piaszczystym brzegu mojego wirtualnego świata pierwszych trolli. Zaczynałam być sławna. Sławą mikroskopijną i nieproblematyczną (nadal nie muszę po nocach zakładać okularów przeciwsłonecznych), ale jednak. 

W niecałe sześć miesięcy przegoniłam z zapasem cel na cały rok. Mogłabym stwierdzić, że to był ogromny sukces… marketingowy. Ale doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że po prostu miałam bardzo dużo szczęścia. Wisienką na szczęśliwym torcie było dostanie się do cudownego klubu Polek na Obczyźnie, gdzie zdążyłam już trochę od tamtego czasu podziałać. Wszystkie posty, w które byłam zamieszana, możecie zobaczyć TU

Statystycznie rzecz biorąc

Tak! Wiem! Miało nie być nudnych statystyk! I nie będzie nudnych. Nie będę Wam opowiadała o tym, ile mam unikalnych użytkowników, ile spędzają oni czasu na blogu, ile średnio odwiedzin tygodniowo, ile z tego to panie, ile panowie itp. Właściwie to taki tytuł nagłówka wynika wyłącznie z sympatii do Janiny Bąk (o której nawet bym nie wiedziała, gdyby nie wywiad na Zapowiedz). 

W każdym razie, chciałam po prostu napisać, że od powstania bloga opublikowałam 55 postów (ten jest 56.), w tym 3 wywiady ze “zOrientowanymi” – inspirującymi kobietami, które w jakiś sposób związały swoje życie z szeroko pojętym Orientem i półtora wywiadu ze specjalistkami. Jeden cały z Dr Marysią Woźniak a drugi, stanowiący część wpisu o Trollach, z Katarzyną Kucewicz. Moje ulubione posty to właśnie ten o hejcie i Dziecioo(d)porna – o niechęci do posiadania dzieci. Dlaczego właśnie te? Ponieważ wydaje mi się, że poruszają bardzo ważne społecznie tematy. A ja nie chcę pisać tylko na śmiesznie. Na dowód tego, że potrafię też pisać zupełnie poważnie, bez tej czasem wkurzającej maniery, poczyniłam dla Ofeminin artykuł o Aurat March – ruchu feministycznym w Pakistanie. Przy okazji, dajcie znać, który z wpisów Wam podobał się najbardziej!

Wracając jednak do nienudnych statystyk. Oprócz intensywnego rozpisywania się na blogu, cały czas byłam aktywna też na instagramie (264 posty) i na Facebooku (trochę mniej, ale za to niektóre dłuższe i z linkami. Uwielbiam linki.) Udzieliłam jedenastu tradycyjnych wywiadów (chyba, że coś mi umyka, jest taka możliwość), wzięłam udział w czterech live’ach, napisałam dwa artykuły gościnne na Ofeminin i kilka tekstów (opublikowanych sześć, w kolejce czekają kolejne dwa) do wspomnianego wcześniej klubu Polek na Obczyźnie. 

Planuję zebrać to wszystko w jednym miejscu, w osobnej zakładce, żeby nie robić tu pod postem festiwalu linków. Mam nadzieję, że już wkrótce to mi się uda. Z pomocą Wróżka Chrzestnego.

Ach. I nie zapominajmy o jednej wydanej książce

Plany na przyszłość

To teraz porozmawiajmy o przyszłości naszego związku. Mojego z Wami. Będą ogłoszenia duszpasterskie, będą też zapowiedzi, a nawet krótki zwiastun.

Otóż zacznijmy od tego, że od teraz posty na blogu będą się pojawiać ze zmienną częstotliwością. Nie opuszczam Was zupełnie, nadal będę publikowała krótsze treści na mediach społecznościowych, poza tym mam jeszcze kilka tematów na liście, na które chciałabym napisać w najbliższej przyszłości. Między innymi o poszukiwaniu mieszkania i przeprowadzce w pandemicznym Nowym Jorku. Po prostu nie będę tu publikować rygorystycznie co tydzień, bo…

… chciałabym się skupić na pisaniu drugiej książki. Z tą “drugą” książką to jest w ogóle tak, że ona miała być pierwsza, zaczęłam ją pisać w 2014 roku i chyba czas najwyższy ją skończyć. Pytaliście o czym będzie. Dzisiaj zdradzę Wam więcej szczegółów.

Będzie to powieść, tak zwana fikcja literacka. Tytuł roboczy: “Na służbie u Jego Ekscelencji”. Ponieważ jestem skrajną egocentryczką, główna bohaterka (piękna, młoda, szalenie inteligentna, ambitna itd., itp.) będzie oczywiście inspirowana mną. To znaczy inaczej. To będę ja, po prostu większość wydarzeń i postaci drugoplanowych będzie fikcyjna. Poza paroma wyjątkami, w tym Księciem, bo przecież jego fanklub by mi nie wybaczył, gdyby w ogóle nie pojawił się w książce. Więc będzie trochę o podróżach i o związku na odległość. Będzie też o przyjaźni.

Przede wszystkim będzie to jednak opowieść o marzeniach o pracy w dyplomacji, o ich zderzeniu z rzeczywistością i o tym jakie perspektywy mają tak naprawdę młodzi ludzie powracający do Polski po studiach zagranicznych. Jeśli podobają Wam się klimaty typu “Diabeł ubiera się u Prady”, wydaje mi się, że ma szansę przypaść Wam do gustu. Na zachętę – wstęp (względnie pierwszy rozdział):

Szpilki, szampan i brylanty

Każda dziewczynka marzy o tym, żeby zostać księżniczką. No może prawie każda. Wróć. Źle. Już od jakiegoś czasu mamy ten XXI wiek, dziewczynki marzą, o czym chcą! Za okno z tą disnejowską propagandą! Jeśli jednak wrócimy do tej rozmiarowo nieokreślonej grupy dziewczynek, które wciąż marzą o zostaniu księżniczkami, przekonamy się, że absolutnie żadna z aspirujących księżniczek, bynajmniej owych marzeń z wiekiem nie zmienia, tylko uczy się je ukrywać, względnie odpowiednio maskować. To, co z kolei ulega zmianie w miarę dorastania, to percepcja, czy jak kto woli – definiowanie profesji księżniczki. Innymi słowy, dziewczynki zaczynają zastanawiać się, co dokładnie urzeka je w byciu księżniczką, poddają ekstrakcji cechy pożądane i wreszcie, zaczynają się zastanawiać, jaki rzeczywisty scenariusz najbardziej owym marzeniom odpowiada. Następnie przekształcają marzenie w cel. 

Najtrudniej mają te, którym rzeczywiście zależy na tytule i koronie – jeśli oczywiście nie urodziły się już z tymi atrybutami. Te dziewczynki muszą wykazać się potężną determinacją, mieć odpowiednie zaplecze finansowe, dziko wspierających szalone plany rodziców, cierpliwość mnicha buddyjskiego i dużo szczęścia. Wtedy może jakiś bardziej lub mniej czarujący z dostępnych na rynku matrymonialnym książąt zechce się oświadczyć, rodzina wraz z dworem i poddanymi łaskawie mezalians zaakceptuje i dziewczynka będzie żyła długo i szczęśliwie z uporem maniaka rozkoszując się dworskim ceremoniałem, mężem, który niekoniecznie wygląda jak jeden z dziedziców Monako, surowymi oczekiwaniami względem tempa i częstotliwości prokreacji… Jednym słowem zostanie księżniczką z całym dobrodziejstwem inwentarza. 

Jednostki bardziej rozgarnięte stwierdzą, że mniej męczącym i uciążliwym sposobem na zdobycie korony są już chociażby – o zgrozo! – konkursy piękności. Może jednak warto podarować sobie tytuł, koronę założyć raz na wieczór panieński, poślubić milionera i robić to, co księżniczki w bajkach: odziewać się w obłędne suknie, które zamiast disnejowskich bufiastych rękawów będą miały metkę od Valentino, olśniewać otoczenie kilokaratami diamentów, mieszkać na zamku, względnie innej willi z basenem i hektarami „rodowych” ziem wokół i koniecznie, absolutnie, wprost bezwzględnie bywać na balach. 

Jedyny problem, na który kandydatki na księżniczki często przymykają oko (wszak życie to nie bajka, nie można mieć wszystkiego) to podmiot książęcy. Mianowicie Milioner. Milioner rzadko kiedy przypomina wymarzonego księcia, zwykle miewa pewne braki, czy to w kwestii wizualności, inteligencji, manier, charakteru, czy też upodobań. Milioner bywa spasionym burakiem, nierzadko gustującym w partnerkach w wieku własnych dzieci z poprzedniego małżeństwa. Oczywiście wysoce niewskazanym jest żeby owa partnerka przerastała go intelektualnie. Jeśli przerasta, to lepiej żeby Milioner pozostał tego nieświadomy, aż do momentu, kiedy i tak będzie chciał ją wymienić na ciut młodszą. Wtedy warto inteligencję uaktywnić, w końcu na balach w kreacjach mistrzów haute couture można bywać też solo lub z przystojnym świniopasem. Najważniejsze żeby Milioner odchodząc pozostawił Księżniczce wystarczające fundusze.

Do rzeczy! Sposobów na spełnienie dziecięcych marzeń o byciu księżniczką jest mnóstwo, wśród nich lepsze, gorsze i całkowicie koszmarne. Mój wydawał się na ich tle całkiem sensowny. Postanowiłam mianowicie zrobić karierę w dyplomacji. Brzmi absurdalnie? Bynajmniej. Otóż moje wyobrażenie o dyplomacji, to było eleganckie przyjęcie odbywające się w pięknej, przedwojennej willi, oświetlonej ciepłym światłem kryształowych żyrandoli, to odbijającym się od wypolerowanych przez czas szlachetnych, drewnianych powierzchni, to zapadającym się miękko w puszyste dywany. Z pobliskiego pomieszczenia powinny dobiegać łagodne, pełne słodyczy dźwięki kwartetu smyczkowego, grającego akurat Kreislera, a ja, pełna wdzięku, bo jakżeby inaczej, płynęłabym właśnie w kierunku trzymającego tacę z kieliszkami Dom Perignon perfekcyjnie ubranego kelnera. Jak na księżniczkę przystało, płynięcie uskuteczniałabym w niebotycznie wysokich Louboutinach, w obłędnej, choć w żadnym wypadku wyzywającej sukni od Zuhaira Murada i oczywiście lśniąc dyskretnie diamentowymi kolczykami. Kolejny punkt programu zakładał z kolei olśniewanie inteligencją, erudycją, manierami i ogólnie czarem osobistym. 

Jak prawdziwa księżniczka godnie reprezentowałabym swój kraj i walczyła o jego dobrobyt. Scenariusz niemal równie wymagający, jak upolowanie prawdziwego księcia, ale – zdawałoby się – całkiem możliwy. Wystarczy się postarać. A im dłużej się starałam, tym większe było moje przekonanie, że musi się udać. 

Szampan, szpilki i brylanty… tak w bardzo dużym, ale jakże obrazowym skrócie wyglądał mój sen o bajkowej karierze w dyplomacji. Potem się obudziłam…

Ciut dalsza przyszłość

aplikacja do dearMoon #dearMoonCrew
Jak myślicie, uda mi się polecieć na Księżyc?

Mam ambitny plan skończyć pisać tę książkę na tyle wcześnie, żeby znowu zdążyć z jej wydaniem przed Bożym Narodzeniem. Spodobało mi się to leżenie wśród prezentów pod choinką. 

A co potem? Nie wiem, na pewno kolejna książka, chociaż jeszcze nie mam sprecyzowanego pomysłu o czym. Może kolejne pakistańskie przygody, może wreszcie odważę się na prawdziwą powieść z bohaterami niemającymi ze mną i z Księciem nic wspólnego. A może dalej będę czerpała z własnych doświadczeń.

Poza tym! Zgłosiłam się do rekrutacji do projektu dearMoon Być może w roku 2023 polecę, wraz z siedmiorgiem innych artystów na Księżyc. Kiedy spytałam Księcia, czy nie ma nic przeciwko, stwierdził, że czemu miałby mieć. To tylko tydzień, a wyjeżdżając do Polski zostawiam go zawsze na dłużej. Polska, Księżyc, żadna różnica. A ja napiszę wtedy książkę o miłości w czasach podróży kosmicznych. Albo coś w tym stylu. W każdym razie trzymajcie kciuki! 

Prezenty

Wreszcie, na koniec, po cichu licząc na to, że nikt do tego momentu nie doczyta, chciałabym Was poinformować, że założyłam konto na Patronite. Długo się nad tym zastanawiałam, bo jednak głupio, ale bardzo wielu znanych twórców to robi, więc czemu nie. 

O co chodzi? O to, że możecie, jeśli chcecie, jeśli lubicie mnie czytać i w ogóle, zostać moimi Patron(k)ami. Dzięki takim patronatom będę mogła opłacić hosting i inne sprawy związane z prowadzeniem bloga, postawić Facetowi Niezwyczajnemu za jego czary mary dobre wino, albo inne coś (co pijesz, Mario?), uzupełniać sobie zapasy herbaty za własne pieniądze, a może nawet zebrać część wpisów i wydać je pięknie w formie papierowej. 

Oczywiście dla Darczyńców przygotowałam atrakcyjne (umownie) nagrody. Może nie ma wśród nich lekcji gotowania, czy innych praktycznych warsztatów, ale coś tam ponawypisywałam:

www.patronite.pl/majaklemp

Tym jakże materialistycznym i mało epickim akcentem, kończę post rocznicowy i wyrażam nadzieję, że dotrwacie ze mną do kolejnych urodzin. I może jeszcze następnych.

A nie! Nie kończę! Jeszcze życzenia wielkanocne! Bo urodziny urodzinami, ale jutro przecież Wielkanoc!

Do przeczytania, Kurczaczki!