Kilka dni temu na Instagramie poprosiłam Was o pomoc w wymyśleniu tematu na ten wpis. Przede wszystkim chciałam Wam podziękować za liczny odzew – wiele z Waszych propozycji wezmę pod uwagę! W tym tygodniu postanowiłam skorzystać z pomysłu jednej z moich najulubieńszych blogerek, mianowicie Tulipskiej (polecam, z jej wybitną twórczością można zapoznać się, klikając TU). Tulipska w ogóle okazała się niezwykle łaskawa i od razu podsunęła mi trzy tematy, co jeden to lepszy! 

Zasugerowała między innymi, żebym napisała o dawnych przyjaźniach i o tym, czy (i jak) przetrwały próbę czasu i odległości. Innymi słowy: przyjaźń w czasach strefowych. Temat wyjątkowo wdzięczny oraz wdzięczność inspirujący, do tego trochę nawet świąteczny – nie wiem jak Wam, ale mnie okres bożonarodzeniowy kojarzy się nie tylko z rodziną, ale także z nadrabianiem zaległości towarzyskich. 

Szczególnie kiedy byłam na studiach, na święta do Trójmiasta wracała większość moich przyjaciół z czasów licealnych. Oczywiście wracałam też ja…Ale po kolei, bo mam taki pomysł, żeby najpierw było chronologicznie, a dopiero później filozoficznie. Czy jakoś tam, inaczej.

Przyjaciółka od serca

Wychowałam na książkach (i serialu!) o Ani z Zielonego Wzgórza, w których rudowłosa bohaterka miała “przyjaciółkę od serca”, Dianę. Z perspektywy czasu stwierdzam, że Diana była nudna jak flaki z olejem i ogólnie była tą przyjaciółką z racji braku innych opcji, ale przecież nie o to chodzi! Książki o Ani jako pierwsze uświadomiły mi, że należy posiadać przyjaciółkę. 

Wcześniej, w przedszkolu i w innych okolicznościach sprzyjających prowadzeniu życia towarzyskiego oczywiście w jakieś tam interakcje społeczne wchodziłam, ale nie było to świadome poszukiwanie przyjaźni. W dodatku moje kryteria w doborze towarzyszek zabaw budzą we mnie, z perspektywy czasu, pewne wątpliwości. Chociaż może u dzieci to normalne… Jedną dziewczynkę polubiłam ponieważ miała na imię Pola, czyli prawie Polyanna, a ja akurat byłam “na etapie” Polyanny, druga miała czarne loczki i sukienkę upodabniające ją do Małej Księżniczki z okładki mojego wydania książki Frances H. Burnett, jeszcze inna dopiero co przyszła do przedszkola, więc miała w sobie urok nowości… 

W zerówce byłam zbyt pochłonięta dinozaurami i biciem się z chłopakami, żeby poważnie wziąć się za “układanie sobie życia”, ale do pierwszej klasy podstawówki szłam z silnym postanowieniem znalezienia sobie “przyjaciółki od serca”. I znalazłam. 


Paulina

Patrząc na rękę Pauliny, odnoszę wrażenie, że już wtedy nie budziłam specjalnego zaufania jako kierowca. W sumie słusznie, bo dopiero całkiem niedawno dowiedziałam się, że w tych samochodzikach NIE chodziło o „stukanie się”, a wręcz przeciwnie…

A właściwie znalazła się sama, przez co miałam później wątpliwości, no bo przecież ja miałam szukać, miało mi to dużo czasu zająć, a nie tak od razu, pierwszego dnia! Skąd mam wiedzieć, że to prawdziwa przyjaciółka od serca??? Z Pauliną usiadłyśmy w jednej ławce – ostatniej pod oknem – pierwszego dnia szkoły. I tak nam już zostało do końca podstawówki. Z miejsca zakochałam się w jej włosach, o które później się bardzo kłóciłyśmy, bo w ogóle ich nie doceniała, a ja jej ich tym bardziej zazdrościłam. Oprócz cudownych włosów, Paulina miała niesamowity głos z fajną chrypką i złote serce – do tej pory mało znam równie dobrych i szczodrych ludzi. Ludzie z mojego pokolenia być może pamiętają manię na zbieranie kartek do segregatora – zbieraliśmy wszyscy, wymienialiśmy się nimi na przerwach. Paulina posiadała w swojej kolekcji kartkę z tygrysem, obiekt zazdrości całej szkoły, nikt inny takiej nie miał. Pewnego razu zwyczajnie mi ją dała – nie likwidowała swojej kolekcji, po prostu wiedziała, że sprawi mi tym ogromną przyjemność. 

Każdą chwilę wolną spędzałyśmy razem, po szkole odprowadzałyśmy się bez końca do domów, wisiałyśmy na trzepakach (mnie to trochę zostało, tylko trzepak zamieniłam na koło), we dwie grałyśmy w piłkę nożną, polowałyśmy na gadżety z Czarodziejką z Księżyca, spędzałyśmy godziny na jej zaczarowanym strychu (najbardziej magiczne miejsce mojego dzieciństwa) i w rupieciarni jej dziadka, która do tej pory jest dla mnie synonimem prawdziwej przygody. Do końca podstawówki byłyśmy nierozłączne. Kiedy tylko miałyśmy chwilę, dzwoniłyśmy do siebie i umawiałyśmy się “za dziesięć minut, tam-gdzie-zawsze”. 

Zajęcia pozalekcyjne

Wspaniałe przyjaciółki znalazłam też poza szkołą. Moja Mama dbała o mój “wszechstronny rozwój” dlatego po szkole zabierała mnie na basen, na lekcje angielskiego i dużo innych różnych zajęć. W szkole językowej poznałam jedną z moich najbardziej ulubionych osób na świecie – Anię, o której mogliście już bardzo dużo przeczytać we wpisie o nowojorskim ślubie, na którym Ania była świadkiem. 

Z kolei na basenie zaprzyjaźniłam się z dwa lata starszą (a co za tym idzie strasznie dorosłą i bardzo długonogą) Kasią, z którą świetnie bawiłyśmy się też na obozach sportowych i na moich przyjęciach urodzinowych – znowu muszę się pochwalić Mamą: nikt nie miał takich imprez urodzinowych jak ja! NIKT! Pozostałe matki przeklinały moją Mamusię wytrząsając z wracających do domu latorośli tony confetti. Było super. A Kasia… Kasia też była super. Nigdy nie dawała mi odczuć, że jestem smarkulą, a przy tym szalenie mi imponowała. I to ostatnie akurat jej zostało. Ile razy słyszę jej głos na antenie radia, rozpiera mnie duma!

Gimnazjum

Wakacje między szóstą klasą podstawówki a pierwszą gimnazjum uważam tak naprawdę za koniec tej najfajniejszej części dzieciństwa. Rodzice wysłali mnie do RPA i w tym czasie nas przeprowadzili. Kiedy wróciłam do Polski, już nie mogłam dzwonić do Pauliny i umawiać się “tam-gdzie-zawsze”. 

Z całą pewnością mogę stwierdzić, że gimnazjum to był najgorszy okres w moim życiu. W ogóle uważam, że cały ten eksperyment w szkolnictwie był poronionym pomysłem. Zmiana środowiska dla dzieci w tak trudnym wieku musi skończyć się tragicznie – będą zmagać się z własnymi hormonami, jednocześnie walcząc o dominację w nowym stadzie. Ja się w nowej rzeczywistości kompletnie nie odnalazłam. W podstawówce było super, w szkole w RPA wszyscy niesamowicie miło mnie przyjęli, a tu nagle trafiłam do klasy z ludźmi, którzy znienawidzili mnie na dzień dobry. Zostałam wyrzutkiem. Oczywiście miałam w klasie kilka koleżanek, ale odnoszę wrażenie, że trzymałyśmy się razem bardziej z konieczności niż z prawdziwej sympatii – w stadzie bezpieczniej, w grupie raźniej. W przeciwnym wypadku chyba nadal utrzymywałybyśmy ze sobą jakikolwiek kontakt. 

W tym czasie namiastkę równowagi psychicznej pomagało mi utrzymać pływanie – był czas, kiedy na basen chodziłam nawet pięć razy w tygodniu, na dwie godziny. Te kilka słów wymienionych z koleżankami w szatni, czy między dystansami na torze, to były chyba najszczęśliwsze interakcje towarzyskie w tym okresie mojego życia… 

180 stopni

Każda, nawet najgorsza nawałnica kiedyś się kończy. “It can’t rain all the time.” (No? Kto kojarzy z jakiego to filmu?) Skończyło się również gimnazjum, a mnie udało się nie tylko przetrwać, ale też dostać do wymarzonego liceum. Mimo to, szłam tam z nastawieniem, że i tak nikt mnie nie będzie lubił, więc równie dobrze mogę być wredna i antypatyczna. I jakoś tak się złożyło, że trafiłam na szkołę pełną masochistów, albo przynajmniej ludzi o bardzo wątpliwym guście towarzyskim. Okazało się, że wszystko, co w gimnazjum sprawiało, że byłam nielubiana, w liceum działało na moją korzyść. Poznałam tam naprawdę cudownych ludzi i duża część tych przyjaźni przetrwała do dzisiaj. Niektórzy z nich występują nawet gościnnie na blogu. Na przykład Klaudia i Antek, u których zatrzymuję się podczas pobytów w Warszawie. To w sumie dobry moment na sprostowanie pewnej rzeczy – w pierwszym poście na blogu piszę o swoim bracie, z kolei na Wasze pytania na instagramie dotyczące rodzeństwa, odpowiadam, że posiadam tylko takie kudłate i czworonożne. Otóż moim bratem-widmo jest właśnie mój najlepszy przyjaciel z liceum, Antek – tak go jakoś sobie zaadoptowałam podczas pewnej wycieczki klasowej, stwierdzając, że fajnie byłoby mieć brata. I dokonałam bardzo trafnego wyboru. Co więcej, dzięki temu moja ukochana Klaudia jest przy okazji moją bratową, więc wszystko ułożyło się idealnie. 

Być może kojarzycie też opowieść o tym, czemu Książę jest Księciem. Łączą się z nią postacie moich dwóch przyjaciółek Basi i Aluni. W wakacje po liceum pojechałyśmy z moimi Rodzicami na spływ Czarną Hańczą. Podczas postojów czytałyśmy z dziewczynami na głos harlekiny. Zaczęło się w sumie niewinnie – Basia obiecała, że zabierze jakąś książkę Nory Roberts, w której bohaterka “wyginała się w srebrzysty łuk rozkoszy”, tak nam się ów łuk spodobał, że książkę przeczytałyśmy migiem i w Sejnach musiałyśmy uzupełnić zapasy. Trafiłyśmy na Gorący Romans Duo. W pierwszej części kowboj zaprowadzał swoją partnerkę do “pomieszczenia, w którym przechowywano nasienie byków”, a następnie zapładniał ją (już własnym nasieniem i w dodatku niechcący) na sianie z tyłu pickupa. Natomiast druga część… druga część to już był gorący romans z szejkiem, którego cudnej urody narzeczona miała na tyłku wytatuowaną lampę Alladyna, którą to lampę szejk zwykł w pewnych momentach pocierać. Lamp sobie na żadnych częściach ciała nie tatuowałyśmy, ale złożyłyśmy sobie na tym spływie inspirowaną harlekinem obietnicę – pierwsza z nas, która w ciągu dziesięciu lat wyszłaby za mąż, miała zabrać pozostałe dwie w podróż poślubną… Pierwsza zaryzykowała Basia, ale nigdzie nas nie zabrała. Książę poinformowany o zakładzie/obietnicy profilaktycznie postanowił czekać z oświadczynami, chociaż twierdzi, że jakby musiał, to by moje przyjaciółki z nami zabrał… 

Z Basią, która nie zabrała mnie w podróż poślubną, ale absolutnie nie mam jej tego za złe!

Nie będę tu opisywać moich wszystkich cudownych znajomych i przyjaciół, bo w sumie to chyba nie taki był plan – zbyt wiele niesamowitych wspomnień i historii, żeby je pomieścić w jednym wpisie. Natomiast muszę, po prostu muszę, opowiedzieć Wam o jednej z moich najbardziej ulubionych osób na świecie. O Basi. Nie tej od spływu i niespełnionej obietnicy. Mam do osób o tym imieniu pewną słabość, dlatego w rozmowach o nich muszę używać dodatkowych przymiotników. Mam na przykład Basię marokańską (z Jedno Oko na Maroko), czy Basię londyńską – teraz chciałabym Wam opowiedzieć o Basi londyńskiej.  

Z Basią powinnyśmy w sumie znać się od zawsze – nasi rodzice chodzili razem do ogólniaka, my z kolei trafiłyśmy do tego samego gimnazjum (i obydwie podobnie w nim cierpiałyśmy), a później także liceum. Wtedy już wiedziałyśmy o swoim istnieniu, czasami rozmawiałyśmy, bywałyśmy na tych samych imprezach. Nawet się chyba trochę lubiłyśmy, w pewnym momencie ustaliłyśmy, że w przyszłości zagramy dziewczyny Bonda (ja złą, Basia dobrą, chodziło o intonację przy wypowiadaniu kwestii “Oh, James”) ale zaprzyjaźniłyśmy się w sumie dopiero pod koniec szkoły. 

W wyniku pewnych okoliczności, oczywiście bardzo niesprawiedliwych i potencjalnie krzywdzących, miałam jako jedyna kończyć liceum z zachowaniem nieodpowiednim. Nawet mi się to udało, niestety dyrektor zmienił w ostatniej chwili wzór świadectwa i nie mam tego na piśmie. W każdym razie o ile ja podeszłam do tematu z pewną dozą nonszalancji, upatrując w całej aferze potencjału nieśmiertelności (planowałam przejść do szkolnej legendy), Basia stwierdziła, że to nieładnie wstawiać dobremu człowiekowi ocenę nieodpowiednią z zachowania i ona sobie nie życzy tak tego zostawiać. Stanęła murem w mojej obronie, zaczęła pisać petycje i zagrzewać lud szkolny do rewolucji. Od tamtej pory uwielbiam ją nad życie i tak mi już chyba na zawsze zostanie. Uwielbiam też jej męża, baby siostrę (buzi Moniutku!), rodziców i babcię – babcię arcywyjątkowo.  

Studia

To nie był dla mnie najlepszy okres na nawiązywanie przyjaźni. Bardzo dużo czasu spędziłam tęskniąc za ludźmi z liceum – wydawało mi się, że już nigdy nikogo tak fajnego nie poznam. Z drugiej strony doszły do tego elementy różnic kulturowych. Większość ludzi, których poznałam na studiach to byli Brytyjczycy, z którymi naprawdę niewiele mnie łączyło. Brakowało nam nie tylko wspólnych punktów odniesienia – miałam wrażenie, że po prostu myślimy inaczej. Mamy wgrane inne oprogramowanie. Być może dlatego moją najlepszą przyjaciółką z czasów studiów w Cardiff była Polka, o której mogliście już przeczytać w postach Rocky Road. 

Zdaję sobie sprawę jak to brzmi – różnice kulturowe nie pozwalały mi zawiązać przyjaźni z Brytyjczykami, ale nie przeszkodziły w zakochaniu się w Pakistańczyku. Wiem, że to wydaje się niemożliwe, jednak naprawdę mam wrażenie, że łatwiej dogadywało mi się z tym moim egzotycznym kosmitą niż z europejskimi wyspiarzami. 

Na studiach magisterskich było jeszcze gorzej, ale o to obwiniam swoje ogólne, ogłupiałe tęsknotą samopoczucie. Oczywiście z tego czasu “mam” Dianę i Elenę, więc i tak można powiedzieć, że miałam szczęście. 

Życie dorosłe

Spotkałam się z opinią, że ludzie dorośli nie nawiązują nowych przyjaźni. Że mogą mieć nowych znajomych, a ostatnie prawdziwe przyjaźnie zawiera się na studiach. W moim przypadku to chyba nieprawda. Może wynika to z tego, że zwyczajnie szkoda mi czasu i energii na powierzchowne znajomości. Staram się spędzać czas wyłącznie z ludźmi, których towarzystwo sprawia mi przyjemność i siłą rzeczy stają się oni dla mnie bliżsi niż po prostu znajomi. Dlatego nawet w dorosłym życiu znalazłam osoby, które mogłabym nazwać przyjaciółmi, aczkolwiek zauważyłam, że z wiekiem zanika potrzeba bezwzględnej klasyfikacji relacji międzyludzkich. Już nie szukam przyjaciółki od serca, wystarczy mi ktoś, z kim mogę porozmawiać w środku nocy na dowolny temat, albo będąc w Polsce spędzić upojne godziny na jedzeniu ciastek i piciu prosecco. I naprawdę mam szczęście do takich osób. 

Jedną z największych niespodzianek wśród dorosłych przyjaźni jest dla mnie znana Wam już Dr Marysia. Z Marysią chodziłyśmy do tego samego gimnazjum (nie lubiłyśmy się), liceum (udawałyśmy, że się nie znamy) i wreszcie spotkałyśmy ponownie tuż po tym, jak skończyłam studia. Dr Marysia przyjaźniła się z moją Anią, moja Ania postanowiła wydać się za mąż i z tejże okazji przysługiwał jej epicki wieczór panieński. Pojechałyśmy z Marysią do lasu, zakopałyśmy topór wojenny i zaczęłyśmy planować owo wydarzenie, a przy okazji szukać sukien dla druhenek. Takie traumatyczne przejścia zbliżają. Na weselu Ani wypiłyśmy za początek pięknej przyjaźni i wygląda na to, że był to toast profetyczny. A tak przy okazji: Marysia była świadkiem na ślubie Ani, Ania była świadkiem na moim, a ja niedawno miałam ogromną przyjemność świadkować na ślubie Marysi (i Michała!) Prawda, że przepięknie się to wszystko poskładało?

Przyjaźń w czasach strefowych

No dobrze, chaotyczne, acz w miarę chronologiczne dramatis personæ mamy już za sobą, więc najwyższy czas przejść do właściwego tematu posta. Czyli odpowiedzieć na pytanie znanej blogerki Tulipskiej: “Stare przyjaźnie. Czy i jak przetrwały próbę czasu i stref.” 

Przede wszystkim wydaje mi się, że tych prób było rodzajowo więcej, a te czasu i stref były de facto najmniej dotkliwe. Przez odległość i czas straciłam trzy przyjaciółki (dwie przyjaciółki i jedną naprawdę dobrą koleżankę, która obraziłaby się za nazwanie jej przyjaciółką, bo raczej gardziła emocjonalnym zaangażowaniem) – dwie z liceum, jedną ze studiów. Z kolei przez powiększające się różnice w poglądach i oczekiwaniach a także przez inne nieprzyjemne rzeczy, z mojego życia zniknęło znacznie więcej osób – niektóre całkowicie, czasami w sposób dramatyczny, z innymi kontakt po prostu naturalnie wygasł. Brakuje mi większości z nich, zarówno tych zaginionych w strefach czasowych, jak i tych “zmarłych” śmiercią tragiczną. Ale do przeszłości nie można wrócić. Pozostaje doceniać miłe wspomnienia.

Część przyjaźni naturalnie obumarła przez czas, niekoniecznie ten dzielony strefami, ale pozostawiły przy tym miejsce na budowę nowej relacji. Z Pauliną nie miałam kontaktu przez długie lata, spotykałyśmy się sporadycznie, na ślubie koleżanki z klasy, czy przypadkiem na lotnisku. Napisałam do niej w zeszłym roku, nie pamiętam dlaczego, tak po prostu. Razem otworzyłyśmy puszkę Pandory wspomnień, zaczęłyśmy wymieniać się starymi zdjęciami i ulubionymi opowieściami z dzieciństwa, a następnie ożywiłyśmy tradycję wysyłania sobie kartek – Paulina zdecydowanie mnie w tej dziedzinie przewyższa, regularnie sprawiając mi niespodzianki. Po przeprowadzce do Nowego Jorku resuscytowałyśmy też znajomość z długonogą Kasią. Kasia znalazła nawet oficjalny dokument wystawiony przeze mnie i przez Paulinę, w którym przyjmujemy ją do Klubu Czarodziejki z Księżyca i informujemy, że jej zadaniem jest… utrzymywanie z nami kontaktu. “Jak będziesz miłym i stałym klubowiczem, możesz dostać niespodziankę!” Widać dokument nie stracił swojej mocy, albo Kasia wciąż liczy na ową niespodziankę. 

Z Kasią na moich „urodzinach”. Z urodzinami to w ogóle było tak, że niby obchodzę w sierpniu, ale wtedy wszyscy byli na wakacjach, więc imprezy Mama urządzała mi zwykle jesienią.

Zaskakująco dobrze mają się moje przyjaźnie z czasów licealnych – nie twierdzę, że kwitną intensywnie i bez przerwy od 18 lat, ale wiele z nich przetrwało do dzisiaj. Z moimi najlepszymi przyjaciółkami (chociaż w sumie nie lubię takich określeń, brzmi to jakbym prowadziła jakiś ranking) – Anią i Basią nie widuję się prawie wcale, przy dobrych układach udaje nam się to raz na rok, rozmawiamy bardzo sporadycznie, ale kiedy już to robimy, jest tak, jakby cały ten czas pomiędzy nie istniał. Teoretycznie każda z nas w jakiś sposób się zmienia, niby dorastamy (ja tak jakby najmniej), ale nasze relacje pozostają odporne na upływ czasu. Można się przyjaźnić i być tej przyjaźni pewnym bez codziennych, wielogodzinnych rozmów. Wydaje mi się, że to jest trochę jak z umiejętnością wspólnego milczenia – przecież da się być ze sobą w ciszy i nie odczuwać potrzeby wiecznego jej zagłuszania. Prawdziwa przyjaźń nie powinna wymagać wiecznych zapewnień i wiszenia na sobie – dlatego nie ma problemów z przetrwaniem w różnych strefach czasowych. 

Zresztą. Skoro przez lata udało mi się uskuteczniać miłość na odległość, przyjaźń na przekór różnicom geograficznym tym bardziej nie ma prawa stanowić wyzwania. Chociaż od razu zastrzegam – w tym wypadku moja zasługa jest raczej znikoma. Mam wrażenie, że czasami wręcz utrudniam. W ogóle jestem fatalna jeśli chodzi o utrzymywanie kontaktów. O mojej niechęci do telefonów już Wam kiedyś opowiadałam, wszelkie video calle to dla mnie ogromny stres, a w rozmowie na messengerze ciężko zgłębić jakikolwiek temat. Ale jakimś cudem jest mi to wybaczane. W obliczu tego wszystkiego, strefy czasowe naprawdę nie są tak dużym problemem. 

Mam nadzieję, że mimo mojej chaotyczności i wszystkich innych wad, bliskie mi osoby wiedzą, ile dla mnie znaczą i że w razie-czego-jakby-co mogą na mnie liczyć. W to, że ja mam szczęście do cudownych ludzi, nie wątpiłam ani przez chwilę. Gdybyście kiedyś się zastanawiali, czy na świecie nie ma już nikogo normalnego, fajnego… – Są, ale wszystkich zagarnęłam dla siebie. 

Tym jakże kiczowatym i sentymentalnym akcentem chciałabym zakończyć ten post. Myślałam, że wyjdzie trochę inaczej. Jeśli odczuwacie pewien niedosyt, mogę się oficjalnie pokajać i ewentualnie kiedyś napisać go od nowa. Na razie przyjmijmy, że te posty Made in Poland mogą być trochę inne niż te Made in USA, dobrze?