W zasadzie chciałam sobie odpuścić tekst podsumowująco-otwierający. Zresztą, napisałam już list pożegnalny do 2020 roku – możecie go przeczytać na blogu Polek na Obczyźnie, fantastycznego klubu zrzeszającego kobiety emigrantki, które w ubiegłym (!) roku przyjęły mnie do swojego grona. Nie bardzo wiedziałam, co innego mogłabym w tym temacie napisać. Ale wtedy pojawiły się one. Schody.

Bynajmniej nie mam na myśli trudności. Chodzi mi o schody, po prostu. Może nie takie normalne, bo przeciwpożarowe, typowe dla nowojorskiego (ale nie tylko) krajobrazu. Pojawiające się w niezliczonych filmach i serialach. I oczywiście za moim oknem również.

Skorzystałam z nich w Sylwestra, podzieliłam się z Wami historią na instagramie i dzięki Wam odkryłam ich wymiar metaforyczny. Spodobał mi się szalenie i stwierdziłam, że jednak będzie post noworoczny. O schodach. I nie tylko. 

Schody

To może zacznijmy od tych schodów. Pamiętacie tę scenę na końcu Pretty Woman? A kto z Was oglądał Śniadanie u Tiffany’ego i zakochał się w Holly Golightly brzdąkającej na schodach przeciwpożarowych na gitarze? A Stowarzyszenie wędrujących jeansów? Albo niech Wam będzie – są tu jacyś fani Przyjaciół? Sama nie oglądałam tego kultowego serialu, ale nawet bez sprawdzania wiem, że są tam sceny rozgrywające się na schodach przeciwpożarowych. 

Rzeczywiście, wydaje się, że charakterystyczne, zewnętrzne drabinko-schody przeciwpożarowe są na stałe zrośnięte z nowojorską architekturą. Na początku przykuwają uwagę turystów, którzy rozglądając się nieraz pomyślą, że o! Zupełnie jak na filmach. Po jakimś czasie widok powszednieje i staje się oczywistością, której nie poświęca się więcej uwagi. Ale później, przeglądając zdjęcia, możemy zobaczyć, że schody znalazły się na większości naszych fotografii. 

A tak naprawdę, pojawiły się dopiero w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku po serii nieszczęśliwych pożarów. Z kolei po okropnym pożarze w fabryce Triangle Shirtwaist – uznawanego za jedną z najtragiczniejszych katastrof w miejscu pracy, zginęło w nim 146 osób – w kodeksie budowlanym miasta pojawiły się konkretne wytyczne dotyczące schodów ewakuacyjnych. Kodeks zmienił się w 1968 roku, dlatego większość nowych budynków nie posiada już tej specyficznej zewnętrznej konstrukcji.

Dobra, koniec z nudną historią, wiem, że nie po to odwiedzacie mojego bloga. Chociaż jakbyście chcieli, to mogę jeszcze trochę poopowiadać – zrobiłam mały research. Grunt, że nasz budynek został zbudowany w 1930 roku i mamy prawdziwe, oldskulowe schody przeciwpożarowe. Wychodzi się na nie przez okno w sypialni i… do tej pory nie były zbyt przydatne.

Schody i ja

Teoretycznie mogłyby stanowić namiastkę balkonu, przecież na filmach tak właśnie jest, ale nie! Nikt z moich sąsiadów na schodach nie przesiaduje, więc byłoby mi trochę głupio. Zwłaszcza, że nasze okna wychodzą na wewnętrzny dziedziniec i wszyscy by mnie widzieli. Nie wiem jak wy, ale ja nadal mam problemy z robieniem rzeczy, na które mam ochotę, bojąc się że ktoś coś o mnie pomyśli – jest to kompletnie bez sensu i zdecydowanie powinnam to zmienić. 

Dwa razy wietrzyłam na schodach pościel. Ale to też bez sensu, bo w sumie nie wolno. Nic nie może na nich leżeć, stać, siedzieć. Nic. Raz prawie uskuteczniłam na nich wybryk kaskaderski, ale mój wstrętny mąż-muzułmanin-który-mnie-kontroluje-i-mówi-mi-jak-żyć mi zabronił. A było to tak:

Pewnego dnia, krótko po naszej przeprowadzce, obudziliśmy się rano i… odkryliśmy, że jesteśmy zamknięci w sypialni. Klamka z zewnątrz wypadła i nie mieliśmy jak otworzyć drzwi. Gdybyśmy mieli klucze do mieszkania w sypialni, moglibyśmy teoretycznie wyjść przez okno, potem schodami przeciwpożarowymi na dach i wrócić do mieszkania z zewnątrz, a następnie, wspólnymi siłami naprawić klamkę. Ale klucze były w salonie. Mnie, jak zwykle w takich sytuacjach zachciało się siusiu i zaczęłam myśleć desperacko. Scenariusz desperacki zakładał, że ze schodów przeskoczę/przejdę/przeciągnę się do okna łazienkowego, wpełznę z gracją do środka, lądując głową w koszu z brudną bielizną, zrobię siusiu i później uratuję męża. Ten niewdzięcznik postanowił nie wierzyć w moje superbohaterskie umiejętności i zanim ogarnęłam uprząż asekuracyjną z prześcieradeł, otworzył drzwi wieszakiem. Można i tak.

Widok z okna łazienki, jak widzicie, daleko bym nie miała!

W każdym razie schody okazywały się raczej bezużyteczne i czasami wręcz śmiały mi się w twarz mówiąc: co, balkon byś pewnie wolała? Ale to wszystko miało się zmienić.

Święta 2020

Po kolei. Jak wiecie (względnie: jak doniosły media), w tym (no dobra, już w zeszłym) roku na Święta leciałam do Polski sama. Książę bał się, że jeśli utkniemy, będzie miał problemy z pracą. Dlatego Wigilię spędziłam z moją ukochaną Rodziną, ale bez męża. Chociaż nie! Mąż był! I tym samym jeszcze bardziej rozkochał w sobie moich bliskich. Spytałam go jakiś czas temu, czy będzie chciał się zdzwonić z nami w trakcie Wigilii – złożyć życzenia, podzielić wirtualnym opłatkiem. 

Nie będę tu zgłębiać modnej ostatnio na instagramie kwestii, czy muzułmanie celebrując święta niemuzułmańskie grzeszą śmiertelnie. Moja Teściowa jest jedną z najbardziej religijnych osób, jakie znam (w mądry sposób) i zawsze składa mi i mojej Rodzinie życzenia, daje nam też z okazji Świąt prezenty. Tyle w temacie. 

Książę jak najbardziej chciał się zdzwaniać, a na kilka dni przed Wigilią zaskoczył mnie totalnie. Spytał, czy dobrze pamięta, że tego dnia nie ma jeść mięsa i powinien zamówić rybę. A może coś innego? O której zaczynamy? Ma być elegancko ubrany, prawda? 

Dzień przed Wigilią zamówił pierogi i rybę z polskiej restauracji w pobliżu naszego mieszkania. O umówionej godzinie 24.12 nalał sobie wino, założył koszulę, marynarkę (i spodnie! Co w dobie pracy zdalnej i wideokonferencji nie jest wcale oczywiste!) i oczekiwał na rozpoczęcie wieczerzy. Ja tradycyjnie nastawiłam płytę z kolędami Mazowsza i przy dźwiękach “Bóg się rodzi” zadzwoniłam do ukochanego. Mama z Babcią się wzruszyły, mój Tata bardzo ucieszył, podzieliliśmy się opłatkiem, a Książę spędził z nami wieczerzę, stojąc na stole (w postaci telefonu) i opierając się o malutką doniczkę z miniaturowym cyprysikiem. W takich chwilach naprawdę doceniam technologię – może bywa bezduszna, może niszczy ulotne piękno tradycji, ale czasami pozwala wyczarować świąteczny cud.

Krótko po Świętach, 28 grudnia o godzinie 6:30 rano wsiadłam do samolotu z Gdańska do Amsterdamu i rozpoczęłam kolejną pandemiczną podróż do Nowego Jorku. Żeby spędzić Sylwestra i powitać Nowy Rok z mężem. W końcu to, jak spędzimy pierwszy dzień nowego roku, ma zadecydować o tym jak będzie wyglądał cały. Fajnie będzie spędzić kolejny rok z Księciem u boku. Niekoniecznie w formie telefonu i w asyście doniczki z cyprysikiem.

Gdzieś na Manhattanie (chyba okolice Chinatown)

Sylwester w Nowym Jorku

Rok 2020 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi… No dobra. Dziwny, ale dla mnie fajny. Nawet bardzo!  Szczerze mówiąc, nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak zmotywowana, żeby walczyć o swoje marzenia. Co więcej, wszystkie moje wysiłki były wynagradzane z nawiązką. Dlatego pożegnanie musiało być, mimo ograniczonych możliwości, spektakularne.

W mojej Rodzinie jest taki zwyczaj, że nawet jeśli spędzamy Sylwestra w domu, w ograniczonym gronie, podobnie jak w przypadku Wigilii, należy się ładnie ubrać. I co by się nie działo – tak robimy. I nie ma, że “mi się nie chce”. Koronnym argumentem pozostaje: “a co by na to Babcia powiedziała?” Moja Prababcia, która bardzo długo mieszkała sama i sama spędzała też Sylwestra (przychodziliśmy do niej po północy złożyć życzenia noworoczne, po pokazie sztucznych ogni, w Gdyni, pod “Muszlą”) zawsze tego dnia była odświętnie ubrana. W elegancką bluzkę i spódnicę, zakładała też sznur pereł. Dlatego z góry zapowiedziałam mojemu małżonkowi, że chociaż nigdzie nie wychodzimy, on się ładnie ubierze. Musiałam brzmieć na dosyć zdeterminowaną, bo protestował krótko, cicho i bez przekonania.

Ja, ponieważ rok był wyjątkowy, postanowiłam pójść na całość. Zapomnijcie o dyskretnym szyku małej czarnej! Złota, balowa kiecka podszyta krynoliną to jest to! To tego oczywiście pełen makijaż, łącznie z kryształowymi naklejkami, które dostałam od Mamy na Gwiazdkę, bling bling biżuteria i buty na koturnie. W pełen rynsztunek bojowy przyodziałam się dopiero około 22.00. Wcześniej, sylwestrową kolację zjadłam jeszcze w charakterze polarowego Kopciuszka. 

Już ładnie ubrani otworzyliśmy szampana, usiedliśmy przy naszym mini stoliczku barowym, wznieśliśmy pierwszy toast, patrząc sobie przy tym głęboko w oczy (nie wiem, czy słyszeliście, ale podobno jak się nie patrzy drugiej osobie w oczy przy toaście, naraża się na siedem lat złego seksu!) i… mój mąż zadał mi pytanie. Co planuję osiągnąć w tym roku. Zaczęłam rozwodzić się nad wizją gwałtownego rozwoju mojej kariery pisarskiej, jak to “Pakistańskie wesele” zostanie bestsellerem, ja skończę pisać i najlepiej od razu wydam moją kolejną książkę, może podejmę współpracę z jakimś magazynem kobiet myślących (określenie mojego Taty) i będę pisać felietony, poza tym może warto złożyć część blogowych postów w całość i udostępnić w formacie ebookowym, żeby się łatwiej czytało, a może powinnam zacząć już pisać po angielsku, a w ogóle to…

– Nie o to mi chodziło. – Przerwał mój spontaniczny wybuch entuzjazmu Książę. – Myślę, że powinniśmy zacząć inwestować.

Następnie przedstawił mi przeraźliwie poważny i bardzo, bardzo dorosły biznesplan. I zrobił wykład na temat strategii inwestycyjnych. Mało brakowało, a kryształy by mi z czoła poodpadały. Przypomnijcie mi, żebym już nigdy nie zmuszała go do zakładania koszuli – dziwne rzeczy się wtedy z nim dzieją. 

Na szczęście, po pierwszej butelce szampana świat jakby wrócił do normy a za cztery północ zaczęłam przyodziewać się w płaszczyk – mieliśmy powitać Nowy Rok na naszym cudownym dachu, z którego widać Brooklyn, Staten Island, Manhattan, New Jersey, a jeśli dobrze wytężyć wzrok, to umownie nawet Queens. A co za tym idzie, można podziwiać fajerwerki, zarówno te nad Coney Island, jak i te po drugiej stronie Narrows. Przetestowaliśmy czwartego lipca, było super. Trochę nam to przyowdziewanie ciepłych ubrań (Książę miał wystąpić w czapce uszatce, która okazała się być jego ulubionym prezentem świątecznym, zaraz obok czekoladek) zajęło i o wybiciu północy poinformował mnie telefon od Mamy. Nic straconego! Szybko otworzyłam kolejną butelkę szampana, a następnie wypadliśmy na klatkę schodową i pognaliśmy do drzwi na dach. Zamkniętych! 

Mój już wcale nie dorosły, poważny, czy odpowiedzialny mąż spojrzał szybko na mnie i spytał:

– Schody przeciwpożarowe?
– No jasne!

Pędem z powrotem do mieszkania, do sypialni i przez okno na schody przeciwpożarowe. Książę rzucił jeszcze tylko przelotne, sceptyczne spojrzenie mojej sukni i retorycznie spytał, czy dam radę. Śmiejąc się szaleńczo pochwyciłam dół sukni w jedną rękę, drugą asekurując się przy zardzewiałej poręczy. Udało nam się! 

To już na pewno Chinatown – ja się doliczyłam 10 schodów (klatek? Segmentów?) przeciwpożarowych na zdjęciu, a Wy? (Mogę się mylić!)

Morał

I chociaż fajerwerki nie były tak spektakularne jak w Dzień Niepodległości, mieliśmy cały dach dla siebie i śmiem twierdzić, że był to najromantyczniejszy Sylwester w moim życiu. Do tego w jakiś sposób podsumowujący cały ubiegły rok. 

Nic nie poszło zgodnie z planem, ale udało nam się znaleźć rozwiązanie, a w sobie odwagę (może determinację, trochę zabarwioną skrajną głupotą), żeby z niego skorzystać. I tym samym stworzyć kolejne piękne, niepowtarzalne i co najważniejsze wspólne wspomnienia. Cieszę się, że mam u boku człowieka, który motywuje mnie do walki o marzenia.

A Wam w nowym roku życzę, żebyście zawsze znaleźli jakieś schody przeciwpożarowe, które pozwolą Wam realizować swoje cele, bez względu na potencjalne trudności! – Kołcz Maja

Historia bonusowa

Nie mogę skończyć na kołczowaniu! Nie mogę! Dlatego mam jeszcze dla Was historię bonusową o zimie, lodach i ręcznikach papierowych. Chcecie? (Jak nie, to po prostu nie czytajcie dalej!) Historia owa ma na celu udowodnić tezę, którą przy tamtej okazji postawił Książę: my się o żadne przygody nie prosimy, one znajdują nas same i to nie jest nasza wina.

Zdarzyło się pewnego roku, że pojechałam w listopadzie odwiedzić mojego męża. Spędziliśmy kilka dni w Nowym Jorku, a następnie, w ramach świętowania jego urodzin, wybraliśmy się do chatki. O obsesji Księcia na punkcie chatek w lesie już chyba pisałam, między innymi przy okazji podróży poślubnych. W każdym razie, idealne urodziny mojego męża to chatka w lesie i grillowanie. 

Tym razem wybrał okolice Pocono, chatka okazała się całkiem sporym, dosyć luksusowo wyposażonym domkiem z cudną antresolą, do tego codziennie na terenie ogródka gościły hurtowe ilości sarenek i jakieś dziwne gryzoniowate stwory (wyglądające jak krzyżówka oposa z wkurzonym jeżem), a o zmierzchu lasem przechadzały się dzikie indyki (Książę mówi, że to indyki były, według mnie skarłowaciałe emu, ale tak naprawdę żadne z nas się nie zna na amerykańskiej faunie, więc mogło to być cokolwiek). 

Pierwszy śnieg

W tych jakże pięknych okolicznościach przyrody zastał nas pierwszy w tym roku, niewinny śnieżek. I kiedy tak siedziałam sobie na antresoli, na przemian czytając i zachwycając się sarenkami, coś mnie tknęło. Co jeśli ów niewinny śnieżek się rozochoci, zasypie nas tu, a my nie będziemy mieli dość jedzenia, żeby dotrwać do odwilży?

Pojechaliśmy zatem na zakupy, do najbliższego hipermarketu, jakieś czterdzieści minut od naszej dziczy. Weszliśmy do środka, spędziliśmy tam dość dużo czasu, bo w amerykańskich hipermarketach inaczej się nie da, zwłaszcza, jeśli co niektórzy mają zwyczaj przepadania w sekcji z elektroniką, a inni bardzo skrupulatnie kontemplują wybór najlepszych smaków i marek lodów, a kiedy wyszliśmy… Parking pokrywała bardzo, ale to bardzo konkretna warstwa białego puchu. No nic. Tym razem miało być dobrze, zamiast sportowego audi, którym kiedyś zakopałam się w Finger Lakes, mieliśmy gigantyczną, terenową krowę. Mąż pewnie usiadł za kierownicą, ja włączyłam nawigację i poprowadziłam nas ku naszej chatce.

Poślizgi niekontrolowane

Zgodnie z moimi i googlemapsowymi wskazówkami, Książę zjechał w taką mniej główną drogę, a następnie pozwolił sobie na chwilę refleksji. Że może źle zrobił, że ta droga owszem jest najkrótsza, ale może lepiej jechać jak najdłużej główną. I w wyniku owej refleksji – zatrzymał się.

– Ani się waż próbować tu zawracać! – wysyczałam. – Jak już wjechałeś, to jedź! 

Próbował mnie posłuchać, naprawdę. Niestety w poślizg wpadliśmy już przy samym ruszaniu i wjechaliśmy prosto w zaspę na poboczu. Audi byśmy wypchnęli (może). Krowy nie. Mimo że w krótkim czasie pojawiło się obok nas dwóch pomocnych panów. W końcu jeden z nich się zniecierpliwił, podczepił linkę i wyholował nas na drogę. Tym razem ruszyliśmy jakby ostrożniej i nawet udało nam się pozostać na jezdni. 

W następnych minutach okazało się, że wycieraczki średnio radzą sobie z lekkim, listopadowym śnieżkiem, więc zmieniłam się w pilota rajdowego i patrząc na telefon, informowałam, czy jesteśmy na zakręcie, czy nie. I mimo wszystko wciąż jechaliśmy!

Przeznaczenie dorwało nas dokładnie 0.7 mili od wynajmowanego domku. Wjeżdżaliśmy pod górę. Na szczycie w rowie stał już jeden porzucony samochód, a drugi, jadący przed nami, zdecydował zatrzymać się obok i sprawdzić, co się stało. Stanęliśmy również my. W połowie górki. Wyżej już nie wjechaliśmy, krowa z niesłychaną gracją osunęła się do rowu. 

Już mogliście się zorientować, że miewam głupie pomysły. Na swoją obronę mogę tylko powiedzieć, że czasami te głupie pomysły przynoszą oczekiwane przeze mnie rezultaty i wtedy wychodzę na absolutnego geniusza, Wonder Woman i w ogóle ósmy cud świata. Tym razem niestety tak nie było.

Wymyśliłam sobie mianowicie, że skoro lewe koła są w rowie, a prawe jeszcze na jezdni, ja zawisnę na oknie po prawej stronie i tak jak na nagraniach z arabian driving rozbujam samochód tak, że złapie pion na tych prawych kołach, a mój mąż w ten sposób wyjedzie z rowu. Oczywiście jedyne, co osiągnęlam, to to, że krowa umościła się w rowie jeszcze wygodniej. 

Parkowanie równoległe wg Księcia

– No. To możemy uznać, że jesteśmy dobrze zaparkowani. Resztę przejdziemy piechotą. – Oświadczył pogodnie mój mąż.
– Dobra, ale bierzemy zakupy! – krzyknęłam i podzieliłam się z nim rękawiczkami. 
– To też musimy teraz brać? – spytał Książę, wskazując na coś w bagażniku.
– Bierzemy wszystko! Czy ty zawsze musisz robić problemy?! – zirytowałam się, nawet nie patrząc, tylko szarpiąc kolejne reklamówki.

Papierowe ręczniki

Chwilę później, dwójka dzielnych wędrowców w sportowym obuwiu wspinała się w górę oblodzonej drogi. Śnieg bezlitośnie zacinał im w przemarznięte twarze, a otaczający las milczał złowrogo, błyskając w ciemnościach dziesiątkami oczu.

– Myślisz, że to wilki? – usłyszałam w pewnej chwili. 
– Sarenki… A w ogóle to ja już nie mogę, zimno mi w stopy i to wszystko twoja wina! – wyjąkałam resztką sił, nie mając nawet jak otrzeć zasmarkanego nosa.

Książę, bez słowa zabrał z moich rąk siatki i ruszyliśmy dalej. Kiedy już w domu, ubrana we wszystkie znajdujące się w polu widzenia bluzy odzyskałam czucie w nogach i rękach, spytał:

– Kochanie, nie denerwuj się, ja tak tylko z ciekawości pytam… Czemu musieliśmy zabrać z samochodu ręczniki papierowe? Im akurat nic by się do jutra nie stało…
– …

The end.