Nasz dotychczasowy bilans to dwa śluby (i jakkolwiek mam szczerą nadzieję, że na tym się skończy, to mimo że od tamtych dwóch minęły już 4 lata, moja Teściowa wciąż przebąkuje, że podczas naszej następnej podróży do Pakistanu ona nam wyprawi Walimę), dwa szampany, które dostałam od (teraz już byłej) firmy z okazji zamążpójścia (za każdy ślub jeden Moët), zero wesel (przynajmniej własnych, cudzych kilka), za to trzy podróże poślubne. Osobiście uznaję taki bilans za dość korzystny. Podróże uwielbiam, własne śluby nie do końca.

W pierwszą podróż poślubną wyruszyliśmy krótko po ceremonii w Nowym Jorku, w drugą po ślubie cywilnym w Danii, a trzecią – mniej więcej rok po ślubie, chyba po prostu mieliśmy niedosyt.

Ale po kolei. 

Kiedy przyjeżdżałam brać ślub meczetowy (bo nie kościelny, jeśli nie jesteście na bieżąco, możecie przeczytać o nim tu), musieliśmy zmieścić się z samym ślubem i krótką podróżą w kilku dniach urlopowych, zdecydowany minus pracy na etat. Swoją drogą związek na odległość i 26 dni urlopu w roku to jest jednak wyższa szkoła jazdy. Z perspektywy czasu taki rodzaj związku polecam jednak osobom pracującym na zlecenie, lub zdalnie. W każdym razie mogliśmy sobie pozwolić tylko na bardzo krótki wyjazd, relatywnie blisko Nowego Jorku. I teraz będzie nie tyle o różnicach kulturowych, co indywidualnych – o ile ja za każdym razem wybrałabym urlop nad morzem, lub oceanem, najchętniej z dużą ilością słońca i stopni Celsjusza, to mój mąż nie dość, że lubi jak jest chłodno, to jeszcze ciągnie bydlaka do lasu i gór. Żeby chociaż lubił po tych lasach i górach chodzić. Ale nie! On lubi siedzieć w chatce i grillować. Jest to dosyć zabawne, bo ja osobiście za grillami nie przepadam, mimo że wydają się być naszą polską tradycją*, a on nie może się doczekać, aż będzie mógł sobie i niestety też mi, coś pogrillować. Koszmar. Ale ponieważ miała to być nasza najkrótsza podróż poślubna, postanowiłam wykorzystać sytuację i udawać, że jestem dobrą żoną. Zapewniłam, że nie mam nic przeciwko chatce w lesie, wiedząc, że co by się nie działo, kolejne podróże poślubne spędzimy na plaży.

* Zanim przejdę dalej, znowu zmuszona jestem zacytować moją cudowną redaktorkę Kasię – naprawdę uważam, że powinna sama coś pisać, a nie tylko występować gościnnie, zresztą sami zobaczcie:

“O, gdzieżby tam! Polacy przy Szwedach to naprawdę dopiero szkółka niedzielna grilowania. Zimno? Mamy termos z kawą! Deszcz? Mamy parasol! Minus dziesięć i śnieżyca? To jeszcze nie powód by odwoływać grilla! Wichura taka że kiełbaski zwiewa z rusztu? Nie ma sprawy, przypniemy klamerkami! Balkon? Sven,* podaj no podpałkę bo coś się słabo hajcuje, pewnie ta ściana bloku hamuje przewiew! Jedyne co faktycznie skłoniło Szwedów do zaprzestania grillowania, to spowodowany suszą i pożarami latem 2018 zakaz obłożony, jak to w Szwecji, groźbą drakońskiej kary finansowej i pewność, że sąsiedzi podkablują, bo podkablowują zawsze.

*postać kultowa, szwagier siostry, dentysta z Oslo i gwiazdor norweskich filmów takich jak „Gorące dłonie dentysty z Oslo” i „Plomby namiętności””

A teraz wracając do moich podróży poślubnych, bo to jednak mój blog!

Studio C – Wells, NY

Niestety mojemu mężowi coś się z radości w głowie poprzestawiało i z rozpędu zarezerwował nam chatkę w lesie z łazienką na zewnątrz. Nie wiem do końca jak to miało wyglądać, jakiś prysznic na świeżym powietrzu, toaleta mogła być nawet klasycznym wychodkiem, na samą wieść o tym szlag mnie trafił kosmiczny, przecież nie będę podczas własnego miesiąca (kilkudnia) miodowego biegać po nocy do lasu za potrzebą. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem, jak to moja koleżanka z liceum miała kiedyś czelność mnie nazwać, hermetycznym mieszczuchem, zdarzało mi się jeździć na spływy i myć w rzece, ale przecież nie podczas podróży poślubnej, którą w obliczu niesprzyjającego otoczenia zamierzałam spędzić w wannie jedząc truskawki i pijąc szampana! Odpowiednio zbesztany małżonek szybciutko anulował rezerwację i zaczął rozglądać się za bardziej akceptowalną opcją. W efekcie zarezerwował nam w pobliżu George Lake piękne studio (do tej pory pamiętam jak cudownie było urządzone, jak z grupy Domy Marzeń!) przerobione z budynków starego młyna w historycznym kompleksie należącym do John’a i Caroline, pary artystów rzeźbiarzy, którzy stworzyli tam park rzeźb. Miejsce było szalenie urokliwe. Nad samą rzeczką, był grill, było ognisko, nie było zasięgu komórkowego, do najbliższego miasteczka jechało się ponad 40 minut, a gospodarze po przywitaniu się z nami zniknęli w swoim studio i aż do wyjazdu ich nie widzieliśmy. Warunki byłyby idealne, gdyby nie pogoda – z około 30 stopni, które panowały w Nowym Jorku trafiliśmy do niecałych 10 i to też w ciągu dnia, w słońcu. W nocy temperatura wahała się w okolicach zera. Musieliśmy pojechać do outletu GAPa kupić dresy. I do sklepu wielobranżowego po sprej na komary, bo mój bohaterski, kochający surwiwal mężczyzna nienawidzi komarów. Ma ku temu pewne podstawy, bo jest prawdziwym magnesem na te bzyczące zmory, kiedy jestem przy nim, ignorują mnie kompletnie. Widać wolą specjały kuchni pakistańskiej od polskiego pierożka. 

Dodge Challenger
Nasz poślubny wehikuł

Przez kilka dni po prostu odpoczywaliśmy. Patrzyliśmy w gwiazdy, siedząc w nocy przy ognisku i jeździliśmy na przejażdżki po okolicznych lasach. Ponieważ, jak może pamiętacie, Książę miał dzień przed ślubem wypadek, więc zamiast jego obciachowo-gangsterskim audi (to prawda, nie przepadam za audi, sam w sobie samochód nie był zły, prowadziło się go jak marzenie, ale do końca życia będę pamiętać, jak podjechaliśmy pod klub, otworzyłam drzwi, wystrojona jak lala w złotą kieckę od Cavalliego, a projektor z drzwi audi wyświetlił na chodniku logo czterech kółek… co za wstyd!) jechaliśmy do ślubu samochodem z wypożyczalni. Chyba jakimś nudnym nissanem, nawet nie pamiętam. Za to w dzień wyjazdu, poszliśmy do wypożyczalni wymienić samochód na coś… weselszego. Podczas gdy pracownik namawiał nas na jakieś paskudne SUVy (ilekroć widzę SUVa przypomina mi się Gałczyński i jego “Satyra na bożą krówkę” – “Po cholerę toto żyje?”), ja rozglądałam się sceptycznie, aż mój wzrok padł na idealny samochód poślubny. 

– To chcę! – wykrzyknęłam z szalonym uśmiechem wskazując na srebrnego Dodge’a Challengera. 

Ja wiem, amerykańskie muscle cars to nie jest to, co każdy lubi. I zdecydowanie nie jest to coś, czym chciałabym jeździć na co dzień (aczkolwiek kiedyś będę miała pięknego Mustanga z 69 roku i będę go karmić, wyprowadzać na spacery i w ogóle dobrze się nim opiekować, mogę???), ale mają swój niezaprzeczalny urok. Uwielbiam to jak głośno i długo się namyślają, kiedy pedałem gazu prosi się je, żeby pokazały co potrafią. Naprawdę? Jesteś tego pewna? Bo jak już ruszę, to ruszę… No wiesz, może nie ma sensu. Co? Naprawdę mnie do tego zmuszasz? No niech ci będzie… Awrrrrrrrrrrr! Tak, Dodge Challenger to było to, czym chciałam pojechać w moją pierwszą podróż poślubną, bez dwóch zdań! Małżonek upewniał się tylko chwilę krócej niż muscle car i wreszcie z rozbawieniem przystał na moją zachciankę, podkreślając tylko, że to naprawdę zły samochód i muszę zdawać sobie z tego sprawę. Miałam to gdzieś. Samochód był cudowny! Zresztą, gdzie tym jeździć, jak nie w Ameryce? Awrrrrrrrrrrr! 

Mój mąż jest nerdem

Na koniec pierwszej podróży poślubnej, w dzień mojego odlotu, spełniłam marzenie mojego męża (tzn. ja sobie tłumaczę, że to było jego marzenie) i poszłam z nim do kina na Warcrafta. Koszmarny film (chociaż podobno bił rekordy oglądalności w Azji), ale doświadczenie bezcenne. Na widowni było raptem kilka osób, głównie pryszczatych młodzian, którzy tego dnia pierwszy raz od imprezy z okazji ósmych urodzin kolegi z podstawówki wyszli z domu. Jeden z nich był w towarzystwie matki. Do tego mój przystojny Książę, który podjechał pod kino Challengerem i poszedł na seans w towarzystwie swojej zaobrączkowanej samicy. Myślę, że tego dnia nieświadomie stał się bohaterem garstki nieprzystosowanych społecznie otaku świata online gamingu. Po seansie niestety nadszedł czas pożegnania na lotnisku – pierwszego, ale niestety nie ostatniego po ślubie.

Lanzarote – druga podróż poślubna

Kolejny nie-miesiąc miodowy, ten po ślubie cywilnym w Danii (mogliście przeczytać o nim w poprzednim wpisie), był prezentem od moich rodziców. Długo starałyśmy się wybrać z mamą idealne miejsce. Znowu musiało być w miarę blisko, żeby nie tracić zbyt wiele czasu na lot, poza tym musiało mieścić się w strefie obejmowanej wizą Schengen, ponieważ mój mąż nie miał jeszcze amerykańskiego paszportu, jego wiza była na jednorazowy wjazd, a miał wracać do Stanów z Polski. Wahałyśmy się między Kretą, Maderą i Lanzarote, ostatecznie wybierając tę kanaryjską wyspę. Rodzice byli na niej lata temu i byli zachwyceni, opowiadali o niej w samych superlatywach.

Playa Papagayo

Sam wyjazd wspominam dosyć dobrze, natomiast wybrany przez nas hotel, Bahía Playa Blanca, okazał się absolutnym nieporozumieniem (przyzwyczajcie się, będę tu sobie czasami narzekać). Na takich wyjazdach, kiedy i tak jestem nastawiona na zwiedzanie, nie przykładam do zakwaterowania zbyt wielkiej wagi, ważne, żeby było czysto i, żeby była łazienka. Ten hotel niby spełniał te założenia, ale biorąc pod uwagę, że Rodzicom zależało na tym, żeby było absolutnie super, to muszę być obiektywna i stwierdzić, że zarówno biuro podróży, jak i sam hotel dali ciała. Po pierwsze, sam hotel nie do końca miał swoją recepcję, to znaczy niby miał, ale służyła tylko do pewnych, nie do końca jasno określonych celów, a ogólnie należało korzystać z recepcji drugiego hotelu. Cały myk polegał na tym, że w każdej z recepcji słyszeliśmy, że tą konkretną sprawą zajmuje się akurat druga recepcja, biegliśmy przez cały teren hotelu na dół, dowiadywaliśmy się tego samego, tylko odwrotnie i biegliśmy dla odmiany hotelowym labiryntem do góry. Po drugie, dostaliśmy dwa łóżka pojedyncze (a ja głupia poprosiłam o ujęcie w szczegółach rezerwacji notatki o tym, że jest to nasza podróż poślubna, licząc na darmowy upgrade, lub chociaż szampana!), kiedy po kilku sprintach w górę i w dół dowiedziałam się, która recepcja raczy się tym zająć, okazało się, że w całym hotelu nie ma łóżek podwójnych. Wszystkie są pojedyncze. W sam raz na podróż poślubną. Niestety od czasów, kiedy obydwoje mieściliśmy się w małym, wąskim łóżku akademickim trochę się pozmieniało, na przykład objętościowo. A dwa łóżka zestawione razem mają to do siebie, że lubią się rozjeżdżać, zwykle w niezbyt odpowiednim momencie. Czarę goryczy przelał, nomen omen, basen. Ogólnie bardzo ładny, spełniający moje wymagania, ale czynny tylko od 11.00 do 16.00. Nie mówię, że miałby być całodobowy, ale pomijając już to, że w takich godzinach to ja zwiedzam, plażuję, albo piję wino, to jeszcze mam takie perwersyjne upodobania, że lubię sobie popływać wieczorem, kiedy już jest ciemno, a ja mogę się rozłożyć na basenowej tafli i patrzeć w gwiazdy. O. Ogólnie z basenu udało mi się skorzystać raz. 

Lanzarote wybrzeże
Podwójnie poślubiony mąż

Całe szczęście (i pół biedy) nie planowaliśmy spędzać całego czasu nad basenem, Lanzarote jest chyba najciekawszą z Wysp Kanaryjskich i nie chcieliśmy niczego przegapić. Na cały pobyt na wyspie mieliśmy wynajęty samochód, więc mieliśmy okazję zjeździć wyspę we wszystkich kierunkach, docierając do najdalszych zakątków i odhaczając wszystkie obowiązkowe punkty zwiedzania i mniej popularne lokalizacje rekomendowane przez innych podróżników, a także odwiedzić miejsca, które tyle lat wcześniej zachwyciły moich Rodziców (koniec końców odpuściliśmy sobie ku rozpaczy mojej Mamy ogród kaktusów). Wszystko wskazywało na to, że od ich wizyty wyspa trochę się pozmieniała. I tak na przykład prowizoryczny grill w Timanfaya zmienił się w gigantyczną restaurację, a sam park mogliśmy oglądać tylko przez okno wycieczkowego autokaru. Okolice Playa Blanca, gdzie znajdował się nasz hotel były w miarę ładne, chociaż zdecydowanie bardziej urokliwe wydawało mi się Puerto del Carmen – oczywiście do bólu turystyczne, ale w nocy, rozświetlone światłami niezliczonych restauracji, było odpowiednio wakacyjne. 

Największym rozczarowaniem okazała się sama stolica, Arrecife, ale trafialiśmy też do małych, zapomnianych miasteczek, na malowniczne plaże, zatracaliśmy się wsród niemal bezkresnych księżycowych krajobrazów i wreszcie dojechaliśmy do miejsca, które do tej pory uważam za jedno z najpiękniejszych na ziemi – Jameos del Agua. Cudownego tunelu wulkanicznego, zaaranżowanego na centrum sztuki, z nieziemską salą koncertową. Zaraz po wejściu do groty znajdują się tam piękna restauracja i wielopoziomowy bar, w którym wieczorem można posłuchać koncertów na żywo. Było to dla mnie niesamowite doświadczenie, czułam się totalnie odrealniona. Miejsce było bez wątpienia magiczne, przyciągające i hipnotyzujące. I boleśnie romantyczne – idealne na podróż poślubną. Gdybym miała komuś polecić jedno, jedyne miejsce na całej wyspie, bez wątpienia byłyby to właśnie Jameos del Agua, aczkolwiek szalenie podobał mi się również teren Papagayo – według mojej oceny najlepsza, obok pobliskiej Playa de Mujeres, plaża na wyspie i cudowne krajobrazy. 

Dlatego pomijając fiasko z hotelem, uważam, że była to naprawdę udana podróż poślubna, a Lanzarote, mimo że jak większość pięknych miejsc na ziemi stało się już ofiarą komercjalizacji, nadal pozostaje jedyne w swoim rodzaju!

Kilka dni w raju

Wcześniej wspomniałam o tym, że odczuwaliśmy pewien niedosyt i dlatego wybraliśmy się niemal rok później w kolejną podróż poślubną, która chyba miała nam zrekompensować brak podwójnego łóżka, a może krótko czynny basen? Dość powiedzieć, że zdecydowaliśmy się na jedno z najbardziej skomercjalizowanych, turystycznych, ale też rozpieszczających miejsc na ziemi – Cancún. I skoro już do tego doszło, musiało być idealnie. Nie wchodził w grę żaden moloch z tysiącem gości i tłumami drących się i sikających do basenów bąbelków wszelkiej narodowości. Po bardzo wnikliwym researchu mój mąż wybrał dla nas Le Blanc – i poza wyborem partnerki życiowej, był to chyba najlepszy wybór w jego życiu.

Należący do Palace Resorts Le Blanc nie bez powodu został uznany za jeden z najlepszych resortów typu all-inclusive na świecie. Ja stałam się gorliwą wyznawczynią już od hasła adults only – perspektywa ogromnych basenów bez śladu bachorów wydawała się zbyt piękna by być prawdziwa. Do tego sam hotel należy do jednych z najmniejszych wśród miejscowych resortów, a dość wysokie ceny sprawiały, że zdarzało się nam być jedynymi osobami w basenie. Liczne restauracje, barki i 24-godzinny room service serwowały naprawdę bardzo dobre jedzenie i pyszne wino, łącznie z moim ulubionym chilijskim carménère. Osobisty kamerdyner był na każde zawołanie, korzystając z aplikacji wybieraliśmy o której godzinie mają nam napełnić jacuzzi w pokoju, jaką aromaterapię chcemy na wieczór, co życzymy sobie do kąpieli (szampana i truskawki w czekoladzie). W SPA poznałam wyższy standard korzystania z sauny. Na plaży zorganizowano dla nas prywatną, romantyczną kolację w cabanie. Książę do tej pory nabija się ze mnie, że wśród tych wszystkich luksusów i rozpusty i tak najbardziej cieszyłam się z menu poduszkowego. No cóż… Miło spać na poduszce pachnącej lawendą!

Podczas całego pobytu prawie nie ruszaliśmy się z hotelu, mimo że trafiliśmy akurat na te kilka dni, kiedy zacinały okrutne deszcze – siedząc w ciepłym hot tubie na zewnątrz, sącząc drinki i patrząc na szaleńczo wzburzony ocean, usłyszałam chyba najpiękniejszy komplement z ust mojego męża. W przypływie romantyzmu, a może odurzenia alkoholowego stwierdził wtedy, że mój wygląd tak bardzo przypomina mu ocean, że jestem taka piękna, ale od razu widać czyhające tuż pod powierzchnią niebezpieczeństwo. I, że tak jak ocean nie daję szans, przyciągam do siebie mimo grozy, którą wzbudzam. Tak, wiem, cukrzyca. Sama bym takich bredni nie wymyśliła, ale mój sierściuch ma swoje momenty. Zastanawiam się, czego ich uczą w tym Pakistanie. Wracając do meksykańskiej strefy czasowej, jak już zauważyliście, napisałam, że prawie się nie ruszaliśmy, ale jednak był taki moment, że instynkt podróżniczy kazał nam wystawić czubek nosa poza rozrywkowy Cancún. W okrutnej ulewie, ślizgając się na całkowicie pustych drogach, udaliśmy się na podbój prekolumbijskiej cywilizacji Majów.

Chichen Itza

zatłoczone Chichén Itzá
Nieinstagramowe zdjęcie, nieinstagramowa ja

Oczywiście mogliśmy pojechać na jedną z organizowanych wycieczek, ale… Nie, właściwie nie mogliśmy. Prawda jest taka, że gdyby nie wynajęty samochód, żadne z nas by się nie zdecydowało. Nie ma takiej siły, która zmusiłaby nas do trwającej dłużej niż pół godziny wycieczki zorganizowanej. Dlatego walcząc o życie w ledwo trzymającym się drogi malutkim samochodziku, pędziliśmy ku własnej zagładzie. Na szczęście, kiedy już dojechaliśmy na miejsce, ulewa ustąpiła miejsca niemrawo siąpiącemu deszczykowi, który nie będąc wcale uciążliwym dawał wytchnienie od upału. 

Miasto Majów mnie chyba trochę zawiodło. Sama osada i górująca nad nią świątynia Kukulcan były oczywiście imponujące, zwłaszcza biorąc pod uwagę jak dawno temu powstały, ale spodziewałam się jakiejś aury tajemniczości, tymczasem było to kolejne miejsce całkowicie opanowane przez turystów. Nawet długi marsz do świętego cenote (naturalna studnia) przyniósł bardziej rozczarowanie niż mroczny dreszczyk związany z pradawną magią i duchami ofiar topionych w studni. Podobne odczucia towarzyszyły mi kiedyś podczas wizyty w Pompei, gdzie tony kolorowych śmieci pozostawionych przez turystów i radosne instagramerki pozujące do zdjęć w miejscu masowej zagłady, obdzierały tą scenę starożytnej tragedii z całego majestatu. Tak wiem, sama będąc turystką nie powinnam narzekać na to, że inni turyści psują urok zwiedzania. Aczkolwiek… Słyszeliście o grupie turystów aresztowanych za to, że postanowili uczcić swoją wizytę w Machu Picchu defekując w miejscowej świątyni? No właśnie, są turyści i turyści. Myślę, że można zwiedzać różne miejsca nie odmawiając im przy tym należnego szacunku. Naszą wizytę zakończyła naturalnie powracająca wzmożona ulewa, ale nim to się stało, udało nam się zobaczyć praktycznie cały teren osady. 

Poza wyprawą do Chichen Itza, z hotelu wynurzyliśmy się tylko kilka razy, do centrum rozrywkowego Cancún, rozejrzeć się i kupić pamiątkowe magnesy – kiedyś zbierała je tylko moja Mama, ale jej zięć szybko podłapał bakcyla i obawiam się, że uczeń przerósł mistrza. Kiedyś pokażę Wam jego kolekcję, jest imponująca i przerażająca jednocześnie. Sama mam zapędy do zbieractwa, ale ile razy się na tym złapię, przypominam sobie dom Pabla Nerudy w chilijskiej Isla Negra. Nie chciałabym, żeby po mojej śmierci, poprzedzonej pełną sukcesów karierą pisarską oczywiście, turyści zwiedzali mój dom i oglądali wszystkie dziwne rzeczy, które zbierałam, zastanawiając się, jak ktokolwiek mógł funkcjonować w takim śmietniku (według mnie Pablo posiłkował się niebiańskim widokiem za oknem, dom w Isla Negra położony jest na skałach nad samym oceanem). 

W samym centrum miasta Cancún nie byliśmy. W centrum rozrywkowym po zmroku również nie. Przedłożyliśmy relaks w hotelowym spa i przepyszne kolacje nad zatłoczone imprezy, na których ecstasy spada z nieba i można się o nie potknąć na przepełnionym parkiecie. Takie życie po trzydziestce (no dobra, nasze życie po trzydziestce). 

Meksykański raj opuszczałam z bólem w sercu, nie tylko dlatego, że oznaczało to również kolejne rozstanie z moim mężem. Do tej pory czekam, aż znowu tam pojedziemy, a ja będę się zastanawiała, na jakiej poduszce najlepiej mi się zaśnie. 

Co sądzicie? Które z opisanych przeze mnie miejsc najbardziej do Was przemawia? Jak najchętniej spędzilibyście swoją podróż poślubną? Odpoczywając na łonie natury, intensywnie zwiedzając nowe miejsca, czy może oddając się skrajnemu hedonizmowi w jakimś resorcie all-inclusive? A jeśli jesteście już po swoim miesiącu miodowym – dajcie znać na jaki kierunek się zdecydowaliście! 

Tymczasem, jeśli któreś z Was chciałoby wybrać się w któreś z opisywanych przeze mnie miejsc, przedstawiam kilka informacji praktycznych – nie przewodnik per se, ale parę uwag, które mogą Wam się przydać! 

Stan Nowy Jork 

Nie sądzę, żeby ktokolwiek z Was kiedykolwiek wybierał się do stanu Nowy Jork w innym celu, niż zwiedzanie miasta Nowy Jork, jednak gdyby tak się przypadkiem stało, to bardziej niż okolice jeziora George, gdzie spędziliśmy pierwszy miesiąc miodowy, polecam przede wszystkim parodniowy pobyt w rejonie Finger Lakes – bardzo blisko jeziora Ontario i granicy z Kanadą. Urokliwa sceneria jezior gęsto otoczonych niezliczonymi winnicami stanowi wymarzone miejsce na relaks. Region znany jest głównie z dobrego rieslinga, ale innych win również warto spróbować. Oprócz wielodniowych degustacji, Finger Lakes to także gratka dla amatorów antyków – w okolicy jezior pełno jest sklepów sprzedających różnego rodzaju antyki i pamiątki z minionych czasów. Można tam upolować prawdziwe skarby. Wielbiciele przyrody i spacerów z pewnością zachwycą się okolicą bogatą w piękne wodospady (pływając kiedyś pod jednym z nich niemal umarłam na zawał, kiedy zobaczyłam płynącego kilka centymetrów ode mnie węża, na pewno jadowitego!), np. niesamowicie wysoki Taughannock Falls (który zimą potrafi kompletnie zamarznąć!), czy cały park małych kaskad w Watkins Glen – niewiarygodne widoki. Z Finger Lakes jest już zresztą blisko nad Niagarę, którą warto obejrzeć ze strony kanadyjskiej (przypominam, że właściciele paszportów biometrycznych nie potrzebują wizy). 

Wodospad Nowy Jork
Taughannock Falls State Park

Z lokalnych atrakcji na uwagę zasługują jeszcze opuszczone, popadające w ruinę wille, ogromne tereny pełne starych, zardzewiałych samochodów (ogólnie lekko post-apokaliptyczny klimat) i… lokalna społeczność Amiszów, których spotkacie na drogach, gdzie wozami zaprzężonymi w koniki dowożą wyhodowane przez siebie warzywa na małe ryneczki. 

Zwykle zatrzymujemy się w hotelu Ramada Plaza w miejscowości Geneva, ponieważ jest położony nad samym jeziorem Cayuga i oferuje niezrównane widoki z okiem. Jeśli jednak przeznaczycie na zakwaterowanie większy budżet, a chcielibyście doświadczyć odrobiny butikowego luksusu w prowincjonalnym (raczej w dobrym tego słowa znaczeniu) amerykańskim stylu, może Was zainteresować willa Geneva on the Lake.

Koniecznie zjedzcie kolację w Ports Cafe – ulubionej resturacji miejscowej ludności i nie wyjeżdżajcie bez walki o honor w lodziarni Cayuga Lake Creamery – nie bądźcie zbyt ambitni i nie bierzcie więcej niż dwóch gałek. Obowiązkowo spróbujcie lodów o smaku wina – różnych szczepów, dostępnych w każdej miejscowej lodziarni. 

Jeśli interesują Was bliższe okolice Nowego Jorku, dajcie znać, z przyjemnością kiedyś napiszę o pobliskich atrakcjach!

Wracając na chwilę na terytorium Europy, przynajmniej administracyjnie:

Kilka rad na temat Lanzarote

Castillo de San Gabriel, Arrecife, Lanzarote
Castillo de San Gabriel, Arrecife, Lanzarote
  1. Wyspa nie słynie z miliongwiazdkowych resortów i najpiękniejszych plaż (z tego co wiem, w tej kategorii wygrywa Fuerteventura), a z niesamowitych, kosmicznych krajobrazów. Dlatego nie nastawiajcie się na relaks, tylko na uczciwe zwiedzanie i chłonięcie naturalnego piękna. Zdecydowanie warto wynająć samochód, żeby bez problemu dotrzeć w najdalsze zakamarki.
  1. Znając już wyspę, szukałabym zakwaterowania w Puerto del Carmen, wieczorami panuje tam naprawdę przyjemna atmosfera.
  2. Jak już wspomniałam, dla mnie absolutny must see to przede wszystkim Jameos del Agua, jeśli musicie wybierać, to koniecznie odwiedźcie to miejsce wieczorem, podczas koncertu. W ciemności Jameos zmieniają się nie do poznania i naprawdę ma się wrażenie, że trafiło się na jakąś inną planetę, pokazywaną na filmie science fiction.
  3.  Po piękne zdjęcia w sam raz na Instagrama, jedźcie do Papagayo – skaliste wybrzeże połączone z piaszczystymi plażami zapewni bezkonkurencyjną scenerię.
  4. Mimo że Timanfaya jest potwornie skomercjalizowana, w dalszym ciągu warto zrobić sobie wycieczkę po tej ziemi ognistej – pamiętajcie o związaniu włosów, strasznie wieje!
  5. Księżycowych krajobrazów szukajcie w okolicach Salinas de Janubio i po drodze do Charco Verde.

I znowu musimy zrobić przeskok przez Atlantyk i wrócić na chwilę do ostatniej podróży poślubnej, a właściwie podróży z okazji rocznicy ślubu.

Cancún 

1. Jeśli jedziecie akurat do Cancún, to znaczy, że albo lubicie bardzo mocną zabawę (ale wtedy łatwiej i taniej dostać się na Ibizę), albo marzy Wam się idealny, rajski relaks. Jeśli szukacie tego drugiego, to przy wyborze hotelu musicie zwrócić uwagę na dwie rzeczy:

  • Jak duży jest sam hotel? – przebywanie w ogromnym molochu z tysiącem innych ludzi brzmi raczej jak koszmar, niż wakacje marzeń.
  • Czy hotel przyjmuje dzieci? – jeśli sami dzieci nie posiadacie, albo wybieracie się na wakacje, żeby od nich odpocząć, raczej nie chcecie, żeby biegały Wam nad głowami, kiedy się opalacie, oddawały mocz do basenu, w którym się relaksujecie, lub rozrzucały w restauracji resztki jedzeniowe. I to wszystko podczas gdy ich rodzice konsekwentnie udają, że dzieci nie ma. Bo mają wakacje.

To prawda, że takie hotele są zwykle droższe, ale nie oszukujmy się – za wycieczkę do Meksyku i tak zapłacicie dużo. Jeśli interesuje Was coś innego, niż sam relaks, to i tak nie będziecie się zatrzymywać w Cancún. A jeśli inwestujecie już w odpoczynek, to nie warto próbować oszczędzić relatywnie niewiele, a przez to nie skorzystać w pełni z wakacji.

2. Cancún nocą nie należy do najbezpieczniejszych miejsc na świecie. Jeśli zdecydujecie się poimprezować, to trzymajcie się w grupie.

3. Jadąc do hotelu pamiętajcie o tym, żeby mieć przy sobie plik jednodolarówek – będziecie ich potrzebowali naprawdę dużo na napiwki dla barmanów, pokojówek, kamerdynera, kelnerów, dziewczyn podających Wam ręczniki nad basenem – innymi słowy prawie każdego pracownika hotelu.

4. Zastanówcie się nad sensem wynajmu samochodu. Jeśli chcecie tylko zobaczyć Chichen Itza, nie bawić się za bardzo w nieustraszonych odkrywców, a nie macie nic przeciwko wycieczkom zorganizowanym, to wynajem samochodu jest nieopłacalny. Niewykluczone, że rezerwując hotel i lot zobaczycie ofertę wynajmu za jednego dolara na cały pobyt. Niestety nie jest w to wliczone obowiązkowe ubezpieczenie (bez względu na to, czy Wasz dostawca karty kredytowej oferuje własne, czy nie, w Meksyku jest ono nieważne), które wynosi około 20$ dziennie. 

Jeśli pominęłam jakąś istotną kwestię, albo chcielibyście się dowiedzieć czegokolwiek więcej o wspomnianych w tym poście miejscach, koniecznie dajcie znać. Ja i moje grafomańskie zapędy jak zwykle z ogromną przyjemnością odpowiemy na Wasze pytania! Zajrzyjcie też na mojego Instagrama i FB @miloscwczasachstrefowych – publikuję tam więcej zdjęć!